Luna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak więc ojciec i matka zostali prawnikami. Na swojej drodze spotykali ludzi niewinnych, którym udowadniano winę, bandytów i kanalie, których miejsce było w więzieniu, ale za grubą kasę wychodzili na wolność. Mimo że ci zwyrodnialcy mieli tyle syfu za uszami, w sercu i duszy, nie zostali ukarani tyko dlatego, że byli wpływowi i mieli jak się wykupić. To jeszcze bardziej utwierdzało ich prawników w przekonaniu, że w życiu najważniejsze są pieniądze i pozycja, bo one pozwalają wyjść cało z najgorszej nawet opresji.

Ojciec i matka Majki zagubili się w rozprawach sądowych, w paragrafach, w bankietach dla bogaczy. Stracili poczucie czasu i rzeczywistości. Dla nich nie liczyło się już to, czy ktoś jest winny, czy niewinny.

Sami byli winni — temu, że ich córka nie dostała od nich tego, czego potrzebowała. Czasu i miłości.

Rozdział 6


Majka zostawiła Daniela niedługo po maturze. Tak po prostu. Powiedziała, że wyjeżdża do Londynu studiować, że ma plany… I że ich życia do siebie nie przystają. Kiedy o tym mówiła, nie płakała. A on o nic nie zapytał. Skoro tak postanowiła, widocznie tego chciała.

W tamtym momencie jego serce po raz pierwszy rozpadło się na kawałki. Zdał sobie sprawę, że przez ostatnie miesiące żył w pięknej bajce. Tyle razy zapewniali się nawzajem o swojej miłości, tyloma czułymi słowami się wymieniali. On ją naprawdę kochał. Wiązał z tym wszystkim plany na przyszłość. A ona? Najwyraźniej dla niej to była jednak tylko zabawa. I kiedy dotarło to do jego świadomości, poczuł ogromny ból w sercu. No tak, bogata panienka postanowiła zobaczyć, jak to jest, kiedy ma się faceta z gminu, i uznała, że rzeczywiście nie dawał jej tego, czego oczekiwała od życia. Kiedy emocje związane z zauroczeniem trochę opadły, przepaść między nimi musiała się jej wydać czymś nie do przeskoczenia. A on stał się po prostu przygodą, którą należało zakończyć.

Wtedy też Daniel ostatecznie podjął decyzję o wyjeździe do Legii.

— Nie rób głupot — powiedziała do niego mama.

— Zawsze chciałem wstąpić do Legii Cudzoziemskiej.

— Wiem, ale teraz działasz pod wpływem emocji. — Kobieta patrzyła, jak Daniel wrzuca do plecaka swoje rzeczy.

Wiedziała, że go nie zatrzyma. Jej syn był uparty i jak już coś postanowił, to trudno go było od tego odwieść. A teraz dodatkowo stracił to, co najmocniej go trzymało w Warszawie. Pamiętała, że pierwszą miłość przeżywa się niezwykle intensywnie, ale wiedziała również, że ta pierwsza rzadko jest ostatnią, choć jej koniec jest zawsze tragedią. Nie wiedziała, jak złagodzić jego cierpienie.

— Jeszcze nie raz się zakochasz i nie raz będziesz miał złamane serce — przekonywała teraz.

— To nie o to chodzi! — Zamknął suwak.

— A o co?

Nie odpowiedział. Matka widziała, jak napinają mu się ramiona. Znała syna na tyle, by nie drążyć więcej tego tematu. Był dla niego zbyt bolesny.

— To kiedy chcesz wyjechać?

— Za kilka dni, mamo.

Kobieta tylko skinęła głową. Wiedziała, że Daniel ją kocha i gdyby naciskała, może przemyślałby sprawę i został. Ale tego z kolei nigdy nie potrafiłaby sobie wybaczyć. Nie umiałaby też żyć z przekonaniem, że jej dziecko ma do niej żal. Daniel był pełnoletni, był już młodym mężczyzną i miał prawo decydować o sobie. Z decyzją o wyjeździe nosił się już dłuższy czas, doskonale wiedziała, że nie jest to chwilowy kaprys, choćby nie wiem jak chciała w to uwierzyć.

