Upiór w operze

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Miasto Książek, Wrocław 2021


Tytuł: Upiór w operze

Autor: Leroux Gaston

Opracowanie tekstu: Daniel Dudek


Wydane przez Miasto Książek

mkwydawnictwo.pl


Projekt graficzny okładki: Daniel Dudek

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl


ISBN:

978-83-7954-112-6 (EPUB)

978-83-7954-113-3 (MOBI)


Wersja 1.0


Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Spis treści

I .Czy to upiór?

II. Nowa Małgorzata

III. Panowie Debienne i Poligny wyjaśniają w sekrecie nowym dyrektorom Opery, panom Armandowi Moncharminowi i Firminowi Richardowi, prawdziwe a tajemnicze powody swego ustąpienia

IV. Loża nr 5

V. Jeszcze o loży nr 5

VI. Zaklęte skrzypce

VII. Wizyta w loży nr 5

VIII. Jak panowie Firmin Richard i Armand Moncharmin ośmielili się wystawiać Fausta w sali Urocznej i o straszliwych wypadkach, jakie z tego wynikły

IX. Tajemniczy powóz

X. Na balu maskowym

XI. Trzeba zapomnieć imię Tajemniczego Głosu

XII. Ponad zapadniami

XIII. Lira Apollona

XIV. Mistrzowska sztuka władcy podziemi i zniknięcie Krystyny

XV. Niezwykłe zastosowanie agrafki

XVI. Krystyno! Krystyno!

XVII. Zadziwiające zeznania pani Giry dotyczące osobistych jej stosunków z Upiorem Opery

XVIII. Jeszcze o niezwykłym zastosowaniu agrafki

XIX. Komisarz policji, wicehrabia i Pers

XX. Początek przygód wicehrabiego i Persa

XXI. W podziemiach Opery

XXII. Pouczające i ciekawe odkrycia Persa w podziemiach Opery (Opowiadanie Persa)

XXIII. W pokoju tortur (Dalszy ciąg opowiadania Persa)

XXIV. Początek tortur (Dalszy ciąg opowiadania Persa)

XXV. Beczki, beczki, czy macie beczki do sprzedania? (Dalszy ciąg opowiadania Persa)

XXVI. Czy nacisnąć jaszczurkę, czy też nacisnąć węża? (Koniec opowiadania Persa)

XXVII. Koniec miłości upiora

Epilog


ICzy to upiór?

Wieczorem tego dnia, gdy panowie Debienne i Poligny, ustępujący dyrektorowie Opery Paryskiej, wydawali pożegnalne galowe przedstawienie, do garderoby znanej primabaleriny Sorelli wtargnęło nagle kilka baletniczek powracających właśnie ze sceny. Uczyniło się wielkie zamieszanie, gdyż jedne śmiały się na całe gardło, jakby niezupełnie naturalnie, a drugie wydawały okrzyki przerażenia.

Sorelli, która pragnęła na chwilę choćby pozostać sama, aby powtórzyć pożegnalną przemowę, z jaką niebawem miała wystąpić wobec dyrektorów, spojrzała z niezadowoleniem na tłum cisnący się poza nią. Zwróciła się przeto do koleżanek z zapytaniem o przyczynę niepokoju i rozgwaru. Maleńka Jammes – różowo-biały dzieciak z zadartym noskiem i oczyma jak niezapominajki – odpowiedziała jej szybko głosem drżącym, dławionym przerażeniem:

– To upiór opery!

I nagłym ruchem zamknęła drzwi na klucz.

Garderoba Sorelli urządzona była ze zwykłą, banalną elegancją. Wielka szafa lustrzana, kanapa, toaleta oraz parę krzeseł i foteli tworzyły jej umeblowanie. Na ścianach wisiały pamiątkowe szkice i studia portretowe paru wybitniejszych malarzy. Jednakże dla małych baletniczek mających wspólne ubieralnie, gdzie czas im schodził na śpiewach, zabawach, kłótniach z fryzjerami i garderobianymi, gdzie w oczekiwaniu na znak inspicjenta popijało się piwo, rum i lemoniadę – garderoba ta była nieomal salą pałacową.

Sorelli była bardzo przesądna. Usłyszawszy, jak maleńka Jammes wspomniała o upiorze, drgnęła i rzekła:

– Ty głuptasku!

Ponieważ jednak skłonna była do wiary w upiory, a w Upiora Opery w szczególności, zapragnęła natychmiast dokładniejszych danych:

– Widziałaś go? – zapytała.

– Tak, jak panią widzę! – odrzekła jękliwie mała Jammes, która, nie mogąc utrzymać się na nogach, opadła na fotel.

