Folwark ZwierzęcyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Folwark Zwierzęcy
Folwark Zwierzęcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 30,49  24,39 
Folwark Zwierzęcy
Audio
Folwark Zwierzęcy
Audiobook
Czyta Andrzej Wasilewski
19,50  14,63 
Szczegóły
Folwark Zwierzęcy
Audiobook
Czyta Tadeusz Sznuk
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

Animal Farm

Ilustracja na okładce:

Artur Piątek

Redakcja:

Agata Wójcicka-Kołodziej

© Copyright for the translation, Siedmioróg

ISBN 978-83-66620-87-2

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2020

Wrocław 2021

SPIS TREŚCI

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

ROZDZIAŁ I

Pan Jones, właściciel Folwarku Dworskiego, pozamykał na noc drzwi kurników, był jednak zanadto pijany, by pamiętać o otworach dla kur. Trzymając w ręku kolebiącą się z boku na bok latarnię, przeszedł, zataczając się, przez podwórze i strząsnął buty przy tylnym wejściu. Następnie, utoczywszy z beczki w składziku ostatnią szklanicę piwa, skierował niepewne kroki do łoża, skąd dochodziło już chrapanie małżonki.

Jak tylko w sypialni zgasło światło, cały folwark ożył i w budynkach gospodarskich zewsząd rozległy się szmery i trzepotanie skrzydeł. Wieść rozeszła się w ciągu dnia, że stary Major, medalowy knur rasy angielska średnia biała, miał dziwny sen poprzedniej nocy i pragnie opowiedzieć go pozostałym zwierzętom. Uradzono, że gdy pan Jones uda się na spoczynek i zrobi się bezpiecznie, wszyscy spotkają się w wielkiej stodole. Stary Major (tak zawsze o nim mówiono, choć na wystawie prezentowany był jako Królewicz z Willingdon) cieszył się na folwarku ogromnym szacunkiem i każdy był gotów poświęcić godzinę snu, by usłyszeć, co ma do powiedzenia.

W końcu wielkiej stodoły, na specjalnym podwyższeniu wymoszczonym świeżą słomą, czekał już, leżąc wygodnie, Major, a nad głową świeciła mu latarnia przywieszona na górnej belce. Liczył sobie dwanaście wiosen i choć ostatnio mocno się zaokrąglił, to i tak zachowywał dostojny wygląd, a ryj jego miał mądry i dobrotliwy wyraz, mimo iż jakoś nigdy nie wycięto mu kłów. Zaraz też zaczęły schodzić się pozostałe zwierzęta, by zająć najodpowiedniejsze dla ich postury miejsca. Najpierw zjawiły się trzy psy, Bluebell, Jessie i Pincher, a po nich trzy świnie, które usadowiły się na słomie bezpośrednio przed podwyższeniem. Kury przycupnęły na parapetach okiennych, gołębie pofrunęły na krokwie, owce i krowy ułożyły się za świniami i po chwili przeżuwały już w najlepsze. Dwa konie pociągowe, Boxer i Clover, przyszły razem, stąpając niezmiernie powoli i stawiając ostrożnie wielkie, włochate kopyta, żeby przypadkiem nie nadepnąć na jakieś małe zwierzątko niewidoczne w słomie. Clover była dorodną klaczą o wyglądzie matrony, wchodzącą w wiek średni, która nigdy nie odzyskała zgrabnej sylwetki po urodzeniu czwartego źrebięcia. Boxer zaś był nie lada okazem, ponad sto osiemdziesiąt centymetrów w kłębie i tak silny, jak dwa zwykłe konie do spółki. Biały pasek u dołu nosa nadawał mu nieco głupawy wygląd, co by się zgadzało, gdyż do orłów intelektu to on nie należał. Niemniej darzono go na folwarku powszechnym szacunkiem za stałość charakteru i ogromną pracowitość. Za końmi przybyła biała koza imieniem Muriel i osioł Benjamin. Był on najstarszym zwierzęciem na folwarku i miał najbardziej nieznośny charakter. Rzadko się odzywał, ale gdy już to zrobił, były to zazwyczaj impertynencje – twierdził na przykład, że Bóg dał mu ogon, żeby mógł się odganiać od much, choć on wolałby raczej nie mieć ogona i much wokół siebie. Ze wszystkich zwierząt tylko on jeden nigdy się nie śmiał. Pytany o przyczynę, odpowiadał, że nie widzi nic, z czego można się pośmiać. Tym niemniej, choć nie przyznawał się do tego otwarcie, był bardzo przywiązany do Boxera. Obaj niedziele spędzali zazwyczaj na niewielkim wybiegu za sadem, stojąc obok siebie w milczeniu i skubiąc zapamiętale trawę.