Po raz drugi plany Daniela pokrzyżowało samo życie. Spotkał w pubie Artka, a ten przekonał go, że warto zostać. Zaproponował mu też pracę, lepiej płatną niż to, co chłopak zarobiłby u wuja.

— Zarobisz dobre pieniądze. Zapomnisz o tej szmacie — przekonywał.

Ona nie jest szmatą, pomyślał Daniel, ale głośno nie zaprzeczył. Był wściekły i rozżalony. Nadal ją kochał. Chciałby ją znienawidzić. Chciałby móc o niej źle myśleć — dzięki temu z pewnością byłoby mu łatwiej. Prościej byłoby zapomnieć, gdyby uwierzył, że i ona nigdy nic do niego nie czuła, nawet przez chwilę.

Został. Artek miał rację, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie, dokąd się uda i co będzie chciał robić, kasa na start zawsze się przyda, poza tym mógłby coś zostawić mamie i siostrze, żeby nie były zdane wyłącznie na łaskę wujka. Mama nie musiałaby tyle harować. Czuł się za nie na swój sposób odpowiedzialny. A warunki — jak wówczas sądził — zaproponowano mu nadzwyczaj korzystne.


Do Legii wyjechał rok później. Wtedy, kiedy już nie miał żadnego wyboru.

Wsiadł do autokaru, zapakował do schowka plecak. W kieszeni miał trzysta euro. Jakoś to będzie, pomyślał, spoglądając w szybę. Ludzie na parkingu żegnali swoich bliskich — jego nie żegnał nikt. Ale takiego wyboru dokonał. Tak będzie lepiej. Nie mógł narażać swoich bliskich. Zniknie, tak jak planował to rok wcześniej.

Miał serce w rozsypce. Co tu się odpierdoliło? — pomyślał. Co ja odpierdoliłem?

W jeden rok tyle się wydarzyło. Tyle głupot narobił, zupełnie niepotrzebnie… Żałował, że nie wyjechał od razu, jego życie z pewnością wyglądałoby teraz inaczej. Byłby spokojniejszy, nie dręczyłyby go koszmary. Ale czasu nie cofnie.

Poczuł, że jest zmęczony. Kilka chwil później zapadł w sen.


Po dotarciu do Paryża udał się do punktu werbunkowego. Potem wszystko odbyło się szybko. Rejestracja i wyjazd do Aubagne, gdzie stacjonował pułk administracyjny Legii Cudzoziemskiej. Tutaj Daniel odbył liczne badania u dentysty i lekarza.

Zaliczył bez problemu test sprawnościowy, był pewien, że i rozmowę kwalifikacyjną przejdzie dobrze. Po prostu to czuł. Przy takiej motywacji nie było mowy o tym, by przegrał. Legionista w stopniu sierżanta patrzył na niego przenikliwie, jakby chciał go złapać na kłamstwie.

Chłopak po rozmowie z wujkiem, którą odbył dwa lata wcześniej, wiedział, że najlepiej opowiedzieć o sobie krótką, aczkolwiek spójną historię. Im więcej zagwozdek w twoim życiu, tym więcej pytań, i to takich podchwytliwych.

— Byłeś karany? — Rozmawiali po angielsku.

— Nie byłem.

— Masz żonę? — Krótkie pytania, krótkie odpowiedzi.

— Nie.

— Dzieci?

— Nie.

— Kochankę?

— Nie.

— Jak wyglądał twój dzień przed wstąpieniem do Legii?

— Rano bieganie, potem szkoła, dalej siłownia. — Wiedział, że najlepsze kłamstwa to te najprostsze do zapamiętania.

— Jak często chodziłeś na siłownię?

— Codziennie.

Tu nie mijał się z prawdą jakoś przesadnie, zresztą gdyby było inaczej, od razu by go na tym przyłapano. W końcu mięśni nie wyrobiłby sobie czytaniem książek czy piciem piwa pod blokiem. Rzeczywiście sporo trenował.

