Gra o tronTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gra o tron
Gra o tron
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 118,90  95,12 
Gra o tron
Audio
Gra o tron
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



George R.R. Martin

Gra o tron


Tytuł oryginału

A Game of Thrones ISBN 978-83-65676-48-1 Copyright © 1996 by George R.R. Martin Foreword copyright © 2016 by John Hodgman Illustrations, unless otherwise noted, copyright © 2016 by George R. R. Martin Maps copyright © 2011 by Jeffrey L. Ward All rights reserved Copyright © 1998, 2016 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Wydanie przejrzał i poprawił Michał Jakuszewski Niektóre z ilustracji ukazały się wcześniej w następujących publikacjach: The World of Ice and Fire (New York: Bantam Books, 2015); the 2009, 2011, 2012, and 2014 A Song of Ice and Fire calendars (New York: Bantam Books, 2009, 2011, 2012, 2014); oraz na kartach do gier karcianych RPG opartych na Grze o tron Illustrations by Michael Komarck on pgs. 142 and 736 copyright © Fantasy Flight Games Illustrations by Michael Komarck on pgs. 260 and 932 copyright © Dynamite Entertainment Illustration by Michael S. Miller on pg. 180 copyright © Dynamite Entertainment Heraldic crests by Jennifer Sol Cai (Velvet Engine) copyright © George R. R. Martin Szczegółowy spis autorów ilustracji został zamieszczony na końcu książki Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Przedmowa

Mapy

PROLOG

BRAN

CATELYN

DAENERYS

EDDARD

JON

CATELYN

ARYA

BRAN

TYRION

JON

DAENERYS

EDDARD

TYRION

CATELYN

SANSA

EDDARD

BRAN

CATELYN

JON

EDDARD

TYRION

ARYA

DAENERYS

BRAN

EDDARD

JON

EDDARD

CATELYN

SANSA

EDDARD

TYRION

ARYA

EDDARD

CATELYN

EDDARD

DAENERYS

BRAN

TYRION

EDDARD

CATELYN

JON

TYRION

EDDARD

SANSA

EDDARD

DAENERYS

EDDARD

JON

EDDARD

ARYA

SANSA

JON

BRAN

DAENERYS

CATELYN

TYRION

SANSA

EDDARD

CATELYN

JON

DAENERYS

TYRION

CATELYN

DAENERYS

ARYA

BRAN

SANSA

DAENERYS

TYRION

JON

CATELYN

DAENERYS

Dodatek

Podziękowania

Podziękowania do wydania ilustrowanego

Spis ilustracji

Dla Melindy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

John Hodgman

George R.R. Martin nie lubi się śpieszyć. Dlatego żart, którym rozpoczynam tę przedmowę, zacząłem pisać dwadzieścia lat temu, kiedy ukazało się pierwsze wydanie Gry o tron, ale zakończyłem pracę nad nim dopiero teraz.

 

Prawdę mówiąc, nie przeczytałem tej książki w 1996 roku (a przedmowę odesłałem do wydawcy tylko z tygodniowym opóźnieniem).

Nie przeczytałem wtedy Gry o tron, ponieważ byłem głupim snobem. W tych starożytnych czasach, gdy miałem dwadzieścia parę lat i uważałem się za dorosłego mężczyznę, nie czytałem już zbyt wiele fantasy. Byłem przekonany, że to czysty eskapizm, ucieczka do bezsensownych magicznych królestw, w których zło ponosi klęskę, a bohaterstwo nie tylko spotyka się z nagrodą, lecz jest naprawdę możliwe.

A gdy wreszcie przeczytałem tę książkę — w roku 2010, podobnie jak zapewne niektórzy z was zainspirowany zapowiedzią powstania serialu telewizyjnego — nadal byłem trochę głupawy i skłonny do snobizmu.

Czy naprawdę chcę to zrobić? — pytałem sam siebie, czytając pierwsze strony. Przeczytać książkę o smokach?

Rzecz jasna, dość szybko uświadomiłem sobie, że książka, którą czytam, wcale nie opowiada o smokach, lecz o znacznie straszliwszych potworach: o ludziach. A choć w jego świecie nie ma zbyt wiele magii, George R.R. Martin ma w zanadrzu trochę niewiarygodnych sztuczek.

