Uczta dla wron: Sieć spiskówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Uczta dla wron: Sieć spisków
Uczta dla wron: Sieć spisków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70  56 
Uczta dla wron: Sieć spisków
Uczta dla wron: Sieć spisków
Audiobook
35  25,55 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Jutro. Nie w noc poślubną.

Dareon wstał, wziął żonę za rękę i ruszył ku schodom, ciągnąc ją za sobą.

Sam przeciął mu drogę.

— Obiecałeś, Dareon. Powiedziałeś słowa. Jesteś moim bratem.

— Tylko w Westeros. Wydaje ci się, że jesteśmy w Westeros?

— Maester Aemon…

— …umiera. Tak powiedział pasiasty uzdrowiciel, na którego zmarnowałeś całe nasze srebro. — Dareon zacisnął zęby w twardym grymasie. — Weź sobie dziewczynę albo zmiataj, Sam. Psujesz mi wesele.

— Pójdę — zgodził się Sam. — Ale ty pójdziesz ze mną.

— Nie. Skończyłem już z tobą. Skończyłem z czernią. — Dareon zerwał płaszcz ze swej nagiej żony i cisnął go Samowi prosto w twarz. — Masz. Przykryj starego tym łachem, może będzie mu trochę cieplej. Mnie już nie jest potrzebny. Niedługo będę się ubierał w aksamit. Za rok będę nosił futra i jadł…

I wtedy Sam go uderzył.

Nie zastanawiał się nad tym. Uniósł rękę, zacisnął pięść i zdzielił minstrela w usta. Dareon zaklął, a jego naga żona krzyknęła przeraźliwie. Sam rzucił się na przeciwnika i obalił go na plecy na niski stół. Byli mniej więcej tego samego wzrostu, ale Sam ważył dwa razy więcej, a gniew pozwolił mu zapomnieć o strachu. Walnął minstrela w twarz, potem w brzuch, a później zaczął go okładać po ramionach obiema rękami. Gdy Dareon złapał go za nadgarstki, Sam uderzył go bykiem i rozbił mu wargę. Kiedy minstrel go puścił, grubas walnął go w nos. Gdzieś słychać było śmiech mężczyzny i przekleństwa kobiety. Samowi wydawało się, że bijatyka zwolniła tempo, jakby byli dwiema czarnymi muchami walczącymi w bursztynie. Potem ktoś ściągnął go z minstrela. Sam uderzył również intruza i coś twardego walnęło go w głowę.

Kiedy się ocknął, był już na dworze, leciał na łeb na szyję przez mgłę. Przez pół uderzenia serca widział na dole czarną wodę. Potem wpadł z pluskiem do kanału.

Poszedł na dno jak kamień, jak ciężki głaz, jak góra. Woda wdarła mu się do oczu i nosa, ciemna, zimna i słona. Kiedy spróbował zawołać o pomoc, połknął kolejny haust. Przetoczył się na plecy, kopiąc i dysząc. Z nosa trysnęły mu pęcherzyki. Płyń — powtarzał sobie. Płyń. Gdy otworzył oczy, słona woda zaszczypała w nie boleśnie, oślepiając go. Wystawił na chwilę głowę nad powierzchnię i zaczerpnął haust powietrza. Machał rozpaczliwie jedną ręką, drugą obmacując ścianę kanału. Kamienie były jednak śliskie i pokryte szlamem. Nie mógł znaleźć uchwytu i znowu poszedł pod wodę.

Ubranie nasiąknęło wodą. Poczuł na skórze dotknięcie chłodu. Pas zsunął mu się z bioder, oplątując się wokół kostek. Utonę — pomyślał, porażony ślepą paniką. Miotał się jak szaleniec, próbując wrócić na powierzchnię, ale uderzył tylko twarzą w dno kanału. Mam głowę skierowaną w dół — uświadomił sobie. Tonę. Coś poruszyło się pod jego szamoczącą się rozpaczliwie ręką. Węgorz albo jakaś inna ryba, ocierająca mu się o palce. Nie mogę utonąć, beze mnie maester Aemon umrze, a Goździk nie będzie miała nikogo. Muszę płynąć, muszę…

Rozległ się głośny plusk. Coś owinęło się wokół niego, złapało go za ramiona i za pierś. Węgorz — brzmiała pierwsza myśl Sama. Capnął mnie węgorz. Wciągnie mnie pod wodę. Otworzył usta, żeby krzyknąć, i przełknął kolejny łyk wody. Utopiłem się — brzmiała jego ostatnia myśl. Och bogowie, bądźcie łaskawi, utopiłem się.

Kiedy otworzył oczy, leżał na plecach, a potężnie zbudowany, czarny Letniak ugniatał mu brzuch pięściami wielkimi jak szynki. Przestań, to boli — chciał zawołać Sam, lecz zamiast słów z ust popłynęła mu woda. Cały był mokry i drżał z zimna. Na bruku wokół niego utworzyła się kałuża. Letniak ponownie nacisnął jego brzuch i z nosa Sama znowu trysnęła woda.

