Oblubienica z Messyny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fryderyk Schiller

Oblubienica z Messyny

Tragedia z chórami

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

TREŚĆ

OSOBY

Donna Izabella, księżna Messyny

Don Manuel, jej syn

Don Cezar, jej syn

Beatrixa

Diego

Posłańce

Chór złożony z przybocznej świty dwóch braci

Najstarsi Messyny. Osoby nieme

TREŚĆ

Scena przedstawia salę z kolumnami. Po obu stronach drzwi – a wielkie środkowe podwoje prowadzą do kaplicy

Donna Izabella w grubej żałobie. Najstarsi Messyny otaczają ją.

IZABELLA

Mężowie starzy mądrością i laty

Nie z własnej woli, lecz dla spraw ojczyzny

Opuszczam niewiast milczące komnaty

I twarz odsłaniam przed wzrokiem męczyzny.

Bo wdowie smutnej po małżonka stracie

Co był jej życia i światłem, i chwałą,

Posępne lice w pogrzebowej szacie

I w cichych marach ukrywać przystało.

Ale tej chwili stanowczej głos tajny

Niepowstrzymanie, potężnie mnie woła

Od niewiast domu samotnego koła,

Na świat wzrokowi memu niezwyczajny.

Księżyc dwa razy zmienił się od chwili

Jakeśmy męża popioły książęce

Do ostatniego spoczynku złożyli.

On rządy miasta trzymał w silnej ręce,

W jego obronie stawiał mężne czoło

Przeciwko światu grożącemu wkoło.

Król wasz i władca leży w przodków grobie,

Ale duch jego żyje okazały

W dwóch synach pełnych bohaterskiej chwały,

Waszego miasta dumie i ozdobie.

Wyście widzieli, jak dzieci wzrastały,

Lecz razem z nimi, z tajemniczej woli,

Niezrozumienie wzrastało powoli,

Węzłów braterskich rozrywając zgodę,

Trując igraszek dziecinnych swobodę,

Aż się w nienawiść zamieniło z wiekiem.

Obydwóch pierś ta wykarmiła mlekiem,

Tkliwość matczyna jednakową była,

Jednako matkę obydwa kochali

I gdy we wszystkim walka ich dzieliła,

W tym jednym czuciu razem się spotkali.

Wprawdzie gdy ojciec dzierżył kraju rządy,

Jego straszliwe, ale słuszne sądy

Trzymały w karbach surowych zarówno

Obydwóch braci porywczość gwałtowną.

On jarzmem silnym w milczenie pokorne

Naginał synów umysły niesforne.

Zbrojni nie mogli zbliżać się ku sobie

Ani pod jednym noc przepędzać dachem.

Tak surowością mądrą w każdej próbie

Straszliwy wybuch opóźnił w nich strachem.

Ale nienawiść, tak dawno poczęta

W dzikim ich łonie, została nietknięta.

Potężny siłą nie uczyni kroku

Żeby odwrócić cichy bieg strumienia,

Kiedy on mocą swojego ramienia

Może zatrzymać groźny pęd potoku.

Co miało wypaść, wypadło niebawem:

Gdy głowa ojca w grobie się układła

I dłoń potężna bezsilnie opadła,

Dawny gniew braci ożył w boju krwawym,

Tak jak zarzewie chwilę przytłumione

Wybucha w ogniu wiatrem rozniecone.

Powtarzam, czego nikt z was nie ukrywa;

Niezgoda braci Messynę rozdziela,

Najświętsze związki natury rozrywa,

Do krwawej walki mieszkańców ośmiela.

Miecz na miecz pada, miasto placem bojów,

Krew zlała nawet ściany tych pokojów.

Wy prawa kraju zgwałcone widzicie,

Mnie męki serca zatruwają życie.

Wy tylko ludu czujecie niedolę,

A nie zważacie na matczyne bole –

Oto jest mowa, z jaką przychodzicie:

„Widzisz, że długo twoich synów zwada

Walkę domową śle do naszych progów.

Kraj zagrożony od złego sąsiada

Jednością tylko może wyprzeć wrogów.

Ty jesteś matką, więc tobie przystoi

Wynaleźć sposób przywrócenia zgody.

Po co nas, cichych mieszkańców zagrody,

Długa nienawiść panów niepokoi?

Czyliż my zgubne mamy znosić szkody,

Że twoje dzieci nie ustają w sporze? –

My sami bez nich radę sobie damy;

Innemu panu otworzymy bramy,

Który nas zbawić i zechce, i może”.