Zaś mała Giry, drobna wątła dziewczynka, o kruczych włosach, ciemnej cerze i bystrych oczach, dodała:

– Jeśli to ten, to jest bardzo brzydki!

– O, tak, tak – przyświadczyły pozostałe tancerki.

I zaczęły mówić jedna przez drugą. Upiór ukazał się im w postaci mężczyzny w czarnym fraku, który wyłonił się przed nimi nagle w korytarzu, nie wiadomo skąd. Pojawienie się jego było tak niespodziane, iż mogło się zdawać, że wyrósł spod ziemi.

– Ech! – odezwała się jedna z tancerek, która nie dała się tak opanować wrażeniu – wam się na każdym kroku majaczą upiory.

W istocie jednak od szeregu miesięcy w operze mówiono wciąż o upiorze w czarnym fraku, który jak cień włóczył się po całym budynku, nie odzywając się do nikogo, którego nikt nie śmiał zaczepić i który, spostrzeżony, natychmiast znikał, nie wiadomo gdzie i jak. Posuwał się bez szmeru, jak przystoi prawdziwemu upiorowi. Zaczęto się nawet śmiać i drwić z tej mary ubranej jak światowiec lub karawaniarz, lecz niebawem legenda o upiorze rozrosła się niesłychanie w całym zespole baletowym. Spotykały go rzekomo wszystkie baletnice i padały ofiarami jego czarów. I rychło najwięksi dowcipnisie i kpiarze zaczęli być nieco zaniepokojeni. Upiór, jeżeli się nie ukazywał, to ujawniał swą obecność lub bliskość dziwacznymi, a czasem złowrogimi znakami, za które ogólna niemal przesądność czyniła go odpowiedzialnym. Wszelkie wypadki, błahe częstokroć figle, zguba czegokolwiek – wszystko to było z winy Upiora Opery!

Lecz kto go właściwie widział? W operze napotkać można tyle czarnych fraków, których właściciele nie są wcale upiorami. Lecz właściwością tego właśnie fraka było, że pod nim ukrywał się szkielet.

Tak przynajmniej mówiono.

No i, oczywiście, upiór miał trupią głowę.

Czy to wszystko należało brać poważnie? Faktem jest, iż pogłoska o szkielecie zrodziła się z opisu podanego przez Józefa Buquet, głównego maszynistę, który widział upiora naprawdę. Natknął się na niego – trudno powiedzieć nos w nos, albowiem upiór nosa nie posiadał – na małych schodkach prowadzących pod scenę. Ujrzał go tylko na przeciąg sekundy, gdyż upiór potem znikł, lecz zachował o nim niezatarte wspomnienie.

Oto jak Józef Buquet opisywał upiora:

– Jest on niesłychanie chudy, frak jego zwisa jak na szkielecie. Oczy ma tak głęboko osadzone, że niepodobna prawie rozróżnić nieruchomych źrenic, widać tylko jakby dwa ciemne otwory, skóra, opięta na sterczących kościach, naciągnięta jest jak na bębnie i nie jest biała, lecz ohydnie żółta, nos jest tak niewyraźny, że nie widać go z profilu i właśnie brak tego nosa jest rzeczą okropną do oglądania. Ponad czołem i przy uszach zwisają brudne kosmyki włosów.

Józef Buquet na próżno starał się doścignąć dziwne zjawisko. Zniknęło bez śladu jakby skutkiem czarów.

Maszynista ten był człowiekiem poważnym, trzeźwym, bez nadzwyczajnej wyobraźni i inteligencji. Słów jego słuchano z osłupieniem i zaciekawieniem, a natychmiast potem znalazły się osoby, które rzekomo również widziały upiora.

Rozsądniejsze osoby, do których doszły wiadomości o spotkaniu z upiorem, sądziły, że chodziło tu o jakiś figiel. Lecz rychło potem zaszedł kolejno szereg wypadków dziwnych i niespodziewanych, które zaniepokoiły nawet największych niedowiarków.

 

Pewnego wieczoru dyżurny straży ogniowej, która składa się na ogół z ludzi dzielnych i nie bojących się niczego, a zwłaszcza ognia, zeszedł pod scenę dla dokonania codziennego obchodu, przy czym zapuścił się nieco dalej niż zwykle. Po niejakim czasie jednak ukazał się blady, zatrwożony, drżący i bliski omdlenia. Przyczyną jego przerażenia była napotkana na zakręcie podziemnego korytarza głowa ognista, pozbawiona korpusu, która posuwała się ku niemu na wysokości głowy człowieka.

