Tylko tyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © by Gabriela Gargaś, 2016

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie, 2021

Redaktor prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel-Barbarzak, Aleksandra Wolska

Redakcja: SEITON, www.seiton.pl

Korekta: SEITON, www.seiton.pl, Marta Akuszewska

Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Elena Kovyrzina | Getty Images

Grafiki na okładce:

© Aleksandarvelasevic | iStock

© Pingebat | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie II

eISBN 978-83-66736-93-1

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

WIARA


Wierzę, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

Wierzę, że mi wybaczysz…

Zwątpiłam w naszą miłość.

— Ale teraz już nie wątpisz…

— Pobłądziłam.

— Ale odnalazłaś do mnie drogę.

Każdy człowiek wątpi, błądzi, szuka po omacku. Umieć wrócić, kiedy się pobłądzi, od nowa uwierzyć, kiedy ogarnie zwątpienie.

— Dlaczego nie odszedłeś, kiedy cię opuściłam, zdradziłam, złamałam ci serce?

Uśmiechnął się do mnie.

— Podałeś mi rękę, bym wsparła się na twoim ramieniu. Pomogłeś, zaopiekowałeś się mną, przytuliłeś. Dlaczego?

— Bo jestem twoim przyjacielem, bo cię kocham, bo w nas wierzę…

— Jesteś aniołem.

— Anioły też błądzą.

Wierzę, że wszystko ma sens. Wierzę w lepsze jutro, w to, że jesteśmy tu po coś.

Wierzę, że życie jest piękne, człowiek jest piękny, cuda istnieją w nas i obok nas. My jesteśmy cudem.

Paulina

Pchałam wózek wyładowany po brzegi zakupami. Myślałam o tym, co zrobić na obiad, kiedy zza rogu wyszedł mężczyzna, który wpadł na wózek, zrzucając na podłogę płatki śniadaniowe. Schylił się i podniósł je. Kiedy stanął przede mną, a nasze spojrzenia się skrzyżowały, otworzyłam usta, ale nie mogłam dobyć z siebie głosu. On też milczał.

Nie mogłam uwierzyć, że stoi przede mną Radek, mężczyzna, którego kiedyś tak mocno kochałam. Poczułam, że oblewa mnie fala gorąca, a serce zaczyna bić dużo szybciej. Nie widziałam go dziewiętnaście lat. I kiedy go w końcu zobaczyłam, to wcale się nie ucieszyłam. Poczułam raczej panikę, a po chwili strach, że całe moje dotychczasowe życie, które zbudowałam na kłamstwie, może runąć jak domek z kart.

Uśmiechnął się do mnie, tak jak uśmiechał się dziewiętnaście lat temu. Spojrzał mi w oczy tak samo głęboko jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Niby był tym samym chłopakiem, a jednak już mężczyzną.

Przez te dziewiętnaście lat starałam się wymazać go z myśli, zepchnąć wspomnienia o nim w zakamarki niepamięci. Jednak kiedy tylko zamykałam oczy, widziałam go.

— To naprawdę ty — powiedział.

— Ja…

— Tyle lat… — Kąciki jego ust uniosły się do góry. — Mieszkasz nadal na Ochocie?

— Przeprowadziłam się na Mokotów. A ty? Przyjechałeś do Polski w odwiedziny?

— Nie, wróciłem na stałe. Od dwóch lat jestem na starych śmieciach.

— Ale jako nowy człowiek.

— Tak. Może umówimy się na kawę? — zaproponował. — Opowiesz mi o sobie.

Wzruszyłam ramionami. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś spotkam tego człowieka. Dawną miłość, ojca mojego dziecka.

Myślałam, że wymienimy się uprzejmościami i każde pójdzie w swoją stronę. Jednak tak się nie stało, bo on zaproponował spotkanie. Oczywiście, mogłam odmówić, ale…

Przez krótką chwilę stałam jak urzeczona, wpatrując się w niego. Co mamy wspominać? — pomyślałam. — To, że mnie zostawił, czy to, że jako nastolatki kochaliśmy się kilka razy dziennie? Czy to, jak bardzo go kochałam?