Takąście mową, ludzie skamieniali,

Troskliwi tylko o wasz byt i całość

Trudy krajowe na to serce zdali –

Jak gdyby długie cierpienia i żałość,

Jak gdyby matki tęskne niepokoje

Nie dosyć łono obciążały moje! –

W zamiarach moich bez wielkiej nadziei

Rzucam się z matki piersią zakrwawioną

W walkę pomiędzy synami wznieconą

Zgody wołając – błagam po kolei

Niepowstrzymana bez trudu i strachu

Aż uprosiłam matczynym wołaniem:

Że tu, w Messynie, ojcowskim ich gmachu

Witać się będą przyjaznym spotkaniem.

Tego nie było od śmierci książęcia.

Dzisiaj co chwila czekam, by mi posły

O wjeździe synów obydwóch doniosły;

Bądźcie gotowi do panów przyjęcia

Ze czcią należną dla synów książęcia.

Miejcie powinność tylko na pamięci,

Waszymi sprawy my będziem zajęci.

Zgubne krajowi i wam, Messeńczykom,

Niszczące walki moich synów były –

Dziś zgodni znajdą w sobie dosyć siły

Przeciw całego świata najezdnikom

W obronie kraju waszego uderzyć

I słuszność sobie z was samych wymierzyć.

Starce odchodzą w milczeniu z ręką na piersiach. Izabella daje znak staremu słudze.

Izabella, Diego.

IZABELLA

Diego!

DIEGO

Co księżna rozkaże?

IZABELLA

Mój sługo,

Przybliż się do mnie, sługo mój poczciwy,

Ty ból mój, cierpienia podzielałeś długo,

Podzielże dzisiaj i szczęście szczęśliwy. –

Jam twojej wiernej piersi powierzyła

Bolesną, słodką tajemnicę świętą;

Dzisiaj szczęśliwa chwila się zbliżyła,

Że z niej zasłona może być odjętą.

Długom ja silne natury wzruszenie

We wnętrzu łona mojego tłumiła,

Bo mi groziło straszne przeznaczenie.

Dziś wolnym głosem odezwać się mogę

I uspokoić serce bolejące;

Pokoje długo pustkowiem stojące

Obejmą dzisiaj wszystko, co mi drogie.

Obróć więc prędzej krok twój ciężki laty

Do ścian klasztoru znajomego tobie,

Gdzie przechowany był skarb mój bogaty.

Tyś go sam ukrył ku szczęśliwej dobie,

Smutną przysługę oddając stroskanej.

Pospiesz więc teraz i powróć bez zwłoki

Zakład od serca tak długo czekany.

Słychać głos trąby.

Spiesz; niechaj radość odmłodni twe kroki –

Słyszę już brzmienie wojennego rogu,

Co mi oznajmia powrót moich dzieci.

Diego odchodzi. Słychać z przeciwnej strony coraz głośniejszą muzykę.

Messyna w ruchu – słuchaj, od bram progu

Zmieszanych głosów dziki szmer tu leci.

To oni – piersi macierzyńskiej bicia

W krew swą przyjmują bliskość ich przybycia.

To oni sami! Dzieci moje, dzieci!

Wychodzi spiesznie.

CHÓR

Składa się z dwóch półchórów, które w tej samej chwili wchodzą z dwóch przeciwnych stron, okrążają scenę, a potem szykują się w szereg po tych stronach, skąd weszli. Jeden półchór złożony jest ze starszych, drugi z młodszych – obaj znakami i odzieniem się różnią. Skoro dwa chóry ustanowią się na przeciwko siebie. – Muzyka ustaje a naczelnicy chórów mówią. (Chór ten podług nadesłanej uwagi autora do dyrekcji teatralnej złożony jest z Kajetana, Manfreda, Tristana i ośmiu rycerzy Don Manuela. Drugi z Bohemunda, Rogera, Hippolita i dziewięciu rycerzy Don Cezara. – W nawiasach oznaczone, kiedy każda z tych osób ma mówić).

1. CHÓR (KAJETAN)

Bądź nam pozdrowiona

Budowo gościnna,

Naszych możnych panów

Kolebko rodzinna

Na licznych kolumnach wspaniale wzniesiona!

W pochwie schowany

Niech się oręż skrywa;

Przed bramą spętany

Niechaj odpoczywa

Wężowłosego boju skrwawiony mord srogi;

Bo sal tych gościnnych

Święte dla nas progi

Strzeże przysięga, syn Eryniona,

Bóg najstraszniejszy piekielnego łona.

