Trzecia miłość Marianny Orańskiej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karta tytułowa


Niejedna królewna życzyłaby sobie tego,

by mogła być tylko kobietą!

Marianna Orańska

ROZDZIAŁ 1

Czyż nie jest zaskakujące, że Vermeer nie namalował ani jednego obrazu przedstawiającego któreś z jego dzieci?

Żadnego portretu rozkosznego maleństwa – a przecież potomków miał podobno aż piętnaścioro! Gdy zapytałam o to mojego niderlandzkiego męża, także wyraził zdziwienie.

– Rzeczywiście, Mimi, masz rację, na jego obrazach nie ma dzieci! Choć, jak sobie przypominam, znawcy malarstwa utrzymują, że do Dziewczyny z perłą pozowała Vermeerowi jego nastoletnia córka, która jednak, jako żywo, już wówczas dzieckiem nie była…

– Są za to co najmniej dwie kobiety w ciąży – mruknęłam. – Ciążę pokazał, dziecka już nie.

– Tak, ale przyznaj, że to jednak nie to samo. Kobietę w ciąży łatwiej namalować niż wierzgającego nóżkami niemowlaka. – Uśmiechnął się i żartobliwie uszczypnął mnie w policzek, zupełnie jakbym była jakąś głupią gęsią, a nie królewną pruską i żoną księcia Niderlandów – co prawda na wygnaniu, ale zawsze! – i matką jego dzieci.

W końcu to za jego staraniem aż sześciokrotnie tkwiłam w stanie błogosławionym i z pewnością miałam na ten temat o wiele więcej do powiedzenia. Będąc w tak wysokiej ciąży, jak owe kobiety u Vermeera, nie ustałabym w nieporuszonej pozie ani minuty, o wielogodzinnym bezruchu nie wspominając. Choćby mi sam mistrz zapłacił majątek za pozowanie! Zawsze już wtedy miałam spuchnięte kostki u obu nóg, bóle kręgosłupa, nabrzmiałą twarz, a i maluch w brzuchu dokazywał, jakby uczył się tam pływać z delfinami. Mogłabym dodać mężowi jeszcze parę innych, równie ekscytujących fizjologicznych szczegółów, ale… nie chciałam mu się przeciwstawiać.

Wilhelm jest dobrym mężem. Nasze małżeństwo trwa już ponad dwadzieścia lat – i mimo różnych przeciwności losu, jakie nas w tym czasie spotykały – wciąż dobrze nam się wiedzie w naszych wzajemnych relacjach. Czule kocha mnie i nasze dzieci, a co najważniejsze, podziela większość moich zainteresowań. Muszę przyznać, że szczerze zachęca mnie do wszelakiej, miłej memu sercu, artystycznej ekspresji i bez mrugnięcia okiem akceptuje każdy nowy pomysł – a to już, niestety, w świecie arystokracji wcale nie jest normą.

…oj, nie jest, nie jest – i to nie tylko w artystycznym aspekcie! Gdybyś mi to powiedziała przed moim ślubem, mamusiu, to przebóg, zapewne dokładniej przyjrzałabym się kandydatowi do ręki, którego wy mi wybraliście – ty i ojciec, królowa Wilhelmina zwana Mimi i Wilhelm, król Niderlandów, rozważający wszak moje małżeńskie szczęście przez pryzmat interesów Korony…Tymczasem on, wasz wyselekcjonowany wybranek, pan młody, Albrecht von Hohenzollern, czwarty w kolejce do tronu królewicz pruski, notabene, twój, mamusiu, bratanek, zbrzydł mi od razu, już w dniu ślubu. Może zbrzydł – to za duże słowo, dyplomatyczniej będzie powiedzieć, że mnie rozczarował, a nawet przeraził swoim jarmarcznym zachowaniem na przyjęciu weselnym. Zwłaszcza dowcipami niestosownymi do mego braku doświadczenia oraz sugestiami, dotyczącymi przebiegu czekającej nas nocy poślubnej. A już najmniej podobał mi się jego pogardliwy stosunek do służby, uwijającej się wokół gości przy stołach.

Ale ja, Marianna, niderlandzka królewna z Domu Oranje-Nas­sau, dobrze wychowana i przygotowywana do pełnienia swej funkcji, bardzo chciałam go pokochać, pragnęłam być z nim szczęśliwa, stworzyć miły rodzinny dom, do którego już zawsze będzie chciał wracać. I dać mu dzieci. Żywiłam nadzieję, że będę miała wpływ na nasze małżeńskie decyzje i że moja wola będzie szanowana. Jednak szybko te nadzieje okazały się płonne, a szorstkość i brak obycia u mojego pruskiego małżonka oraz twarda dworska rzeczywistość dały o sobie znać z dnia na dzień, gdy tylko stałam się członkinią królewskiego Domu Hohenzollernów.

