Małaszka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gabriela Zapolska

Małaszka

Saga

MałaszkaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1922, 2020 Gabriela Zapolska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426632

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Usiadła sobie na płocie.

Wiatr igrał z jej spódniczką, odsłaniając nagie, brudne kolana.

Bosymi piętami uderzała takt piosenki, a ręce złożyła bezwiednie, jak do modlitwy.

Ładna była mimo brudu, kurzu i włosów dawno nieczesanych.

Oczy jej szare, ocienione długimi rzęsami patrzyły na świat badawczo, niespokojnie jakoś.

W oczach tego chłopskiego dziewczęcia migały chwilami jakieś zielonawe ogniki.

Tryskała z nich ciekawość i żądza nieznanego.

Usta uśmiechały się na wpół bezmyślnie, na wpół zmysłowo; spadek ramion i zarys bioder, jakkolwiek znaczony ostrymi konturami, obiecywał w przyszłości klasyczne prawie kształty.

Nogi ma tylko niekształtne, duże, czerwone; pięty poranione o przydrożne osty i ciernie — za to już nad kostką zarysowuje się silna, choć smukła linia, która mogłaby służyć za model sztucznej łydki niejednej tancerce.

Dokoła cisza, spokój wielki, chwilami tylko przerywany odgłosem dzwonków lub nawoływaniem pastuchów.

Był to wieczór letni, pełen woni i blasków zachodzącego słońca.

Wspaniałe purpurowe promienie ślizgały się po słomianych strzechach niskich, zapadłych w ziemię chatek, ozłacały drżące liście grusz i dzikich śliwek.

Mała dziewczyna siedząca na płocie, zdawała się kąpać w tych ognistych blaskach.

Kosmyki jasnych włosków, wysuwające się z krasnej chuściny, połyskiwały niby szczere złoto i tworzyły nad opalonym czołem delikatną aureolę. Jeden z purpurowych promieni owinął wkoło ramiona dziewczyny; czerwony, wąski pasek słoneczny znaczył również wzdłuż bioder Hogartowską wężową linę...

Ciemne tło lasu, opasującego dokoła wioskę, przecinało horyzont, poza ten las zapadała ognista kula wielka, wspaniale ścieląc swój płaszcz królewski.

Ponad błotnistą drogą na wzgórku nieforemny Chrystus na krzyżu wyciągał drewniane ramiona.

U stóp jego zawiązana dziecięca koszulka świadczyła o pobożności mieszkańców wioszczyny.

Była to gorąca prośba matki o życie dziecięcia.

Ileż łez gorzkich zmoczyło tę zgrzebną, grubą koszulinę, zaciśniętą rozpaczliwym węzłem naokoło krzyża! Dziewczyna siedząca na płocie przestała wybijać takt piętami i z wolna zapadła w zadumę.

Od strony wioski dolatywał odgłos znanej piosenki:

„U susida chata biła..." Jakiś domorosły artysta grał pod lasem, a rzewne drżące tony płynęły w dal i zdawały się skarżyć, płakać...

Dziewczyna powoli spuściła głowę i wpatrzyła się w ziemię.

Słońce zaszło zupełnie.

Ciemny las zdawał się pochłaniać resztki dogasających promieni.

Promienie cofały się drżące i jakby zawstydzone na zachód.

„A u mene sirotynki Ani szczastja, ni chatynki..." Mówiły słowa piosenki, której nuta dźwięczała w powietrzu.

Małaszka, odwróciła głowę.

— To Julek — szepnęła — sierota!

W szepcie tym była jakaś litość ukryta.

Po chwili na drodze od lasu ukazała się postać młodego, bo zaledwie piętnastoletniego wyrostka. Miał na sobie surducik czarny z wytartymi łokciami i wysokie, wykrzywione buty.

W ręku trzymał fujarkę i idąc, przygrywał.

Ciemne włosy spadały mu na czoło; cudownie piękne, błyszczące oczy patrzyły chmurnie i ponuro przed siebie.

Jakaś nieokreślona tęsknota, ból tłumiony wiał z tej pochylonej, chłopięcej postaci. Mimo podartego surduta, mimo dziurawych butów, ciekawość kazała odwracać głowę i nie zapominać tego dziwnego wyrazu twarzy.

Chłopak miał rysy regularne, posągowe niemal.

Między brwiami zarysowana zmarszczka i te oczy, tak chmurne jak noc bezgwiaździsta świadczyły o jakimś bólu i smutku, co trawił tę młodą a przedwcześnie zniszczoną istotę.