Ledwie konie ułożyły się wygodnie, gdy do stodoły wtoczyło się gęsiego stadko świeżo wyklutych kaczątek, które straciły matkę. Maluchy popiskiwały cieniutko, kołysząc się na boki w poszukiwaniu miejsca, gdzie nikt ich nie rozdepcze. Clover wystawiła przednią nogę, coś na kształt wału ochronnego, za którym kaczęta ułożyły się ufnie i natychmiast zasnęły. W ostatniej chwili do stodoły tanecznym krokiem wbiegła Mollie, śliczna, głupiutka biała klacz, zaprzęgana przez pana Jonesa do bryczki, która wdzięcząc się i pogryzając kostkę cukru, zajęła miejsce niemal na samym przedzie. Cały czas potrząsała białą grzywą w nadziei, że obecni zwrócą uwagę na wplecione w nią czerwone kokardki. Ostatnia z całego zwierzyńca przybyła kotka, rozejrzała się swym zwyczajem wokoło w poszukiwaniu najcieplejszego kąta, aż w końcu wcisnęła pomiędzy Boxera i Clover i zaległszy tam wreszcie, pomrukiwała z ukontentowaniem, nie słuchając ni słowa z tego, co mówi Major.

Były tam teraz już wszystkie zwierzęta, wyjąwszy oswojonego kruka o imieniu Mojżesz, który spał na żerdzi przy tylnych wrotach. Kiedy Major zobaczył, że wszyscy usadowili się wygodnie i czekają w napięciu, odchrząknął i zaczął tymi słowy:

– Towarzysze, jak zapewne już słyszeliście, miałem tej nocy dziwny sen. Ale o tym śnie będzie nieco później. Najpierw mam wam do powiedzenia coś innego. Nie wydaje się, towarzysze, żebym miał tu z wami pozostać zbyt wiele miesięcy, ale zanim umrę, czuję się w obowiązku przekazać wam tę mądrość, jaką udało mi się zgłębić. Żyłem to wśród was bardzo długo, miałem wiele czasu na rozmyślania, gdy tak leżałem samotnie w moim boksie i wydaje mi się, że pojąłem istotę życia na tej ziemi nie gorzej niż każde inne zwierzę. I o tym właśnie chcę z wami mówić.

A więc do rzeczy, towarzysze, zastanówmy się, do czego sprowadza się to nasze tutaj życie? Spójrzmy prawdzie w oczy: nasze życie jest nędzne, pełne znoju i do tego krótkie. Przychodzimy na świat, dostajemy zaledwie tyle jedzenia, by nie paść z głodu, a tych z nas, którym starcza sił, zmusza się do pracy aż do upadłego, w momencie zaś gdy przestajemy być przydatni, jesteśmy zarzynani z największym okrucieństwem. Żadne zwierzę w Anglii po skończeniu roku nie zazna szczęścia i nie dowie się, co to wypoczynek. Ani jedno zwierzę w Anglii nie wie, co to wolność. Życie każdego zwierzęcia to nędza i cierpienie – oto cała prawda.

Czy jednak całe to upodlenie, to normalny porządek natury? A może to ten nasz kraj jest zbyt ubogi, by ci, którzy go zamieszkują, mogli żyć godziwie? Nie, towarzysze, po tysiąckroć nie! Angielska ziemia jest żyzna, mamy dobry klimat. Nasza ziemia jest w stanie zapewnić dostatek żywności dla znacznie większej ilości zwierząt, niż żyje tu obecnie. Weźmy choćby nasz folwark, mógłby on wyżywić tuzin koni, dwadzieścia krów, setki owiec… i wszystkie one mogłyby żyć tak komfortowo i tak godnie, że trudno nam sobie to obecnie wyobrazić. Dlaczego, zatem, toniemy w tym pożałowania godnym marazmie? Ponieważ niemal cały owoc naszej pracy jest kradziony nam przez ludzi. Można to podsumować jednym słowem: człowiek. Człowiek jest jedynym realnym wrogiem, jakiego mamy. Usuńmy człowieka, który stoi nam na drodze, a na zawsze zniknie podstawowa przyczyna naszego głodu i pracy ponad siły.