— Przestań — wydyszał grubas. — Nie utopiłem się. Nie utopiłem się.

— To prawda. — Jego zbawca pochylił się nad nim. Był wielki, czarny i ociekał wodą. — Jesteś winien Xhondowi wiele piór. Woda zniszczyła piękny płaszcz Xhonda.

Sam zauważył, że Letniak mówi prawdę. Płaszcz z piór przylepiał się do potężnych ramion czarnoskórego mężczyzny. Był mokry i brudny.

— Nie chciałem…

— Pływać? Xhondo to widział. Za dużo pluskania. Grubasy powinny się unosić na wodzie. — Złapał Sama za wams wielką czarną dłonią i postawił go na nogi. — Xhondo jest matem na „Cynamonowym Wietrze". Wiele języków zna, trochę. Xhondo śmieje się w duchu, kiedy widzi, jak dajesz w nos temu minstrelowi. I Xhondo słyszy. — Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby. — Xhondo zna te smoki.

JAIME

— Miałam nadzieję, że w końcu znudzi ci się ta broda. Z tymi kłakami wyglądasz jak Robert.

Jego siostra zdjęła już żałobę, zastępując czarną suknię nefrytowozieloną z rękawami ze srebrnych myrijskich koronek. Na szyi miała szmaragd wielkości gołębiego jaja, wiszący na złotym łańcuchu.

— Robert miał czarną brodę. Moja jest złota.

— Złota? Czy srebrna? — Cersei wyrwała mu włos spod podbródka i uniosła go do oczu. Był siwy. — Kolor z ciebie odpływa, bracie. Stałeś się cieniem tego, kim byłeś niegdyś, bladym, bezkrwistym kaleką, zawsze odzianym w biel. — Odrzuciła włos na bok. — Wolałam, kiedy nosiłeś czerwień i złoto.

A ja wolałem, kiedy byłaś spowita w promienie słońca, a na twojej nagiej skórze perliły się kropelki wody. Pragnął ją pocałować, zanieść do sypialni, rzucić na łoże. „…pierdoliła się z Lancelem, Osmundem Kettleblackiem, a całkiem możliwe, że również z Księżycowym Chłopcem…".

— Zawrzyjmy umowę. Zwolnij mnie z tego obowiązku, a będziesz mogła mi rozkazać użyć brzytwy.

Zacisnęła usta. Piła grzane wino z korzeniami i pachniała gałką muszkatołową.

— Chcesz się ze mną targować? Czy muszę ci przypominać, że przysięgałeś posłuszeństwo?

— Przysięgałem bronić króla. Moje miejsce jest u jego boku.

— Twoje miejsce jest tam, gdzie wyśle cię król.

— Tommen przybija pieczęć na każdym papierze, który mu podsuniesz. To twoja robota i to także szaleństwo. Po co mianowałaś Davena namiestnikiem zachodu, jeśli nie wierzysz w jego możliwości?

Cersei siedziała przy oknie. Za nim Jaime widział poczerniałe ruiny Wieży Namiestnika.

— Skąd te opory, ser? Czyżbyś razem z ręką utracił odwagę?

— Przysiągłem lady Stark, że nigdy już nie wyruszę w pole przeciwko Starkom albo Tullym.

— Obietnica złożona po pijanemu z mieczem przystawionym do gardła.

— Jak mam bronić Tommena, jeśli nie będę przy nim?

— Pokonując jego wrogów. Ojciec zawsze powtarzał, że szybkie uderzenie miecza jest lepszą obroną niż jakakolwiek tarcza. Co prawda, żeby uderzyć mieczem, trzeba mieć rękę, ale nawet kaleki lew może wzbudzić strach. Chcę dostać Riverrun. Chcę, żeby Brynden Tully zginął lub znalazł się w łańcuchach. Ktoś musi też zaprowadzić porządek w Harrenhal. Pilnie potrzebujemy Wylisa Manderly'ego, o ile jeszcze żyje i jest naszym więźniem, ale garnizon zamku nie odpowiada na nasze kruki.

— W Harrenhal stacjonują ludzie Gregora — przypomniał Jaime. — On lubił głupich i okrutnych podkomendnych. Najpewniej zjedli twoje kruki razem z listami.

— Dlatego właśnie cię tam wysyłam. Ciebie też mogą zjeść, mój dzielny bracie, ale liczę na to, że przyprawisz ich o niestrawność. — Cersei poprawiła spódnicę. — Chcę, żeby pod twoją nieobecność Królewską Gwardią dowodził ser Osmund.