A wtedy w Europie Hohenzollernowie to były Prusy, a Prusy to Hohenzollernowie. Zamknęła się więc topiel przeznaczenia nad moją głową…

Wilhelm, mój małżonek, jak na księcia Niderlandów przystało, ma artystyczną duszę. Od lat z przyjemnością obserwuję, że cieszy się z dorobku kulturalnego swego kraju i wspiera go możliwie jak najszczodrzej. Patrząc wstecz, na pierwsze tygodnie naszego narzeczeństwa, można powiedzieć, że połączył nas właśnie przedstawiciel owej kultury, on, mistrz Johannes Vermeer, malarz z Delft. Nie od razu wpadliśmy na ten owocny dla nas temat.

Bo o czymże, na Boga, rozmawiać może para młodych ludzi po słowie, którym wciąż na karku siedzi przyzwoitka o wyglądzie starej, nastroszonej, obrażonej na cały chrześcijański świat wrony? Swoją drogą stroszyła się ona zapewne na samą myśl o tym, co moglibyśmy z księciem grzesznego wyczyniać, gdyby choć na chwilę pozostawiła nas bez opieki! Przykro to stwierdzić, ale kobieta ta nie spuściła nas z oka niemal do samych zaślubin.

Wskutek tego nasze narzeczeńskie rozmowy były przykładne, ale o niczym, a więc rozdzierająco nudne: o pogodzie, o różach wyszywanych przeze mnie na tamborku, jakże podobnych – a to mi nowina! – do tych kwitnących pod moimi oknami, o zdrowiu naszych matek i babek, o politycznych ambicjach ojców i dziadów i o zbliżających się towarzyskich atrakcjach roku 1791, których uwieńczeniem miał być nasz ślub. Któregoś dnia, w momencie, gdy już oboje z trudem tłumiliśmy ziewanie i nawet nasza przyzwoitka przysypiała z otwartymi oczami, rozmowa niespodzianie zeszła na malarstwo niderlandzkie.

I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w spojrzeniu mojego przyszłego męża nieskrywany podziw.

Zaskoczyło go, iż doskonale wiedziałam, jak wielkim, a zapomnianym malarzem był Johannes Vermeer – i że w dodatku potrafiłam godzinami opisywać jego dzieła! Ja, młodziutka kandydatka na żonę, córka króla pruskiego, która nie powinna była mieć zielonego pojęcia o niderlandzkich artystach!

Widać zapomniał, że zostałam wychowana na pruskim dworze, pod surową ręką swego stryjecznego dziadka, króla Fryderyka II Wielkiego. Tego despoty z nieruchomą twarzą, przed którym drżała cała Europa, a którego, poza tworzeniem potęgi Prus, ostrą polityką zagraniczną i budowaniem silnej armii, interesowały jeszcze – o dziwo! – filozofia, poezja i muzyka. Pamiętam, jak po wielokroć ulegał moim dziecięcym prośbom i opowiadał mi ciągle od nowa o swym niezwykłym spotkaniu z Janem Sebastianem Bachem, w Poczdamie, w roku 1747. Król szczerze podziwiał Bacha. Sam był świetnym, chętnie koncertującym flecistą i zręcznym kompozytorem. Gdy tylko miał grono wdzięcznych słuchaczy, występował dla nich, nawet trzy razy w tygodniu, w swej otoczonej tarasowymi ogrodami letniej rezydencji w Sanssouci. Sans souci po francusku oznacza: „wolne od trosk, bez zmartwień” – i o to właśnie królowi chodziło w tym pięknym miejscu.

Tam też zapraszał cenionych przez siebie myślicieli, literatów i filozofów. Nigdy nie widziano w tym miejscu kobiet.

Spotkania odbywały się w pięknej Sali Marmurowej i prowadzono je zwykle w ulubionym przez króla języku francuskim, jako że od wczesnej młodości uważał on ojczysty niemiecki za jakiś plebejski żargon, nadający się co najwyżej do zwracania się nim z poleceniami do konia…

Uwielbiał dysputy filozoficzne z największymi wolnomyślicielami i liberałami tego świata – z Wolterem, z markizem Jeanem Baptistem d’Argens, Charlesem Jordanem i byłym księdzem katolickim Jeanem Martinem de Prades na czele. Lubił też otaczać się artystami. Gościł w jego rezydencji Ignacy Krasicki, polski pisarz i encyklopedysta. Ich przyjaźń stała się skomplikowana, gdy Fryderyk Wielki, zresztą jako główny autor, podpisał I rozbiór Polski.