2. CHÓR (BOHEMUND)

Gniewne się w piersiach serce moje wzdyma,

Pięście bez walki nie mogą się ostać;

Bo łeb Meduzy widzę przed oczyma,

Mojego wroga nienawistną postać.

Zaledwie w żyłach krew się wrząca trzyma;

Mamże przyjaznym uczcić jego słowem,

Czy pójść za moim popędem bojowym?

Ale mnie tylko bojaźliwym czyni

Tych gmachów świętych potężna władczyni,

Straszna Eumenida, pokoju bogini.

1. CHÓR KAJETAN

Mędrszy stan duszy przystoi wiekowi;

Najrozumniejszy najpierwej pozdrowi.

Do drugiego Chóru.

Wam więc pozdrowienie

 

Co dzielicie razem

Braterskim obrazem

Jednakie wzruszenie.

Wam, co tego gmachu

Bogom opiekuńczym

Kłaniacie się w strachu.

Gdy się przyjaźnie witają książęta,

Niech i nam słowa zamienić pokoju

Pozwoli zgoda dla obu stron święta,

Słowa przyjazne słodkie są po znoju;

Lecz gdy na wolnym spotkamy się razem

Niech krwawa zawiść odnowi się w boju,

Naszą odwagę probujmy żelazem.

CAŁY CHÓR

Lecz gdy na wolnym spotkamy się razem

Niech krwawa zawiść odnowi się w boju,

Naszą odwagę probujmy żelazem.

1. CHÓR (BERENGAR)

Nie tobie gniew mój, tyś nie moim wrogiem;

Jedno nam miasto jest rodzinnym progiem,

Oni skądinąd wiodą imię swoje.

Lecz gdy ród książąt na siebie nastawa,

Słudzy iść muszą na mordercze boje –

Tak chce porządek, tak chcą ludów prawa.

2. CHÓR (BOHEMUND)

Niechaj brat bratu przyczynę wywodzi,

Czemu na siebie wiodą szyki zbrojne

Do krwawej walki – mnie to nie obchodzi;

Ale my za nich prowadzimy wojnę –

Bo ten nie mężny, ten się hańbą kala

Kto pana swego znieważać pozwala.

CAŁY CHÓR

Ale my za nich prowadzimy wojnę –

Bo ten nie mężny, ten się hańbą kala

Kto pana swego znieważać pozwala.

JEDEN Z CHÓRU (BERENGAR)

Słuchajcie, jakie miałem myśli nowe,

Kiedym przeciągał, w wolnej od prac chwili,

Między szumiące ulice zbożowe.

Gdy bez ustanku grał w nas boju gniew,

My między sobą nigdy nie radzili;

Bo nas głuszyła wrząca w żyłach krew.

Czyż to nie nasze te zboża zasiane?

Te wiązy winnym liściem oplatane

Nie sąż naszego słońca dzieci drogie?

Czemuż radosne spokoju użycie

Nie ma nam uprząść dnie ciche i błogie,

Wolne od trosków śmiejące się życie?

Czemuż szalonych dzieli walka krwawa

Za plemię obce, nieznanego rodu?

Oni nie mają do tej ziemi prawa;

Gdzieś od czerwonych obłoków zachodu

Morska ich do nas przypłynęła nawa

Przodkowie nasi, bo temu czas długi,

Wzięli przybyszów w gościnne schronienia;

A dziś my z wolnych najemnicze sługi,

Poddani nędzni obcego plemienia!

DRUGI (MANFRED)

Prawda – mieszkamy na szczęśliwej ziemi

Gdzie słońce, nieba przebiegając kraje,

Złoci jej niwy promieńmi jasnemi

I nam bogactwa do użycia daje.

Ale wał żaden brzegów nie zamyka –

A wzdęte morza sęsiedniego fale

Dają nas często na łup rozbójnika,

Co wyspę naszą pustoszy zuchwale.

Domowa kosa co roku uderza

O zgubny oręż obcego żołnierza.

My niewolniczą nosimy obrożę,

A kraj swych synów zasłonić nie może.

Nie stąd, gdzie złota Ceres się uśmiecha

I Pan dostrzega bujną w kwiaty ziemię,

Lecz skąd żelazo warstwy gór napycha,

Wychodzi groźne panujących plemię.

1. CHÓR (KAJETAN)

Nierówno skarby rozdzielone w dani

Pomiędzy ludzi gromadą przechodną;

Ale natura, sprawiedliwa pani,

Nam dała w dziale pełność zawsze płodną,

Im moc potężną i wolę wszechrodną.