Człowiek jest jedynym stworzeniem, które konsumuje, niczego nie wytwarzając. Nie daje mleka, nie składa jaj, jest za słaby, żeby ciągnąć pług, nie jest na tyle szybki, by łapać króliki. A jednak jest panem wszystkich zwierząt. Zmusza je do pracy, oddaje im to nędzne minimum, dzięki któremu nie padają z głodu, a resztę zatrzymuje dla siebie. Naszym wysiłkiem uprawia ziemię, nasz nawóz ją użyźnia, a mimo to ani jedno z nas nie ma nic na własność poza skórą na grzbiecie. Wy krowy, które widzę przed sobą, ileż to tysięcy kanek mleka dałyście w ciągu tego tylko roku? I na co poszło to mleko, które powinno wykarmić nasze dorodne cielęta? Każda jego kropla trafiła do gardeł naszego wroga. A wy, kury, ile jaj zniosłyście w bieżącym roku i z ilu z nich kiedykolwiek wylęgły się kurczęta? Wszystkie pozostałe trafiły na targ, żeby pan Jones i jego ludzie mieli z nich pieniądze. A ty, Clover, gdzie są te cztery źrebięta, które urodziłaś i które powinny stać się dla ciebie podporą i pociechą na stare lata? Każde z nich zostało sprzedane po ukończeniu roku życia… i nigdy więcej nie zobaczysz żadnego z nich. W zamian za cztery bolesne porody i cały ten znój w polu – co ty kiedykolwiek dostałaś poza skąpymi racjami żywności i przegrodą w stajni?

Ale nawet tego nędznego żywota, jaki prowadzimy, nie pozwalają nam dokonać w naturalny sposób. No ja akurat to nie mogę narzekać, ponieważ należę do tych nielicznych szczęśliwców. Dożyłem dwunastu lat i doczekałem się ponad czterystu dzieci. Te dwanaście lat to naturalny wiek świni. Ale żadne zwierzę nie ucieknie w końcu przed rzeźnickim nożem. Wy tutaj, siedzące przede mną, młode tuczniki, jak jeden zakończycie swój żywot, wydając ostatni kwik na drewnianym pniu przed upływem roku. Wszystkich nas czeka ten koszmarny koniec: krowy, świnie, kury, owce, nikomu się nie upiecze. Nawet konie i psy spotka nie lepszy los. Wiedz, Boxer, że w tym samym dniu, kiedy zwiotczeją te twoje potężne muskuły, pan Jones sprzeda cię rzeźnikowi, który poderżnie ci gardło i ugotuje z ciebie karmę dla psów na lisy. A gdy chodzi o psy, to gdy się starzeją i tracą zęby, pan Jones przywiązuje im do szyi cegłę i topi w najbliższym stawie.

 

Czyż nie jest to jasne jak kryształ, towarzysze, że całe zło tego świata, ma swoje źródło w ludzkiej tyranii? Pozbądźmy się tylko człowieka, a nam przypadną owoce naszej pracy. Praktycznie w ciągu jednej nocy możemy stać się wolni i bogaci. Co zatem należy zrobić? A jakże! Musimy dniem i nocą w znoju i z pełnym oddaniem dokładać wszelkich starań, by obalić ludzki ród! Oto moje dla was, towarzysze, przesłanie: walka zbrojna! Nie wiem, kiedy rewolucja wybuchnie, może za tydzień, może za sto lat, jestem jednak pewien – tak jak tego, że widzę tę oto słomę pod racicami – że prędzej czy później sprawiedliwości stanie się zadość. Skupcie swój wzrok tylko na tym, towarzysze, przez resztę swego krótkiego życia. Lecz nade wszystko przekażcie moje słowa tym, którzy przyjdą po was, by przyszłe pokolenia prowadziły dalej walkę – aż do zwycięstwa.

Pamiętajcie też towarzysze, iż ani przez moment nie może zabraknąć wam determinacji. Nie dajcie się zwieść fałszywym prorokom. Nigdy nie dajcie wiary, gdy będą was przekonywać, że człowiek i zwierzęta mają wspólne interesy, że jego dobrobyt jest równocześnie i waszym dobrobytem. To wszystko kłamstwa. Człowiek nie dba o niczyje interesy poza swoimi. I niech między nami, zwierzętami, zapanuje absolutna jedność, pełne braterstwo broni w walce. Wszyscy ludzie to nasi wrogowie. Wszystkie zwierzęta są sobie braćmi.

Po ostatnich słowach podniosła się ogłuszająca wrzawa. W trakcie przemowy Majora z nor wylazły cztery wielkie szczury i stanąwszy słupka, słuchały w napięciu. Nagle dostrzegły je psy i szczury zdołały ocalić życie jedynie dzięki szybkości, z jaką czmychnęły do kryjówek. Major uniósł racicę, by uciszyć owację:

– Towarzysze – kontynuował po chwili – jest jeszcze coś, co trzeba nam ustalić… Dzikie zwierzęta, takie jak szczury czy króliki – czy one są przyjaciółmi, czy też wrogami? Proponuję, abyśmy to przegłosowali. Głosujmy zatem. Pytanie do wszystkich – czy uważamy szczury za towarzyszy?

