Intryga i miłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fryderyk Schiller

Intryga i miłość

Tragedia w pięciu aktach

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

AKT I

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

AKT II

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

AKT III

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

AKT IV

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA VIII

SCENA IX

AKT V

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA OSTATNIA

OSOBY

Pan Walter, prezydent na dworze niemieckiego książęcia

Ferdynand, syn jego, major

Kalb, marszałek dworu

Lady Milford, faworyta księcia

Wurm, prywatny sekretarz prezydenta

Miller, skrzypek

Jego Żona

Ludwika, ich córka

Zofia, pokojowa Lady Milford

Pokojowy księcia

StrażSłudzy

AKT I

SCENA I

Pokój w domu Millera.

Miller wstaje z krzesła i kładzie na bok basetlę. Przy stole Żona jego w rannym ubiorze pije kawę.

MILLER

w poruszeniu i przechadzając się po scenie

Dosyć już tego! To rzecz nie na żarty. Córka moja z majorem pójdzie na języki. Mój dom okrzyczą. Prezydent rzecz całą przewącha – i cóż? – oto krótko i zwięźle ja paniczowi zakażę tu bywać.

ŻONA

Wszakżeś go do domu twego nie namawiał – córki nie narzucał.

MILLER

Do domum nie namawiał, dziewki nie narzucał; a kto o tym wspomni? – Byłem tu panem i trzeba było córce mores nakazać, szanownemu papie o synku dać wiedzieć – a tak, młodemu baronowi wytrą kapitułę, a cała burza spadnie na skrzypiciela.

ŻONA

popijając kawę

Koszałki, opałki! Co spaść może na ciebie? Kto ci za złe weźmie? Pilnujesz rzemiosła i zbierasz uczniów, gdzie ich znaleźć można.

MILLER

Ale racz mi powiedzieć, co z tego wszystkiego na końcu wypadnie? Dziewczynę na żonę wziąć nigdy nie może – o ożenieniu tu ani gadać – a jeśli ma być... Zlituj się Boże! – Dobry dzień Jejmości! – Przypuśćmy, że ten paniczyk, tu i tam się szastając, poradził już sobie – diabeł nie śpi! – tożby zasmakowało taką szklaneczkę słodkiej wody wypić. Pilnuj dobrze! Gdybyś do każdej szparki oko przytknęła, przed każdą krwi kroplą straż postawiła; on ci z przed nosa dziewczynę uchwyci, na swoje przerobi i córka zhańbiona, życie całe na koszu osiędzie, albo znudzona, przyczepi się do rzemiosła – grożąc pięścią. Jezu Chryste!

ŻONA

Boże nas zachowaj!

MILLER

Ty się tylko zachowaj. Za czym innym ten wietrznik upędzać się może? Dziewka piękna i zgrabna i czysto się przybiera. Pod dachem niech co chce będzie. U was kobiet to fraszka, byle pieścidełko na świecie pokazać. Niech no mój wiercipięta ten artukuł zwietrzy, to mu aż jasno w oczach zaświeci i dopiero żagielki na wszystkie wiatry rozepnie. Cóż ja mam mówić? – Człowiek jest człowiekiem.

ŻONA

Gdybyś ty odczytał wszystkie piękne listy majora do naszej córki. Boże mój! Tam jak słońce stoi, że mu tylko idzie o jej piękną duszę.

MILLER

W tym właśnie jest sztuka – bić po worku, a osła ogrzmocić. Kto miłe ciałko chce tylko uraczyć, niechaj do serca w kumy posyła. A jaź jak robiłem? – Skoro się czarno na białym pokaże, że dwie dusze zawarły przymierze, to i dwa ciała niebawnie pójdą za przykładem. Służba idzie za panem – a koniec zawsze wyjaśnia, że srebrny księżyc był tylko kusicielem.

ŻONA

Obacz no piękne książki, które pan major do domu poznosił. Córka nasza na nich odmawia modlitwy.

MILLER

świszcząc

Hej ha! ona się modli! – dobrześ odgadła. Prosta polewka za przykra dla brzuszka tuczonego makaronem, trzeba ją pierwej w zaraźliwej kuchni beletrystów przez szatana zaprawić. W ogień mi te brudy! Dziewczyna wysysa z nich tylko Bóg wie jakieś figle niebieskie, co po krwi biegają jak muchy hiszpańskie i wywracają nauki Chrystusa, które zaledwie ojciec jako tako jeszcze utrzymać może. W ogień powiadam – panienka nabija sobie głowę piekła świecidłami, w czułych rozmowach próżniackiego świata nie obaczy swojego domu, zapomni, wstydzić się będzie, że ojciec tylko na skrzypcach umiał wygrywać i gotowa odmówić na końcu poczciwego zięcia, który by się chętnie z moim stanem pogodził. Nie! Na Boga, nie! Zaraz mi pasztety w żywy ogień rzucić – a panu majorowi ja sam pokażę, gdzie stolarz drzwi porobił.