Ale po dwóch godzinach wałkowania sierżant zadał Danielowi to samo pytanie.

— Jak często chodziłeś na siłownię?

— Sześć dni w tygodniu.

— Hmmm. — Mężczyzna rozparł się na krześle. — Dwie godziny temu powiedziałeś, że codziennie. Tydzień ma siedem dni.

— Tak, siedem.

— Legia nie znosi kłamstwa.

Pokiwał głową. Nie chciał się niepotrzebnie usprawiedliwiać. Wiedział, że jedna nieścisłość może ujdzie mu płazem, ale więcej nie.

Przeszedł i tę rozmowę. Potem odbył kolejną z psychologiem i następne badania.

Po wszystkich tych etapach selekcji trafił do szkółki Legii w Castelnaudary, potocznie zwanym Castel. Nadano mu też nową tożsamość: zmieniono datę urodzenia, imię i nazwisko. W tej jednostce do prawdziwej daty urodzenia dodawało się jeden miesiąc i jeden dzień, gdyż kiedyś do Legii Cudzoziemskiej przyjmowano ludzi, którzy mieli problemy z prawem. W ten sposób Legia chroniła zarówno siebie, jak i swoich rekrutów. Kilka lat później wszystko się zmieniło. W szeregi Legii nie wstępowali już bandyci, ale tradycję nadal kultywowano.

Daniel chciał zmian. Legia dała mu nowe życie. Stał się kimś innym, choć w głębi serca był przecież wciąż Danielem — synem, bratem, siostrzeńcem, prostym, szczerym chłopakiem ze złamanym sercem.

Zamieszkał w sześcioosobowym pokoju wraz z innymi ochotnikami różnych narodowości: Rosjaninem, Węgrem, Rumunem, Amerykaninem i Chińczykiem. Daniel od razu zaprzyjaźnił się z Jackiem, który był Amerykaninem pochodzenia polskiego. Wcześniej mieszkał w Arizonie, gdzie miał swoje ranczo. To ranczo zafascynowało Daniela. Kiedy tylko przyjaciel mu o nim wspomniał, od razu przed oczami Daniela stanęły wszystkie filmy, które oglądał, kiedy był dzieckiem, z wypiekami na twarzy. Żałował, że Jack nie opowiada o sobie więcej.

W Castel rozpoczęły się instruktaż i szkolenia. Nie było czasu na podrapanie się po tyłku, jak mawiali rekruci. Ich doba liczyła się od piątej rano, ba — o piątej to oni już musieli być gotowi. Daniel budził się o czwartej piętnaście. Mył się, ścielił łóżko i mógł działać. O piątej piętnaście zaczynały się ćwiczenia z musztry, marsze i ćwiczenia fizyczne.

Po dwóch tygodniach ochotnicy mieli pierwszy kontakt z bronią. Kiedy już nauczyli się nią posługiwać, nastąpiły ćwiczenia z prasowania. Tak, z prasowania munduru, bo każdy legionista powinien umieć uprasować swój mundur. Żołnierz w wymiętym, pogniecionym uniformie stanowił ujmę na honorze całej jednostki. Legionista powinien nosić oznakę przynależności do tej elitarnej formacji z dumą i prezentować się godnie.

 

W całym tym nawale zajęć Daniel osiągnął wreszcie to, na czym tak bardzo mu zależało. Nie miał czasu na myślenie o swoim dawnym życiu — i o to mu chodziło. Dni pędziły, a wieczorami padał na łóżko jak nieżywy. Zmęczony, z zupełną pustką w głowie. Nie chciał, by wspomnienia zaprzątały mu głowę.

Po czterech miesiącach kolejnych szkoleń nastał upragniony dzień, w którym stał się legionistą. Podpisał kontrakt na pięć lat służby w regimencie. Wiedział, na co się pisze. Kiedy przychodzi rozkaz, masz obowiązek go wykonać. I jedziesz na misję do Afryki, na przykład do Dżibuti, albo do innych dawnych kolonii francuskich, takich jak Guajana Francuska. Był na to gotowy.