Głosowanie odbyło się niezwłocznie i przeważającą większością zgodzono się, że szczury są towarzyszami. Były tylko cztery głosy przeciwne, trzy psy i kotka, która, jak się później okazało, głosowała na obie strony.

Major kontynuował:

– Mam niewiele więcej do dodania. Powtórzę tylko, nigdy nie zapominajcie, że waszym obowiązkiem jest wrogość wobec człowieka i wszystkich jego poczynań. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem. Wszystko, co chodzi na czterech lub ma skrzydła, jest przyjacielem. Pamiętajcie także i to, że w walce z człowiekiem nie wolno nam się do niego upodobnić. Nawet gdy już go pokonacie, nie przejmujcie jego wad. Żadnemu zwierzęciu nie wolno mieszkać w domu albo spać w łóżku, albo nosić ubrań, pić alkoholu czy palić tytoniu, dotykać pieniędzy lub zajmować się handlem. Wszystkie zwyczaje człowieka są odrażające. A co najważniejsze, żadnemu zwierzęciu nie wolno tyranizować swoich pobratymców. Słabi czy silni, mądrzy, czy nie za bardzo, wszyscy jesteśmy braćmi. Żadnemu zwierzęciu nie wolno zabić innego zwierzęcia. Wszystkie zwierzęta są równe.

No, a teraz towarzysze, powiem wam o moim śnie z ostatniej nocy. Nie potrafię go wam opisać. W moim śnie widziałem, jak będzie wyglądać Ziemia po tym, jak zniknie z niej człowiek. Przypomniało mi to coś, co zapomniałem już dawno temu. Wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze małym prosiakiem, moja matka i inne maciory zwykły śpiewać starą pieśń, z której pamiętały tylko melodię i pierwsze trzy słowa. Znałem tę melodię z dzieciństwa, ale już dawno temu wyleciała mi z pamięci. Ostatniej nocy jednakże przypomniała mi się ona w moim śnie. A co więcej, wrócił mi w pamięci także jej tekst – słowa, jakie z całą pewnością śpiewane były przez zwierzęta dawno, dawno temu i uległy zapomnieniu na wiele pokoleń. Teraz zaśpiewam dla was tę pieśń, towarzysze. Jestem stary i mam już mocno schrypnięty głos, ale kiedy nauczę was melodii, to sami dacie radę zaśpiewać ją lepiej. Ma tytuł Zwierzęta Anglii.

Stary knur odchrząknął i zaczął śpiewać. Tak jak mówił, miał głos schrypnięty, ale radził sobie nie najgorzej, a do tego melodia chwytała za serce. Było to coś pomiędzy Clementine a La Cucaracha. Słowa brzmiały następująco:

Zwierzęta Anglii, zwierzęta Irlandii,

Zwierzęta czterech świata stron,

Słuchajcie teraz radosnej nowiny,

Wkrótce wolności zbierzemy plon.

Wkrótce wolność się narodzi,

Człowiek już nam nie zaszkodzi,

Na żyznych polach od Bath do Yorku

Pasać się będą zwierzęta Albionu.

Z nosów zwierząt znikną kółka,

Uprząż z grzbietów – wolny świat,

Rdza pokryje kiełzno i ostrogi,

Zwierzęcych pleców nie zrani ludzki bat.

Jedzenia w bród, wszędzie pełne chlewnie

Pszenicy, jęczmienia, owsa oraz siana,

Koniczyny, fasoli, buraków pastewnych,

Z pełnym żołądkiem będziesz spać do rana.

Blask rozjaśni pola w Anglii,

Woda w rzekach będzie lśnić,

Wiatr swobody nam powieje,

Byśmy mogli godniej żyć.

Dzień ten wywalczymy w znoju,

Krowy, konie, gęsi, kury –

Choć polegnie wielu w boju,

To skruszymy więzień mury.

Zwierzęta Anglii, zwierzęta Irlandii,

Zwierzęta czterech świata stron,

Słuchajcie teraz radosnej nowiny,

Wkrótce wolności zbierzemy plon.