Zbrojni w potęgę straszną majestatu

Namiętnej duszy nasycają szały

I grzmotem władzy zagrażają światu.

Ale z wierzchołka olbrzymiego chwały

W przepaść głęboką upada zuchwały –

Dlatego lepiej, że na tym padole

Mogę się ukryć w moją cichą dolę.

Te groźne, burzą zrodzone potoki

Wylęgłe z gradu ziarek niezliczonych,

Z czarnych obłoków w deszcze rozpuszczonych

Posępnym szumem grzmią z góry wysokiej.

Woda ich w groźne wały się nadyma,

Mosty i groble razem z nimi płyną;

Nic tych potężnych władców nie zatrzyma.

Lecz jedna chwila zawiodła ich w życie;

Ślady potoku straszne przed godziną

Po drobnych piaskach karłowato giną,

Ruiny tylko świadczą o ich bycie.

Zdobywce wchodzą, potem idą dalej –

My, ich poddani, będziem w miejscu stali.

Tylne drzwi otwierają się, pomiędzy Don Manuelem a Don Cezarem ukazuje się Izabella.

OBYDWA CHÓRY (KAJETAN)

Pokłon ci i chwała:

Żeś nam zajaśniała

Jak słońce wschodowe.

Na kolanach czcimy pysznę twoją głowę.

1. CHÓR

Piękna jest księżyca

Jasność łagodniejsza

Między gwiazd gromadą co nocy przyświeca.

Lecz matka piękniejsza

Miłością przeczystą

Między dwóch synów potęgą ognistą.

Takiego obrazu

Na kuli ziemskiej nie znajdziesz i razu.

Na żywota szczycie

Wznosząc jasne czoło

Ona piękności zamyka koło.

Bo matka tkliwa i ród jej młodzieńczy

Doskonałości koroną świat wieńczy.

Kościół nie mówi w przedwiecznym zakonie

O nic piękniejszym na niebieskim tronie:

A taż sztuka płodna,

Od nieba pochodna,

Czy coś wyższego ma w swojej krainie

Jak matkę przy synie.

2. CHÓR (BOHEMUND)

Patrzy szczęśliwa, jak rośnie z jej łona

Kwitnące drzewo, na którego szczycie

Jaśnieje wiecznej płodności korona;

Bo pokoleniu ona dała życie,

Co z słońcem razem czasom się ostoi

I wiek bieżący w imię swe ustroi.

(ROGER)

Przejdą pokolenia,

Przebrzmią imiona;

Noc zapomnienia

Skrzydła roztoczy

Na ludzkie plemiona. –

Królów tylko głowy

Przybiorą blask nowy,

Uderzy w nie słońce

Złotym swym promieniem

Jakby w wierzchołki świata sterczące.

IZABELLA

wychodząc naprzód z synami.

Pojrzyj, królowo w niebieskiej koronie,

Do tego serca przyłóż twoje dłonie –

Nie, to nie duma tak w nim bić zaczyna;

Matka o szczęściu własnym zapomina,

Gdy się przegląda w świetnym blasku syna.

Pierwszy raz, odkąd zawiodłam was w życie,

Mogę się całym sercem rozweselić;

Bo dotąd każdej radości użycie

Musiałam z żalem na dwie części dzielić

I zapominać jedno moje dziecię,

Gdy mi się przyszło przy drugim weselić.

O! miłość moja była zawsze jedna,

Choć się synowie niezgodą dwoili!

Mówcie, czy dzisiaj mogę, matka biedna,

Oddać się sercem upojenia chwili?

Do Don Manuela.

Gdy brata twego ściskam dłoń przyjaźnie

Czy tym zazdrości twojej nie rozdrażnię?

Do Don Cezara.

Na nim gdy spocznie tęskne oko moje,

Czyż to nie kradzież wyrządzona tobie?

Moją miłością, ja się nawet boję,

Czy nienawiści większej nie sposobię.

Po krótkiej chwili patrząc na obu.

Mówcie: co wasze oznajmia przybycie?

W jakich uczuciach przyszliście w te progi?

Czy z nienawiścią, tak jak dawniej wrogi,

Do ojcowskiego domu przychodzicie?

Miałażby wojna u miasta podwojów,

Na krótką chwilę wstrzymana przysięgą,

Zgrzytać zębami do dawnych rozbojów,

Żeby wybuchnąć z straszniejszą potęgą,

Skoro z matczynych wyjdziecie pokojów?