„…pierdoliła się z Lancelem, Osmundem Kettleblackiem, a całkiem możliwe, że również z Księżycowym Chłopcem…".

— Decyzja nie należy do ciebie. Jeśli muszę wyjechać, zastąpi mnie ser Loras.

— Czy to żart? Wiesz, co sądzę o ser Lorasie.

— Gdybyś nie wysłała Balona Swanna do Dorne…

— Jest mi tam potrzebny. Tym Dornijczykom nie można ufać. Ich czerwony wąż walczył w obronie Tyriona, czyżbyś o tym zapomniał? Nie zostawię córki na ich łasce. I nie pozwolę, żeby Loras Tyrell dowodził Gwardią Królewską.

— Ser Loras jest trzy razy lepszym mężczyzną niż ser Osmund.

— Widzę, że twoje wyobrażenie o męskości się zmieniło, bracie.

Jaime poczuł, że narasta w nim gniew.

— To prawda, że Loras nie gapi się na twoje cycki tak jak ser Osmund, ale nie myślę…

— Lepiej pomyśl o tym.

Cersei go spoliczkowała.

Jaime nie próbował się zasłonić.

— Widzę, że muszę zapuścić gęstszą brodę, żeby mnie osłoniła przed pieszczotami mojej królowej.

Pragnął zerwać z niej suknię i zamienić jej uderzenia w pocałunki. Robił to już przedtem, gdy jeszcze miał dwie ręce.

Oczy królowej przerodziły się w zielony lód.

— Lepiej już idź, ser.

„…Lancelem, Osmundem Kettleblackiem i Księżycowym Chłopcem…".

— Czy jesteś nie tylko kaleki, lecz również głuchy? Drzwi znajdziesz za sobą, ser.

— Wedle rozkazu.

Jaime odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Gdzieś na górze z pewnością słychać było śmiech bogów. Cersei nigdy nie lubiła, gdy jej się sprzeciwiano. Łagodniejsze słowa mogłyby ją przekonać, ale ostatnio na sam widok siostry ogarniał go gniew.

Jakaś część jego jaźni ucieszyła się na myśl, że opuści Królewską Przystań. Nie lubił towarzystwa lizusów i głupców, którzy otaczali Cersei. Addam Marbrand mówił, że w Zapchlonym Tyłku zwano ich „najmniejszą radą". A Qyburn… mógł uratować Jaimemu życie, ale nie przestał z tego powodu być Krwawym Komediantem.

— Qyburn śmierdzi tajemnicami — ostrzegał Cersei, lecz ona go wyśmiała.

— Wszyscy mamy swoje tajemnice, bracie — odparła.

„…pierdoliła się z Lancelem, Osmundem Kettleblackiem, a całkiem możliwe, że również z Księżycowym Chłopcem…".

Pod stajniami Czerwonej Twierdzy czekało na niego czterdziestu rycerzy i drugie tyle giermków. Połowę stanowili ludzie z zachodu, zaprzysiężeni rodowi Lannisterów, a drugą połowę niedawni wrogowie zmienieni w niepewnych przyjaciół. Ser Dermot z Deszczowego Lasu miał nieść sztandar Tommena, Rudy Ronnet Connington białą chorągiew Gwardii Królewskiej, a Paege, Piper i Peckledon mieli podzielić się zaszczytem służenia lordowi dowódcy jako giermkowie.

 

„Zawsze miej przyjaciół za plecami, a wrogów tam, gdzie będziesz ich widział" — poradził mu kiedyś Sumner Crakehall. A może to był ojciec?

Miał dwa konie: rudogniadą klaczkę i pięknego, siwego ogiera. Minęło wiele lat, odkąd Jaime ostatnio nadał imię któremuś ze swoich wierzchowców. Zbyt często widział, jak giną w bitwach, a kiedy miały imiona, trudniej mu było to znieść, ale kiedy chłopak Piperów zaczął je nazywać Chwałą i Honorem, Jaime roześmiał się i zaakceptował imiona. Honor miał rząd barwy lannisterskiej czerwieni, a Chwała nosiła biel Gwardii Królewskiej. Josmyn Peckledon przytrzymał wodze klaczki i Jaime jej dosiadł. Giermek był chudy jak włócznia, miał długie ręce i nogi, przetłuszczone, myszowate włosy i policzki pokryte młodzieńczym puszkiem. Nosił karmazynowy lannisterski płaszcz, ale na jego opończy widniało dziesięć fioletowych barwen na żółtym polu — herb rodu chłopaka.

— Czy mam ci podać nową rękę, panie? — zapytał Josmyn.

— Pokaż ją im, Jaime — zachęcał go ser Kennos z Kayce. — Jeśli pomachasz nią do prostaczków, będą mieli o czym opowiadać dzieciom.