Wieść o tym rozniosła się szybko i w balecie zapanowało jeszcze większe zaniepokojenie. Tym bardziej, że ta głowa ognista nie odpowiadała zupełnie opisowi upiora podanemu przez Józefa Buqueta. Zawyrokowano więc, iż upiór posiadał kilka głów, które zmieniał według swej woli. Baletnice zaś wyobraziły sobie, że zagraża im wielkie niebezpieczeństwo. I jeśli trwoga ogarnąć mogła nawet strażaka, to przestrach ich ujawniający się w piskach, nagłych okrzykach i niespodziewanych omdleniach był tym bardziej usprawiedliwiony.

Aby więc, o ile możności, zabezpieczyć gmach, w którym działy się tak okropne rzeczy – nazajutrz po wypadku ze strażakiem – sama Sorelli, w otoczeniu wszystkich baletnic, złożyła na stole w loży odźwiernego podkowę, której wszyscy, z wyjątkiem naturalnie przybywających do opery widzów, musieli dotykać przed stąpnięciem na pierwszy stopień schodów. Nieposłuszni mogli łatwo stać się ofiarami tajemnej siły, która opanowała cały gmach, od podziemi aż do strychu.

Wszystko to wyjaśnia niespokojny nastrój i lęk, które owładnęły baletniczkami tego wieczoru, kiedy wraz z nimi weszliśmy do garderoby Sorelli.

Zaniepokojenie tancerek wzrastało ciągle. W garderobie nastąpiło trwożne milczenie. Słychać było tylko szmer przyśpieszonych oddechów. Nagle maleńka Jammes odskoczyła z nieukrywanym przerażeniem w najdalszy kąt pokoju i szepnęła:

– Słuchajcie!

Wszystkim rzeczywiście zdawało się, że za drzwiami coś zaszeleściło. Nie był to jednak odgłos kroków, lecz jakby szelest jedwabiu ślizgającego się po podłodze. Potem wszystko ucichło. Sorelli starała się okazać odważniejszą od towarzyszek. Podeszła więc do drzwi i spytała głucho:

– Kto tam?

Lecz nikt nie odpowiedział.

Czując na sobie wszystkie oczy, które śledziły jej najdrobniejsze ruchy, wzięła na odwagę i rzekła głośniej:

– Czy jest tam kto za drzwiami?

– Ależ tak, tak, na pewno tam ktoś jest – potwierdziła mała Meg Giry, powstrzymując Sorelli za gazową spódniczkę... – Lecz niech pani nie otwiera! Na Boga, niech pani nie otwiera!...

Ale Sorelli, uzbrojona w sztylet, z którym nie rozstawała się nigdy, przekręciła klucz i otworzyła drzwi, podczas gdy małe tancerki cofnęły się w najdalszy kąt garderoby.

Sorelli wyjrzała na korytarz. Nikogo nie było. Mała latarka rzucała czerwonawe niepewne światło, nie rozpraszając jednak panujących w korytarzu ciemności. Tancerka szybko zatrzasnęła drzwi i westchnęła z ulgą:

– Nie – rzekła – nie ma nikogo!

– A jednak myśmy go widziały! – zapewniła ponownie mała Jammes, powracając drobnymi kroczkami na swoje miejsce obok Sorelli. – On się tam gdzieś włóczy. Ja już nie pójdę się przebierać. Zejdźmy teraz zaraz wszystkie razem na dół, aby pożegnać dyrektorów i potem razem wrócimy.

Lecz Sorelli odpowiedziała:

– Moje małe, trzeba się wreszcie opamiętać! Upiór? Może go jeszcze nikt dotąd nie widział!...

– Ależ tak, tak! Widziałyśmy go!... Widziałyśmy go przed chwilą. Miął trupią głowę i ubrany był w czarny frak, tak, jak tego wieczoru, gdy widział go Józef Buquet!

– Gabriel również go widział! – rzekła mała Jammes... – Nie dalej, jak wczoraj po południu... w biały dzień...

– Gabriel – nauczyciel śpiewu?

– Ależ tak... Jak to! pani nie wiedziała?

– I w biały dzień był we fraku?

– Kto? Gabriel?

– Ależ nie! Upiór.

– No tak, był we fraku! – zapewniła Jammes. – Sam Gabriel mi to powiedział... Właściwie nawet po tym go poznał. To było tak: Gabriel znajdował się w gabinecie reżysera. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Pers. Wie pani? Ten Pers z oczyma rzucającymi uroki.

– Tak, tak – odpowiedziały chórem dziewczęta, żegnając się dla odpędzenia uroku.