CHÓR (BOHEMUND)

Wojna czy pokój? – nikt się nie dowie,

Co kryją ciemne przyszłych zdarzeń fale!

Lecz nim wyjdziemy, przeważą się szale,

My na oboje zbrojni i gotowi.

IZABELLA

oglądając się naokoło.

Wkoło mnie widok przedstawia się strachu;

Co ma oznaczać ta gromada zbrojna?

Czy na tym miejscu, w macierzyńskim gmachu

Za waszą sprawą wytoczy się wojna?

Po co zuchwale obcy tłum się zbiera,

Gdzie matka serce przed dziećmi otwiera?

Czy i tu nawet, przy matczynym łonie,

Śmiecie się lękać podejścia i zdrady,

Że plecy wasze stawiacie w obronie?

Te się za wami snujące gromady,

Waszego gniewu skorzy wichrzyciele,

Nie są, o wierzcie, wasi przyjaciele.

Oni zbawiennej nie podadzą rady;

Bo jak by mogli serce swe darować

Obcych przychodniów natrętnej rodzinie,

Co dom obrała w ich ojców dziedzinie

I nad synami zaczęła panować?

Wierzcie mi, wolnym chce być każdy z ludzi

I pod własnymi prawami się chować;

Rząd cudzoziemca zazdrość w sercu budzi.

W waszej potędze, w poddanych bojaźni

Leży rękojmia wątłej ich przyjaźni.

Znajcie to plemię chytre i okrutne:

Gdy nas przygody dotykają smutne,

Oni radości mszczą się śmiechem skrytym

Nad naszym szczęściem i potężnym bytem.

Upadek władców, zgon wysokiej głowy

Treścią ich piosnek, przedmiotem rozmowy

Która od synów wnukom przekazana,

Zimowe noce zajmuje do rana.

Synowie moi! Ziemia ta fałszywa

Nie ma przyjaźni – każdy sobie sprzyja,

A kruche, wiotkie są wszystkie ogniwa

Które przelotna chwila szczęścia zbija.

Kaprys rozplata, co sam kaprys zwija,

Natura tylko jedna jest prawdziwa;

Ona się trzyma na wieczystej osi

Gdy resztę burza żywota unosi.

Uczucie serca daje przyjaciela,

Jeżeli przyjaźń korzyści udziela.

Szczęśliwy, komu wśród samotni świata

Traf urodzenia dał czułego brata.

Dar ten od chimer szczęścia nie pochodzi;

Jemu przyjaciel z kolebki się rodzi

I przeciw ziemi pełnej kłamstw i wojny,

Staje dwoistym pośrednictwem zbrojny.

CHÓR (KAJETAN)

Szlachetne słowa! Ja uwielbiać muszę

Duch, co napełnia jej królewską duszę.

Zamiar człowieczy i człowiecza sprawa

Przed jej myślami w jasnym świetle stawa. –

Nas tylko pędzi dzikie przeznaczenie

Na życia puste, bezcelne przestrzenie.

IZABELLA

do Don Cezara.

Ty, co na brata dobywasz oręża,

Patrzaj: czy jeden pomiędzy tą zgrają

Ma tak szlachetną, jak on, postać męża?

Do Don Manuela.

Któryż z przyjaciół, co cię otaczają,

Z twoim się bratem porównać odważy?

Każdy jest lat swych wzorowym obliczem,

Jeden drugiemu niepodobny z twarzy,

Jeden drugiemu nie ustąpi w niczem

A żaden z wami nie zechce się spierać. –

O dumo próżna, zazdrości szalona!

Gdyby z tysiąca przyszło ci wybierać,

Jego byś tylko wziął za przyjaciela,

Jego jednego przycisnął do łona –

Dziś, gdy go tobie natura udziela,

Za towarzysza przeznacza od młodu,

Ty, świętokradca krwi własnego rodu,

Dar nieba dumną odpychasz odmową

I gorszych ludzi otaczasz się zgrają,

Ludzi, co ciebie za obcego mają.

DON MANUEL

Słuchaj mnie, matko!

DON CEZAR

Ja ci powiem słowo.

IZABELLA

Smutna się zwada nigdy nie oddali

Wołając zawsze: to moje, to twoje;

Winę i zemstę kładąc w jednej szali.

Kto wie, skąd przyszły siarkowate zdroje

W strumień ognisty wylane obficie?

Ogniów podziemnych wszędzie znajdziesz życie,

Lawa na zdrowej ziemi się układa,

Kto po niej chodzi, zniszczeniu podpada.