Śpiewanie tej pieśni wprawiło zwierzęta w niesłychanie euforyczny nastrój. Major jeszcze dobrze nie skończył, gdy zgromadzeni sami zaczęli śpiewać. Nawet najgłupsze z nich niemal od razu podchwyciły melodię i po kilka słów, podczas gdy te najzdolniejsze – świnie i psy, opanowały cały tekst w ciągu zaledwie kilku minut. A już chwilę później, po paru wstępnych próbach, cały folwark zaintonował potężnym unisono Zwierzęta Anglii. Krowy ryczały, psy skamlały, owce beczały, konie rżały, a kaczki kwakały cały tekst i melodię. Pieśń tak zachwyciła wiecujących, że wykonali ją pięć razy z rzędu i mogliby tak śpiewać przez całą noc, gdyby im nie przerwano.

Pech chciał, że harmider dochodzący ze stodoły obudził pana Jonesa, który wyskoczył z łóżka, będąc przekonanym, że na podwórze zakradł się lis. Pochwycił dubeltówkę, która zawsze stała w rogu sypialni i wygarnął śrutem nr 6 w ciemności. Śruciny utkwiły w ścianie stodoły, a zgromadzeni rozbiegli się w okamgnieniu. Każdy uciekł na swoje legowisko. Ptaki podfrunęły na grzędy, większe zaś zwierzęta ułożyły się na słomie i wkrótce cały folwark pogrążył się we śnie.

ROZDZIAŁ II

Trzy noce później stary knur Major spokojnie dokonał żywota podczas snu. Pochowano go u wejścia do sadu.

Działo się to na początku marca. W ciągu następnych trzech miesięcy na folwarku trwała ożywiona działalność konspiracyjna. Po pamiętnym przemówieniu Majora, u tych bardziej inteligentnych zwierząt na farmie nastąpiło całkowite przeorientowanie poglądów. Nie wiedziały, kiedy przepowiadana przez Majora rewolucja wybuchnie, nie było podstaw, by uważać, że stanie się to za ich życia, ale nie miały wątpliwości, że ich obowiązkiem jest nie szczędzić sił, by się do niej przygotować. Szkolenie i objaśnianie kwestii organizacyjnych przypadło w sposób naturalny świniom, które powszechne uznawano za najinteligentniejsze zwierzęta. Wiodącą rolę w ich stadku odgrywały dwa młode knury, Snowball i Napoleon, które pan Jones hodował na sprzedaż. Napoleon był ociężałym, lecz groźnie wyglądającym knurem rasy Berkshire, faktycznie jedynym Berkshirem na folwarku; niezbyt dobrym mówcą, ale uchodził za tego, który umie postawić na swoim. Snowball, w przeciwieństwie do Napoleona, tryskał energią, lepiej się wysławiał i odznaczał większą pomysłowością, ale nie uważano, by cechował go zbyt silny charakter. Wszystkie pozostałe samce świni na folwarku były tucznikami. Najbardziej znany spośród nich był Squealer1, mały tłusty prosiak z mocno pyzatym ryjkiem, rozbieganymi oczkami, o żwawych ruchach i świdrująco piskliwym głosie. Wyborny mówca, a gdy roztrząsał jakiś złożony problem, miał zwyczaj kołysać się z boku na bok, wachlując przy tym ogonkiem, co w oczach słuchaczy dodawało mu wiarygodności. Mówiono o nim, że potrafi czarne uczynić białym.

Tych trzech opracowało na podstawie nauk starego Majora spójny system myślowy, który nazwali Animalizmem. Kilka razy w tygodniu, kiedy pan Jones już zasnął, organizowali konspiracyjne spotkania w stodole, by objaśniać zasady Animalizmu zgromadzonym zwierzętom. Początkowo nieraz napotykali na brak zrozumienia i apatię. Niektóre zwierzęta przypominały o obowiązku lojalności wobec właściciela folwarku, o którym mówiły per „nasz pan”, lub przypominały rzeczy ich zdaniem podstawowe, a to że „Pan Jones nas karmi” albo „Gdyby go zabrakło, to poumierałybyśmy z głodu”. Inne pytały: „Po co niby się martwić tym, co będzie po naszej śmierci?” albo „Skoro rewolucja i tak wybuchnie, to jaką różnicę zrobi to, czy się do niej przygotowujemy, czy nie?”. No i świnie musiały się nieźle napocić, żeby uświadomić im, że takie pytania stoją w sprzeczności z duchem Animalizmu. Najgłupsze pytania ze wszystkich padały z ust białej klaczy Mollie. Pierwsze, jakie zadała, brzmiało: „Czy po rewolucji nadal będzie cukier?”.

– Nie – rzucił stanowczo Snowball. – Na farmie nie mamy możliwości wytwarzania cukru. A poza tym nie jest on do niczego potrzebny. Będziesz miała tyle owsa i siana, ile dusza zapragnie.