— Nie sądzę. — Jaime nie miał zamiaru pokazywać tłumom złotego kłamstwa. Niech zobaczą kikut. Niech zobaczą kalekę. — Jeśli tylko chcesz, możesz nadrobić mój niedostatek, ser Kennosie. Pomachaj do nich obiema rękami i stopami też, jeśli przyjdzie ci ochota. — Ujął wodze w lewą dłoń i zawrócił konia. — Payne! — zawołał, gdy ludzie się ustawiali. — Pojedziesz obok mnie.

Ser Ilyn Payne podjechał do Jaimego. Wyglądał jak żebrak na balu. Miał na sobie starą, zardzewiałą kolczugę nałożoną na poplamioną kurtę z utwardzanej skóry. Ani jeździec, ani koń nie nosili żadnych herbów. Tarcza ser Ilyna była tak poobtłukiwana, że trudno było określić, na jaki kolor ją ongiś pomalowano. Z ponurą twarzą i zapadniętymi oczyma ser Ilyn mógłby uchodzić za samą śmierć… tak jak działo się to od lat.

Ale z tym już koniec. Ser Ilyn był połową ceny, jakiej zażądał Jaime za to, że przełknął rozkaz małoletniego króla niczym grzeczny, mały lord dowódca. Drugą połową był ser Addam Marbrand.

— Potrzebuję ich — oznajmił siostrze i Cersei nie stawiała oporu. Zapewne cieszy się, że się ich pozbyła. Ser Addam był przyjacielem Jaimego z dzieciństwa, a niemy kat był człowiekiem jego ojca, o ile w ogóle można go było zwać czyimkolwiek człowiekiem. Gdy Payne był kapitanem straży namiestnika, ktoś usłyszał, jak przechwalał się, że to lord Tywin włada Siedmioma Królestwami i mówi królowi Aerysowi, co ma robić. Aerys Targaryen kazał mu za to wyciąć język.

— Otwórzcie bramę — rozkazał Jaime.

— Otwórzcie bramę! — powtórzył donośnym głosem Silny Dzik.

Gdy Mace Tyrell opuszczał miasto przez Błotnistą Bramę przy akompaniamencie bębnów i skrzypek, na ulice wyległy tysiące ludzi, żegnających go głośnym aplauzem. Mali chłopcy dołączyli do kolumny, maszerowali obok żołnierzy Tyrellów, unosząc dumnie głowy i poruszając zawzięcie nogami, a ich siostry przesyłały z okien całusy bohaterom.

Dzisiaj było inaczej. Kilka kurew wykrzyczało do nich po drodze zaproszenia, a sprzedawca pasztetów zachęcał ich do nabycia swych wyrobów. Na placu Szewskim dwóch obdartych wróbli głosiło kazanie kilkuset prostaczkom, obiecując zgubę bezbożnikom i czcicielom demonów. Tłum rozstąpił się, by przepuścić kolumnę. Wróble i szewcy spoglądali na jeźdźców pozbawionymi wyrazu oczami.

— Lubią zapach róż, ale nie darzą miłością lwów — zauważył Jaime. — Moja siostra postąpiłaby rozsądnie, gdyby zwróciła uwagę na ten fakt.

Ser Ilyn nie odpowiedział. To idealny towarzysz na długą podróż. Wymarzony kompan do rozmów.

Większa część oddziału czekała na Jaimego za miejskimi murami: ser Addam Marbrand ze swymi zwiadowcami, ser Steffon Swyft z taborami, Setka Świętych starego ser Bonifera Dobrego, konni łucznicy Sarsfielda, maester Gulian z czterema klatkami kruków oraz dwustuosobowy oddział ciężkiej jazdy pod dowództwem ser Flementa Braksa. Zważywszy na wszystko razem, nie był to wielki zastęp. Liczył sobie mniej niż tysiąc ludzi. Liczebność była jednak ostatnim, czego potrzebowali w Riverrun. Zamek oblegała już armia Lannisterów i jeszcze liczniejsze oddziały Freyów. Ostatni ptak, który do nich dotarł, przyniósł wiadomość, że oblegający mają kłopoty ze znalezieniem prowiantu. Brynden Tully ogołocił okolice zamku, nim skrył się za jego murami.

Nie wymagało to zbyt wiele wysiłku. Podczas swej wędrówki przez dorzecze Jaime zorientował się, że spalono tam prawie wszystkie pola, splądrowano prawie wszystkie miasta i zbezczeszczono prawie wszystkie dziewice. A teraz moja słodka siostra rozkazuje mi dokończyć dzieła, które rozpoczęli Amory Lorch oraz Gregor Clegane. Ta myśl pozostawiła w jego ustach gorzki posmak.

Blisko Królewskiej Przystani na królewskim trakcie było tak bezpiecznie, jak to tylko możliwe w tych czasach. Mimo to Jaime wysłał przodem Addama Marbranda z jego zwiadowcami.