– Gabriel jest trochę przesądny – mówiła dalej Jammes – jest jednakże zawsze uprzejmy i kiedy spotyka się z Persem, wkłada tylko nieznacznie rękę do kieszeni, aby dotknąć kluczy, które tam nosi. Ale tym razem, kiedy Pers się zjawił, Gabriel porwał się z fotela, aby dotknąć żelaznej kłódki przy szafie! Ale zaczepił przy tym o gwóźdź i rozdarł sobie połę płaszcza. Potem, spiesząc do wyjścia, uderzył się o drzwi i nabił sobie guza na głowie; wreszcie, cofając się nagle, zadrasnął sobie rękę o parawan stojący koło fortepianu. Chciał się oprzeć o fortepian, lecz pokrywa spadła mu na rękę i przygniotła palce. Tego było już za wiele. Wypadł jak szalony z gabinetu, lecz tak nieszczęśliwie, że zaraz potem stoczył się ze schodów. Przechodziłam tam właśnie z mamą, pobiegłyśmy więc mu na pomoc. Był silnie potłuczony i twarz miał zakrwawioną, co nas bardzo przestraszyło. On jednakże się uśmiechnął i rzekł: – Dzięki Bogu, że się na tym skończyło! – Zaczęłyśmy go wypytywać i on nam opowiedział, co go tak przestraszyło. Okazuje się, iż za plecami Persa ujrzał upiora! Upiora z trupią głową, takiego jakiego opisywał Józef Buquet.

Pełne przerażenia szepty dały się słyszeć po tym opowiadaniu, które Jammes kończyła zadyszana, gdyż mówiła tak szybko, jakby była ścigana przez widmo. Następnie zaległa dłuższa chwila ciszy, którą przerwała półgłosem mała Giry:

– Józef Buquet lepiej by zamilczał o tej całej sprawie –rzekła.

– Dlaczegóżby miał milczeć? – zapytano.

– Tak twierdzi moja mama... – odpowiedziała cichutko Meg, rozglądając się z niepokojem dokoła, jakby w obawie, że jeszcze kto inny może ją posłyszeć.

– A dlaczegóż tak sądzi twoja mama?

– Cicho! Mama mówi, że upiór nie lubi, aby się nim zajmowano!

– A dlaczego mama tak mówi?

– Dlatego... dlatego że... Ja nie wiem.

To oświadczenie podnieciło jeszcze ciekawość tancerek, które skupiły się dokoła małej Giry, błagając ją o wyjaśnienia.

– Przysięgłam, że nic nie powiem – szepnęła Meg.

Lecz one nie dały jej spokoju i tak solennie obiecały utrzymać to w tajemnicy, że Meg, którą paliło pragnienie wyjawienia sekretu, zaczęła po chwili mówić z oczyma wlepionymi nieruchomo w drzwi:

– Otóż widzicie... tu chodzi o tę lożę...

– Jaką lożę?

– Lożę upiora!

– Więc upiór ma swoją lożę?

Na myśl o tym, że upiór posiada swą lożę, tancerki ogarnęło osłupienie w połączeniu z nienaturalną wesołością. Serca biły głośno, piersi podnosiły się szybko.

– Ach, mój Boże! mów dalej, mów dalej...

– Ciszej! – rzekła Meg. – To jest loża numer pięć. Wiecie przecież, pierwsza loża po lewej stronie.

– Nie może być!

– A jednak tak jest... Mama jest właśnie bileterką przy tych lożach... Ale przysięgacie mi, że nie będziecie nikomu opowiadać?

– Ależ tak, mów tylko dalej!...

– No, dobrze! To właśnie loża upiora. Już od miesiąca nikogo tam nie było, za wyjątkiem upiora naturalnie, i administracja wydała polecenie, aby loży tej nigdy nie sprzedawać...

– I to prawda, że upiór tam przychodzi?

– Ależ tak...

– Więc jednak ktoś tam przychodzi?

– Nie!... Przychodzi tylko upiór, lecz w loży nikogo nie ma.

Tancerki spojrzały po sobie. Jeśli upiór przychodził do loży, musiano by go widzieć, gdyż był w czarnym fraku i miał trupią głowę, lecz gdy przedstawiły Meg swe zastrzeżenia, ta im odpowiedziała:

– Właśnie, że upiorów nie widać! Nie widać ani czarnego fraka, ani trupiej głowy!... Wszystko, co opowiadają o trupiej głowie i o głowie ognistej, to blaga! Nic z tego nie widać... Słyszy się tylko, kiedy przychodzi do loży. Mama nigdy nie widziała go, ale słyszała już nieraz. Mama wie to dobrze, gdyż zawsze mu daje programy!