Chce odejść.

ŻONA

Upamiętaj się, Millerze! Nie raz piękny grosz się zebrał z prezentów...

MILLER

wraca się i staje przed żoną

Krwawy grosz za córkę moją? – Do piekła ruszaj, przeklęta kuplerko! Wolę na żebraczym kiju, z moją skrzypką za suchy kawał chleba piosenki wygrywać, wolę moją basetlę w kawałki roztrzaskać, gnój na rolę wozić, niźli używać grosza, na który jedyne dziecko moje zgubą honoru i zbawienia musiało zarabiać. Nie pij tej przeklętej kawy i nie zażywaj tabaki – a nie będzie potrzeby twarz dziecka twego na targowisko wynosić. Ja Bogu dzięki miałem dosyć strawy i białą koszulę na ciele nosiłem, choć ten szałaput w domu się moim jeszcze nie rozkochał.

ŻONA

Tylko się ze drzwiami twymi nie odgrażaj. Poczekaj, aż pierwszy zapęd gniewu minie. Powiadam ci, że nie można pana majora tak niegrzecznie traktować, choćby dlatego, że jest synem prezydenta.

MILLER

Otóż świrszcz w ukropie. Dlatego właśnie, dlatego dziś się wszystko skończy. Prezydent będzie mi wdzięczny, jeżeli poczciwym jest ojcem. Wyczyść mi mój ceglasty surdut bajowy – a zaraz się jemu przedstawię i powiem bez ogródki: Syn jaśnie oświeconego pana rzucił oko na moją dziewkę. Dziewka moja za niska jest na żonę dla jego syna, ale za wysoka na jego nałożnicę – i basta – nazywam się Miller.

SCENA II

Poprzedzający i Wurm.

ŻONA

 

Ach! Dobry dzień, panie sekretarzu! Przecież znowu mamy przyjemność oglądania jego.

WURM

Mnie się zdaje, pani kumo, że gdzie łaska szlachcica gości, tam moja przyjemność mieszczańska niewiele znaczyć może.

ŻONA

Co też nie powiecie, panie sekretarzu! Wysoka łaska pana majora sprawia nam zapewne wielki plezir czasami; ale dlatego nikim wzgardzać nie będziemy.

MILLER

Żono! Krzesło podaj panu – racz się rozgościć.

WURM

kładzie laskę, kapelusz i usiada

No! jakże się miewacie, moi przyszli teściowie? – a może przeszli? – nie spodziewam się jednak. Czy można pannę Ludwikę powitać?

ŻONA

Dzięki za pamięć, panie sekretarzu! Ale moja córka nie jest wcale dumna.

MILLER

ze złością trącając ją łokciem

Kobieto!

ŻONA

Żałuję bardzo, że nie może mieć honoru pozdrowienia pana sekretarza. W tej chwili poszła do kościoła.

WURM

To mnie cieszy, cieszy nieskończenie! Będę z niej dobrą chrześcijankę, pobożną mieć żonę.

ŻONA

z uśmiechem głupkowatym

Tak! – ale, panie sekretarzu!...

MILLER

z widocznym pomieszaniem szczypie ją za ucho

Kobieto!

ŻONA

Jeśli mu w czym innym służyć możemy – to z wielką przyjemnością, panie sekretarzu!

WURM

z fałszywym spojrzeniem

W czym innym? – Pięknie dziękuję, pięknie dziękuję – hum, hum.

ŻONA

Ale pan sekretarz sam uzna...

MILLER

Pełen gniewu, silnie z tyłu uderzając żonę.

Kobieto!

ŻONA

Co dobre, to dobre, a co lepsze, to lepsze. Szczęściu własnego dziecka nie można na zawadzie stawać; sam to wyznasz, panie sekretarzu.

WURM

niespokojnie obraca się na krześle, skrobie się po głowie i poprawia żaboty i manszetki

Sam wyznam? Nie! – ale tak!... Jakże to rozumiecie?

ŻONA

No – ja myślę, mnie się zdaje, że kiedy Pan Bóg wybrał moją córkę na szlachciankę –

WURM

wstając z krzesła

Jak powiadacie? – jak? –

MILLER

Nie wstawaj! Siedź, panie sekretarzu! Moja żona to gęś głupia; skąd by się wziąć miała szlachcianka? Jakie tam diabeł rogi w tej gadaninie wyściubił?