— Yyy…

— To znaczy tak? — Spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek.

— Czemu nie — odpowiedziałam. — Czemu nie — powtórzyłam jak echo.

Weszłam do domu na drżących nogach. Czemu nie?

Przekopałam całą szafę, by znaleźć odpowiedni strój na jutrzejszą kawę.

Przymierzyłam z dziesięć sukienek. W końcu zdecydowałam się na klasyczną czerń.

Czemu nie?

Stanęłam przed lustrem i spojrzałam na siebie krytycznym okiem.

Dziewiętnaście lat. Szmat czasu, a ja już nie jestem tamtą dziewczyną, którą on pamięta. Piersi nie są już takie jędrne, na twarzy pojawiły się kolejne zmarszczki, a skóra już nie jest taka gładka, ale jakie to ma znaczenie! To tylko wyjście na kawę z dawnym znajomym.

Siedziałam przy stole w domu mojej przyjaciółki i piłam kawę. Była mocna. Ewa zawsze robiła mocną kawę, choć wiedziała, że pijam lurę.

— Paulina, co jest? — Spojrzała na mnie badawczym wzrokiem.

Wzruszyłam ramionami.

— Co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś adoptowana? — zapytałam. Ewka odłożyła na spodek łyżeczkę, którą mieszała swoje ziółka.

— Moi rodzice wykazali się ogromną dojrzałością. Nigdy nie ukrywali, że nie jestem ich biologicznym dzieckiem. Czasami drażniła mnie ta ich szczerość. Zwłaszcza kiedy byłam nastolatką. Słowa godziły mnie w serce. Chciałam od nich uciec, choć wiedziałam, że to moja prawdziwa, kochająca mnie rodzina.

— Pamiętasz, jak w dniu twoich osiemnastych urodzin chciałyśmy odszukać twoich biologicznych rodziców?

— Pamiętam, ale tak się upiłyśmy, że następnego dnia tylko wymiotowałyśmy. A potem pomysł z odnajdywaniem biologicznych rodziców na jakiś czas wywietrzał mi z głowy. Skoro mnie nie chcieli, to znaczy że nie chcieli. Może byli w ciężkiej sytuacji finansowej, może byli niepełnoletni. Tego nie wiedziałam, ale to we mnie siedziało. Każdy chce poznać swoje korzenie. Pół roku później pojechałaś ze mną odwiedzić moją biologiczną mamę. Pamiętasz?

— Tak. — Skinęłam głową.

Ewka wstała. Podeszła do szuflady i wyjęła z niej ciasteczka. Rozerwała opakowanie, a zawartość położyła na talerzyku.

— Dlaczego teraz mnie o to pytasz?

— Spotkałam Radka.

Ewka omal nie zakrztusiła się ciastkiem, które przed chwilą włożyła do ust.

— Ojca twojej córki?

Tylko Ewa i mama wiedziały, że ojcem Bianki jest Radosław.

— Tak.

— Myślałam, że siedzi w Kanadzie.

— Też tak myślałam. A tu nagle bum, w galerii handlowej objawił się mój eks. Mieszka w stolicy od dwóch lat.

— Warszawa jest taka duża.

— Jest. Dlatego dopiero po dwóch latach na siebie wpadliśmy. Co gorsza, umówiliśmy się na kawę.

Ewa uśmiechnęła się pod nosem.

— Z czego się śmiejesz? Mnie nie jest wcale do śmiechu.

— Wciąż przystojny?

— Ewka, jakie to ma znaczenie?

— Ma i to duże.

— Przestań, to nie o to chodzi.

— Chodzi o Biankę?

— Tak. Ostatnio ciągle pyta o swojego ojca. Czy mam na niego namiary? Czy może spróbujemy go odnaleźć? A teraz on mieszka w tym samym mieście, co jego córka.

Ewa przełknęła kawałek ciastka.

— Może powinnaś mu powiedzieć? Powiedzieć Biance?

— Zgłupiałaś. Co ja miałabym im powiedzieć? Znienawidziliby mnie.

— Tego nie wiesz.

— Ewka, sama nie wierzysz w to, co mówisz. Kobieta wzruszyła ramionami.