Tu Sorelli uznała za stosowne wtrącić:

– Mała Giry, ty kpisz sobie z nas.

Dziewczynka zaczęła płakać.

– Lepiej bym zrobiła, gdybym milczała... Ach, gdyby mama dowiedziała się o tym!... Ale w każdym razie Józef Buquet niepotrzebnie zajmuje się rzeczami, które go nie obchodzą... To mu przyniesie nieszczęście... Mama mówiła o tym jeszcze wczoraj wieczorem...

W tej chwili na korytarzu dały się słyszeć pośpieszne ciężkie kroki i wołanie głosem zadyszanym:

– Cesiu! Cesiu! Jesteś tam?

– To mama! – rzekła Jammes. – Co się stało?

Uchyliła drzwi. Okazała dama, o budowie grenadiera, wpadła do garderoby i rzuciła się z jękiem na fotel. Okrągłe jej, rozszerzone przerażeniem, oczy połyskiwały ponuro w nabiegłej krwią twarzy.

– Co za nieszczęście – jęknęła – co za nieszczęście!

– Co takiego? Co się stało?

– Józef Buquet...

– Co się stało z Józefem Buquetem?

– Józef Buquet nie żyje.

W garderobie dały się słyszeć okrzyki pełne przerażenia i zdziwienia i trwożliwe prośby o wyjaśnienie.

– Tak. Znaleziono go powieszonego w trzecim podziemiu... Ale co jest najstraszniejsze to to, że maszyniści, którzy znaleźli ciało, utrzymują, że dokoła trupa słychać było głosy, przypominające pieśni żałobne!

– To upiór! – mimo woli wykrzyknęła Giry, lecz w tej samej chwili opamiętała się i zakrywając piąstką usta, dodała: –Nie!... nie!... ja nic nie powiedziałam!... Co znowu.

Stojące dokoła niej przerażone towarzyszki powtarzały cicho:

– Tak, na pewno! to upiór!...

Sorelli pobladła, jak kreda.

– Nie zdołam w żaden sposób wygłosić teraz mojej przemowy – rzekła.

Pani Jammes wypiła kieliszek likieru stojący przypadkowo na stole i zaopiniowała:

– Tak, oczywiście, upiór musiał się w to wmieszać.

Faktycznie, nie zdołano nigdy ustalić dokładnie w jaki sposób umarł Józef Buquet. Zarządzone śledztwo nie dało żadnych rezultatów i orzekło, że chodzi tu o zwykłe samobójstwo. W Pamiętnikach dyrektora napisanych przez pana Moncharmin, który był jednym z następców panów Debienne’a i Poligny’ego sprawa ta przedstawiona jest jak następuje:

Przykry wypadek zamącił uroczyste przyjęcie wydawane przez p.p. Debienne’a i Poligny’ego z okazji ich ustąpienia. Znajdowałem się właśnie w gabinecie dyrekcji, kiedy wszedł nagle administrator Mercier. Chwiejąc się z przerażenia, opowiedział mi, iż przed chwilą, w trzecim podziemiu pod sceną, pomiędzy dekoracjami z „Króla Lahore” znaleziono wiszącego trupa maszynisty. Wykrzyknąłem na to: „Chodźmy go odciąć!” Kiedyśmy jednak przybyli na miejsce wypadku, na szyi powieszonego nie było już sznura!

Wypadek ten pan Moncharmin uważa za zupełnie naturalny. Człowiek wiesza się na postronku, a gdy po kilku chwilach przychodzą go odciąć, postronek ten znika. Lecz pan Moncharmin wyjaśnia to w sposób bardzo prosty. Posłuchajcie co o tym mówi: – Była to godzina lekcji baletu i koryfejki 1oraz baletniczki postarały się szybko o zabezpieczenie się przeciwko urokom2. Oto wszystko.

Ale czyż możliwą jest rzeczą wyobrazić sobie baletnice schodzące po drabinie i dzielące się sznurem powieszonego w tak krótkim czasie. To jest niemożliwe. Natomiast kiedy zastanowimy się nad miejscem, gdzie znaleziono ciało – w trzecim podziemiu pod sceną – wydaje się, że ktokolwiek mógł być zainteresowany w tym, aby sznur ten zniknął po spełnieniu swego zadania, i zobaczymy później, czy takie domysły były błędne.