Powoli przestał grać i wsunąwszy fujarkę w zanadrze szedł niezgrabnym, ociężałym krokiem naprzód.

Dziewczyna poprawiła się na płocie i z kokieterią pociągnęła krasną chustkę na głowie.

Pogładziła włosy i poprawiła koszulinę u szyi.

Nie zważała jednak, że spódnica zagięta nad kolanem, ukazuje całą jej nagą nogę i brudne, czerwone kolano.

Chłopiec szedł dalej, nie widząc tej niemytej Dalili, uczepionej na chruścianym płocie.

Przechodzić jednak tędy musiał.

— Julku! — zawołała Małaszka. Stanął i obejrzał się.

— Ach! to ty! — wyrzekł wolno — znów brudna i obdarta, co robisz na tym płocie?

Głos jego brzmiał dźwięcznie i czysto. Małaszka pokraśniała nagle.

— Myłam się w sobotę — tłumaczyła półgłosem.

— Tak! a dziś wtorek — odrzekł Julek. — Wstydź się... i chcesz, żebym cię zaprowadził do dworu i pokoje pokazał.

Stał tak naprzeciw niej i patrzył wprost na jej czarne i pokaleczone nogi.

— Nie mam butynek, wiesz przecie — szeptała Małaszka.

Ale Julek nie słuchał — wzrok jego rozmarzony błąkał się po ciemniejącym niebie, ślizgał się po ciemnej linii lasu, aż na koniec spoczął na głowie dziewczyny. Małaszka patrzyła także w twarz jego.

Oczy dwojga dzieci spotkały się.

I mimowolnym, bezwiednym ruchem wyciągnęli oni ku sobie ręce.

Jasna głowa Małaszki spoczęła na wytartym surducie Julka.

On objął ją spokojnie ojcowskim jakimś ujęciem.

Oczy jego zaszły tylko mgłą wilgotną i jeszcze pociemniały — był spokojny, cichy, smutny jak powierzchnia morskiej głębiny.

Ona — przeciwnie, tuliła się doń namiętnie, drżąc dziwnym, gorączkowym dreszczem.

Zdawało się, że każdy nerw twarzy drży osobno, że po żyłach tego dziecięcego niemal ciała biegnie jakiś strumień gorący, który zapala w jej oczach te dwa niepoczciwe ognie, płonące w jej źrenicach.

Czternastoletnie dziewczę zmieniło się w objęciu chłopca na zmysłową, namiętną kobietę.

Ruchami kotki ocierała twarzyczkę swoją o ramię chłopaka — jedna ręka nerwowym ruchem plątała jego ciemne włosy.

Cicho było dokoła.

Na ziemię zdawała się spadać czarna krepowa zasłona.

Noc zarzucała swój welon i szła wolno jak kochanka, którą codzienne schadzki znużyły.

Mrok ten owijał i dwie młodzieńcze postacie, stojące przy sobie w milczeniu, a przytulone jak dwie młode brzozy, którym Bóg kazał wiecznie rosnąć przy sobie. Na koniec Julek pierwszy ocknął się z tej miłosnej zadumy.

— Czas mi iść do dworu — wyszeptał, odwracając z niechęcią głowę w stronę, gdzie między drzewami bielały dwie wysokie wieżyczki o spiczastych dachach.

Małaszka żywo podniosła oczy.

— Do dworu! — powtórzyła — a co ty tam będziesz robił teraz?

Po ustach chłopca przewinął się uśmiech smutny, gorzki — dziwny jakiś.

— Muszę zmywać szklanki i przynosić z kuchni półmiski do kolacji — wyrzekł, pochylając głowę.

Ale po chwili wyprostował się i odrzucił w tył spadające włosy.

— Och! Małaszko! Małaszko! — zaczął znowu, a oczy jego ożywiały się stopniowo i głęboka bruzda, wyryta między brwiami znikła jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki — jaka ty szczęśliwa! Ty możesz cały dzień latać po polu i chodzić do boru, gdzie takie wysokie choiny sięgają aż w niebo... Co by ja za to dał, żeby i mnie wolno było siedzieć tam daleko, w ciemnym borze, wiesz, tam koło mogiły wisielca, taj grać, grać... a potem dumać.

Urwał i wyprostował się — pierś jego zdawała się rosnąć i przepełniać tą tęsknotą swobody, która go trawiła.

Wytarte nitki dworskiego surducika pękały z suchym trzaskiem pod tym nagłym, nerwowym ruchem, którym rozszerzały się ramiona chłopca.

Małaszka patrzyła nań zdziwionymi oczyma.

— Koło mogiły wisielaka? ta tam straszy, Julku... w nocy tak jęczy, taj płacze...