Dziewiętnaście lat wcześniej…

Leżeliśmy z Radkiem na wilgotnej trawie i patrzyliśmy na rozgwieżdżone niebo.

— Co chciałbyś w przyszłości robić? — zapytałam.

— Być lekarzem.

— Lekarzem — westchnęłam. — Jesteś taki pragmatyczny. Aż trudno mi uwierzyć, że taki człowiek jak ty, żywioł, wulkan energii, chce zostać tak po prostu lekarzem.

— Też się temu dziwię — roześmiał się. — Chyba chcę pomagać ludziom.

— Mógłbyś zostać wolontariuszem.

— Mógłbym, ale z czegoś trzeba żyć. A ja chcę mieć rodzinę. Chcę się z tobą ożenić i zapewnić ci wszystko, co najlepsze — przekręcił się na bok. Zrobiłam to samo. Patrzyliśmy sobie w oczy. Zakochani, młodzi, myśleliśmy, że świat należy do nas.

— Naprawdę chciałbyś, żebym została twoją żoną?

— Skinął głową.

— I urodziła mi dzieci. — Zaczęłam się śmiać.

— A ty? — zapytał po chwili.

— Najpierw chciałabym trochę popracować, pozwiedzać świat…

— A potem?

— Potem mogę rodzić ci dzieci.

Przytulił mnie do siebie. Jego ręka gładziła moje plecy.

— A gdzie chciałabyś pracować?

— W galerii sztuki albo w teatrze.

— Jako aktorka?

 

— Nie, no co ty! Nie zamierzam iść do szkoły aktorskiej. Może jako charakteryzatorka albo portierka? Chciałabym poznawać artystyczne dusze, oglądać przedstawienia…

— Za darmo.

— Raczej.

Zaczęliśmy się śmiać.

— To jednak dobrze, że ja będę tym lekarzem, skoro ty będziesz przynosiła do domu grosze. To plan jest taki: ja skończę medycynę, ty będziesz portierką w teatrze, potem trochę zwiedzimy świata, a koło trzydziestki postaramy się o dzidziusia.

— Koło trzydziestki?

— To dobry wiek na dziecko.

— To całe lata świetlne…

— Zobaczysz, jak szybko minie ten czas.Teraz nie jesteśmy na to gotowi.

Skinęłam głową.

Tak naprawdę bardzo bałam się dorosłego życia. Nie czułam się dorosła. Byłam zagubioną nastolatką, która chciałaby zostać w liceum na kolejne cztery lata. Na tamten moment chciałam żyć pełnią życia, czerpać z niego to, co najlepsze, brać je garściami. Najważniejsze, że chciałam być z Radkiem i tylko z nim wyobrażałam sobie przyszłość. Już wtedy wiedziałam, że on jest miłością mojego życia.

— A co do podróży — Radek patrzył prosto w moje oczy — to już o tym myślałem.

— Dopiero jak skończysz swoją medycynę. Zresztą nie wiadomo, co z waszym wyjazdem do Kanady.

Rodzice Radka starali się zorganizować wyjazd do tego kraju. Chcieli, by ich syn studiował za oceanem. Ale Radek złożył też papiery na Warszawski Uniwersytet Medyczny.

— Czuję, że z wyjazdu nici. Będę studiował w Warszawie, a w wakacje możemy pojechać do Kenii.

— Do Kenii?

— Chcesz podróżować.

— A za co ja się w tej Kenii utrzymam?

— Możemy pojechać na wolontariat. Czytałem o tym. Ja będę tam odbywał praktyki medyczne…

— A ja? — przerwałam mu, chociaż pomysł mnie zaciekawił.

— Opiekowała się dziećmi — odparł bez namysłu. — Wyobrażasz to sobie? — Przymknął powieki. — Kenijskie piękno i wolność, którym nie będziemy w stanie się oprzeć. Piaszczyste plaże i rozłożyste palmy. Szum Oceanu Indyjskiego. Rafy koralowe i złoty piasek.

— Lasy tropikalne… — Byłam tak samo rozmarzona, jak on.

— I seks na pustyni.