— Robb Stark zaskoczył mnie w Szepczącym Lesie — powiedział mu. — To już się nie powtórzy.

— Masz na to moje słowo. — Gdy tylko Marbrand znowu dosiadł konia, poczuł wyraźną ulgę. Zamienił złoty, wełniany płaszcz Straży Miejskiej na strój w barwach swego rodu, koloru dymu. — Jeśli w promieniu trzydziestu mil pojawi się nieprzyjaciel, będziesz o tym wiedział.

Jaime wydał stanowcze rozkazy zakazujące wszystkim odłączania się od kolumny bez jego pozwolenia. Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, młode, znudzone paniątka zaczną się ścigać po polach, płosząc inwentarz i tratując zboże. W pobliżu miasta widziało się jeszcze krowy i owce, jabłka na drzewach i jagody na krzakach, jęczmień, owies i zimową pszenicę na polach oraz wozy na trakcie. Dalej od Królewskiej Przystani nie będzie to już wyglądało tak różowo.

Jadąc na przedzie kolumny w towarzystwie milczącego ser Ilyna, Jaime czuł się niemal zadowolony. Słońce grzało mu plecy, a wiatr pieścił jego włosy niczym palce kobiety. Gdy Mały Lew Piper podjechał galopem z hełmem pełnym jeżyn, Jaime zjadł trochę i powiedział chłopcu, żeby podzielił się resztą z innymi giermkami oraz z ser Ilynem Payne'em.

Payne nosił swe milczenie z równą swobodą jak zardzewiałą kolczugę i utwardzaną skórę. Jedynymi towarzyszącymi mu dźwiękami były stukot kopyt wałacha oraz brzęk miecza w pochwie. Choć jego naznaczona śladami po francy twarz miała ponury wyraz, a oczy były zimne jak lód na zamarzniętym jeziorze, Jaime wyczuwał, że ser Ilyn cieszy się, iż mu towarzyszy. Dałem mu wybór — powiedział sobie. Mógł mi odmówić i nadal pozostać królewskim katem.

Nominacja ser Ilyna na owo stanowisko była ślubnym podarunkiem Roberta Baratheona dla jego nowego teścia, synekurą, która miała wynagrodzić Payne'owi brak języka utraconego w służbie rodowi Lannisterów. Okazał się znakomitym fachowcem. Nigdy nie spartaczył egzekucji i tylko w nielicznych przypadkach potrzebował drugiego uderzenia. W dodatku jego milczenie miało w sobie coś przerażającego. Rzadko się zdarzało, by królewskim katem zostawał człowiek tak świetnie się nadający na to stanowisko.

Gdy Jaime postanowił zabrać ser Ilyna ze sobą, odszukał jego komnaty na końcu alei Zdrajcy. Najwyższe piętro przysadzistej, półokrągłej wieży podzielono na cele przeznaczone dla więźniów, którym należało zapewnić pewne wygody — pojmanych rycerzy i lordów oczekujących na okup albo wymianę. Wejście do właściwych lochów znajdowało się na poziomie ziemi, za drzwiami z kutego żelaza, a potem za drugimi, z szarego, spękanego drewna. Na pośrednich piętrach ulokowano pokoje przeznaczone dla głównego klucznika, lorda spowiednika oraz królewskiego kata. Ten ostatni poza wykonywaniem egzekucji zwyczajowo sprawował nadzór nad lochami i opiekującymi się nimi ludźmi.

A do tego drugiego zadania ser Ilyn Payne nadawał się wyjątkowo kiepsko. Ponieważ nie umiał czytać, pisać ani mówić, zostawiał je swym podwładnym, którzy nie byli zbyt liczni. Królestwo nie miało lorda spowiednika od czasów drugiego Dareona, a ostatnim głównym klucznikiem był kupiec bławatny, który kupił ten urząd od Littlefingera podczas panowania Roberta. Z pewnością przez kilka lat przynosił mu on niezłe dochody, ale potem kupiec popełnił fatalny błąd, knując razem z innymi bogatymi głupcami spisek mający na celu przekazanie Żelaznego Tronu Stannisowi. Nadali sobie nazwę „Rogatych", więc Joff przybił im do głów jelenie poroża, a potem wystrzelił ich z trebuszy poza miejskie mury. Dlatego to Rennifer Longwaters, garbaty podklucznik zanudzający Jaimego wywodami o „kropli smoczej krwi", która rzekomo płynęła w jego żyłach, otworzył przed nim drzwi lochów i poprowadził go krętymi, biegnącymi wewnątrz murów schodami w miejsce, gdzie od piętnastu lat mieszkał Ilyn Payne.