— Głupia ty! — odparł Julek — to bór szumi i sosny grają. Ach! jak grają przecudnie! Nad mogiłą jęczy sowa, pewnie dusza wisielaka, a wkoło ciemno, choć oczy wypatrz, nic nie widzisz. A tylko nad tobą niebo i gwiazdy błyszczą, a taka ich moc wielka a takie jasne i czyste...

Małaszka machnęła ręką.

— Ja by wolała być we dworze, tam takie jasne świece jak w cerkwi, a ściany malowane złotem! Widziałam przez szyby.

Julek popatrzył na dziewczynę, ręka opadła wolno, odsunął się od niej i rzekł:

— Bywaj zdrowa, ty za głupia, żeby mnie zrozumieć.

Odwrócił się i poszedł do dworu.

Małaszka została sama.

Zamyśliła się.

A myśli jej kręciły się koło tego, co ją zajmowało zwykle, to jest koło dworu i jego mieszkańców.

Mała jej główka pracowała bardzo. Miała ona dotychczas bardzo niejasne jeszcze pojęcie o tym pałacyku z wieżyczkami i wielkim dwunastostopniowym gankiem. Przerażał ją i zachwycał zarazem.

Często, ukryta za gęstym krzakiem berberysu, bez tchu wpatrywała się godzinami całymi w tę wielką, białą masę, przecinaną ogromnymi, gotyckimi oknami.

Kolorowe szyby, białe markizy z pąsowymi zębami olśniewały ją... w pobożnym uniesieniu składała ręce jak do modlitwy, a oczy utkwione w jeden punkt zachodziły łzami. Siedziała tak cicha i milcząca, jakby przygnieciona tym niegustownym, bez smaku i stylu pałacykiem, który z daleka błyszczał złoconym herbem, wylepionym na frontonie ganku.

 

Marzeniem jej było wejść wewnątrz, choćby do kredensu.

Dalej pragnienie jej sięgać nie śmiało.

Na samą myśl dostawała zawrotu głowy.

Chciałaby więc tylko wejść do kredensu.

Widziała nieraz wchodzących tam lokai, poważnych lub wesołych, stosownie do usposobienia. Jeden szczególniej jej imponował.

Był to wysoki i barczysty chłop z ogromnymi czarnymi wąsami.

Nazywał się Lawdański, był synem chłopa z pobliskiej wioski i mówiono na niego zwykle Hryć, ale gdy poszedł do dworu i z chłopca kredensowego stał się kamerdynerem, mówiono nań Lawdański, a często i pan Lawdański.

Miał na sobie szary surdut i kamasze.

Kamasze te miały dwanaście guzików.

Małaszka policzyła te guziki, gdy raz pan Lawdański przyszedł do karczmy i cały kwadrans rozmawiał z arendarzem Szmulem.

Stała obok niego i liczyła srebrne połyskujące guziki. Potem, gdy w nocy poszła zamknąć chlewik i spojrzała przypadkiem na niebo, gwiazdy zmieniały się w jej oczach na srebrne połyskujące guziki.

Każda gwiazdka miała herb i była wypolerowana, okrągła, błyszcząca.

Zasnęła, myśląc o tych wspaniałych gwiazdkach.

Często widziała wpadające do kredensu dworskie dziewczęta. Było ich trzy, trzy siostry Polikarpa leśniczego. Wybiegały i wbiegały chichocząc niby z jakimś pilnym interesem, a właściwie ze śmiechem i zaczepką do lokai.

Miały na sobie białe, cienkie koszule i krasne krochmalone spódnice.

Szeleściły nimi, a czerwone szklane paciorki dzwoniły związane na szyi.

Raz jeden Warka, najładniejsza i najsmukłejsza, przebiegła pędem do kredensu, niosąc ze sobą szczotkę, którą codziennie pożyczała, mimo że w garderobie pięć szczotek stało jak wojsko przy ścianie.

Po chwili uciekła, śmiejąc się głośno — za nią gonił pan Lawdański, trzymając w ręku ściereczkę od kurzu.

Warka zatrzymała się koło krzaka i z przechyloną głową zdawała się czekać na nieprzyjaciela.

Małaszka siedząc na zwykłym posterunku, uczuła nagle dziwne ciepło przebiegające jej żyły.

— Warka! chodź tu! — zawołał rozkazująco.

Warka zawahała się chwilę, widocznie jednak czarne wąsy pana Lawdańskiego miały moc czarodziejską, bo zbliżyła się wolno, bojaźliwie jakoś.