W tej chwili nie będzie to już spoilerem, jeśli powiem, że GRRM to nadzwyczajny pisarz. Naprawdę zachwycający i to nie tylko ze względu na swe sławne zaskakujące zwroty akcji, lecz również z powodu niezwykłej zdolności wczuwania się w emocje ludzi — mężczyzn i kobiet, arystokratów i nisko urodzonych, rodziców, dzieci i wilkorów (które, formalnie rzecz biorąc, nie są ludźmi, ale czytajcie dalej). Każdy punkt widzenia jest w pełni żywy, niepodobny do innych i opiera się na głębokich warstwach wspomnień, uprzedzeń i pragnień. Nawet jeśli nienawidzimy którejś postaci, rozumiemy ją, a niekiedy również trzymamy za nią kciuki.

Trudno jest sobie wyobrazić, że wszystko to zrodziło się w umyśle jednego faceta mieszkającego w Santa Fe. Równie niełatwo jest ogarnąć bogactwo i realizm wymyślonego świata, który stworzył — wszystkie jego kultury, religie oraz drzewa genealogiczne, rozgałęziające się i splatające ze sobą, głębię nie tylko samej jego historii, lecz również rozmaitych sposobów, na jakie ludzie ją pamiętają i świadomie zakłamują; ogrom pracy włożonej przez autora w zapoznanie się z architekturą średniowiecznych zamków, terminologią dotyczącą elementów zbroi, metodami wyszywania, a także potrawami. Całe mnóstwo szczegółowo opisanych, cudownie wymyślnych dań — o ile dobrze sobie przypominam, najczęściej wspomina się o rozmaitych rzeczach, którymi faszeruje się łabędzie. Bogactwo tła wyczarowanego dla tej książki — która sama w sobie jest dość obszerna — skłania mnie ku podejrzeniu, że jest ona dziełem setki pisarzy występujących pod pseudonimem „George R.R. Martin”. Albo dziełem kompulsywnego umysłu szaleńca. Spotkałem jednak George’a R.R. Martina. On istnieje naprawdę, jest wesołym, dalekim od szaleństwa człowiekiem i nie dręczą go żadne obsesje, poza być może dotyczącymi wyników osiąganych przez New York Jets.

Tym, co naprawdę przyciągnęło mnie do tej książki i co uważam za jej największą zaletę, jest jednak jej bezlitosny charakter. Sam George bynajmniej nie jest bezlitosny. Jest skłonnym do śmiechu człowiekiem, chętnie poświęcającym czas innym i służącym im radą na temat tego, gdzie znaleźć najlepsze burritos w Nowym Meksyku. Nie chodzi nawet o okrucieństwo największej niespodzianki w tej książce, o której zapewne dowiedzieliście się już z telewizji, ani o sadyzm, jakim cechują się niektóre postacie. Rzecz w tym, że autorowi udało się oddać prawdziwą brutalność średniowiecznego świata.

To nie jest festyn renesansowy i z pewnością nie eskapizm. To brutalny, pozbawiony magii świat. Życie jest tu krótkie, na każdym kroku ludziom zagraża przemoc, choroby, wypadki oraz obojętna natura. Choć bardzo lubię serial i rozumiem, dlaczego w roli Jona Snow obsadzono młodego, przystojnego mężczyznę, a nie, powiedzmy, chudego, dziwacznego piętnastolatka, ponowna lektura książki przyprawiła mnie o ostry szok, gdy sobie przypomniałem, że dzieci Starków naprawdę są dziećmi, a Ned Stark w chwili rozpoczęcia książki liczy sobie trzydzieści pięć lat i ma szczęście, że pożył tak długo. A mówimy tu o szlachcie. Jeśli chodzi o biednych, słabych i nisko urodzonych, często przypomina nam się, że prawo nic w praktyce nie znaczy. Jako astmatyk, którego oboje rodzice pochodzą z klasy pracującej, nie poradziłbym sobie w Westeros zbyt dobrze. Zapewne byłbym tym chłopakiem od rzeźnika, któremu Ogar wypruł od niechcenia flaki, a potem wszyscy o nim zapomnieli. (No dobra, to spoiler, ale niezbyt duży, a poza tym zapewne i tak byście się tego domyślili). W przeciwieństwie do większości powieści fantas, nikt raczej nie mógłby marzyć o życiu w świecie przedstawionym w tej książce. Chyba żeby ktoś był Lannisterem i mógł się cieszyć wszelkimi przywilejami.