Tak oto zaczęła się jego największa życiowa przygoda.


Dni mijały, nieraz podobne do siebie jak dwie krople wody. Zamieniały się w tygodnie, tygodnie przechodziły w miesiące, a te w lata. Coraz mniej ciągnęło go do kraju, w którym się wychował, coraz bardziej był zżyty z towarzyszami broni. Mimo że nie mówili sobie dużo o dawnym życiu, to oni byli teraz jego prawdziwą rodziną. Chciał zapomnieć o tym, co wydarzyło się przed wyjazdem. Oczywiście, że tęsknił za rodziną. Ale kiedy opadały go smutne myśli, robił wszystko, żeby się im nie oddawać. Zresztą w Legii nie było czasu na rozmyślania. Dzień wypełniały ćwiczenia, marsze, patrole, wyjazdy na misje. Odbijanie zakładników, rozbijanie gangów przemytników. Poświęcał się bezgranicznie swojej pracy. Serce niekiedy wciąż go kłuło, ale rany się zasklepiły. Był w wielu miejscach, o których nawet nigdy nie marzył. Poznał mnóstwo ludzi. Podszlifował swój angielski, a po francusku mówił już płynnie.

Tak minęło kilka lat.

Pewnego dnia otworzył oczy. Wziął głęboki wdech. Powietrze w dżungli było wilgotne, ale świeże i rześkie. Zapiął śpiwór pod samą szyję. Lubił tu być. Lubił swoją pracę, tylko czasami tęsknił… Jak dziś, kiedy odczuwał jakąś niespełnioną tęsknotę za miłością.

Rozdział 7


Tego dnia Luna czekała na Jagodę przed blokiem, w którym mieściła się fundacja na rzecz dzieci z porażeniem mózgowym. Przyjaciółka zeszła po schodach, stukając obcasami. Luna podziwiała ją za to, jak ta zwinnie poruszała się w szpilkach — niczym kocica. Jagoda była urodzoną prowokatorką i seksbombą, mimo to nic sobie z tego nie robiła. Tego dnia miała na sobie czerwoną sukienkę z dekoltem na plecach i okulary przeciwsłoneczne, które zasłaniały jej pół twarzy. Za to jej pełne usta prowokowały. Nawilżone błyszczykiem, dawały efekt wilgotnych warg.

Wygląd Jagody przesłaniał jej osobowość, ale kto ją znał, wiedział, że była kobietą o złotym sercu. Prowadziła różne fundacje na rzecz chorych dzieci i starszych ludzi, z kilkoma też współpracowała. Dobroć jej serca i zaangażowanie w pomoc potrzebującym to było coś, co wyróżniało ją spośród innych ludzi. Wszystkie swoje oszczędności pakowała w pomoc dla cierpiących. Poświęcała fundacji niemal każdą wolną chwilę.

Jagoda była bardzo zakochana w swoim mężu, Darku, z którym była od dziesięciu lat i do którego mówiła pieszczotliwie „Dari”. Nie mogli mieć dzieci. Długo się o nie starali, długo walczyli ze swoimi problemami, ale w końcu się poddali.

— To nic — powiedziała Lunie Jagoda, kiedy przyjaciółka ostrożnie próbowała wybadać, na ile pogodziła się już z tym stanem rzeczy. — Spełniam się inaczej. Każdy ma inne zadanie do wykonania na tym świecie.

Luna wiedziała, że mimo iż Jagoda tak mówi, w głębi serca bardzo cierpi.

— Wolisz iść do baru czy do ciebie? — zapytała teraz Lunę.

— A ty?

— Jestem wykończona po dzisiejszym dniu. Mnóstwo spotkań, proszenia o pieniądze, ale udało się. Możemy pić. — Jagoda posłała jej uśmiech.

— Chodźmy do mnie — zaproponowała Luna. — Szymek jest u mamy, ja mam dwie butelki wina, paczkę chipsów i w zamrażarce lody miętowe.

— O, to, to… Oprócz wstrętnych lodów miętowych. Tylko popieprzone osoby lubią miętowe lody.