— Głupia ty! — rzekł Lawdański — czego uciekasz? I objął ją zręcznie, a głośny całus rozległ się w powietrzu.

Małaszce krew purpurową falą zasłoniła oczy, nie widziała nic, siedziała bez ruchu — bez myśli.

Gdy ochłonęła z przestrachu, ani Lawdańskiego, ani Warki koło krzaka nie było.

Wysunęła się na czworakach i stanęła w tam samym miejscu, gdzie przed chwilą wygalonowany lokaj całował dziewczynę.

Krew jej uderzała gwałtownie do głowy, pulsa biły jak młotem.

Zazdrościła szczęścia tej Warce, która nie dość, że chodzić mogła po dworskich pokojach, ale jeszcze całowali ją dworscy lokaje!

Jakże nędzną i opuszczoną wydała się sama sobie!

Jakkolwiek miała dopiero czternaście lat, ale była tak wysoka jak Warka, zęby miała bielsze i czuła się o wiele piękniejszą od niej.

Jej dotąd nie całował nikt, nikt prócz ordynarnych wiejskich chłopaków, nieuczesanych, nieumytych, w płóciennych spodniach i z bosymi nogami.

Zamyśliła się i posmutniała bardzo.

Na ziemi, pomiędzy gęstą trawą zaczerwieniło się coś nagle.

Małaszka schyliła się skwapliwie.

Co to być może?

Przecież to nie jagoda. Jagody nie rosną na równych, strzyżonych trawnikach dworskich.

Ach, to paciorka!

Jedna, druga, trzecia... cały ich sznurek rozsypany, zerwany widocznie z szyi dworskiej dziewczyny.

Małaszce serce biło gwałtownie.

Zebrała paciorki i pobiegła do chaty.

Tam nawlokła je uważnie, zostawiając największe na sam środek. Gdy się w nie ubrała, chodziła dumnie, z głową zadartą wysoko — zupełnie jak pan Lawdański, gdy włożył pierwszy raz kamasze o srebrnych guzikach.

W tym to czasie rzuciła sieć kokieteryjną na Julka, chłopca kredensowego.

Poznała się z nim łatwo, bo chłopak często chodził do wsi, a częściej jeszcze do karczmy po wódkę dla lokai. Ponieważ był sierotą, a właściwie nieślubnym synem jednej z dziewczyn, odtrącony przez wieś całą, rad był znaleźć jakieś przychylne serce i dobre słowo.

Gdy Małaszka pierwszy raz zbliżyła się ku niemu, przyjął ją z radością nawet — jego poczciwa, smutna natura nie przypuszczała nawet, że ta jasnowłosa dziewczyna, w zgrzebnej koszuli i ze sznurkiem potłuczonych paciorek na szyi używa tylko jego niepozornej i nic nie znaczącej istoty do swych tajnych i przewrotnych celów.

A jednak ta bosa i brudna dyplomatka zawstydziłaby może sztukami i fortelami swymi Metternicha, a może i Żelaznego Księcia w Berlinie.

Powoli potrafiła przywiązać do siebie smutnego chłopca, który choć czuł, że go ciasny umysł dziewczyny zrozumieć nie jest w stanie, lgnął do niej z każdym dniem więcej.

Obiecał jej nawet pokazać pokoje, jeśli państwo wyjadą, a Lawdańskiego w kredensie nie będzie. Tego tylko pragnęła teraz Małaszka.

Jak widzimy, pragnienia jej rosły, a ciekawość nie ustawała.

Za mało jej było widzieć dwór powierzchownie — podkradała się w nocy pod wielkie, gotyckie okna i chciała przez szare płócienne rolety dojrzeć, co się dzieje wewnątrz.

Czasem udało się jej dojrzeć, jak przez otwarte na oścież podwoje ganku schodziła młodziuchna, trzynastoletnia dziewczynka w błękitnej sukience, a potem wolno i poważnie obchodziła trzykrotnie trawnik i wracała do domu.

Dziewczynka ta miała bladą, mizerną twarzyczkę, rzadkie jasne włoski i chude alabastrowej białości rączęta.

Stąpała wolno w swych błękitnych ażurowych pończoszkach i czarnych pantofelkach; była taka nikła i wątła, że zdawało się, iż najlżejszy podmuch wiatru uniesie ją do góry.

Przestraszyła się raz okropnie żaby i krzyknęła z trwogi.

Czym prędzej wróciła do pokoju, unosząc w rękach falbany krótkiej sukienki i gubiąc po drodze haftowaną chusteczkę.

Małaszkę paliła głucha, niewytłumaczona zazdrość.