Książka nie jest też zbyt wyrozumiała dla gatunku fantasy. W końcu to eskapistyczne uzależnienie Sansy od dawnych opowieści oraz romantycznej papki o Florianie i Jonquil skłania ją do katastrofalnej zdrady otaczających ją rzeczywistych ludzi. (Spoiler? Nazwijmy to zapowiedzią). Całą opowieść przepełnia też szczególnie częsty u ludzi rodzaj fantazji, nostalgia. Wspiera się ona na dwóch błędnych wyobrażeniach — że przeszłość była lepsza od teraźniejszości i że naprawdę możemy do niej powrócić. Raz po raz przypomina się nam, że to, co uważaliśmy za prawdę o dobrych dawnych dniach, jest w ponad połowie kłamstwem, a walka o przywrócenie dawnych porządków w Siedmiu Królestwach (ale z której ery? Który szalony król albo zdobywca był najlepszy?) jest bezsensowną, krwawą grą, a gdy ludzie się jej oddają, prawdziwa przeszłość — groza i ciemność czające się na północy — powraca, by pochłonąć wszystkich. W tej książce jest wielu takich, którzy pragną uczynić Westeros znowu wielkim — w taki czy inny sposób. Niektórych lubimy. Innych nienawidzimy. Jednakże — podobnie jak w świecie rzeczywistym — większość z nich powoduje jedynie bezcelowe cierpienia i zniszczenie, a na koniec wszyscy przegrywają.

Być może brzmi to przygnębiająco i cynicznie, ale w tym właśnie kryje się wspaniałość tej powieści. Triumfy, jeśli się zdarzają, nie są tanie. Przypomina nam to o naszych zwycięstwach, pomaga odnaleźć sens w porażkach i ostrzega przed próżnością. Starkowie — szlachetni, ale omylni, a do tego, powiedzmy, niefartowni — są bohaterami powieści dlatego, że wiedzą, iż czas płynie tylko w jedną stronę, a przyszłość jest ważniejsza od przeszłości. Nadchodzi zima.

Co więcej, książkę czyta się niewiarygodnie przyjemnie. Cieszę się, że miałem pretekst, by do niej wrócić, i zazdroszczę wam doświadczenia, jakim będzie pierwsze spotkanie z nią. Muszę was jednak przed czymś ostrzec: natychmiast zapragniecie więcej. I wiecie co? Czekają na was tysiące kolejnych stron. A gdy już dojdziecie do końca, zaczniecie, jak wszyscy, zawracać autorowi głowę, domagając się ukończenia cyklu. Jeśli poczujecie podobny impuls, wiedzcie, że to błąd. Czy książka kończy się bez rozwiązania części wątków? Czy niektóre postacie znajdują się w lepszej sytuacji niż na początku, ale inne w gorszej? Czy opowieść nie jest skończona? Wszystko to jest prawdą, ale to samo dotyczy każdego dnia waszego życia? Cieszcie się tą książką i następnymi. Każda z nich jest na swój sposób kompletna. Uwaga, spoiler: historie, które dla wszystkich kończą się szczęśliwie, nie zdarzają się w prawdziwym życiu. To tylko fantasy.



PROLOG


— Powinniśmy wracać — nalegał Gared, kiedy las zaczął pogrążać się w mroku. — Dzicy nie żyją.

— Czyżbyś bał się zmarłych? — spytał ser Waymar Royce z cieniem uśmiechu na ustach.

Gared nie dał się sprowokować. Był mężczyzną w sile wieku, skończył pięćdziesiąt lat i widział już niejedno paniątko; większość z nich przychodziła i odchodziła.

— Zmarli to zmarli — oświadczył. — Nic nam do nich.

— Czy oni rzeczywiście nie żyją? — dopytywał się Royce. — Jakie mamy dowody?

— Will ich widział — powiedział Gared. — Jeśli on twierdzi, że oni nie żyją, to ja mu wierzę.

Will domyślał się już wcześniej, że prędzej czy później wciągną go do swojej kłótni. Pragnął jednak, by nastąpiło to później.

— Moja matka opowiadała mi, że zmarli nie mają głosu — wtrącił.

— Moja niańka mówiła to samo, Will — odpowiedział Royce. — Nie wierz w nic, co ci opowiadają przy piersi. Istnieją rzeczy, których można się nauczyć nawet od zmarłych. — Jego głos odbił się echem w pogrążającym się w mroku lesie.