– A czy nadal będę mogła nosić wstążki wplecione w grzywę? – spytała Mollie.

– Towarzyszko – wyjaśniał Snowball – wstążki, do których jesteście tak przywiązana, są symbolem niewoli. Nie możecie zrozumieć, że wolność to znacznie więcej niż jakieś tam wstążki?

Mollie zgodziła się, ale jakoś tak bez przekonania.

Jeszcze więcej problemów miały świnie z prostowaniem kłamstw rozsiewanych przez Mojżesza, oswojonego kruka. Ptak ten, ulubieniec pana Jonesa, był szpiclem i plotkarzem, a przy tym niezwykle sprawnym mówcą. Zarzekał się, że istnieje tajemnicza kraina o nazwie Cukrowa Góra, która jest rajem dla zmarłych zwierząt. Zdaniem kruka, mieści się ona gdzieś wysoko na niebie, ponad chmurami. W tym raju zwierząt tydzień składa się z siedmiu niedziel, sezon na koniczynę trwa okrągły rok, a na krzewach żywopłotów rosną kostki cukru i makuchy lniane. Zwierzęta nienawidziły Mojżesza, ponieważ nigdy nic nie robił, tylko opowiadał te swoje historie. Niektóre z nich wierzyły jednak w ten raj zwierząt i świnie miały nie lada problem, by przekonać je, że nic takiego nie istnieje.

Najbardziej pilnymi uczniami świń była para koni pociągowych: Boxer i Clover. Ta dwójka miała bardzo poważne trudności z samodzielnym myśleniem, ale gdy tylko uznała świnie za swoich mentorów, chłonęła całe ich nauczanie i przekazywała dalej prostym językiem. Koniom tym nie zdarzyło się opuścić któregoś spotkania konspiracyjnego w stodole i to one przewodziły w śpiewaniu hymnu Zwierzęta Anglii, który kończył każde zebranie.

Jak się niebawem okazało, rewolucja wybuchła znacznie szybciej i łatwiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Dawnymi czasy, pan Jones, choć znany z twardej ręki, był sprawnym gospodarzem, ale teraz po latach tłustych przyszły lata chude. Po przegranym procesie sądowym, w którym stracił pokaźną sumę, popadł w depresję i zaczął zaglądać do butelki częściej, niż pozwalało na to zdrowie. Teraz całymi dniami przesiadywał w kuchni i siedząc na krześle windsorskim, czytał gazety, pociągając z flaszki i okazjonalnie karmiąc Mojżesza okruchami chleba maczanymi w piwie. Tymczasem gospodarstwo przedstawiało żałosny widok: parobcy nie dość, że lenie to jeszcze nieuczciwi, pola zarastające chwastami, dachy budynków wołające się nowej strzechy, zaniedbane żywopłoty i niedożywione zwierzęta.

Nastał czerwiec i zbliżały się sianokosy. W wigilię świętego Jana, która wypadła w sobotę, pan Jones udał się do pobliskiego Willingdon, gdzie tak się upił w zajeździe „Pod Czerwonym Lwem”, że wrócił dopiero w niedzielę popołudniu. Wczesnym rankiem parobcy wydoili krowy i poszli polować na króliki, nie fatygując się, żeby nakarmić zwierzęta. Zaraz po powrocie, pan Jones zaległ na sofie w saloniku i zakrywszy twarz egzemplarzem „Wiadomości Ze Świata”, usnął. Tak więc, gdy nadszedł wieczór, zwierzęta były nadal nienakarmione. W końcu nie mogły tego dłużej znieść. Jedna z krów wyłamała rogiem wrota do spichlerza i pozostałe zwierzęta zaczęły częstować się zbożem z pojemników. Właśnie wtedy obudził się pan Jones, zerwał się na równe nogi, by już po chwili wraz czterema osiłkami wpaść do spichlerza z batami w dłoniach i zacząć okładać biedne stworzenia. Więcej nie było trzeba. Jakby na komendę, choć nic takiego nie było wcześniej planowane, zwierzęta rzuciły się na swych prześladowców. Jones wraz z parobkami nagle zostali zasypani gradem ciosów, rogami i kopytami spadających na nich ze wszystkich stron. Sytuacja całkowicie wymknęła się im spod kontroli. Nigdy wcześniej nie widzieli tak zachowujących się zwierząt i ta nagła rewolta istot, które do tej pory tłukli i maltretowali, jak im się żywnie podobało, sprawiła, że ze strachu potracili resztki rozumu. Broniąc się ledwie przez moment, bez wahania wybrali bezładną ucieczkę. W jednej sekundzie cała piątka znalazła się na dworze i pędząc na złamanie karku polną drogą prowadzącą ku szosie, uciekała przed pościgiem triumfujących zwierząt. Pani Jones wyjrzała przez okno w sypialni, zobaczyła, co się święci, pospiesznie zapakowała do torby podróżnej, co tylko wpadło jej w ręce, i wymknęła się z folwarku inną drogą. Mojżesz sfrunął ze swojej żerdzi poleciał za nią, kracząc donośnie. Tymczasem zwierzęta przegoniły Jonesa i jego parobków aż do szosy i wróciwszy, zamknęły z hukiem pięciobelkową bramę. I tak, zanim zwierzęta na dobre zrozumiały, co się dzieje, rewolucja już się dokonała: Jones został wygnany, a Folwark znajdował się w ich posiadaniu.