Ach! mieć taką sukienkę, takie trzewiki!... Jakaż szczęśliwa ta blada, jasnowłosa panienka! Te niebieskie falbany i haftowane krezki zdawały się jej skarbami bez ceny.

Ileż ona więcej skarbów posiadała! Miły Boże! A najprzód te włosy miękkie, długie i gęste; dwie śliczne kosy sięgające do kolan, a potem te dwa sznury perłowych zębów, błyszczących w czerwonej ust oprawie! A weźmy w dodatku silne rumiane policzki, wspaniałe ramiona i biodra, śmiałe linie gorsu i to bogactwo zdrowia, jakie śmiało się z całej jej postaci.

Blada panienka zdawała się jakimś mglistym widziadłem wobec tej wiejskiej jagody, tak strojnej w najpiękniejsze, bo ręką bożą stworzone powaby.

Ale Małaszka była nieczuła na swoje wdzięki. Rada by urodzić się garbatą i ślepą, byle chodzić tak koło trawnika w niebieskiej kaszmirowej sukience i skórkowych pantoflach. Jaki szczęśliwy ten Julek! — on chodzi w surducie! I ten wytarty surdut kredensowego chłopca miał dla niej znaczenie wielkie.

To było przecież ubranie dworskie!

Dlatego to ocierała twarzyczkę swoją o zatłuszczony przód surduta, wciągała w siebie z lubością tę woń wilgotną, niezdrową, jaką przesiąkają suknie sług przeznaczonych do zmywania talerzy.

Zdawało się jej, że rozróżnia gatunki i smak potraw, których plamy świeciły na ciemnym suknie.

Prócz tego zdawało się jeszcze, że choć w części zbliża się do dworskich dziewcząt.

Wszakże Warka tuliła się tak samo do ramienia Lawdańskiego.

Wprawdzie Julek nie był Lawdańskim, ale zawsze był to już sługus dworski, ktoś z pałacu, z kredensu...

Niecierpliwiło ją tylko, że nigdy jej nie pocałował.

Nie dlatego, ażeby go kochała i całus ten uważała za wynik wzajemnej miłości, broń Boże! Ona pragnęła uścisku tego, aby dorównać choć w części Warce, którą widziała całowaną tam, koło krzaku berberysowego...

Zdawało się jej, że pieszczota ta inaczej smakuje niż te całusy dawane i kradzione przez chłopaków bosych w gęstwinie lasu, gdy szli razem po czernice.

Była pewną, że stanie się z nią coś nadzwyczajnego, coś, co ją uspokoi, zadowoli choć chwilowo.

Tymczasem Julek mówił jej o szumie sosen w lesie, o gwiazdkach na niebie, a ona w szumie lasu słyszała zawsze głos Lawdańskiego, a w świetle gwiazd widziała błyszczące liberyjne guziki...

Nie rozumieli się.

On marzył o swobodzie, o borze, gdzie niebotyczne drzewa wieczną prowadzą rozmowę, o tym jasnym, niebieskim sklepieniu, po którym płynęły chmury jak stada gołębi; ona zaś — o ciemnej, brudnej izbie kredensowej, o popękanym suficie i tym powietrzu pełnym tłustych, korzennych wyziewów.

On dążył jak orzeł ku górze, pragnął powietrza, przestrzeni, wyrywał się z klatki i tęsknił za wolnością; ona przeciwnie z tej wolności chciała zakuć się w pęta, z szerokiego świata zamknąć się w klatce o gotyckich wieżyczkach.

Zostawiliśmy bohaterkę naszą stojącą wśród błotnistej, samotnej drogi i zamyśloną głęboko.

O kilka kroków od niej duży, czarny wieprz drzemał w kałuży...

Chłodno mu było i spokojnie przewrócił się więc na drugi bok z widocznym zadowoleniem.

Nagle od strony pola doleciał gwar, z początku niewyraźny, potem coraz głośniejszy.

Gwar ten płynął w powietrzu i dzielił się na głosy.

A nie był to harmonijny akord.

Prym wiodły cienkie kobiece soprany i przygłuszały poważne męskie basy, barytonom nie dając odezwać się nawet.

W gwarze tym była kłótnia, zgoda, przyjaźń i nienawiść.

Był to chór kilkudziesięciu ludzi, zmuszonych żyć obok siebie.

Kochali się i nienawidzili, kłócili się i godzili — wszystko brzmiało w tym gwarze płynącym wśród ciszy letniego wieczora.

To gromada powraca z poła.

Przodem idą baby.