Zaczęliśmy się śmiać, a potem namiętnie całować. I seks na pustyni — powtórzyłam w myślach.

Ewa

Kiedy Paula wyszła, zmyłam naczynia, po czym usiadłam przy stole i zjadłam kilka czekoladowych ciasteczek. Sięgnęłam po kolejne, ale już po chwili odłożyłam je z powrotem na talerzyk. Pójdzie w bioderka — pomyślałam.

Nigdy nie należałam do najszczuplejszych. W liceum byłam wręcz pulchna i przez to bardzo nieśmiała. Na studiach sporo zeszczuplałam. Dziś noszę rozmiar między czterdzieści dwa a czterdzieści cztery. Nie jest to szczyt marzeń, ale najgorzej też nie jest, choć mogłoby być lepiej. Kiedy zostałam mamą, przytyłam sześć kilo i niestety nie mogę ich zgubić. Może gdybym trochę poćwiczyła, to spadłoby mi tu i ówdzie. Obiecałam sobie, że będę rano biegać. Każdego wieczoru miałam motywację, by rano wstać, założyć dres i wyjść do parku pobiegać, ale kiedy budzik dzwonił o piątej trzydzieści, wyłączałam go i przekręcałam się na drugi bok. Niestety, mam słomiany zapał.

Moja ręka ponownie sięgnęła po ciastko, które wylądowało w buzi.

— Ostatnie.

Chłopcy byli w przedszkolu, więc miałam czas, by posprzątać w domu. Odkurzyłam mieszkanie, wywiesiłam pranie i wstawiłam mięso do piekarnika. Spojrzałam na zegarek, miałam jeszcze pół godziny do wyjścia. Usiadłam na krześle i popijałam wodę. Pomyślałam o Paulinie. Co ona z tym wszystkim teraz zrobi? Czy po tylu latach wyjawi prawdę swojej córce? A co z Radkiem? Jak oni się kiedyś kochali…

Paulinę znałam od pierwszej klasy liceum. Wszyscy chcieli się z nią zaprzyjaźnić. Była szczupła, wysportowana, ładna i zawsze uśmiechnięta, dlatego zdziwiło mnie, kiedy podczas którejś z przerw do mnie podeszła. Byłam typem samotnika, wręcz odludkiem. Stałam przy parapecie i czytałam książkę.

— Co czytasz? — zapytała.

— Pestkę Anki Kowalskiej.

— Serio? Uwielbiam ją. Pokaż mi na chwilę książkę. — Założyłam zakładkę i podałam Paulinie, a ona zaczęła przewracać strony.

— Jest! — Wbiła palec we wskazany fragment i zaczęła czytać na głos:

— Każdy ma w sobie pestkę, każdy swoją. Jak owoc. Przylatują ptaki, przychodzi jedno po drugim spustoszenie. Robak. Gnije to, co jest miąższem. Odpada. Ale pestkę trzeba uratować. Pestka musi zostać nietknięta. Z pestki przecież…

Niepojęcie wstrząśnięta spytałam, co jest pestką.

— To, w co nie przestajemy wierzyć. Co najgłębiej jest nami; pomimo wszystko. Pomimo zła w nas, pomimo naszych odstępstw, mimo wszystkich srebrników, jakeś­my wzięli. Kradnę, kłamię, cudzołożę — ale nie zabiję; tysiąc kompromisów, a kiedyś jednego nie; za żadną cenę, nigdy. (…)

— Ale — powiedziałam — słuchaj. Mówisz o mnie, mówisz o… Ale ty. Co jest twoją pestką? Jeśli możesz. Jeśli potrafisz. Jeżeli wiesz.

— Wiem — powiedziała. — Miłość.


— Lubisz czytać? — zapytałam.

— Myślałam, że zapytasz, czy umiem czytać. — Zaczęła się głośno śmiać, a ja razem z nią.

— Tak, lubię — odpowiedziała. — Od romansów, poprzez biografie, kończąc na kryminałach.