— Przed nami długa droga — zauważył Gared. — Osiem dni, może dziewięć, a już zapada noc.

Ser Waymar zerknął na niego obojętnie.

— Codziennie zapada mniej więcej o tej samej porze. Gared, czyżbyś bał się ciemności?

Will widział ściągnięte usta Gareda i błyski gniewu w jego oczach schowanych pod czarnym kapturem grubego płaszcza. Od czterdziestu lat Gared służył w Nocnej Straży i nie przywykł, by traktowano go lekceważąco. Ale nie tylko o to chodziło. Will wyczuwał jeszcze coś pod zranioną dumą starca. Można było to wyczuć niemal namacalnie; nerwowe napięcie graniczące ze strachem.

Will podzielał ten niepokój. Od czterech lat służył na Murze. Kiedy po raz pierwszy wysłano go na zewnątrz, w jednej chwili przypomniał sobie wszystkie dawne opowieści, że aż go zemdliło. Później wydawało mu się to śmieszne. Teraz miał już za sobą ze sto wypraw i niestraszne mu było ciemne odludzie. W ten sposób południowcy nazywali nawiedzany las.

Tak było aż do dzisiaj, ponieważ tego wieczoru było inaczej. Opadająca na las ciemność sprawiała, że czuł dreszcz na całym ciele. Przez dziewięć dni jechali na północ, potem na północny zachód i znowu na północ. Oddalali się coraz bardziej od Muru w pogoni za bandą dzikich grabieżców. Każdy kolejny dzień stawał się bardziej nieznośny od poprzedniego. Dzisiejszy okazał się najgorszy ze wszystkich. Liście szeleściły niczym żywe stworzenia, poruszane wiejącym z północy zimnym wiatrem. Przez cały dzień Will miał wrażenie, że coś ich obserwuje, coś zimnego i nieustępliwego, co z pewnością nie darzyło go sympatią. Gared podzielał jego odczucia. Will pragnął, by jak najszybciej popędzili i schronili się za bezpiecznym Murem, lecz nie mógł tego powiedzieć swojemu dowódcy.

A już na pewno nie takiemu dowódcy.

Ser Waymar Royce był najmłodszym synem starego rodu posiadającego zbyt wielu przodków. Był przystojnym, osiemnastoletnim mężczyzną o szarych oczach i niezwykle szczupłej sylwetce. Rycerz patrzył z góry ze swojego czarnego rumaka na Willa i Gareda, którzy jechali na drobniejszych koniach. Ubrany był w czarne skórzane buty, czarne wełniane spodnie, czarne rękawice z kreciej skóry i wspaniałe okrycie, które stanowiła czarna lśniąca kolczuga nałożona na warstwy czarnej wełny i garbowanej skóry. Ser Waymar służył w Nocnej Straży od niespełna pół roku, lecz nie można było powiedzieć, że nie przygotował się do swojego zajęcia. Przynajmniej jeśli chodzi o stroje.

Szczególnego blasku dodawało mu jego futro z soboli: czarne jak noc, grube i miękkie niczym grzech. „Założę się, że sam je wszystkie pozabijał — mówił wcześniej Gared do swoich towarzyszy przy winie. — Pewnie poukręcał im łby nasz dzielny wojownik”. Roześmiali się razem z nim.

Trudno jest przyjmować rozkazy od człowieka, z którego śmiejesz się za jego plecami — pomyślał Will, dygocąc na grzbiecie swojego konia. Gared pewnie czuł to samo.

— Mormont powiedział, że mamy ich wytropić, i tak zrobiliśmy — odezwał się głośno Gared. — Nie żyją. Nie będą nas więcej niepokoić. Przed nami ciężka droga. Nie podoba mi się ta pogoda. Jeśli spadnie śnieg, powrotna podróż może potrwać nawet i dwa tygodnie, a śnieg to najmniejsze zło, jakiego należy oczekiwać. Mój panie, czy widziałeś kiedyś lodową burzę?

Młody rycerz wydawał się nie zwracać na niego uwagi. Wpatrywał się w zmrok z miną na wpół znudzoną, na wpół roztargnioną, dobrze znaną jego podwładnym. Will jeździł z nim wystarczająco długo, by nauczyć się, że w takiej chwili lepiej mu nie przerywać.