Chustki poprzekręcane na bakier, policzki zapadnięte, rzadkie kosmyki, wysuwające się za uszami, przystrzyżone w tak zwaną „dolę", piersi wyschłe — oto wszystko.

Idą bose, zgarbione — brzydkie.

Jedne milczą uparcie, drugie się kłócą, gestykulując przy tym z zapałem wielkim.

Robią sobie wzajemne zarzuty, wymówki.

Za nimi w gromadce zbitej suną dziewczęta.

Są tam i ładne i brzydkie, u niektórych oczy świecą jak gwiazdy, a malinowe usta śmieją się bezmyślnie.

Wszystkie mają zgrzebne koszule, spięte na guziczek i rozchylone cokolwiek na piersiach. Oddychają swobodnie, szeroko — nieściśnięte pętami stalowych sznurówek.

Idąc, kołyszą się z harmonijnym wdziękiem, przy czym spódnice falują miarowym ruchem; stąpają pewnie, śmiało swymi dużymi, czerwonymi nogami, wchodząc bez trwogi w błoto i zakasując przy tym bez najmniejszej żenady swe płócienne spódnice.

Za nimi idący parobcy nie okazują najmniejszego zachwytu na widok tych ponęt, odsłanianych z taką dziecięcą prostotą; przywykli do tego bogactwa form — świetny kształt tych nagich, o miedzianych połyskach nóg, nie olśniewa ich, nie nęci...

Miejski gogo stanąłby zachwycony i rzekłby: „très chic", Hryć i Orchim idą niewzruszeni, rozmawiając o gruntach i Niemcach kolonistach, których jasny pan od miesiąca pod lasem osadził.

„Niemcy" karczują las przy zegarkach i w butach.

Rzecz godna bliższej uwagi.

Gromada zbliża się do wsi — jeszcze kilkadziesiąt kroków, a przejdą mimo przydrożnego krzyża.

Na krzyżu biały Chrystus w niekształtnej cierniowej koronie wyciąga niecierpliwie ramiona.

Rad by pobłogosławił tej spracowanej gromadce, która błyszczy jeszcze z daleka kroplami potu, wyciśniętymi przez pracę.

Małaszka podniosła głowę, ocknęła się z zadumy.

Do uszu jej doleciał gwar, poznała głosy — wywinęła w ręku trzymaną chuściną, jak powitalną chorągwią, i puściła się naprzeciw gromady.

Cała rozpasana chłopska natura ocknęła się w niej na widok tej masy zgrzebnych koszul i nóg bosych.

Zapomniała na chwilę o dworze i o Julku — spieszyła do swoich.

Biegnąc, wskoczyła w kałużę, uderzyła zbłoconą nogą drzemiącego wieprza, a dokonawszy tego chwalebnego czynu, popędziła co tchu z zapałem godnym lepszej sprawy.

Na samym przedzie gromady idzie Iwanycha, duża rosła chłopka, o siwiejących włosach i ciemnych, zapadłych oczach.

To matka Małaszki.

Zresztą łatwo to poznać po sposobie, jakim się wita z córką.

 

Wymierza jej porządnego kułaka i najspokojniej wraca do rozpoczętej rozmowy.

Małaszka zdaje się jednak nie bardzo obrażona tym dotykalnym dowodem matczynej miłości, bo roześmiawszy się idzie, podskakując ze swą rodzicielką.

Gromada przechodzi koło wielkiego zapadłego w ziemię budynku, którego krzywe małe okienka, zalepione papierem spoglądają na świat niemiło jakoś.

Sczerniała słoma wisi wielkimi płatami naokoło dachu, wygląda jak wielka, dziurawa płachta, w którą przyodziała się żebraczka.

U przegniłych słupów uwiązane konie z wózkami i biedkami pospuszczały smutne łby, rozmyślając nad przewrotnością świata.

Dokoła kałuże cuchnące, wstrętne...

Na jednej z nich rzucona kładka służy obecnie za ruchomą huśtawkę dwom żydowskim bachorom.

Bachory skaczą, śmiejąc się i krzycząc, a każdy ruch kładki — to porcja błota, obryzgująca ich rumiane twarzyczki.

Opodal stado gęsi poważnie naradza się nad wycieczką do dworskiego ogrodu.

Budynek ten — to karczma, siedziba siwowłosego arendarza Szmula, sławnego koniokrada na całą okolicę.

Siedzi tu od dziada pradziada. „Zasiedział" już miejsce i nikt go ruszyć nie jest w stanie.

Następca wie na pewno, że cała chudoba jego poszłaby z dymem, podpalono by karczmę z pewnością.