Od tamtej chwili stałyśmy się nierozłączne. To była mało prawdopodobna przyjaźń. Ona, ta ładniejsza, i ja — brzydkie kaczątko. Ona — wulkan energii, ja — spokojna, uosobienie spokoju. Mimo to trzymałyśmy się razem. Dzieliłyśmy się radościami i smutkami. Łatwo jest się ze sobą przyjaźnić, kiedy ma się naście lat. Z biegiem czasu jest coraz trudniej. Pojawiają się rodziny, dzieci, nie ma się już tyle czasu dla siebie. Kiedy na świecie pojawiła się Bianka, od razu ją pokochałam, ale stałam się trochę zazdrosna o wszystkie te mamy, które otaczały Paulinę. To one jej doradzały: jakie śpioszki kupić, jakie maści czy kremy dla dziecka, co zrobić z nabrzmiałymi piersiami, a co wtedy, kiedy córeczka ma kolkę. Poczułam się odsunięta na boczny tor. Paulina zauważyła, że coś jest ze mną nie tak. Wzięła mnie na poważną rozmowę.

— O co chodzi? — zapytała wprost.

— O nic — skłamałam.

— Przecież widzę, że coś ci leży na sercu.

— Wydaje mi się, że oddaliłyśmy się od siebie.

— Posłuchaj — chwyciła mnie za ramiona — źle ci się wydaje. Dla mnie jesteś najważniejsza.

— Oprócz Bianki. — Uśmiechnęłam się.

— To chyba oczywiste.

Po raz pierwszy pomyślałam o swojej biologicznej mamie na lekcji biologii, kiedy nauczycielka mówiła o cechach, jakie dziedziczymy po rodzicach. Byłam szatynką o piwnych oczach, podczas gdy moja mama blondynką z niebieskimi tęczówkami i porcelanową cerą. W wieku osiemnastu lat byłam zagubioną młodą kobietą. Nie wiedziałam, dokąd zmierzam i co mam ze sobą zrobić. Coraz częściej zastanawiałam się, skąd pochodzę. Właśnie wtedy postanowiłam, że jednak odnajdę swoich biologicznych rodziców. Chciałam wiedzieć, po kim odziedziczyłam geny. Musiałam tylko odnaleźć adres. Moi rodzice nigdy nie ukrywali przede mną danych moich biologicznych rodziców. Pół roku po moich osiemnastych urodzinach wraz z Paulą wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Woli Grzybowskiej, niewielkiej podwarszawskiej miejscowości. Przyjaciółka trzymała mnie za rękę i dodawała otuchy. A ja zastanawiałam się, co powiem mojej mamie. W głowie układałam sobie różne scenariusze naszego spotkania. Szczerze mówiąc, sądziłam, że moja biologiczna matka mieszka w jakiejś ruderze, a adres, który odnalazłam, wskazywał na ładny, nieduży domek ze sporym, zadbanym ogrodem. Może już tutaj nie mieszka? Może to pomyłka? Nacisnęłam dzwonek. Nikt nie otwierał. Drugi raz też nic. Już miałam zrezygnować, kiedy drzwi się otworzyły i do furtki podeszła kobieta. Od razu ją rozpoznałam. Byłam do niej podobna. Może miałam drobniejszą twarz i wyższe czoło, ale oczy, uśmiech i usta były takie jak moje. Ona też musiała domyślić się, kim jestem, bo stanęła jak wryta.

— Dzień dobry — powiedziałam.

— To ty — kobieta zakryła dłonią usta.

Weszłyśmy do środka. Paulina stwierdziła, że poczeka na zewnątrz. Był ładny, słoneczny dzień, a ona miała zamiar się przespacerować. Wiedziałam, że tak naprawdę nie chciała nam przeszkadzać.

Rozmowa niespecjalnie się kleiła. Bo niby o czym rozmawiać z osobą, której w ogóle się nie zna? To była tylko dawczyni jajeczka — moja prawdziwa mama gotowała w tym czasie obiad w domu. Wyobrażałam sobie bardzo często, że kiedy stanę oko w oko z moją biologiczną mamą, pęknie mi w sercu jakaś tama i poczuję do niej miłość. Jednak nic takiego się nie stało. Odkąd tylko ją ujrzałam, byłam do niej wrogo nastawiona. Przez wszystkie te lata malowałam w wyobraźni obraz mamy, podkradając rysy twarzy od innych napotkanych kobiet. Teraz jednak zobaczyłam, że ta mama z mojej wyobraźni jest zupełnie inna od kobiety, która siedzi naprzeciwko mnie.