 

— Will, opowiedz mi jeszcze raz, co widziałeś. Dokładnie, niczego nie opuszczaj.

Przed wstąpieniem do Nocnej Straży Will był myśliwym. A dokładniej mówiąc, kłusownikiem. Wolni Mallistera przyłapali go na gorącym uczynku w lesie swojego pana, jak ściągał skórę z kozła, tak więc miał do wyboru: przywdziać czarny strój albo stracić rękę. Nikt nie potrafił poruszać się po lesie równie cicho jak Will, o czym szybko przekonali się jego czarni bracia.

— Obóz znajduje się dwie mile stąd, tuż za wzgórzem, nad strumieniem — powiedział Will. — Podkradłem się najbliżej, jak tylko mogłem. Jest ich ośmioro, mężczyźni i kobiety. Dzieci nie widziałem. Postawili szałas przy skale. Śnieg prawie całkiem go przykrył, ale ja zauważyłem. Nie palili ognia, lecz wyraźnie widziałem wykopany dół. Nikt się nie poruszył. Długo ich obserwowałem. Żywi nie wytrzymaliby tak długo, nie poruszając się.

— Widziałeś krew?

— Nie — przyznał Will.

— A jakąś broń?

— Miecze i łuki. Jeden z nich miał topór. Wyglądał na ciężki, z podwójnym ostrzem. Okrutna broń. Leżał na ziemi, tuż przy jego ręce.

— Zwróciłeś uwagę na ułożenie ciał?

Will wzruszył ramionami.

— Dwoje z nich siedzi pod skałą, a pozostali leżą na ziemi. Jak zabici.

— Albo pogrążeni we śnie — zauważył Royce.

— Zabici — upierał się Will. — Na drzewie, wśród gałęzi, dostrzegłem kobietę. Pewnie stała na straży. — Uśmiechnął się słabo. — Pilnowałem się, żeby mnie nie zobaczyła. Ona także się nie poruszała. — Nie potrafił opanować drżenia.

— Masz dreszcze? — spytał Royce.

— Trochę — mruknął Will. — To z zimna, panie.

Młody rycerz zwrócił się w stronę siwego zbrojnego. Ścięte mrozem liście zaszeptały dookoła, a rumak Royce’a skoczył niespokojnie.

— Gared, jak myślisz, co ich mogło zabić? — spytał obojętnym głosem ser Waymar. Otulił się szczelniej swoim długim czarnym futrem.

— Chłód — odpowiedział Gared zdecydowanym głosem. — Zeszłej i poprzedniej zimy, kiedy byłem jeszcze prawie chłopcem, widziałem, jak ludzie zamarzali z zimna. Ludzie opowiadają o zaspach głębokich na czterdzieści stóp i o wiejącym z północy lodowatym wietrze, lecz prawdziwym wrogiem jest chłód. Skrada się ciszej niż Will; najpierw trzęsiesz się, dzwonisz zębami i tupiesz, marząc o grzanym winie i miłym ognisku. Potem chłód przenika cię, wypełnia twoje ciało i nie masz już siły z nim walczyć. Łatwiej jest po prostu usiąść albo położyć się spać. Podobno na końcu nie czujesz bólu. Słabniesz i ogarnia cię senność; wszystko zamazuje się i czujesz, jakbyś tonął w morzu ciepłego mleka. Ogarnia cię błogi spokój.

— Cóż za wymowność — zauważył ser Waymar. — Nie podejrzewałem cię o coś takiego.

— Paniczyku, ja zaznałem podobnego chłodu. — Gared ściągnął z głowy kaptur, odkrywając okaleczone miejsca, w których kiedyś miał uszy. — Uszy, trzy palce u nóg i mały palec lewej dłoni. Miałem szczęście. Mój brat zamarzł na warcie z uśmiechem na ustach.

Ser Waymar wzruszył ramionami.

— Powinieneś się cieplej ubierać, Gared.

Gared rzucił młodemu rycerzowi gniewne spojrzenie, a blizny wokół otworów po uszach, które obciął mu maester Aemon, zaogniły się od gniewu.

— Zobaczymy, jak ciepło się ubierzesz, kiedy przyjdzie zima. — Nasunął na głowę kaptur i wtulił głowę między ramiona, pogrążając się w ponurym milczeniu.