W pałacu Sanssouci zawsze rozbrzmiewała muzyka, towarzyszyła spotkaniom króla z gośćmi. Przez trzydzieści lat jego nadwornym dyrygentem i kompozytorem był syn Bacha – Carl Philipp Emanuel.

Jednak pewnie nikt nie podejrzewał Fryderyka Wielkiego jeszcze o zainteresowania malarstwem.

Wszystko zaczęło się od mojego przyjścia na świat. A przecież byłam dziewczynką, zwykłą dziewczynką, nie chłopcem! Nie kolejnym prinzem, księciem, tak zawsze oczekiwanym na pruskim dworze!

Król Fryderyk II, sam będąc bezdzietnym, niespodziewanie zachwycił się moimi narodzinami – choć ponoć przez pierwsze tygodnie cierpiałam na niemowlęcą kolkę i ryczałam jak lew. Dniami i nocami, bez ustanku. Opowiadano mi potem, iż cały dwór oszalał; na wszystkich padł blady strach, kolejne mamki, które do mnie sprowadzano, traciły pokarm, spanikowani medycy na wyścigi stawiali swoje diagnozy, kładli ciepłe okłady na mój brzuszek, stosowali rozluźniające masaże, poili naparami z kopru i anyżu – wszystko na nic. Nie przestawałam płakać. Nawet najbardziej zaufane dwórki mojej matki zatykały sobie uszy, mdlejąc z przerażenia, że oto w małą księżniczkę wstąpił diabeł.

Króla Fryderyka Wielkiego to wszystko jednak nie zraziło; po pierwsze nie wierzył w żadne diabły, a po drugie uznał, że owo nadzwyczajne zamieszanie wokół kołyski to dobry znak, dowód mej królewskiej krwi. W swej łaskawości orzekł, iż to po nim mam taki silny głos i zdecydowany charakter. I wyraził szczere ubolewanie, iż z racji głupkowatych dynastycznych zasad niestety nie da się tak tego urządzić, bym to ja dziedziczyła po nim pruski tron!

Wyobrażam sobie, jak musiał przyjąć te słowa mój ojciec, Fryderyk Wilhelm! To przecież on w prostej linii był najstarszym bratankiem i następcą króla, Kronprinzem, Księciem Koronnym. Jednak król nie przepadał za nim. Faktycznie różniło ich wszystko: władca był zdeklarowanym ateistą, kochał sztukę, politykę i wojsko – mój ojciec zaś nie garnął się do polityki, był głęboko religijny, choć równocześnie cenił sobie wystawne życie. Uwielbiał pławić się w dworskich przyjemnościach, by nie powiedzieć: rozpustach. Cenił sobie wspaniałe uczty, dobre jedzenie i… liczne kochanki. Jednak był bystry, oczytany i serdeczny, dlatego już wówczas poddani lubili go bardziej niż „starego Fritza” – jak złośliwie nazywano wymagającego króla.

 

To musiała być dla mojego ojca mocna scena, gdy król bez ogródek oznajmił mu, że przejmuje nade mną pieczę.

– Jesteś nędznym dworakiem, beztalenciem politycznym i kobieciarzem. Gdy mnie zabraknie, w mig roztrwonisz skarb, zdemoralizujesz armię, na królewskim dworze nastaną rządy kobiet, a ten nieszczęsny kraj upadnie! – wycedził król z pogardą. – Nie nadajesz się do wychowania tego dziecka na dumną pruską księżniczkę!

Ojciec ani pisnął.

Przez następnych dwanaście lat, do swej śmierci w roku 1786, król Fryderyk Wielki traktował mnie jak rodzoną wnuczkę.

Część dworskiej kamaryli szeptała między sobą, że stał się cud i z niewyjaśnionych przyczyn mnie jednej udało się wzbudzić ojcowskie uczucia w tym starym homoseksualiście. Inni dowodzili, że nie, nie był homoseksualny, tylko niepłodny – i że była to kara boska za bezwstydny ateizm, z którym się zawsze i wszędzie obnosił, od samego początku; wszak już na swoją własną koronację nie wpuścił kleru ze świętymi olejami do namaszczenia go na króla! Powiedział: „Żadnych olejów!” – i taka to była koronacja.