— Jestem więc popieprzona!

Obie wybuchnęły śmiechem.


Chwilę później siedziały na podłodze i piły białe wino, zagryzając chipsami.

— Co zrobisz z urlopem? — zapytała przyjaciółkę Jagoda. Wiedziała, że Luna ma kilkadziesiąt dni niewykorzystanego urlopu, który aż się prosi o jakąś egzotyczną podróż lub inną długą formę wypoczynku.

— Posiedzę w domu. Szymon jedzie z moimi rodzicami na wczasy, potem na obóz piłkarski. Może dołączyłabym do mamy i taty?

— A może zrobiłabyś coś dla siebie?

Luna zamyśliła się.

— Oj, sama nie wiem… Wczasy to też dobry pomysł.

— Wyjedź, ale tak dla siebie — radziła Jagoda. — Pamiętasz, jak po maturze przyrzekałaś sobie, że kiedyś jeszcze raz odwiedzisz Paryż? I co? Minęło tyle lat, a ty ciągle nie wyjechałaś.

Luna pociągnęła łyk wina. Rzeczywiście taki wyjazd był jej marzeniem, ale raczej nierzeczywistym. Co ona miałaby robić w Paryżu sama? Nie należała do kobiet, które lubią same podróżować. Adrenalinę zapewniała jej praca — i to jej wystarczało. Tylko czy aby na pewno?

— Byłam sama nad morzem dwa lata temu. I o mało bym się nie utopiła! — zaśmiała się.

— Ale wyłowił cię przystojny ratownik. Kto wie, z tego być może przygoda byłaby większa, gdyby tak nagle nie zniknął. Może i tym razem ktoś się znajdzie?

— Nie potrzebuję tego. — Kobieta pokręciła głową.

— Luna. — Jagoda złapała jej rękę. — Nie mów tak. Każdy z nas potrzebuje drugiej osoby obok siebie. Każdy.

Perorowała tak jeszcze przez chwilę, wspominając swoją ostatnią wizytę w mieście miłości. Ona i Darek odwiedzili je lata temu, w podróży poślubnej, i teraz kobieta opowiadała przyjaciółce o niepowtarzalnej atmosferze stolicy Francji, przepysznej kuchni, muzeach, skwerach i bulwarach, a także szerokich uśmiechach paryżan. O wszystkich tych zakątkach, w których nie postawiła jeszcze dotąd stopy.

Wreszcie Luna sięgnęła po komórkę i w wyszukiwarce odnalazła połączenia do Paryża. Opróżniła kieliszek i dolała sobie ponownie wina.

— Mogłabym polecieć. — Uśmiechnęła się pod nosem. Wypiły już dwie butelki i życie wydawało się trochę prostsze.

— No to bukuj!

— Namawiasz mnie do złego.

Jagoda pokręciła głową z miną, jakby próbowała przemówić do rozsądku nie dorosłej kobiecie, ale kilkuletniemu dziecku.

— Namawiam cię do tego, byś odpoczęła. Odcięła się od szarej rzeczywistości. Każdemu z nas potrzebne jest takie odcięcie się od życia. Przez chwilę staniesz się kimś innym, tak to działa. Lecisz gdzieś, wysiadasz w nieznanym miejscu i możesz być, kim zechcesz.

— A co z tymi wszystkimi gadkami o tym, by zawsze i wszędzie być sobą?

— Gówno prawda. — Jagoda była już wstawiona. W tym stanie zdecydowanie łatwiej było jej dzielić się z otoczeniem swoimi spostrzeżeniami i dobrymi radami. — Czasami trzeba pobyć tym, kim się chce. Uciec od siebie i swoich demonów.

— No to rezerwuję — rzuciła ze śmiechem Luna.

I zarezerwowała.

Pojawia się czasami w człowieku taka ogromna chęć ucieczki. Myśli się wtedy tylko o tym, jak wymiksować się z obecnej sytuacji, z otoczenia, od którego chce się odetchnąć. Bo jest w człowieku ogromna chęć do zmiany, choćby drobnej, kiedy czuje, że stoi pod ścianą i napiera na niego jakiś buldożer z codziennymi sprawami, które coraz bardziej go zgniatają.