Jeszcze wam jedno do serca przełożę:

Złe, które człowiek dojrzałego wieku

Rozważnie zrządza na drugim człowieku,

Ciężko się zatrzeć i przebaczyć może;

Bo on chce zemstę swoją uspokoić –

I chęć tę, dzieło rozważonej rady,

Czas długoletni nie potrafi zgoić.

Lecz pierwsze źródło waszej ciężkiej zwady

Zasięga pory igraszek dziecinnych,

I to was właśnie powinno rozbroić.

 

Pytajcie tylko, co was poróżniło? –

Nie wiecie pewnie – a choćby tak było,

Wstydzić się uraz wypadnie niewinnych.

Lecz pierwsza zwada, gdyście dziećmi byli,

Mnożąc się ciągle w łańcuchu zwad innych

Niezrozumienie sprowadza tej chwili –

Bo dotąd wszystkie sprawy między wami

Są podejrzenia i zemsty synami.

Dziś, gdy jesteście w dojrzałych lat porze,

Czyż kłótnia dzieci przeciągać się może?

biorąc obydwóch za ręce.

Moi synowie! niechaj ta godzina

Ukończy spory w źródle swoim ciemne;

Bo jednakowa z obu stron jest wina.

W wspaniałomyślnej i szlachetnej dumie

Puśćcie w niepamięć urazy wzajemne;

Ten jest zwycięzca, kto przebaczać umie.

W grobie ojcowskim schowajcie od świata

Starą nienawiść dziecinnego lata;

Niech życie wasze, zgodą odnowione,

Będzie miłości pięknej poświęcone.

Ustępuje o jeden krok, jakby dać im sposobność zbliżenia się do siebie – ale bracia ze spuszczonymi oczyma nie śmią pojrzeć na siebie.

CHÓR (KAJETAN)

Zdrowej od matki posłuchajcie rady;

Z jej ust wychodzi dobroczynne słowo.

Dosyć już, dosyć, skończcie długie zwady,

Albo gdy chcecie, wiedźcie bój na nowo.

Co wam przyjemne, mnie się słusznym zdaje;

Bo wy panami, ja sługą zostaję.

IZABELLA

Długo czekając zbliżenia się braci, w milczeniu stała, na koniec odzywa się z bolesnym uczuciem.

Już nie wiem – próżne słowa mowy mojej

I siła błagań moich wyczerpnięta;

W grobie ten leży, co na was kładł pęta

Matka bezwładnie między dziećmi stoi.

Idźcie – otwarta chęciom waszym droga

Zły duch was woła do zgubnej topieli –

Kalajcie ołtarz domowego Boga!

Niech te sklepienia, gdzieście życie wzięli,

Morderczych mieczów odbijają szczęki.

Tu, przed moimi, przed matki oczyma

Gińcie nie z cudzej, ale z własnej ręki.

Ciało o ciało, ramię pod ramieniem,

Sprężystość w ruchach, zajadłość w źrenicy

Jako Tebańscy dawni zapaśnicy

Ściskajcie siebie zawziętym ściśnieniem.

Życie za życie wydzierając sobie,

Piersi nawzajem przeszyjcie żelazem,

Żeby niezgoda trwała jeszcze w grobie:

Niech płomień krwawy, gdy będziecie razem

Na jednym stosie pogrzebnym leżeli,

Na dwa oddzielne słupy się rozdzieli

I płonie życia waszego obrazem.

Odchodzi – Bracia w jednakim zawsze stoją oddaleniu.

Dwaj bracia – i dwa Chóry.

CHÓR (KAJETAN)

Te słowa tylko z ust jej wyleciały;

One jednakże w piersi moje z lodu

Brzmieniem swym raźne uczucie wstrzymały.

Ja nie przelałem krwi własnego rodu,

Nic nie przelałem, ręce na krzyż kładę –

Ale wy, bracia, skończcie krwawą zwadę.

DON CEZAR

nie patrząc na Don Manuela.

Ty jesteś starszy – zacznij mówić do mnie,

Pierw rodzonemu ustąpię bez wstydu.

DON MANUEL

w podobnej postawie.

Daj dobre słowo – pójdę za przykładem

Szlachetnym, który poda mi brat młodszy.

DON CEZAR

Nie dla przyczyny, żebym się winniejszym,

Lub słabszym sądził w przekonaniu moim.

DON MANUEL

Kto zna Cezara, podłym go nie nazwie,

Gdyby był słabszym, przemawiałby dumniej.

DON CEZAR

Czy tak istotnie sądzisz o twym bracie?