— Skoro Gared twierdzi, że to zimno... — zaczął Will.

— Will, pełniłeś warty w zeszłym tygodniu?

— Tak, panie. — Przecież nie było tygodnia, żeby nie wychodził na kilkanaście cholernych wart. Do czego on zmierzał?

— Jaki był wtedy Mur?

— Wilgotny, kapało — odpowiedział Will, marszcząc czoło. Teraz zrozumiał, o co chodzi rycerzowi. — Nie mogli zamarznąć, skoro Mur płakał. Nie było jeszcze aż tak zimno.

Royce mu przytaknął.

— Bystry chłopak. W zeszłym tygodniu mieliśmy trochę przymrozków, trochę też popadał śnieg, ale z pewnością nie nadeszły jeszcze mrozy, które by zabiły ośmioro dorosłych ludzi. Ludzi ubranych w skóry i futra, mających schronienie i możliwość rozpalenia ogniska. — Rycerz uśmiechał się pewny siebie. — Will, zaprowadź nas tam. Chcę zobaczyć tych nieżywych na własne oczy.

Teraz już nie było rady. Został wydany rozkaz, a honor nakazywał go wypełnić.

Will jechał na przedzie; jego kudłaty, drobny wierzchowiec stąpał ostrożnie przez splątane zarośla. Poprzedniej nocy spadł niewielki śnieg i przykrył kamienie, korzenie i zagłębienia czyhające na nieostrożnych jeźdźców. Za nim podążał ser Waymar Royce na swoim ogromnym czarnym rumaku, który prychał niecierpliwie. Nie był to najlepszy koń na pościg, tylko kto powie o tym paniątku. Za nim jechał Gared. Stary żołnierz mruczał do siebie pod nosem w czasie jazdy.

Zapadał coraz większy zmrok. Bezchmurne niebo przybrało kolor ciemnej purpury, barwę starego siniaka, a potem sczerniało. Ukazały się pierwsze gwiazdy, półksiężyc. Źródła światła, które ucieszyły Willa.

— Możemy jechać szybciej — powiedział Royce, kiedy ujrzeli całą tarczę księżyca.

— Nie na tym koniu — odparł Will. Strach sprawiał, że stawał się zuchwały. — Może pojedziesz przodem, mój panie.

Ser Waymar Royce nie raczył odpowiedzieć.

Gdzieś w głębi lasu rozległo się wycie wilka.

Will zatrzymał konia pod wykrzywionym starym grabem i zsiadł z niego.

— Dlaczego się zatrzymujesz? — spytał ser Waymar.

— Lepiej będzie, jeśli dalej pójdziemy pieszo. To już za tamtym wzgórzem.

Royce siedział przez chwilę nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w dal. Zimny wiatr zaszeptał w koronach drzew. Jego obszerne czarne futro z soboli poruszyło się, jakby ożyło na moment.

— Coś mi się tutaj nie podoba — mruknął Gared.

Młody rycerz posłał mu szyderczy uśmiech.

— Niby co?

— Nie czujesz? — spytał Gared. — Posłuchaj ciemności.

Will domyślał się, o co chodzi Garedowi. W ciągu czterech lat służby w Nocnej Straży nie bał się tak bardzo ani razu. Co to było?

— Wiatr. Szeleszczące liście. Wilk. Gared, czego boisz się najbardziej? — Nie doczekawszy się odpowiedzi, Royce zsunął się zgrabnie z siodła. Przywiązał mocno wierzchowca do gałęzi zwieszającego się konaru z dala od pozostałych koni i wyciągnął z pochwy długi miecz. Na rękojeści zalśniły klejnoty, a promienie księżycowego blasku ześlizgnęły się po jego ostrzu. Wspaniały miecz, wykuty w zamkowej kuźni, nowy, sądząc z wyglądu. Will podejrzewał, że jeszcze nigdy nikt nie zamachnął się nim w porywie gniewu.

— Drzewa rosną tutaj bardzo gęsto — ostrzegł go Will. — Twój miecz, panie, może się zaplątać. Lepszy będzie nóż.

— Jeśli będę potrzebował rady, zwrócę się do ciebie — odpowiedział młody lord. — Gared, zostań tutaj i pilnuj koni.

Gared zsiadając z konia, rzekł:

— Zajmę się ogniskiem.