Nikt się więc nie kusi o arendę horodyską, a choć intratna, bo droga do kolei przechodzi też koło karczmy — nikomu przez myśl nawet nie przejdzie podkupić Szmula.

Zresztą jaśnie pan go lubi — o! nawet bardzo lubi.

Szmul go kradnie, ale cóż robić? Przynajmniej konie mogą w stajni stać bezpiecznie — a i to coś znaczy.

Szmul ma siedmiu synów, sławnych siedmiu końskich złodziei.

Jest z nich dumny!

Ci synowie stanowią rozkosz jego życia, podporę jego starości.

Od kilku dni wszakże krążą głuche wieści, a niepokojące bardzo.

Mówią, że jaśnie pani postanowiła usunąć Szmula z karczmy.

Miano oddać arendę karaimom, którzy się zemsty Szmula nie bali.

Trzeba zbadać rzecz na gruncie.

Dlatego to cała gromadka ciśnie się do karczmy, zamiast powracać do domów.

Na czele Iwanycha, a tuż za nią Małaszka. Szmul przyjaźnie wita wszystkich, uspokaja bardziej zatrwożonych — wzrusza ramionami i w ogóle ma pewną siebie minę.

Gospodarze i gospodynie zasiadają ławy, kładąc ręce na stołach. Rozszerzają o ile możności łokcie i spoglądają z zadowoleniem po brudnych ścianach izby. Dziewki zbiły się w jeden kąt, jak stado owiec, i popychają się nawzajem. Popychanie owo stanowić ma najwyższy szczyt wdzięku i kokieterii. Wszyscy chwytają blaszane miarki i raczą się palącym przysmakiem.

Wnuczek Szmula, pejsaty piętnastoletni wyrostek o twarzyczce cherubina i przejrzystym wejrzeniu rozlewa wódkę, starając się napełniać tylko przez pół blaszanki.

Szmul oparł się o ścianę, i gładząc siwą brodę, rozmawia z dwoma na kolej spieszącymi żydkami.

Na dworze ściemniło się zupełnie, jedna naftowa lampeczka przybita wysoko, oświetla słabo wnętrze karczmy.

Pełno tam gwaru, hałasu i dymu.

Ostra woń wódki, zmieszana z zapachem cebuli i swędem kopcącej lampki, tworzy przygniatającą atmosferę.

Coraz głośniej, coraz gwarniej i ciemniej. Z kątów wyrywa się chwilami przyciszony chichot dziewczyny, lub głośny odgłos pocałunku. Gospodynie kiwają głowami i przekręcają chustki na ucho.

Wszystkie te twarze płoną, oczy się iskrzą, usta drżą od wewnętrznej gorączki.

Jakiś żar czuć w tej dusznej, ciemnej izbie — coś, co przyśpiesza obieg krwi, oczy mgłą zasłania.

Zda się, że chmury wódki pływają w powietrzu, wszystko tonie w tej mgle niewidzialnej dla oka, ale tłoczącej piersi, przygniatającej mózg człowieka.

Na środku Szmul poważny, spokojny, ze swą siwą brodą i profilem patriarchy. Na ławce pod ścianą siedzi Małaszka.

I jej policzki płoną, wilgotne usta drżą, czerwieniąc się koralową barwą.

Wielkie siwe oczy otwarła szeroko i wpatruje się w ciemny, brudny sufit karczmy.

Pod wpływem wódki, której matka nie żałuje swej doni, po głowie dziewczyny przesuwają się tysiące myśli.

Niska, zapadła karczma przemienia się w pałacyk, o smukłych gotyckich wieżyczkach; brudna izba jest nagle wspaniałym, złoconym pokojem, tak wysokim jak cerkiew.

Naokoło pali się sto świec dużych, woskowych, w drewnianych, ogromnych lichtarzach.

Ona sama siedzi na miękkim krześle i ustrojona w błękitną suknię, zajada chleb wypiekany z jabłkami i hreczane pierogi ze śmietaną...

Pan Lawdański stoi przed nią i woła tak, jak na Warkę, pod krzakiem berberysu.

— Chodź tu, głupia! chodź tu!...

I Małaszka posłuszna pragnie wstać i pójść za tym świetnym i błyszczącym lokajem, ale nagle nogi się jej plączą, siły ją opuszczają i pada na ziemię.

Iwanycha wzrusza ramionami i dla otrzeźwienia daje porządnego kułaka leżącej pod ławą dziewczynie.

Widząc, że nie skutkuje, odwraca się obojętnie i pije dalej.

Tu i ówdzie zaczynają się kłótnie, występują dawne urazy, zapomniane waśnie; dziewczęta się śmieją i popychają coraz bardziej; chłopcy stają się śmielsi i nacierają z bliska.