Luna była właśnie w takim momencie. Pragnęła czegoś. Nie wiedziała jeszcze dokładnie czego, ale koniecznie powinno to za sobą pociągnąć jakąś zmianę w jej życiu. Dać jej powiew świeżości, nowości. Drugi oddech.


Dwa tygodnie później Luna wysiadła z samochodu. Cmoknęła odprowadzającego ją brata na pożegnanie. Z bagażnika wyjęła małą walizkę na kółkach. Przez głowę przeszła jej myśl: Czy dobrze robię? To czternaście dni. Aż czternaście. Przecież będzie tęskniła.

Jednak Jagoda i mama namawiały ją do tego wyjazdu, a nawet Grzesiek był za.

Weszła do hali odlotów, po czym skierowała się do odprawy. Nie lubiła tłumów ani całej procedury przed odlotem. W ogóle nie ufała pilotom. Uśmiechnęła się do siebie. Sobie — to co innego. Jej ojciec miał tak z kierowcami. Nienawidził być wożony, jedynym kierowcą, któremu ufał bezgranicznie, był on sam.

Po odprawie poszła kupić sobie kawę i książkę. Nie miała ochoty na to, by długo wybierać lekturę. Sięgnęła po pierwszą z brzegu z napisem „thriller”, licząc na to, że tempo akcji przyspieszy dla niej upływ czasu. Miała nadzieję, że poczyta w samolocie, ale jej nadzieje spaliły na panewce, bo bardzo szybko odpłynęła i przez cały lot drzemała. Za to po wylądowaniu była pełna energii.

Już po kilku godzinach pobytu w Paryżu Luna zaczęła się śmiać do siebie. Poczuła, że oddycha innym powietrzem, jakoś lżej jej było na duszy. Jagoda miała rację — jak zwykle. Przez ostatnie lata Luna nie pozwalała sobie na takie wariactwa ani na dbanie o siebie. A przecież głowę mamy tylko jedną i jej też należy się czasem spa. Tym właśnie były dla niej te wakacje.

Odważyła się, wyjechała do Paryża i teraz przechadzała się ulicami stolicy Francji, przegryzając rogalik, który wcześniej umoczyła w kawie. Jej mama powiedziała kiedyś, że to maczanie rzeczy w kawie też odziedziczyła po ojcu. Jej tato maczał w kawie ciastka, ciasteczka, a raz nawet zdarzyło mu się zanurzyć w niej kromkę chleba z dżemem. Oczywiście, że tęskniła za Szymonem, ale wiedziała, że musi przez chwilę pobyć sama.

Wynajęła sobie pokój z widokiem na Sekwanę. To nie była jej pierwsza wizyta w tym mieście. Pierwszy raz odwiedziła je z rodziną na swoje osiemnaste urodziny. I wtedy też mieszkali w hotelu z widokiem na paryską rzekę. Chciała wrócić do tamtych wspomnień, tamtej osiemnastki, tamtego wszystkiego. Czuła wtedy spokój. Na nowo chciałaby go odnaleźć.

Może mi się to uda? — rozmyślała, przekonana, że wystarczą tylko jej szczere chęci.

Pokój był duży, szykowny, dominowały tu biel i beż. Luna lubiła to połączenie, było jednocześnie schludne i relaksujące. Na ścianach wisiały monochromatyczne obrazy. Z okien zwisały delikatne jak mgiełka, długie firany, a na parapecie stała paprotka. Łóżko zaś, jak przekonała się, kiedy tylko odstawiła walizkę w kącie i sama rzuciła się na materac, było po królewsku wielkie i wygodne. Wiedziała, że na takim posłaniu można śnić najpiękniejsze sny.