Ponura wieść rozszerzyła się szybko po całym gmachu opery, gdzie Józef Buquet był bardzo lubiany. Garderoby opustoszały, a małe tancerki zgrupowały się dokoła Sorelli jak wylękłe owieczki wokół pasterza i przez słabo oświetlone schody i korytarze skierowały się ku foyer3, biegnąc całym pędem drobniutkich nóżek.

1 koryfejka – solista w balecie.

2 zabezpieczenie się przeciwko urokom – istniał przesąd, że kawałek sznura wisielca stanowi amulet przynoszący szczęście.

3 foyer (fr.) – sala lub korytarz obok sali teatralnej, koncertowej lub konferencyjnej, gdzie gromadzi się publiczność lub uczestnicy obrad podczas przerw.

 

IINowa Małgorzata

Na zakręcie schodów Sorelli natknęła się na wchodzącego na górę hrabiego de Chagny. Hrabia, zazwyczaj tak spokojny i chłodny, wykazywał tym razem wielkie podniecenie.

– Szedłem właśnie do pani – rzekł hrabia, witając młodą kobietę z wielką Uprzejmością. – Ach! Sorelli, jakiż cudowny wieczór. A Krystyna Daaé! Jakiż tryumf!

– To niemożliwe! – odezwała się Meg Giry. – Jeszcze przed sześciu miesiącami śpiewała fatalnie! Lecz pozwól nam przejść, drogi hrabio – ciągnęła dalej dziewczynka, zginając się w przesadnym ukłonie – idziemy dowiedzieć się o tego biedaka, którego znaleziono wiszącego.

W tej chwili przechodził administrator, który słysząc te słowa, zatrzymał się.

– Jak to! Panie już wiedzą? – rzekł tonem nieco szorstkim. – Ale proszę nie mówić o tym nikomu... Chodzi mi zwłaszcza o to, aby panowie Debienne i Poligny się nie dowiedzieli! W ostatnim dniu byłoby to dla nich zbyt przykre.

Hrabia de Chagny miał rację; nigdy przedstawienie galowe tak się świetnie nie udało. Wszyscy ówcześni mistrzowie muzyki jak Gounod, Reyer, Saint-Saëns, Massenet, Guirand, Delibes ujmowali kolejno pałeczkę kapelmistrzowską i sami kierowali wykonaniem. Tegoż wieczoru olśniony i zachwycony Paryż poznał Krystynę Daaé, której tajemnicze dzieje pragnę odsłonić w tym opowiadaniu.

Wykonała ona naprzód kilka ustępów z Romea i Julii. Wszyscy obecni oczarowani byli jej pełnym naiwności wdziękiem, drżeli na dźwięk jej anielskiego głosu i zdawało się, że dusze słuchaczy ulatują wraz z duszą śpiewaczki ku grobowcom kochanków z Werony.

Wszystko to jednak było niczym w porównaniu z nadludzkim akcentem, na jaki się zdobyła w roli Małgorzaty w Fauście, śpiewając w zastępie niedysponowanej Carlotty. Nigdy nie widziano i nie słyszano nic podobnego!

W interpretacji Krystyny Daaé była to naprawdę nowa Małgorzata, o wspaniałości dotąd niepodejrzewanej.

Cała sala uczciła tysiącznymi okrzykami niekłamanego wzruszenia Krystynę, która szlochała i słaniała się w ramionach koleżanek. Musiano ją przenieść do garderoby.

Krytyka teatralna w osobach największych artystów i znawców muzyki była w prawdziwym zachwycie. Stwierdzano zgodnie, że kto nie słyszał Krystyny śpiewającej końcowe trio w Fauście ten nie zna Fausta. Potęga głosu i święte oszołomienie czystej duszy dziewczęcej nie mogły być posunięte dalej.

Kilku starych bywalców protestowało. Jak można było ukrywać tak długo przed nimi podobny skarb? Krystyna Daaé widywana była dotychczas jako możliwy Siébel4 obok Małgorzaty, może nazbyt materialnie pojętej przez Carlottę. I trzeba było dopiero niespodziewanej niedyspozycji Carlotty, aby na tym wieczorze galowym Krystyna mogła bez żadnego przygotowania wystąpić w części programu zarezerwowanej dla hiszpańskiej divy! Wreszcie dlaczego w nieobecności Carlotty panowie Debienne i Poligny zwrócili się do Krystyny? Znali więc jej ukryty geniusz? A jeśli go znali, dlaczego go ukrywali? I ona sama dlaczego się ukrywała? Rzecz dziwna, nie słyszano nic o jej profesorze śpiewu. Krystyna oświadczała parokrotnie, iż od pewnego czasu pracuje sama. Wszystko to było trudne do zrozumienia.