 

Przez następnych kilka minut zwierzęta nie mogły uwierzyć własnemu szczęściu. W pierwszym odruchu pobiegły gromadnie wokoło folwarku, jak gdyby sprawdzając, czy czasem nie ukrywa się gdzieś jeszcze człowiek, a potem rzuciły się do budynków gospodarczych, by usunąć ostatnie ślady po znienawidzonym reżimie. Zwierzęta wyważyły drzwi do siodlarni znajdującej się na końcu stajni, skąd do studni powędrowały wędzidła, kółka do nozdrzy, psie łańcuchy oraz okrutne noże używane przez pana Jonesa do kastrowania świń i jagniąt. Lejce, kantary, klapki na oczy i uwłaczające godności konia obroczniaki zostały spalone wraz z innymi śmieciami w ognisku na podwórzu. Ten sam los spotkał baty. Zwierzęta tańczyły z radości, widząc, jak trawi je ogień. Snowball wrzucił także do ognia wstążki, jakimi w dni targowe dekorowane były końskie grzywy i ogony.

– Wstążki – powiedział – należy traktować jak ubrania, które przecież znamionują ludzi. Wszystkie zwierzęta powinny chodzić nago.

Kiedy usłyszał to Boxer, zniknął na chwilę i wrócił z małym słomkowym kapeluszem, który nosił latem, żeby muchy nie właziły mu do uszu i także rzucił go na ognisko.

W niespotykanym tempie zwierzęta zniszczyły wszystko, co przywodziło na myśl pana Jonesa. Gdy to już się dokonało, Napoleon zaprowadził je na powrót do spichlerza, gdzie dostały podwójne porcje zboża, a psy po dwa sucharki. Następnie odśpiewano Zwierzęta Anglii siedem razy od początku do końca, po czym umościwszy sobie do snu, zwycięskie zwierzęta spały tak, jak jeszcze nigdy wcześniej.

Obudziły się jednak jak zwykle o świcie i gdy nagle przypomniały sobie o tym wielkim wydarzeniu, które miało miejsce wczoraj, to wszystkie razem wybiegły na pastwisko. Opodal pastwiska wznosił się niewielki pagórek, skąd rozciągał się widok na cały folwark. Zwierzęta wbiegły na jego szczyt i rozglądały się wokoło w czystym porannym blasku dnia. Tak – to wszystko należało do nich! Wszystko to było ich własnością! Myśl taka doprowadzała je do ekstazy i w przypływie szalonej radości zaczęły brukać i fikać, skakać do góry, wymachując w powietrzu wszystkimi nogami. Tarzały się w porannej rosie, opychając się świeżą czerwcową trawą. Grzebały w czarnej ziemi i chłonęły jej aromatyczną woń. Później postanowiły dokonać inspekcji całego gospodarstwa i z niemym podziwem lustrowały pola uprawne, łąkę, sad, sadzawkę i zagajnik. Było tak, jakby nigdy wcześniej tego nie widziały i nawet teraz nie mieściło im się w głowach, że to wszystko może należeć do nich.