Jeszcze inni chichotali złośliwie, że owszem, nie miał dzieci, bo nie współżył z żoną, a nie współżył, bo, excusez le mot, nie miał czym, gdyż w młodości przeszedł ciężką chorobę weneryczną i związaną z tym jeszcze cięższą operację, która temat jego męskości zamknęła raz na zawsze. Mówiono, że zaraził się na drezdeńskim dworze polskiego króla Augusta III Sasa – być może nawet od jego córki – i stąd brała początek niemal fizyczna niechęć Fryderyka Wielkiego do Polski i Polaków en blok.

Jak było naprawdę, wiedział zapewne sam król Fryderyk.

Mnie, jako małą dziewczynkę, oczywiście zupełnie nie zajmowały te tematy. Byłam najważniejszym dzieckiem na królewskim dworze. Obawiano się przy mnie głośniej chrząknąć, by nie wywołać jakiejś, nie daj Bóg, choroby, która niechybnie doprowadziłaby króla Fryderyka do zimnej furii. Czułam się wyróżniona, gdyż przy mnie nigdy się nie złościł. Naprawdę zachowywał się jak kochający dziadek. Jednak nie pozwalał nikomu okazywać zachwytu nad moją budzącą się urodą; twierdził, że piękna może być klacz wyścigowa, a kobieta ma być mądra. Zwłaszcza pochodząca z Domu Hohenzollernów.

Szybko polubiłam przydomek „księżniczka Mimi”, który mi nadał, prawdopodobnie z czułością zdrabniając moje przydługie imię: Wilhelmina Fryderyka Luiza. Cieszyłam się na spotkania z „groźnym” królem i interesujące z nim rozmowy, choć, jeśli chodzi o moje postępy w nauce, wiele ode mnie wymagał. Na jego wyraźne polecenie kształcono mnie na śmiałych ideach Woltera, nauczono władać kilkoma językami, kochać muzykę i doskonale grać na klawesynie, a dopiero na samym końcu codziennych lekcji, w ramach relaksu i nagrody, pozwalano mi poznawać zasady misternego, przepięknego haftu. Uwielbiałam haftować, zwłaszcza różane wzory, i od razu wychodziło mi to bardzo dobrze. Król dobrodusznie podśmiewał się, że nijak nie rozumie, jak mogą mnie – przy mojej inteligencji – w ogóle interesować hafty.

– Te robótki ręczne są dla idiotek! – burczał pod nosem. – Nie wymagają logicznego myślenia i służą jedynie temu, żeby tępe panny na wydaniu miały co z rękami robić i aby z nudów nie dłubały w nosie… czy też w czym tam jeszcze! Sacreble! Dobrze, baw się w to, skoro lubisz, księżniczko Mimi, jednak nie przyzwyczajaj się zbytnio do tej głupawej czynności; ty będziesz miała większe aspiracje w życiu!

Dokładał wszelkich starań, bym w to uwierzyła.

Traktując mnie samą zawsze przyjaźnie, z chłodną surowością sprawdzał wyniki pracy moich nauczycieli. Robił to codziennie, ze skrupulatnością maniaka. Często słyszałam, jak po jego wyjściu nauczyciele głośno wypuszczali powietrze z płuc, a niektórzy wznosili oczy ku niebu, w podzięce, że przeżyli. Jeden z nich szepnął mojej guwernantce, że Jego Królewska Wysokość zachowuje się tak, jakby od efektów kształcenia zależało moje życie.

Ale to właśnie on, król Fryderyk Wielki, nieustannie i natarczywie kontrolując moją edukację, szybko dostrzegł u mnie talent do malowania. Nie zwlekając, zatrudnił nauczyciela rysunku. Sprowadził go z samego serca szkoły niderlandzkiej – z Delft. Człowiek ten okazał się nietuzinkowy; młody, ale starannie wykształcony, był gorącym miłośnikiem malarstwa w ogóle, a zapomnianego Vermee­ra w szczególności. W przystępny sposób wytłumaczył mi, skąd wzięła się zasłona milczenia nad spuścizną po tym genialnym malarzu. Uparcie twierdził, że jeszcze przyjdzie dla Niderlandów taki jasny czas, kiedy o Johannesie Vermeerze stanie się głośno, a jego doskonałe dzieła będą zdobić ściany najświetniejszych galerii świata! Zaś aktualny brak zainteresowania mistrzem to wina tego łotra Houbrakena.

W roku 1675, gdy Vermeer umierał, przemęczony fizycznie i psychicznie nadmiarem pracy i obowiązków rodzinnych, Arnold Houbraken miał zaledwie piętnaście lat. Po latach nauki on także stał się malarzem, a prócz tego zdolnym rytownikiem, grawerem i w końcu historykiem sztuki. Tuż przed śmiercią wydał dzieło swego życia, monumentalne, trzytomowe kompendium biograficzne uznanych siedemnastowiecznych artystów, obowiązujące w Europie do dziś. Nosi tytuł: Wielki teatr niderlandzkich malarzy.