Hrabia de Chagny, stojąc w swej loży, obecny był na przedstawieniu i dał się unieść ogólnemu entuzjazmowi.

Hrabia Filip Jerzy Maria de Chagny liczył podówczas 41 lat. Był to piękny mężczyzna i wielki pan. Po śmierci starego hrabiego Filiberta stał się głową jednej z najwybitniejszych i najstarszych rodzin francuskich, która wsławiła się już przy Ludwiku IX. Rodzeństwo hrabiego składało się z dwóch sióstr już zamężnych i brata Raoula, który w tym właśnie czasie stał się pełnoletni. Po śmierci starego hrabiego, gdy Raoul miał lat dwanaście, hrabia Filip zajął się wychowaniem dziecka. Chłopiec miał od dzieciństwa pociąg do marynarki, zaczął przeto kształcić się w tym kierunku i skończył szkołę morską. Dzięki szerokim stosunkom został wyznaczony do wzięcia udziału w ekspedycji, która miała w lodach podbiegunowych wyszukiwać śladów ekspedycji d’Artoisa, o której już od trzech lat nie było żadnej wiadomości. Na razie młody hrabia korzystał z dłuższego urlopu, który kończył się dopiero za sześć miesięcy.

Nieśmiałość młodego marynarza – powiedziałbym nawet: niewinność – była wprost niezwykła. Zdawało się, że dopiero co wydostał się spod ręki kobiecej. Wyrósłszy w towarzystwie dwóch sióstr i starej ciotki, nabrał w sposobie bycia wielkiej skromności, która jeszcze dodawała mu wdzięku. W tym czasie miał skończone dwadzieścia jeden lat, a wyglądał na osiemnaście. Miał niewielkie jasne wąsiki, piękne niebieskie oczy i cerę dziewczyny.

Hrabia Filip kochał bardzo Raoula. Czuł się z niego dumny i przewidywał dla młodszego brata pełną chwały karierę w marynarce, w której jeden z ich przodków, słynny Chagny de La Roche, zajmował stanowisko admirała. Obecnie korzystał z urlopu młodzieńca, aby mu pokazać w Paryżu wszystko to, co w dziedzinie wytwornych rozrywek i przyjemności pozostawało dla niego nieznane.

Zdaniem hrabiego, w wieku Raoula nadmiar rozsądku był nierozsądny. Lecz zrównoważony, wykwintny światowiec, jakim był hrabia Filip, niezdolny był również do udzielenia bratu złego przykładu. Zabierał go ze sobą wszędzie, poprowadził go nawet za kulisy baletu. Istnieją zresztą miejsca, w których prawdziwy paryżanin, zajmujący takie stanowisko, jak hrabia de Chagny, powinien był się pokazywać, a w tym czasie kulisy baletu opery właśnie do miejsc tych należały.

Być może zresztą, że hrabia Filip nie zaprowadziłby brata za kulisy, gdyby ten parokrotnie nie dopominał się o to z pewnym uporem, co dopiero później hrabia miał sobie przypomnieć.

Podczas przedstawienia hrabia Filip, oklaskujący gorąco Krystynę Daaé, odwrócił się nagle i zauważył z przerażeniem niezwykłą bladość brata.

– Czyż nie widzisz – szepnął do niego Raoul – że ta kobieta jest bliska omdlenia?

W rzeczy samej na scenie musiano podtrzymać chwiejącą się Krystynę.

– Ale ty sam czujesz się niedobrze – rzekł na to hrabia, pochylając się ku niemu. – Co ci jest?

Lecz Raoul podniósł się z fotela.

– Chodźmy – rzekł drżącym głosem.

– Dokąd chcesz iść, Raoulu? – zapytał hrabia zaniepokojony zachowaniem brata.

– Chodźmy ją zobaczyć. Ona jeszcze nigdy tak nie śpiewała.

Hrabia Filip spojrzał z zaciekawieniem na brata i lekki, drwiący uśmiech zarysował się na jego ustach.

– Aha – rzekł i po chwili dodał: – Chodźmy, chodźmy!

Na twarzy miał wyraz wielkiego zadowolenia.

Skierowali się ku wejściu za scenę, przy którem tłoczyło się wiele osób.

Raoul miął niecierpliwym ruchem trzymane w ręku rękawiczki. Widząc jego niecierpliwość, hrabia Filip domyślił się wszystkiego. Wiedział teraz dlaczego Raoul bywał tak roztargniony, gdy do niego mówiono i dlaczego z tak żywym zainteresowaniem rozmawiał zawsze o operze.