Śmierdziało tu zepsutą żywnością, a w sitowiu roiło się od robactwa. Wchodząc do środka, Jaime omal nie nadepnął na szczura. Wielki miecz Payne'a spoczywał na ustawionym na kozłach stole, obok osełki i brudnej od oliwy szmaty. Klinga była nieskazitelna, błyszczała niebiesko w bladym świetle… ale na podłodze walały się brudne ubrania, a także czerwone od rdzy fragmenty kolczugi i zbroi płytowej. Jaime nie był w stanie policzyć potłuczonych dzbanów po winie. Tego człowieka nie obchodzi nic poza zabijaniem — pomyślał, gdy ser Ilyn wyszedł z cuchnącej przepełnionym nocnikiem sypialni.

— Jego Miłość rozkazał mi odzyskać dorzecze — poinformował go Jaime. — Chciałbym, żebyś mi towarzyszył… jeśli potrafisz się wyrzec tego wszystkiego.

Odpowiedziała mu cisza i długie nieruchome spojrzenie. Gdy Jaime miał już odwrócić się i odejść, Payne skinął głową. A teraz jedzie ze mną. Jaime zerknął na towarzysza. Być może jest jeszcze nadzieja dla nas obu.

Nocą rozbili obóz pod wzniesionym na szczycie wzgórza zamkiem Hayfordów. Gdy słońce zachodziło, u podstawy pagórka, po obu brzegach płynącego tam strumienia, wyrosło około stu namiotów. Jaime osobiście wyznaczył wartowników. Tak blisko miasta nie spodziewał się kłopotów… ale jego wuj Stafford też kiedyś uważał, że jest bezpieczny pod Oxcross. Lepiej było nie ryzykować.

Gdy z zamku przysłano zaproszenie na wieczerzę od kasztelana lady Hayford, Jaime zabrał ze sobą ser Ilyna, ser Addama Marbranda, ser Bonifera Hasty'ego, Rudego Ronneta Conningtona, Silnego Dzika oraz kilkunastu innych rycerzy i lordów.

— Pewnie powinienem przytroczyć sobie tę rękę — powiedział Peckowi, zanim ruszył na górę.

Chłopak bezzwłocznie mu ją przyniósł. Wykuta ze złota ręka wyglądała jak prawdziwa. Miała paznokcie z macicy perłowej, a palce były na wpół zamknięte, jakby chciały pochwycić nóżkę pucharu. Nie mogę walczyć, ale z piciem jakoś sobie radzę — pomyślał Jaime, gdy chłopak zawiązywał rzemienie na jego kikucie.

— Od dzisiaj ludzie będą cię zwać Złotą Ręką, panie — zapewnił zbrojmistrz, zakładając mu ją po raz pierwszy. Nie miał racji. Pozostanę Królobójcą aż do śmierci.

Podczas kolacji wielu gości głośno wyrażało podziw dla złotej ręki, przynajmniej do momentu, gdy Jaime przewrócił puchar z winem. Wtedy stracił cierpliwość.

— Jeśli tak bardzo podziwiasz to cholerstwo, każ sobie odrąbać prawą rękę, a dam ci je w prezencie — oznajmił Flementowi Braksowi. Potem nie było już więcej rozmów o ręce i Jaime mógł w spokoju napić się wina.

Pani zamku należała przez małżeństwo do rodu Lannisterów. Była tłustym berbeciem, wydanym w pierwszym roku życia za kuzyna Jaimego, Tyreka. Lady Ermesande zaprezentowano gościom, spowitą w małą sukienkę ze złotogłowiu, na której maleńkimi, nefrytowymi paciorkami wyszyto zieloną kratę i falę rodu Hayfordów. Po chwili jednak dziewczynka zaczęła wrzeszczeć i mamka bezzwłocznie zabrała ją do łóżka.

— Czy nie ma żadnych wieści o naszym lordzie Tyreku? — zapytał kasztelan, gdy podano pstrągi.

— Żadnych.

Tyrek Lannister zaginął podczas zamieszek w Królewskiej Przystani, gdy Jaime był jeszcze jeńcem w Riverrun. Chłopak miał już czternaście lat, o ile jeszcze żył.

— To ja dowodziłem poszukiwaniami, na rozkaz lorda Tywina — wyznał Addam Marbrand, obierając rybę. — Jednakże nie znalazłem więcej niż Bywater przede mną. Ostatni raz widziano chłopaka, gdy tłum przerwał linię złotych płaszczy. Siedział na koniu, ale najpewniej ściągnęli go z siodła i zabili. Gdzie jednak podziało się ciało? Inne trupy tłuszcza zostawiła na ziemi.

— Więcej byłby wart żywy — zasugerował Silny Dzik. — Za każdego Lannistera można otrzymać godziwy okup.

 

— Z pewnością — zgodził się Marbrand. — Ale nikt nigdy nie zażądał okupu. Chłopak po prostu zniknął.