Z niejasnych powodów całkowicie pominął w nim twórczość Johannesa Vermeera!

Czyż jest możliwe, że Houbraken zazdrościł Vermeerowi talentu?… Dlatego odsunął go w niebyt?

Nauczyciel twierdził ze smutkiem, że – niezależnie od tego, co powodowało Houbrakenem – o wielkim mistrzu z Delft zapomniano na całe dziesięciolecia.

Ach, dziadku Fryderyku! Ty naprawdę zasłużyłeś na przydomek „Wielki”! Czy wiesz, jak bardzo przydały mi się te lekcje malarstwa i wszczepione zamiłowanie do „szkoły niderlandzkiej”?

Mój narzeczony był całkowicie zaskoczony fachową wiedzą, którą mu swobodnie zaprezentowałam i – jeśli mogę to wyznać – wydawał się nawet lekko skonsternowany. Przypuszczam, że po prostu nie wiedział o przekłamaniu Houbrakena, choć bardzo starał się udawać, że wie. Pozwoliłam mu na to.

Dla mnie w tamtej chwili najistotniejsze było to, iż odtąd niderlandzki książę Wilhelm VI Orański przestanie się obawiać związku z twardogłową niemiecką arystokratką.

To prawda, stanowiliśmy nieco dziwną parę: ja byłam królewną, córką aktualnie panującego króla Prus i elektora brandenburskiego, on – synem namiestnika Republiki Niderlandów i przyszłym królem. Byliśmy kuzynami. Oczywiście oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nasze małżeństwo zostało zaaranżowane i wynikało z porozumienia politycznego mającego na celu podniesienie prestiżu Domu Oranje-Nassau w osłabionej ojczyźnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że my dwoje, między sobą, niemal po cichu, zbudowaliśmy podstawę osobistych uczuć, obdarzyliśmy się miłością. Wilhelmowi tak było pilno do poślubienia mnie, że niemal szantażem wymógł na swoim ojcu przyśpieszenie terminu o rok.

Nasze huczne wesele zaczęło się pierwszego października 1791 roku na Zamku Królewskim w Berlinie i trwało siedemnaście dni. Koń by tego nie wytrzymał, a my musieliśmy. Być może właśnie po takim wstępie nasze małżeństwo było zahartowane na wiele późniejszych – niełatwych, jak się okazało – lat.

A zatem, wracając do naszych spraw, mistrzu Vermeer – ja, w przeciwieństwie do ciebie, namalowałam kolejny portret mojego dziecka! Właśnie dziś ukończyłam pracę nad obrazem pięcioletniej ukochanej córeczki, Wilhelminy Fryderyki Luizy Charlotty Marianny.

Wraz z mężem, dwoma synami i całym orańskim dworem nazywamy ją „naszą królewną Marianną”.

ROZDZIAŁ 2

Marianna nie była jedyną córką, uwiecznioną przez Mimi na portretach. Jednak była tą, która przeżyła.

Szczęśliwie dla rodziców przetrwała niepewny, pełen zdrowotnych pułapek, okres dziecięctwa. Na królewskim dworze zapamiętano tylko jeden, za to obezwładniający moment trwogi – gdy Marianna jako ośmiolatka nagle i bez dostrzegalnego powodu ciężko zachorowała. Jej drobnym ciałem wstrząsały dreszcze, a szafirowe, duże oczy, zamglone gorączką, świeciły niezdrowym blaskiem. Królowa Mimi ze strachu odchodziła od zmysłów, nie przyjmowała jedzenia ani picia, nie spała po nocach. Siedząc przy łóżeczku dziecka, często przywoływała na pomoc męża i denerwowała się, rozczarowana, gdy na wiele godzin znikał w swej komnacie recepcyjnej. Tylko jego wierny kamerdyner był świadom tego, że król Wilhelm I Orański, człowiek silny i władczy, zamyka się tam, by płakać.

Tuż przed wybuchem choroby królowa zleciła zaprzyjaźnionemu, znanemu niderlandzkiemu malarzowi, Józefowi Paelinckowi, sportretowanie dziewczynki. Rok wcześniej, w 1817 roku, Paelinck namalował dwa zachwycające portrety: Mimi jako pierwszej w dziejach królowej niderlandzkiej i króla Wilhelma w wojskowym uniformie, z szablą u boku i w prawdziwie królewskiej pozie.