— Jaki z ciebie stary głupiec! Jeśli w lesie czają się wrogowie, to ogień jest ostatnią rzeczą, jakiej nam trzeba.

— Istnieją wrogowie, których można odpędzić ogniem — powiedział Gared. — Niedźwiedzie, wilki i... inne istoty.

— Żadnego ognia. — Ser Waymar zacisnął usta.

Kaptur skrywał twarz Gareda, lecz mimo to Will dostrzegł błysk w jego oczach, kiedy ten spojrzał na rycerza. Przez moment obawiał się, że starzec sięgnie po broń. Był to krótki, brzydki miecz z rękojeścią zniszczoną od potu i ostrzem wyszczerbionym od licznych walk, lecz Will nie miał wątpliwości, co by się stało z paniątkiem, gdyby Gared wyciągnął go z pochwy.

— Żadnego ognia — mruknął Gared, wbijając wzrok w ziemię.

Royce przyjął to za wystarczający dowód uległości i odwrócił się do Willa.

— Prowadź.

Ruszyli przez zarośla, a potem w górę zbocza, aż dotarli na jego grzbiet, skąd wcześniej Will obserwował obcych, ukryty pod drzewem strażniczym. Ziemia pod cienką warstwą śniegu była wilgotna i śliska, pełna zdradliwych korzeni i kamieni. Will wspinał się bezszelestnie. Za to z tyłu dochodziło ciche pobrzękiwanie kolczugi młodego lorda, szelest liści i ściszone przekleństwa, kiedy gałęzie czepiały się jego miecza i futrzanego okrycia.

Bez trudu odnalazł ogromne drzewo strażnicze, którego gałęzie zwieszały się prawie do samej ziemi. Will podczołgał się na brzuchu po śniegu i błocie i spojrzał na pustą polanę.

Serce w jego piersi zamarło. Przez moment nie miał odwagi oddychać. Blask księżyca ukazywał wyraźnie całą scenę: popiół w palenisku, przykryty śniegiem szałas, ogromny głaz i mały, na wpół zamarznięty strumień. Nic się nie zmieniło.

Zniknęły tylko ciała. Wszystkie.

— Bogowie! — Usłyszał za sobą. Miecz przeciął gałąź, kiedy ser Waymar Royce dotarł na grzbiet wzgórza. Stanął obok drzewa; z mieczem w dłoni oraz w spływającym z ramion i łopoczącym na wietrze futrze tworzył niezwykle malowniczą postać, doskonale widoczną na tle rozgwieżdżonego nieba.

— Na dół! — syknął Will. — Coś tu jest nie tak.

Royce nawet nie drgnął. Spojrzawszy na pustą polankę, roześmiał się.

— Will, zdaje się, że twoi zmarli zwinęli obóz.

Will chciał mu odpowiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. To niemożliwe. Przesuwał wzrokiem po opuszczonym obozowisku i zatrzymał go na toporze. Ogromny berdysz o podwójnym ostrzu leżał dokładnie w tym samym miejscu, w którym go widział wcześniej. Bardzo cenna broń...

— Wstawaj, Will — rozkazał ser Waymar. — Tam nikogo nie ma. Przestań się chować po krzakach. — Will wykonał niechętnie rozkaz. Ser Waymar obrzucił go spojrzeniem pełnym dezaprobaty. — Nie mam zamiaru wracać do Czarnego Zamku z mojej pierwszej wyprawy jako pokonany. Znajdziemy tych ludzi. — Rozejrzał się dookoła. — Na drzewo. Szybko. Szukaj ognia.

Will odwrócił się bez słowa. Nie było sensu się sprzeciwiać. Wiatr wiał coraz mocniej. Czuł jego przenikliwe zimno. Podszedł do ogromnego, szarozielonego drzewa i zaczął się na nie wspinać. Niebawem ręce miał lepkie od żywicy. Zniknął wśród igieł. Strach wypełniał mu żołądek, niczym niestrawiony posiłek. Szeptem odmówił modlitwę do bezimiennych bogów lasu i wysunął z pochwy swój sztylet. Wspinał się, trzymając go w zębach. Smak zimnego żelaza w ustach dodał mu trochę otuchy.

Nagle z dołu dobiegło wołanie młodego rycerza.

— Kto tam? — Jego głos zabrzmiał niepewnie. Will zamarł w bezruchu, nasłuchując i wytężając wzrok.