— Tyrek nie żyje. — Jaime wypił już trzy kielichy wina i jego złota ręka z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Hak służyłby mi równie dobrze. — Jeśli uświadomili sobie, kogo zabili, z pewnością wrzucili go po prostu do rzeki ze strachu przed gniewem mojego ojca. Lord Tywin zawsze płacił swe długi.

— Zawsze — zgodził się Silny Dzik i to był koniec dyskusji.

Potem jednak, gdy Jaime został sam w komnacie w wieży, którą przydzielono mu na noc, zaczął się zastanawiać. Tyrek służył królowi Robertowi jako giermek, razem z Lancelem. Wiedza mogła być równie cenna jak złoto, bardziej śmiercionośna niż sztylet. Pomyślał wówczas o Varysie, uśmiechniętym i pachnącym lawendą. Eunuch miał w całym mieście agentów i informatorów. Mógłby z łatwością porwać Tyreka podczas zamieszania… pod warunkiem, że wiedziałby z góry, iż dojdzie do rozruchów. A Varys wie dział wszystko, a przynajmniej starał się nas o tym przekonać. Mimo to nie ostrzegł Cersei przed zamieszkami. Nie odprowadził też Myrcelli do portu.

Otworzył okiennicę. Noc była zimna, na niebie lśnił sierp księżyca. Złota ręka błyszczała słabo w jego świetle. Nieszczególnie się nadaje do duszenia eunuchów, ale można by nią rozbić tę fałszywie uśmiechniętą gębę na krwawą miazgę. Miał ochotę kogoś uderzyć.

Poszedł do ser Ilyna i zastał go przy ostrzeniu katowskiego miecza.

— Już czas — powiedział mu. Kat wstał i podążył za nim. Jego stare skórzane buciory skrzypiały, gdy schodzili po stromych schodach. Drzwi zbrojowni wychodziły na mały dziedziniec. Jaime znalazł tam dwie tarcze, dwa półhełmy oraz parę stępionych, turniejowych mieczy. Jeden z nich dał Payne'owi, a drugi wziął w lewą rękę. Prawą wsunął w pętle tarczy. Palce złotej ręki były zakrzywione i mogły służyć jako hak, ale nie był w stanie ich zacisnąć, więc trzymał tarczę bardzo niepewnie.

— Byłeś kiedyś rycerzem, ser — powiedział. — Ja również. Przekonajmy się, kim jesteśmy teraz.

Ser Ilyn uniósł w odpowiedzi miecz i Jaime natychmiast ruszył do ataku. Payne prawie już zapomniał, jak się walczy, i nie był też tak silny jak Brienne, lecz mimo to zatrzymywał każdy cios Jaimego mieczem albo tarczą. Tańczyli wokół siebie w świetle sierpa księżyca, a ich stępione miecze śpiewały pieśń stali. Niemy rycerz przez pewien czas pozwolił Jaimemu prowadzić taniec, ale w końcu zaczął odpowiadać ciosem na cios. Kiedy już przeszedł do ataku, trafił przeciwnika w udo, bark i w przedramię. Trzykrotnie też hełm Jaimego zabrzęczał pod jego ciosami. Kolejnym uderzeniem ser Ilyn wyrwał mu tarczę, omal nie przerywając rzemieni przytwierdzających złotą rękę do kikuta. Kiedy opuścili miecze, Jaime był posiniaczony i poobijany, ale wino w jego żyłach się wypaliło i miał jasno w głowie.

— Jeszcze zatańczymy — obiecał ser Ilynowi. — Jutro i pojutrze. Będziemy tańczyć codziennie, aż wreszcie będę walczył lewą ręką równie dobrze jak ongiś prawą.

Ser Ilyn otworzył usta i wydał z siebie klekoczący dźwięk. On się śmieje — uświadomił sobie Jaime, czując nagły ucisk w brzuchu.

Rankiem nikt nie ośmielił się wspominać o jego siniakach. Najwyraźniej żaden z jego ludzi nie słyszał nocą szczęku mieczy. Gdy jednak wrócili do obozu, Mały Lew Piper zadał pytanie, którego nie odważyli się postawić rycerze i lordowscy synowie. Jaime uśmiechnął się do niego.

— W zamku Hayfordów mają gorące dziewki. To miłosne ukąszenia, chłopcze.

Po kolejnym pogodnym i wietrznym dniu nastał pochmurny, a potem trzy deszczowe. Wiatr i deszcz nie przeszkadzały im jednak. Kolumna miarowo posuwała się na północ królewskim traktem i każdej nocy Jaime znajdował jakieś odosobnione miejsce, by zarobić jeszcze kilka miłosnych ukąszeń. Walczyli w stajni, gdzie przyglądał się im jednooki muł, w piwnicy gospody, pośród beczek wina i ale, w wypalonej skorupie wielkiej, kamiennej stodoły, na lesistej wysepce pośrodku płytkiego strumienia i wreszcie na otwartym polu, gdzie ich hełmy i tarcze rosił lekki deszczyk.