Ten wybitny twórca pochodził z Gandawy, z powodzeniem ukończył tamtejszą Królewską Akademię Sztuk Pięknych, a następnie kształcił się w Paryżu, u samego mistrza francuskiego klasycyzmu, Jacques’a-Louisa Davida. Wszystko to robiło dobre wrażenie na kochającej malarstwo królowej. Paelinck cieszył się jej zaufaniem, ale też zależało mu, by na to zaufanie rzeczywiście zasługiwać.

Nie bez znaczenia był fakt, iż ona sama potrafiła bardzo dobrze malować, co zawdzięczała między innymi swojemu mistrzowi, niemieckiemu malarzowi Johannowi Friedrichowi Bury. Spod jej pędzla wychodziły świetne sceny biblijne i rodzinne, w tym portrety jej dzieci.

Gdy praca Paelincka nad portretem Marianny została gwałtownie przerwana jej chorobą, Mimi, wiedziona jakimś irracjonalnym, rozpaczliwym pragnieniem posiadania ostatniego – być może – wizerunku dziewczynki, kazała stawiać ją na nogi, ubierać w uszytą wcześniej ażurową, błękitną sukienkę, nakładać złote pantofle i zanosić do pracowni na krótkie chwile pozowania. Robiła to wtedy i tylko wtedy, gdy małej spadała gorączka i doktorzy, choć z wyraźnym ociąganiem, pozwalali na to szaleństwo. Dwór orański aż huczał z oburzenia, ale królowa nie zwracała na to najmniejszej uwagi, albowiem nikt prócz niej i Paelincka nie orientował się, jak bardzo chorą królewnę ożywiały te chwile, jak wyciągała wychudzone rączki po swą ukochaną lalę, z którą pozowała, jaki miała dobry kontakt z „panem malarzem”. Był on wówczas niemal czterdziestoletnim, niezwykle przystojnym mężczyzną, o łagodnym spojrzeniu ciemnych oczu i ujmującym sposobie bycia; sprawiał wrażenie, że nie chodzi mu w ogóle o malowanie, tylko o zabawienie królewny i przyczynienie się choć do chwilki radości w chorobie.

– Królewno Marianno, widzę, że twoja przyjaciółka ma taką samą uroczą sukienkę jak ty! – zachwycał się, delikatnie ustawiając dziewczynkę i lalę w jej ramionach. – Czy mam rozumieć, że taki właśnie był twój zamysł?

Marianna z uśmiechem pokiwała głową, ale była zbyt słaba, by odpowiedzieć malarzowi.

– Tak, życzeniem królewny było, aby obie sukienki uszyto z tego samego materiału, z podobnymi bufkami i falbankami – potwierdziła Mimi machinalnie, nie odrywając uważnego wzroku od córki. Z boleścią w sercu patrzyła na jej popękane od gorączki wargi i pogłębiające się sine kręgi pod oczami – i chciało jej się krzyczeć z rozpaczy.

Marianna, wyniszczana przez chorobę, do złudzenia przypominała bowiem umierającą Paulinę, jej starszą siostrę.

Paulina, pierworodna córka wówczas jeszcze książęcej pary, Wilhelminy Luizy Pruskiej i Wilhelma VI Orańskiego, przyszła na świat w Berlinie, w marcowy, piękny poranek 1800 roku. W pierwszą wiosnę nowego stulecia. Mówiono, że ów wyjątkowy rok urodzenia, rok przełomu wieków, gwarantuje pomyślność i spełnienie się dobrych życzeń; wszak następny taki będzie za sto lat…

Radości rodziców nie było końca, gdyż po dwóch dorodnych synach – Wilhelmie Jerzym i Fryderyku Karelu, oraz trzecim chłopczyku, który niestety nie przeżył – narodziny księżniczki były szczerze wyczekiwane. Otrzymała imiona: Wilhelmina Fryderyka Luiza Paulina Charlotta. Od razu przylgnęło do niej to przedostatnie: Paulina.

Ciąża, choć już przecież czwarta z kolei, była bardzo trudna, niepewna, kosztowała księżną Mimi wiele cierpliwości i zdrowia, zaś sam poród omal jej nie zabił. Dziewczynka też była słaba, rachityczna i z trudem ją odratowano. Doktor odbierający poród w skrytości ducha dziwił się, że w ogóle przeżyła; jej płuca nie chciały podjąć normalnej pracy, a gdy wreszcie ruszyły, zasinienie ciałka niepokojąco długo nie ustępowało. Ale nie podzielił się tą opinią z położnicą. Miał w pamięci zbyt wiele matek, które tuż po skomplikowanym porodzie zapadały w dziwną niemoc, rodzaj apatii, jego zdaniem wynikającą z niedoborów odporności umysłu. Było to nagłe zobojętnienie na otaczający świat, co prowadziło do odrzucenia noworodka, a tym samym do odrzucenia matki przez najbliższą rodzinę – męża, oburzonego jej bezdusznym zachowaniem, rodziców, teściów… Wcale nierzadko kończyło się to śmiercią kobiety i przykro powiedzieć, ale najczęściej były to samobójstwa.