Później wróciły gęsiego do zabudowań gospodarczych i zatrzymały się w milczeniu przed budynkiem mieszkalnym. On również teraz do nich należał, ale jakoś nie miały odwagi wejść do środka. Po chwili jednak Napoleon i Snowball popchnęli drzwi i zwierzęta zaczęły wchodzić jedno po drugim, stąpając nadzwyczaj ostrożnie, żeby niczego nie potrącić. Wędrowały na paluszkach z pokoju do pokoju, nie mając odwagi podnieść głosu ponad szept, patrząc z nabożną czcią na niespotykane luksusy, na łóżka z puchowymi materacami, na lustra, na rozkładaną sofę, na dywan brukselski, na litografię w saloniku nad kominkiem przedstawiającą królową Wiktorię. Kiedy schodziły po schodach okazało się, że gdzieś zaginęła biała klacz Mollie. Wróciwszy na górę, zastały ją w najlepszej sypialni. Mollie zabrała z toaletki pani Jones kawałek błękitnej wstążki i przykładając ją do piersi, wdzięczyła się głupkowato przed lustrem. Po udzieleniu jej ostrej reprymendy zwierzęta wyszły na zewnątrz. Zabrały z kuchni kilka wiszących tam szynek, by zorganizować im pogrzeb, a Boxer roztrzaskał kopytem beczkę piwa w składziku, a poza tym niczego w domu nie tknięto. Natychmiast przegłosowano na miejscu rezolucję, żeby dom Jonesów zamienić na muzeum. Wszyscy zgodzili się, że żadnemu zwierzęciu nie wolno będzie w nim zamieszkać.

Zwierzęta zjadły śniadanie, a po nim Snowball i Napoleon zwołali je ponownie.

– Towarzysze – zaczął Snowball – jest wpół do siódmej i przed nami długi dzień. Dzisiaj zaczynamy sianokosy. Jednak jest jeszcze jedna sprawa, którą musimy się najpierw zająć.

Świnie ujawniły teraz, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy nauczyły się czytać i pisać ze starego podręcznika ortografii, który należał do dzieci pana Jonesa, a później został wyrzucony na śmietnik. Napoleon posłał po wiadra z czarną i białą farbą i poprowadził zwierzęta do pięciobelkowej bramy wychodzącej na szosę. Wówczas Snowball (ponieważ to właśnie on był najbardziej biegły w piśmie) wziął pędzel pomiędzy dwa kłykcie przedniej racicy, zamalował znajdujący się na szczycie napis FOLWARK DWORSKI i wpisał w tym miejscu: FOLWARK ZWIERZĘCY. Od tamtej pory tak miało nazywać się gospodarstwo. Następnie całe towarzystwo udało się z powrotem do budynków gospodarskich. Snowball i Napoleon kazali przynieść drabinę i oprzeć ją o ścianę wielkiej stodoły. Wyjaśnili, że dzięki pracy badawczej, jaką prowadzili przez ostatnie trzy miesiące, zdołali zawrzeć zasady Animalizmu w Siedmiu Przykazaniach. Te Siedem Przykazań zostaną teraz wypisane na ścianie i będą stanowić niezmienne prawo, któremu od tej pory podlegać będą wszyscy mieszkańcy Folwarku Zwierzęcego. Nie bez trudności (bo przecież niełatwo jest świniakowi utrzymać równowagę na drabinie), wspiął się Snowball do góry i przystąpił do dzieła, podczas gdy Squealer stał kilka szczebli niżej, trzymając wiadro z farbą. Przykazania zostały spisane wielkimi białymi literami na pokrytej smołą ścianie i były widoczne z trzydziestu jardów. A brzmiały następująco:

SIEDEM PRZYKAZAŃ

1. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem.

2. Wszystko, co chodzi na czterech nogach lub ma skrzydła, jest przyjacielem.

3. Żadne zwierzę nie będzie nosić ubrania.

4. Żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku.

5. Żadne zwierzę nie będzie pić alkoholu.

6. Żadne zwierzę nie zabije innego zwierzęcia.

7. Wszystkie zwierzęta są równe.


Napis wykonany był nader starannie, i poza tym, że zamiast „przyjacielem” było „przyajcielem” i jedno „s” miało odwrotne wybrzuszenia, pisownia była bez zarzutu. Snowball przeczytał teraz całemu zgromadzeniu przykazania na głos. Wszystkie zwierzęta kiwały głowami z całkowitą aprobatą, a najzdolniejsze zaczęły uczyć się tekstu przykazań na pamięć.

– A teraz, towarzysze – zawołał Snowball, ciskając pędzlem – do sianokosów! Przyjmijmy za punkt honoru, że uporamy się z sianem prędzej niż Jones i jego parobkowie.

W tej samej chwili trzy krowy, które już od jakiegoś czasu wierciły się niecierpliwie, podniosły głośne larum. Nie były dojone przez ponad dobę i ich nabrzmiałe wymiona pękały od mleka. Po krótkim namyśle świnie posłały po wiadra i – jak się okazało – wydoiły krowy w miarę sprawnie, gdyż ich racice dobrze się do tego celu nadawały. Wkrótce stało przed nimi pięć wiader pienistego, pełnotłustego mleka, na które zwierzęta spoglądały z ogromnym zainteresowaniem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?