— Dlaczego? — zapytałam, bo to najbardziej mnie interesowało. Pociągnęłam łyk herbaty, aby zająć czymś roztrzęsione ręce. Herbata była gorąca. Oparzyłam sobie język.

— Byliśmy młodzi. Oboje jednak wiedzieliśmy, że nie nadajemy się na rodziców. Nie wtedy. Nie mieliśmy jeszcze osiemnastu lat… W dodatku moja sytuacja rodzinna była naprawdę ciężka… Chciałam… — Kobieta spuściła wzrok. — Chciałam dla ciebie dobrze. Byliśmy biedni, naprawdę biedni. Twój ojciec nie chciał się żenić, moja mama powiedziała, że jeśli cię zatrzymam, to finansowo nie damy rady.

— Nie myślałaś samodzielnie?

— Nie. — Jej oczy zaszły łzami. — Oddałam cię do ­adopcji, kiedy…

— Wiem… — Mój ton głosu był ostry.

— To było najlepsze wyjście.

— Tego nie wiesz.

— Kochałam cię i było mi wstyd, że cię oddałam. Obiecałam sobie, że cię odnajdę…

Omiotłam pokój wzrokiem. Był gustownie urządzony. Na środku stała kanapa. Pod oknem dwa fotele i drewniany stolik. Na półce poustawiane były rodzinne fotografie.

Zakłuło mnie w sercu.

— Mam dzieci. — Podążyła za moim wzrokiem.

— Zauważyłam. Mnie nie chciałaś, a inne już tak.

— To nie tak. Próbowałam cię odnaleźć.

— To dlaczego, do jasnej cholery, tego nie zrobiłaś? — uniosłam głos.

— Biologiczni rodzice nie mają do tego prawa. Byłam w urzędzie stanu cywilnego, ale nie miałam wglądu do twojego nowego aktu urodzenia.

— Chciałaś mnie odwiedzić? Odebrać mnie moim rodzicom?

Kobieta cała się trzęsła. Wzruszyła ramionami.

— Chyba chciałam zobaczyć, czy jest ci dobrze.

— Bardzo dobrze. — Wstałam.

— Już idziesz?

— Tak. Chciałam ci tylko spojrzeć prosto w oczy. I chciałam, żebyś ty też mogła mi w nie spojrzeć.

Wyszłam na korytarz.

— Zaczekaj, może dasz mi swój numer telefonu, adres?

Pokręciłam głową. Jedyne, o czym marzyłam, to uciec stamtąd do mamy. Do mojej mamy.

Kiedy Ewa wyszła, Teresa zalała się łzami. Była taka młoda, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie była jeszcze pełnoletnia. W tym wieku wie się o życiu tyle, co nic. Ojcem dziecka był chłopak, z którym kilka razy spotkała się na potańcówkach i raptem dwa razy się z nim przespała. Ani ona nie miała dla niego znaczenia, ani on dla niej. Mieszkała z mamą w rozpadającej się chałupie, na miejscu której już razem z mężem wybudowali obecny dom. Nie chciała się stąd przenosić, może podświadomie liczyła na to, że kiedyś jej córka ją odnajdzie. Oprócz niej i mamy w domu mieszkało czworo rodzeństwa i schorowana babcia. Ojciec umarł na zawał, kiedy najmłodsze z nich miało niecałe trzy latka. Mama pracowała jako krawcowa i dorabiała jako sprzątaczka, a ona z siostrą imały się różnych zajęć, by jej pomóc. Oprócz tego chodziły do szkoły. Mama zawsze im powtarzała, że nauka jest najważniejsza, że mają wyrosnąć na porządnych i wykształconych ludzi. Nie było miejsca dla kolejnego dziecka w rodzinie. Nie dlatego, że zabrakłoby miłości, ale dlatego, że nie byliby w stanie go wyżywić.