Las odpowiedział szelestem liści, szumem lodowatej wody strumienia, pohukiwaniem sowy.

Inni nie wydali najmniejszego dźwięku.

Kątem oka Will dostrzegł jakiś ruch. Blade postacie przemykające przez las. Odwrócił głowę i zdążył zauważyć w ciemności biały cień. Tylko przez krótką chwilę. Gałęzie drzew poruszyły się łagodnie, drapiąc się nawzajem drewnianymi palcami. Will otworzył usta, by ostrzec młodego rycerza, lecz słowa jakby zamarły w jego gardle. Może się mylił. Może to był tylko ptak, odbicie na śniegu, gra księżycowego światła? Nie był pewien, co widział.

— Will, gdzie jesteś? — zawołał ser Waymar. — Widzisz coś? — Obracał się powoli, zaniepokojony, z mieczem w dłoni. Pewnie już ich wyczuł, podobnie jak Will. Nikogo jednak nie było widać. — Odpowiedz mi! Dlaczego zrobiło się tak zimno!

Rzeczywiście ogarnął ich straszny chłód. Will przycisnął twarz do pnia, drżąc. Czuł na policzku lepką i słodką żywicę.

Z ciemności lasu wyłonił się cień. Stanął naprzeciwko Royce’a. Wysoki, chudy i twardy jak stare kości, o skórze białej jak mleko. Kiedy się poruszał, wydawało się, że jego zbroja zmienia kolor; w jednej chwili była biała jak śnieg, w następnej ciemna jak cień, upstrzona cętkami szarozielonej barwy drzew, które migotały nieustannie niczym światło księżyca na wodzie.

Will usłyszał, jak ser Waymar Royce wypuszcza z sykiem powietrze.

— Nie zbliżaj się — rzucił ostrzegawczo młody rycerz. Jego głos załamał się, jak głos chłopca. Odrzucił do tyłu poły czarnego futra, by uwolnić ramię, i ujął miecz w obie dłonie. Wiatr zamarł. Panowało przenikliwe zimno.

Inny bezszelestnie zrobił krok do przodu. Will dostrzegł w jego ręku miecz, jakiego jeszcze nigdy nie widział. Z pewnością nie został wykuty ze stali znanej człowiekowi. Niemal przezroczyste ostrze ożywało w blasku księżyca; oglądany z boku, krystaliczny miecz pozostawał prawie niewidoczny. Wokół jego krawędzi igrało niebieskawe migotanie, upiorny blask. Will wyczuwał, że miecz jest ostrzejszy od brzytwy.

Ser Waymar stanął dzielnie do walki.

— A zatem zatańcz ze mną. — Uniósł broń nad głowę. Jego dłonie drżały, może pod ciężarem oręża, a może z zimna. W tej chwili Will pomyślał, że młody rycerz nie jest już chłopcem, lecz mężczyzną, jednym z Nocnej Straży.

Inny zatrzymał się. Will zobaczył jego oczy: niebieskie, lecz niebieskie taką głębią, jakiej nie znajdzie się w oczach ludzkiej istoty. Ich błękit płonął niczym lód. Oczy Innego spoczęły na uniesionym w górę drżącym mieczu, obserwowały ślizgające się po nim zimne światło księżyca. W Willa wstąpiła otucha, lecz tylko na krótką chwilę.

Wynurzali się z ciemności bezszelestnie. Najpierw dwóch, potem trzech... czterech... pięciu... Być może ser Waymar poczuł towarzyszący im chłód, lecz nie widział ich, nie słyszał. Will powinien ostrzec dowódcę. To było jego obowiązkiem. I jego wyrokiem, gdyby go spełnił. Zadrżał i przywarł mocniej do drzewa.

Blady miecz przeciął powietrze.

Stalowe ostrze ser Waymara wyszło mu naprzeciw. Spotkały się, lecz nie rozległ się dźwięk uderzenia metalu o metal; jedynie ledwie słyszalny, wysoki odgłos podobny do przepełnionego bólem krzyku zwierzęcia. Royce odparował cios, potem następny i odskoczył w tył. Kolejne cięcia i znowu musiał się wycofać. Postacie z tyłu stały nieruchomo i przyglądały się, pozbawione twarzy, milczące, a ich migocące zbroje sprawiały, że pozostawały prawie niewidoczne. Czekały.