Ciemność panująca w karczmie, kłótnie, wrzaski — wszystko usposobią gromadę bardzo wesoło.

Dobrze im i błogo w tym zaduchu i ciasnocie. A na dworze cudowna noc letnia rozsnuwała swój ciemny welon, tkany brylantowymi blaski. Drzewa szumiały i kłoniły gałęzie ku ziemi. Cała natura usypiała z wolna, jak dziecię, które pieśń matki do snu kołysze.

Od strony lasu dolatywała znów smutna nuta piosenki.

„U susida chata biła"...

Widocznie Julek ukończywszy swą pracę, szedł dumać nad mogiłą wisielca, a potem grać... grać...

Nad drogą biały Chrystus na próżno wyciągał ramiona.

Ludzie, których chciał po pracy błogosławić, śmieli się i kłócili w ciemnej karczemnej izbie.

Nieforemne usta Chrystusa zdawały się szeptać: „Przebacz im Panie, bo nie wiedzą co czynią...".

Po tej nocy letniej minęło lat cztery. Zbiegło szybko jak mgnienie oka, jak błyskawica prująca ciemne chmur kłęby.

We wsi nie zmieniło się nic na pozór. Też same zapadłe chaty, te same sczerniałe strzechy i cuchnące dokoła kałuże.

Też same dzikie grusze wiodą między sobą ciche rozhowory, trzęsąc poważnie drobnymi liśćmi.

Na wzgórku spomiędzy ciemnej zieleni bieleją gotyckie wieżyczki i skrzypią żelazne chorągiewki.

Opodal wsi karczma patrzy wciąż zezowatymi oczkami i zda się liczyć, ilu to ludzi przemieniła w bydlęta pod swym sczerniałym sufitem.

Wszystko tak samo, tylko trawa przydrożna bardziej wyschła, wydeptana przez gęsi arendarza — tylko baby na wsi chylą coraz więcej głowy i ramiona, a w „dolach" tych bosych kobiet srebrne nici połyskują.

Wszystko tak samo — tylko Chrystus, zniechęcony, ma jakiś wyraz zmęczony; czoło chmurne pod swą cierniową koroną zwiesił ku ziemi — snać długo czeka, wyciągając z błogosławieństwem ramiona.

Gromada nie śpieszy po pracy do smutnego Chrystusa, w karczmie u Szmula jak przed czterema laty szuka zapomnienia i odpoczynku po całodziennym znoju.

Dziewczyny tylko wyrosły i gibkie jak trzciny kołyszą się miarowym ruchem, idąc błotnistą drogą.

I Małaszka urosła — jak sosenka prosta, smukła i w młodość strojna.

Włosy miękkie, długie, jasne owija naokoło głowy, tworząc tym sposobem diadem królewski.

Oczy zielonawe patrzą spod długich, ciemnych rzęs, mieniąc się kameleonowymi barwami.

Usta rozchylone, zmysłowe, z kącikami do dołu spuszczonymi.

Te kąciki nadają twarzy dziewczyny jakiś dumny, hardy wyraz.

Głowę nosi wysoko, klasycznie; piękna to głowa, osadzona na gibkiej, gładkiej szyi; rozchylona koszula znaczy kontury piersi czystej, dziewiczej.

Równe, proste plecy łączą się harmonijnym łukiem z linią rąk i znaczą śliczne wygięcie spadzistych ramion.

Biodra śmiało zarysowane odcinają stan i w dalszym przedłużeniu tworzą iście posągowe kształty.

Jakiś czar młodości, urok nieprzeparty wieje z tej bosej krasawicy, gdy stanie z odkrytą głową w jasny wiosenny dzionek i rumianą twarz swoją ku słońcu obróci.

Snopy światła migają po rysach dziewczyny, potok jasności oblewa ją wokoło, uwydatnia jej rysy — ona stoi niewzruszona, uśmiechnięta, pewna siebie i tej chłopskiej urody, nie lękającej się dnia białego.

Kocha się w niej wieś cała — ona patrzy na rozkochanych swymi zielonymi oczami i wzrusza ramionami.

Jeden Julek tylko ma łaski u niej.

Julek zmienił się także bardzo.

Zmężniał, pochylił ramiona — zestarzał się jakoś.

Dziewiętnastoletni chłopak miał chód, ruchy, spojrzenie siwowłosego starca.

Nie chodził już grywać smutnej piosenki nad samobójczą mogiłą — nie miał czasu.

Przeniesiono go z kredensu do stajni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?