DON MANUEL

Ty się uniżyć, ja kłamać nie umiem.

DON CEZAR

Pogardy serce moje nie wytrzyma;

Lecz w walek naszych najżywszym zapędzie

Umiałeś godnie pamiętać o bracie.

DON MANUEL

Mam dowód jawny, żeś nie chciał mej śmierci;

Mnich się najmował zabić mnie kryjomo,

Tyś go odepchnął i ukarał zdrajcę.

DON CEZAR

przystępując bliżej.

Gdybym cię wprzódy znał tak doskonale

Wiele by złego nie przyszło do skutku.

DON MANUEL

Gdybym był zgłębił twoje serce zgodne,

Niejedną boleść oszczędziłbym matce.

DON CEZAR

Mnie przedstawiano ciebie dumnym wielce.

DON MANUEL

To jest przekleństwo wysoko stojących:

Że słuch ich niższym łatwo się otwiera.

DON CEZAR

żywo.

Tak jest, na sługi pada zawsze wina.

DON MANUEL

Oni to serca oddalili nasze.

DON CEZAR

Słowa jednego szeptali drugiemu.

DON MANUEL

Truli czyn każdy fałszywym wykładem.

DON CEZAR

Żywili rany, miasto je zagoić.

DON MANUEL

Wzniecali płomień, miasto go ugasić.

DON CEZAR

Nas oszukano, uwiedziono obu.

DON MANUEL

Ich namiętności byliśmy narzędziem.

DON CEZAR

Jestże to prawda, że oni niewierni?

DON MANUEL

I fałszu pełni – zawierz słowom matki.

DON CEZAR

Niechaj więc ścisnę tę braterską rękę.

Podaje rękę.

DON MANUEL

żywo ją obejmując.

Ona najbliższą będzie mi na święcie.

DON CEZAR

Patrzę na ciebie i w zdziwieniu cały

Odkrywam rysy naszej drogiej matki.

DON MANUEL

I ja w twym licu widzę podobieństwo,

Które mnie jeszcze cudowniej uderza.

DON CEZAR

Jestże to prawda, żeś przyjaznym słowem

Do mnie, młodszego brata, chciał przemówić?

DON MANUEL

W tobież ja, cichym, łagodnym młodzieńcu,

Nienawistnego uważałem brata?

Krótkie milczenie.

DON CEZAR

Arabskie konie po ojcu zostałe

Chciałeś zatrzymać – ja ci odmówiłem.

DON MANUEL

Jeśli je lubisz, nie chcę o nich myśleć.

DON CEZAR

O nie! weź konie, weź powóz ojcowski –

Zabierz je – błagam, zaklinam cię bracie.

DON MANUEL

Chętnie je wezmę, jeśli zechcesz przyjąć

Zamek na morzu – przedmiot naszych sporów.

DON CEZAR

Dla siebie nie chcę – lecz obadwa razem

Wspólnie, bratersko mieszkajmy w tym miejscu.

DON MANUEL

Niechaj tak będzie, po co nam oddzielne

Trzymać własności, gdy serca są zgodne.

DON CEZAR

Po co osobno mamy żyć od siebie,

Kiedy w jedności każdy jest bogatszy.

DON MANUEL

Już nic osobno, lecz razem żyjemy.

Spieszy w jego objęcie.

1. CHÓR (KAJETAN)

do Drugiego

Czego się okiem mierzymy złowrogim,

Gdy już książęta przyjaźń sobie dali?

Idźmy co prędzej za przykładem błogim,

Niech między nami pokój się ustali.

Będziemyż z sobą wiecznie się ścierali?

Oni są braćmi, związani krwią rodu,

A my synowie jednego narodu!

Obadwa Chóry ściskają się.

GONIEC

zbliża się.

2. CHÓR (BOHEMUND)

do Don Cezara

Goniec się zbliża do drzwi pałacowych,

Ciesz się Cezarze, bo z jasnego lica

Wieść pożądana dla ciebie przyświeca.

GONIEC

Bądź pozdrowiony – i niech pozdrowione

Będzie to miasto z przekleństw uwolnione.

Radością moje oko się weseli,

Że książąt, których jak nieprzyjacieli

Widziałem wprzódy w morderczej pogoni,

Dziś przyjaźń święta wiąże dłoń do dłoni.

DON CEZAR

Miłość powstała z zażartej niezgody

Jak z płomienistych ogniów Feniks młody.

GONIEC

Do tego szczęścia nowe ci przynoszę;

Kij mój poselski rozpuścił liść wiosny.