 

Zatem po niełatwym początku późniejszy normalny rozwój Pauliny i jej pogodna natura wydawały się darem niebios za przebyte trudności.

Książęca para zajęta wychowaniem i zapewnieniem dobrostanu swej trójce dzieci nie traciła jednak z oczu sytuacji politycznej w Europie, która miała zasadniczy wpływ na ich własny los.

Wilhelm był najstarszym synem ostatniego stadhoudera, namiestnika Siedmiu Zjednoczonych Prowincji Niderlandów – Wilhelma V Orańskiego. Od 1747 roku tytuł ten był przekazywany w primogeniturze, zatem mąż Mimi, jako najstarszy syn, nazywany był w swym kraju Erfprinsem, czyli Księciem Dziedzicznym.

Po hucznym ślubie młodzi zamieszkali w Hadze, w pięknym barokowym pałacu Noordeinde w prowincji Holandia Południowa. Na tyłach budynku mieścił się rozległy, romantyczny park z kwiatowymi klombami, fontannami, żywopłotami i stawami. W Noordeinde przyszedł na świat ich pierwszy syn Wilhelm Jerzy.

Idylla trwała zaledwie cztery lata, bo w roku 1795 Francja zaatakowała i zajęła Niderlandy. Rewolucyjne wojska francuskie wprowadziły własny porządek polityczny i powstała Republika Batawska, która zniosła urząd namiestnika i dziedziczenie urzędów. Utworzono demokratyczny rząd.

Historyczny, znany od czasów średniowiecza ród Oranje-Nas­sau, który w XVI wieku dał początek Zjednoczonym Niderlandom, został brutalnie wypędzony z własnego kraju.

Początkowo młode małżeństwo wraz z małym Wilhelmem udało się na wygnanie do zaprzyjaźnionej Anglii, jednak i tam spotkało ich nieszczęście: w sierpniu tegoż 1795 roku księżna poroniła drugiego synka. By zapomnieć, postanowili szukać dla siebie innego miejsca na ziemi i ostatecznie osiedli w Berlinie. Czuli się tu pewniej, jako że królem pruskim był rodzony brat księżnej Mimi – Fryderyk Wilhelm III von Hohenzollern.

Przyjazne przyjęcie przez pruską rodzinę uspokoiło ich, stopniowo wracali do równowagi. Po dwóch berlińskich latach, w roku 1879, na Zamku Królewskim, Berliner Schloss, w dawnej sypialni Fryderyka Wielkiego, narodził się kolejny mały Orańczyk, któremu nadano imiona: Fryderyk Karel.

Księżna Mimi spełniła zatem swój obowiązek wobec rodu orańskiego: dała mężowi następcę, Wilhelma Jerzego, oraz rezerwowego spadkobiercę, Fryderyka Karela. Trzy lata po Fryderyku przyszło na świat ich trzecie dziecko, pierworodna córka Paulina, księżniczka orańska. Bracia i ojciec nazywali ją po niderlandzku, miękko brzmiącym zdrobnieniem: Pautje.

Czasem, by rozbawić męża, śmiałam się, że nasze dynastyczne problemy są równie skomplikowane, jak pamiętne narodziny Pauliny, ale pogarszająca się sytuacja polityczna i nasze trwanie na wygnaniu sprawiały, że coraz częściej nie było mu do śmiechu. Mieliśmy już rok 1803, francuska okupacja Niderlandów, jego ukochanej ojczyzny, przedłużała się i Wilhelm tracił nadzieję na lepsze jutro. Jego optymizm i pogoda ducha znikały. Wymyśliłam więc podróż do księstwa Nassau w Hesji, do rodzinnego gniazda rodu książąt orańskich: pałacu Oranienstein.

– Skoro już i tak jesteśmy uchodźcami, zmieniajmy co jakiś czas miejsce naszego pobytu! To pomoże nie zwariować nam i naszym dzieciom! – W krótkiej rozmowie przy śniadaniu przekonałam go do mojego pomysłu i nie zwlekając, zarządziłam pakowanie bagaży.

W Oranienstein przebywali wówczas rodzice Wilhelma – para namiestnikowska, dziadkowie naszych dzieci.