Przez pierwsze dni dużo spała przy otwartym oknie. Noce były rześkie, a ona opatulała się kołdrą po same uszy. Budziły ją odgłosy Paryża, a także zapach kawy z pobliskiej kawiarenki. Dni były ciepłe, ale nie upalne. Rozkoszowała się wolnością. Zwiedziła Luwr, weszła na wieżę Montparnasse, przeszła Polami Elizejskimi w stronę Łuku Triumfalnego. Wypiła niezliczoną ilość kawy i zjadła chyba z kilkadziesiąt maślanych rogalików. Mogłaby się żywić tylko rogalikami, choć pewnie niejeden dietetyk ze zgrozą zakryłby usta rękami na to oświadczenie.

Po raz pierwszy od dawna Luna czuła się w pełni wolna. I wbrew obawom, co będzie robić w tym dużym mieście zupełnie sama, stwierdziła, że już dawno nie miała tak dobrego pomysłu jak ten wyjazd.


Ten dzień był słoneczny. Szła wolno po moście Saint Louis prosto przed siebie. Mijała kawiarenki, lodziarnie, dookoła roztaczał się zapach słodkości i kawy. Kupiła po drodze kubek aromatycznego czarnego płynu i croissanta.

W chwili, gdy rozkoszowała się ich smakiem, usłyszała dzwonek swojej komórki. Odebrała; porozmawiała chwilę z mamą i Szymkiem, po czym rozłączyła się i dokończyła rogalika. Uśmiechnięta podniosła głowę — i wtedy go zobaczyła.

Patrzył na nią przenikliwie. Miał nieodgadniony wyraz twarzy, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona, mocne nogi i był w mundurze. Odgadła, że patrolował ulice. Nie spuścił z niej wzroku, ona też gapiła się na niego jak oniemiała. W końcu on się uśmiechnął i zaczął iść w jej stronę.


Daniel nie przepadał za misjami Vigipirate, czyli za patrolowaniem ulic stolicy Francji w celu oceny potencjalnych zagrożeń, na przykład terrorystycznych. Takie patrole wymagały czujności, ale nudziły go. Rzadko wówczas coś się działo, nie były więc tym, co lubił najbardziej.

 

Tego dnia nie miał humoru, ale wszystko się zmieniło, kiedy zobaczył ją — dziewczynę o długich włosach. Doznał olśnienia. Rozmawiał z sierżantem, kiedy usłyszał za sobą łagodny głos. Głos, który mówił po polsku. Odwrócił głowę i ujrzał śliczną kobietę o delikatnych rysach twarzy, zielonych oczach, której włosy w kolorze kasztanów powiewały na wietrze. Kiedy sama skończyła rozmowę, zwrócił uwagę, że macza rogalik w kawie. On też kiedyś maczał tak herbatniki w kakao. Jego mama zawsze robiła je w niedzielę rano.

Nieznajoma spojrzała na niego, a on poczuł jakiś dziwny ucisk w mostku. Jak w transie zaczął iść w jej stronę.

— Cześć — powiedział po polsku. Podszedł do niej, zostawiając za plecami sierżanta, z którym był na patrolu. Wiedział, że nie ma za dużo czasu na rozmowę.

— Cześć. — Uśmiechnęła się, więc podszedł do niej. Dawno nie miał już okazji porozmawiać w ojczystym języku.

— Miło spotkać rodaczkę — odezwał się. W mimice jego twarzy była jakaś przekora, usta miał rozciągnięte w uśmiechu, ale jego wzrok pozostawał przenikliwy.

— Skoro tak mówisz…

Nie wiedział, jak zareagować.

— Jestem — obejrzał się na sierżanta — na patrolu. Nie mam zbyt wiele czasu, chciałem ci tylko powiedzieć, że też maczam ciastka w kakao albo herbacie, albo kawie.

Luna roześmiała się.

— Głupi nawyk. — Spojrzała mu prosto w oczy. Był przystojny i, jak pomyślała, trochę bezczelny, skoro tak zaczepiał obce dziewczyny, w dodatku będąc na służbie. Ale jego uśmiech sprawił, że zrobiło jej się jakoś lżej na sercu.

— Jestem na patrolu — powtórzył i poczuł się jak głupek.

— A ja popijam kawę, zajadam rogalika i rozkoszuję się chwilą.