Teresa doskonale pamięta cały przebieg swojej ciąży. Pierwsze mdłości i pierwsze ruchy dziecka. Zbierała z siostrą butelki po piwie, które zostały po niedzielnym jarmarku. Uzbierane butelki odnosiły na skup — zawsze wpadało do kieszeni parę groszy. I kiedy schylała się po ukrytą w krzakach butelkę po winie, poczuła lekkie kopnięcie. Zamarła w bezruchu. Potem kolejny ruch i jeszcze jeden. Zawołała Marysię, swoją siostrę. Ta położyła rękę na jej brzuchu i obie zaczęły się śmiać.

— Twoje dziecko się poruszyło! Boże, jakie to musi być cudowne.

Oczywiście, że było cudowne. Tego uczucia nie da się porównać z niczym innym. Dziecko, jej dziecko żyło w niej, jego serduszko biło. To było coś na miarę cudu.

 

Z każdym dniem brzuch Teresy rósł coraz bardziej, a ona z każdym dniem coraz bardziej kochała swoje nienarodzone maleństwo. Układała w głowie różne scenariusze i różne rozwiązania całej tej sytuacji. Zaraz po porodzie zacznie szukać pracy, a w tym czasie dzieckiem zajmie się jej babcia. Tylko że babcia ledwo co widziała na oczy i miała krótkotrwałe zaniki pamięci. Któregoś dnia jej mama weszła do pokoju. Nie patrzyła jej w oczy.

— Musimy oddać dziecko do adopcji. — Teresa przycisnęła pięść do ust.

— Jest tyle rodzin, które pragną mieć dzieci. Rodzin, które obdarzą twoje dziecko wielkim uczuciem.

— Ale mamo…

— Córeczko… — Mama nic więcej nie mogła powiedzieć. Rozpłakała się na dobre. Oni również byli kochającą się rodziną, ale bez grosza przy duszy. Były dni, że jedli sam chleb i popijali wodą. Chleb z masłem, cukrem i śmietaną stanowił rarytas.

— Jakoś to by było… — powiedziała Tereska.

— Taką przyszłość chcesz zapewnić swojemu dziecku? — odparła mama, kiedy przestała płakać. Zatoczyła koło nad jej głową. Teresa spojrzała na popękany sufit, grzyb na ścianach. Sienniki porozkładane na podłodze.

— Nie — odpowiedziała ledwo słyszalnie, po czym spuściła głowę.

Do końca ciąży rozmawiała ze swoim nienarodzonym dzieckiem, gładziła się po brzuchu i płakała. Nie mogła uporządkować myśli, które kotłowały się w jej głowie. To jest jej dziecko, jej. Ale co ona mogła mu dać? Nic. Mijały tygodnie, wiedziała, że już niedługo zobaczy swoje maleństwo. Czy będzie podobne do niej, czy do ojca? Czy będzie drobne, czy może będzie miało trochę więcej ciałka?

— A co będzie, jeśli je zatrzymam? — zapytała mamę, kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży.

— To mnie zabije.

Teresa zgodziła się oddać dziecko. Podpisała papiery adopcyjne.

Urodziła córkę ósmego maja o szóstej trzydzieści. Nawet jej nie widziała.

— Tak będzie lepiej — zapewniła ją położna.

Do tej pory Teresa nie wie, czy tak było dla niej lepiej, czy też nie? Nazwała ją Lila.

Kiedy wróciła do domu, nie mogła przestać płakać. Nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Myślała, że zwariuje. Przez kolejne miesiące żyła, ale jakby była martwa. Całe jej życie straciło sens. Po roku w miarę się pozbierała. Dokończyła naukę w liceum, dostała się na studia, rozpoczęła pracę w banku. I wtedy postanowiła, że odnajdzie swoją córkę. Niestety, adopcja była tajna.

Pani w urzędzie obrzuciła ją chłodnym spojrzeniem:

— Skoro jej pani nie chciała, to nie ma sensu teraz jej szukać — powiedziała sarkastycznie, popijając kawę.

— Pani nic nie rozumie.

— Rozumiem, złotko, rozumiem. Po latach obudziła się w tobie matczyna miłość — zaśmiała się szyderczo.