Paulina skończyła już trzy latka i perspektywa podróży, a przede wszystkim spotkania z nieznanymi dziadkami ze strony ojca, spowodowała u niej prawdziwą ekscytację, w czym zresztą dorównywali jej obydwaj bracia.

Mój mąż, dziwnie cichy w drodze, odżył, gdy tylko wjechaliśmy na rozległe ziemie jego przodków. To prawda, widok pałacu, malowniczo położonego tuż za północnymi rogatkami miasta Diez, zapierał dech w piersiach. Barokowy budynek niemal tonął w zielonym parku założonym w stylu francuskim.

Dodatkowo atrakcyjności tej okolicy dodawała dostojna rzeka Lahn, prawy dopływ Renu.

– Gdy wiatr będzie wiał od rzeki, wtedy powietrze stanie się przejrzyste, mokre, pachnące świeżością! – odezwał się Wilhelm. – Jako chłopiec lubiłem stawać na brzegu i chłonąłem ten zapach… zapach wody.

– Wiesz, że ja podobnie? Wyobrażałam sobie, że Sprewa przynosi do Berlina zapach swego górskiego źródła!

– Chyba wszyscy jako dzieci jesteśmy tacy sami.

– To prawda. Tym bardziej cieszę się, że zobaczę krainę twego dzieciństwa, mój drogi!

– Tu niemal będzie można zapomnieć, że tyle się zmieniło; tu nadal rządzi mój ojciec, książę Wilhelm V, ostatni stadhouder niderlandzki… Dziękuję ci, Mimi! – Uśmiechnął się ciepło i uścisnął moją dłoń. – Miałaś rację, warto pojechać w miejsce, gdzie spodziewamy się znaleźć bezpieczne schronienie…

Toujours en vedette, zawsze na posterunku, jak zwykł podsumowywać swoje sukcesy mój niezapomniany opiekun, król Fryderyk Wielki!” – pomyślałam radośnie, zadowolona z tego małego małżeńskiego sukcesu. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio Wilhelm się uśmiechał. Ostatnio, ku memu wielkiemu zdziwieniu, nie uradowało go nawet to, że mój brat, król, w swej życzliwości powierzył mu pruskie księstwo Fuldy, utworzone specjalnie dla nas. Oczywiście rozumiem, że Fulda to nie jego wymarzone Niderlandy…

Dojechaliśmy do okazałej siedziby rodu w Oranienstein. Powitaniom nie było końca. Dziadkowie gorąco wyściskali najpierw naszych nieco stremowanych chłopców, a potem przeszli do zachwytu nad wnuczką. Chodziło nie tylko o to, że zobaczyli ją po raz pierwszy w życiu, ale też o fakt, że wreszcie pojawiła się w Domu Orańskim mała księżniczka! Szczególnie szczęśliwy był stary książę, gdyż tak się złożyło, że żaden z ostatnich władców Oranje-Nassau nie miał okazji cieszyć się wnuczką.

A Paulina była niezwykła; eteryczna, pełna delikatnego wdzięku, subtelna – a jednocześnie odważna w kontakcie z dorosłymi, wolna młodziutkim duchem, ciekawa wszystkiego! Nie można było pozostać wobec niej obojętnym! Zachwyceni dziadkowie pokochali swoją księżniczkę od pierwszego wejrzenia, a ona żarliwie oddawała im to uczucie. Cieszyło mnie, że tak dobrze układały się ich wzajemne relacje. Nie minęło zresztą wiele czasu, a Paulina stała się ulubienicą nie tylko moich teściów, ale i całego orańskiego dworu. Książę Wilhelm V nadał jej pieszczotliwe imię „Polly” i odtąd wszyscy tak ją nazywaliśmy. Pałac bardzo jej się spodobał; i to właśnie tam zaskoczyła mnie swą wrażliwością na sztukę, dotąd nie okazywaną. Potrafiła godzinami spacerować po pomieszczeniach pałacowych i z zadartą głową przyglądać się stiukowym sufitom zdobionym freskami, albo podziwiać niezliczone obrazy na ścianach. Miała przy tym zabawny nawyk wystawiania z buzi koniuszka języka.

– Schowaj jęzorek, kochanie, bo jeszcze źle stąpniesz, potkniesz się i wtedy go sobie przygryziesz! – upominałam ją raz po raz.

– Ja uważam, mamusiu! – Podnosiła na mnie wzrok. – Uważam! Tylko że jak wystawiam język, to lepiej widzę!

W trakcie rocznego pobytu w księstwie Nassau, pod koniec sierpnia, obchodziliśmy kolejne urodziny mojego męża. Z wielkim zaangażowaniem i w tajemnicy przygotowywano każdy szczegół.