Widziała, że kompletnie wybiła go z rytmu.

— Przepraszam, źle zabrzmiało… Po prostu jestem w pracy i sama wiesz. — Wzruszył ramionami. — Gdyby sytuacja była inna, na pewno usiadłbym z tobą na tym murku i porozmawiał, o czym tylko byś chciała ze mną rozmawiać, a tak… — Ponownie wzruszył ramionami. — Ale wszystko jest możliwe, możemy przełożyć naszą rozmowę na później. Możemy się spotkać.

Luna przez chwilę patrzyła na niego oniemiała, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Wbrew wszelkiej logice poczuła do tego mężczyzny ogromną sympatię. Wreszcie uśmiechnęła się z politowaniem, wstała i wyminęła go.

— Co robisz? — Daniel zaczął tracić grunt pod nogami.

— Wracam do pokoju, który wynajęłam.

— A co ze spotkaniem?

— Raczej nie, ale dzięki za propozycję.

— Daj mi szansę.

— Nie przekonasz mnie.

— Dlaczego?

Złapał ją za rękę, a ona poczuła, jakby w tym miejscu palił ją ogień. Przeszedł ją nagły dreszcz. Przez głowę przeleciała jej myśl, że najchętniej wpiłaby się wargami w jego usta i pocałowała go namiętnie. Zawstydziła się swoich pragnień. Widziała tego faceta pierwszy raz w życiu. To na pewno ten mundur tak na nią podziałał.

— Dlaczego? — powtórzyła jego pytanie, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę cokolwiek powie, nie będzie szczere. Cała się wyrywała do tego, żeby zostać lub choć umówić się z nim na obiad, kolację albo kawę, nawet taką pitą w parku z papierowych kubków. Wreszcie wysiliła się na odpowiedź, która każdemu rozsądnie myślącemu człowiekowi wydawałaby się jedyną właściwą. — Bo cię nie znam.

— Możemy się poznać.

Za plecami usłyszeli chrząknięcie sierżanta.

— To nasze spotkanie to nie przypadek. Zaufaj mi. — Daniel chciał ją na wszystkie możliwe sposoby przekonać, by dała mu szansę.

Luna milczała, wciąż się uśmiechając.

— Wszystkiego, co dobre, żołnierzu. — Spojrzała mu w oczy, mrugnęła i odeszła.


Szła przed siebie, a jej serce biło jakoś szybciej. Tak dawno żaden mężczyzna nie chciał się z nią umówić. Dzieliła swoje życie między pracę i dom. A teraz pojawił się on. Uśmiechnęła się na wspomnienie przystojnego żołnierza. Nie miała nawet pojęcia, jak miał na imię. Może gdyby jej je wyjawił, czar tajemniczości od razu by prysł?

W tej jednej chwili pozwoliła sobie na kolejną ogólną refleksję. Życie pędziło na łeb, na szyję, a ona nie do końca była szczęśliwa, choć na wszystkie sposoby wmawiała sobie, że jest inaczej. Nie chodziło tylko o zmęczenie, które czasem dawało jej się we znaki po dyżurze. Nie. Mimo że miała wokół siebie mnóstwo życzliwych ludzi, coraz częściej odczuwała to, że jest sama.

Poznawała takich mężczyzn, którzy mieli ochotę na przygodę. A ona nie pragnęła być niczyją przygodą. Po tym, co kiedyś przeżyła, już nie. Potrzebowała spokoju, wyciszenia i stałości. Nie chciała już więcej komplikować sobie życia. Komplikacje potrafią człowiekowi roztrzaskać serce, wiedziała to jak nikt. Z tym żołnierzem mogłaby przeżyć kolejną taką przygodę. Może pięć, dziesięć lat temu dałaby się porwać namiętności, skorzystałaby z okazji, żyła chwilą.

Ale nie teraz. Teraz była gotowa poważnie wsłuchać się w swoje serce i oddać je w czyjeś odpowiedzialne ręce. Stanowczo była już zbyt doświadczona na wakacyjny romans w mieście miłości.