Za chwilę byli już za kulisami. Panował tam ruch gorączkowy; chmura czarnych fraków cisnęła się przez wąski, długi korytarz ku kancelarii dyrektora i garderobom artystek.

Do nawoływań przebiegających co chwilę maszynistów mieszały się ostre napomnienia służby policyjnej, kłótnie statystów rozbierających się naprędce z kostiumów, piskliwe głosy i śmiechy śpieszących na scenę baletnic...

Raoul z bratem z trudnością przeciskali się przez ten tłum różnorodny i podniecony – zmuszeni co chwilę zwalczać zręcznie przeróżne przeszkody w postaci dekoracji spuszczanych w mgnieniu oka i przytwierdzanych kilkoma głośnymi uderzeniami młotka, krzeseł i ławek spadających im nie wiadomo skąd pod nogi, natłoku ciężkich portier i dywanów, olbrzymich wazonów, sztucznych krzewów i kwiatów, tysiąca drobiazgów grożących co chwilę niebezpieczeństwem spadnięcia im na głowy!

Zwyczajny chaos antraktowy pełny uroku i niespodzianek dla nowicjusza, jakim był młody Raoul o jasnych włosach i oczach, i niemniej jeszcze jasnej i pogodnej duszy, spieszący z bijącym sercem na spotkanie czarodziejki, która śpiewem swoim obudziła drzemiące w jego sercu uczucia. Czuł wyraźnie, że jego biedne, niezepsute serce już do niego nie należało. Usiłował się bronić przed tym uczuciem, które zrodziło się w chwili, gdy po długim niewidzeniu ujrzał Krystynę, którą znał jeszcze dzieckiem. W obecności jej opanowało go dziwne słodkie wzruszenie, które nadaremno próbował zwalczyć rozumowaniem, poprzysiągł bowiem sobie, że pokocha jedynie tę, która zostanie jego żoną, a nie mógł wszak ani przez chwilę myśleć o poślubieniu śpiewaczki; oto słodkie wzruszenie zastąpione zostało przez jakieś okropne uczucie. Uczuł nagły ból w piersiach, tak jakby ktoś usiłował wyrwać mu serce, potem miał wrażenie straszliwej pustki, która mogłaby zostać wypełniona jedynie wzajemnym uczuciem.

Hrabia Filip z dobrodusznym uśmiechem na twarzy z trudnością podążał za śpiesznie idącym bratem. Po przejściu małych drzwiczek prowadzących bezpośrednio za kulisy Raoul musiał się zatrzymać, aby przepuścić grono zagradzających mu drogę baletniczek. Z drobnych, zbytnio uróżowanych warg, posypał się grad żartobliwych uwag, dowcipów, komplementów pod adresem Raoula nie reagującego bynajmniej na te zaczepki.

Gdy nareszcie Raoul wydostał się na mroczny korytarz, rozbrzmiewający wrzawą głośnych rozmów i śmiechów zebranych tam wielbicieli sztuki i jej kapłanek, dobiegło go kilkakrotnie wymówione z entuzjazmem imię Krystyny Daaé.

Hrabia Filip, postępujący tuż za bratem, zastanawiał się nad tym, że jak na nowicjusza badającego dopiero tajemnice gmachu opery, Raoul zanadto był pewny siebie i drogi, którą przebiegał. A przecież tu jeszcze go nie przyprowadził. Zapewne Raoul zapuścił się już kiedyś w te ponętne labirynty w czasie, kiedy on zajęty był rozmową z baletnicą Sorelli w jej garderobie, a która czasem, ożywiona nagłym kaprysem, prosiła, by nie opuszczał jej, aż do chwili wyjścia na scenę.

Niekiedy nawet wymagała, by czekał za kulisami, by podać jej przy zejściu parę maleńkich kamaszy mających ochronić jej dziewiczo białe pantofelki i olśniewającej czystości trykoty.

Na wytłumaczenie kaprysu Sorelli należy dodać, że przed niedawnym czasem straciła matkę, przez którą psuta była bardzo i pieszczona.

Hrabia Filip, odkładając na później wizytę u Sorelli, posuwał się dalej korytarzem wiodącym do garderoby Krystyny, przy czym stwierdzał, że korytarz ten nigdy chyba nie był tak licznie odwiedzany jak tego wieczoru, gdy cały teatr był niejako upojony sukcesem artystki i wzruszony jej omdleniem. Krystyna nie odzyskała jeszcze przytomności. W tej właśnie chwili nadchodził zawezwany doktor teatralny, za którym pośpieszał Raoul, depcąc mu niemal po piętach.