Jaime starał się jakoś usprawiedliwić swoje nocne wypady, ale nie był na tyle głupi, by sądzić, że ludzie mu wierzą. Addam Marbrand z pewnością wiedział, co się dzieje, a niektórzy pozostali kapitanowie musieli podejrzewać prawdę. Nikt jednak nie wspominał przy nim o tym… a ponieważ jedyny świadek nie miał języka, nie było obaw, że ludzie się dowiedzą, jak nieudolnym szermierzem stał się obecnie Królobójca.

Wkrótce ze wszystkich stron otoczyły ich ślady wojny. Pola, na których powinna dojrzewać jesienna pszenica, zarosły chwasty, cierniste krzewy, a nawet małe drzewka, sięgające na wysokość końskiego łba. Na królewskim trakcie nie spotykali wędrowców, a od zmierzchu do świtu znużonym światem władały wilki. Większość z nich trzymała się z dala, ale gdy jeden ze zwiadowców Marbranda zsiadł z konia i poszedł się odlać, wilki dopadły i zabiły jego wierzchowca.

— Żadne zwierzę nie mogłoby być tak zuchwałe — stwierdził ser Bonifer Dobry o poważnej, smutnej twarzy. — To są demony w skórach wilków, zesłane tu jako kara za nasze grzechy.

— To musiał być wyjątkowo grzeszny koń — zauważył Jaime, zatrzymując się nad szczątkami biednego zwierzęcia. Rozkazał je poćwiartować i zasolić mięso. Będą jeszcze mogli go potrzebować.

W miejscu zwanym Rogiem Maciory znaleźli starego, twardego rycerza, który nazywał się ser Roger Hogg. Bronił uparcie swej wieży przy pomocy sześciu zbrojnych, czterech kuszników i około dwudziestu chłopów. Ser Roger był gruby i porośnięty szczeciną, tak jak sugerowało jego nazwisko*. Ser Kennos stwierdził, że może on być nieznanym Crakehallem, jako że ten ród miał w herbie moręgowatego dzika. Ser Lyle potraktował tę sugestię poważnie i przez całą godzinę wypytywał ser Rogera o jego przodków.

Jaimego bardziej interesowało, co Hogg ma do powiedzenia o wilkach.

— Mieliśmy trochę kłopotów z bandą wilków od białej gwiazdy — odpowiedział stary rycerz. — Węszyli tu za tobą, panie, ale ich przegnaliśmy, a trzech pochowaliśmy na polu rzepy. Przedtem było tu stado cholernych lwów, za wybaczeniem. Ten, który nimi dowodził, miał na tarczy mantykorę.

— Ser Amory Lorch — stwierdził Jaime. — Mój ojciec rozkazał mu pustoszyć dorzecze.

— Ten zamek nie leży w dorzeczu — oznajmił stanowczo ser Roger Hogg. — Jestem winien wierność rodowi Hayfordów, a lady Ermesande ugina swe kolanko w Królewskiej Przystani, a przynajmniej zrobi to, gdy już będzie chodzić. Powiedziałem mu to, ale ten Lorch nie chciał słuchać. Zarżnął połowę moich owiec i trzy dobre mleczne kozy, a potem próbował spalić mnie w wieży. Ale moje mury są z kamienia i mają osiem stóp grubości, więc gdy ogień się wypalił, Lorch znudził się i odjechał. Potem przyszły czworonożne wilki i zeżarły owce, które zostawiły mi mantykory. Mam za to kilka ładnych skórek, ale futrem człowiek się nie naje. Co mamy robić, panie?

— Siać — odpowiedział Jaime — i modlić się o jeszcze jedne żniwa.

Ta odpowiedź nie dawała zbyt wiele nadziei, ale nie miał im do zaoferowania nic więcej.

Następnego dnia przekroczyli strumień stanowiący granicę między ziemiami składającymi hołd Królewskiej Przystani a tymi, które były lennem Riverrun. Maester Gulian popatrzył na mapę i oznajmił, że ciągnące się dalej lasy należą do braci Wode, dwóch rycerzy na włościach zaprzysiężonych Harrenhal… jednakże ich dwory były zbudowane z ziemi i drewna. Zostały po nich tylko poczerniałe belki. Nie spotkali żadnych Wode'ów ani ich prostaczków, choć w piwnicy pod twierdzą drugiego z braci ukrywała się garstka banitów. Jeden z nich miał na sobie strzępy karmazynowego płaszcza, ale Jaime powiesił go razem z pozostałymi. Poczuł się dzięki temu dobrze. To była sprawiedliwość. Postaraj się, żeby to weszło ci w nawyk, Lannister. Może ludzie jednak nazwą cię Złotą Ręką. Złotą Ręką Sprawiedliwym.