DON CEZAR

biorąc go na stronę.

Mów – co przynosisz?

GONIEC

Jeden dzień radosny

Wszystkie dla ciebie zgromadził rozkosze.

Ta, którąś stracił, którąś szukał długo,

Wynaleziona w bliskości przebywa.

DON CEZAR

Wynaleziona? – gdzie? Mów, wierny sługo?

GONIEC

W Messynie – w środku miasta się ukrywa.

DON MANUEL

pół obrócony do pierwszego Chóru.

Żywym rumieńcem lice czerwienieje

I oko jego płomieniem jaśnieje –

Nie wiem przyczyny – lecz ten znak wesela

I mojej duszy radości udziela.

DON CEZAR

do Gońca.

Chodź ze mną – prowadź – bądź zdrów, Manuelu,

W objęciach matki znowu się znajdziemy;

Mnie droga wiedzie do ważnego celu.

Chce odchodzić.

DON MANUEL

Idź – nie odwlekaj; szczęścia ci na drogę.

DON CEZAR

po namyśle wraca jeszcze.

Don Manuelu! Ta radosna chwila

Więcej mnie, cieszy niż wymówić mogę.

Z drżącego serca słodka wróżba strzela,

Że po bratersku kochać się będziemy.

Popęd przyjaźni, tak długi czas niemy,

Nowego słońca nowe światło zrodzi

I utracone dnie życia nagrodzi.

DON MANUEL

Piękny kwiat piękne owoce wyrodzi.

DON CEZAR

To nie jest dobrze, uznaję mą winę,

Że się tak prędko z objęć twych wyrywam –

Lecz nie mniej czuję, chociaż tę godzinę

Wzniosłą i piękną gwałtownie przerywam.

DON MANUEL

Idź za tą chwilą, która ciebie czeka;

Bo takie chwile, co miłości płyną,

Na całe życie wpływają człowieka.

DON CEZAR

Opowiem tobie, co mnie z tych miejsc woła.

DON MANUEL

Zostaw mi serce, zabierz tajemnicę.

DON CEZAR

Nas tajemnica rozdzielić nie zdoła,

Wkrótce ci ciemność ostatnią wyświecę.

Do Chóru.

Wam oznajmuję, żebyście wiedzieli,

Na wieki zwada nasza pojednana.

Uważać będę za nieprzyjacieli

I nienawidzić jak piekieł szatana

Tych, co zarzewie przygaszone zgodą

W nowego sporu płomienie rozwiodą.

Mojej wdzięczności pewnie nie pozyska

Kto mi złe słowo przyniesie od brata.

Źle zrozumiana usłużność od świata

Do serca gorycz słów przelotnych ciska.

Słowo porywcze wyrzeczone w gniewie

Jadu zgubnego w duszę nie wkorzenia;

Ale złowione uchem podejrzenia

Czołga się długo jak powoju krzewie,

Póki tysiącem zrodzonych gałęzi

W ramiona swoje serca nie uwięzi.

Takim sposobem zamieszanie dzieli

Najlepszych ludzi, czułych przyjacieli.

Ściska brata i odchodzi w towarzystwie drugiego Chóru.

Don Manuel i Chór pierwszy

CHÓR (KAJETAN)

Widząc cię, Panie, zdziwionym być muszę

I ledwie poznać mogę twoją duszę.

Twojego brata miłość taka szczera

Zaledwie skąpą nagrodzona mową,

On ci swe serce przyjaźnie otwiera

Ty stoisz niemy, otwierasz powieki

Jako lunatyk z pochyloną głową,

Obecny ciałem, a duszą daleki.

Kto cię obaczy, serce twe oskarży

O obojętność i chęci złowrogie;

Lecz ja nieczułym nazwać cię nie mogę,

Bo uśmiech wdzięczny gra na twojej twarzy

I oko szczęściem niezwyczajnym żarzy.

DON MANUEL

Co odpowiedzieć mam na twoją mowę?

Brat mój przyjazne mógł znaleźć wyrazy;

W nim nienawiści zniknęły obrazy

I serce uczuć zmieniło osnowę.

Ale ja gniewu nie czułem i chwili,

Ledwie wiem, o co walkęśmy toczyli,

Ponad znikome poziomości świata

Skrzydłem wesela dusza moja wzlata;

W otaczającym mnie blasku swobody

Zniknęły chmury minionego lata,

Zniknęły życia ponure przygody.

Patrzę na gmach ten, na pyszne sklepienie

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?