ŻONA

Żartuj sobie, żartuj. Co wiem, to wiem – a co pan major mówił, to mówił.

MILLER

uniesiony porywa za skrzypce

Czy stulisz ty pysk twój przeklęty? Czy chcesz, ażebym wiolonczelę na twojej czaszce potrzaskał? Co ty wiesz? – co on mógł mówić? – nie zwracaj, kumie, uwagi na paplarstwo kobiece. – Marsz do kuchni. Nie jestem przecież tyle nierozsądnym, panie sekretarzu, ażebym dziewkę moją chciał przeć tak wysoko. O mnie zapewne tego nie pomyślisz?

WURM

I na to nie zasłużyłem u was, panie kapelmajstrze! Miałem cię zawsze za słownego człowieka – a moje prawa do twojej córki były tak święte, jakby podpisane. Mam urząd, który na opędzenie potrzeb domowych wystarczy. Prezydent łaskaw na mnie. Gdy zechcę wyżej się podnieść, pleców nie zabraknie. Widzicie więc, że moje zamiary są prawdziwe; chyba jakiemu szlachcicowi wiercipięcie...

ŻONA

Panie sekretarzu Wurm! Więcej uszanowania, jeżeli prosić można.

MILLER

Trzymaj język za zębami, raz ci powiadam. Nie gniewaj się, kumie! Z nami po dawnemu. Co wam przeszłego lata mówiłem, to i dziś powtórzę. Córki mojej zmuszać nie będę. Staraj się o jej serce, a ona obaczy, czy może być z tobą szczęśliwą, pokręci głową – tym lepiej – w imię Boże chciałem powiedzieć; od niej weźmiesz harbuza, ale z ojcem wypijesz butelczynę wina. Nie ja, ale dziewczyna musi żyć z tobą. Dlaczegóż bym miał jej narzucać człowieka, którego ona kochać nie może? – Żeby mnie w starych latach zły duch, jak pieczeń na rożnie obracał, żebym w każdej szklance wina, w każdej łyżce zupy przypominał, słyszał wyrzuty: jesteś niegodziwiec, który własne dziecko zgubił.

ŻONA

Krótko i zwięźle, ja mego zezwolenia zupełnie odmawiam; moja córka na coś lepszego stworzona – a choćby mój mąż dał się namówić, ja przed sądem stanę.

MILLER

Czy chcesz ty, wietrzna pętlico, ażebym ci nogi i ręce połamał!

WURM

Ojcowska rada u córki wiele znaczyć może – a wy mnie znacie, panie Millerze!

MILLER

Do piorunów! Dziewce, a nie mnie daj się naprzód poznać. Co ja, stary wyga, w tobie upatrzę, nie będzie łakociem dla młodej, wybrednej dziewczyny. Powiem ci, czy możesz przydać się do orkiestry – ale serduszko kobiece zanadto dla mnie figlarne. A potem kumie! Ot ci prawdę powiem, bom stary, poczciwy Niemiec. Córce mojej nikogo na męża doradzać nie będę – ale ciebie, panie sekretarzu, wręcz bym odradzał. Pozwól niech dokończę. Kochankowi, który ojca na pomoc musi przyzywać – daruj mi, ani na włosek wierzyć nie mogę. Jeżeli ma jakie uczucie, wstydzić by się powinien, swoje przymioty tą staromodną drogą do kochanki przyprowadzać – tam, za plecami ojca odbywa się konkurencja. Trzeba, żeby dziewka wolała ojca i matkę, aniżeli jego opuścić; żeby sama do nóg się rodzicom rzuciła i wypłakała sobie albo czarną śmierć, albo najdroższego. Taki u mnie zuch! To u mnie się kochać nazywa, a kto tego u kobiet nie może – ten woli na drewnianym jeździć koniku.

WURM

porywa za laskę i kapelusz i wychodząc

Wielce obowiązany, panie Millerze!

MILLER

powoli idąc za nim

Za cóż? – za cóż, panie sekretarzu! Przecieżeście niczego nie doznali. (Wracając). Nie słucha i odchodzi. – A to jakbym truciznę, denderę zażywał ile razy tego lisiego skribusa obaczę – obrzydliwa istota, do ludzi niepodobna, jakby go przemycarz skąd inąd na świat Boży sprowadził. Małe mysie oczy, pełne chytrości – czerwone włosy, broda spiczasto zadarta – zdaje się, że natura z gniewu nad zepsutą pracą swoją, ten pień chropawy schwyciwszy, na rozdroże cisnęła. Nie – zanim bym córkę moją miał dać takiemu niecnocie, wolałbym ją – Boże odpuść!

ŻONA

Tak! – a każesz mi milczeć.

MILLER

Tyś także z twoim przeklętym paniczem gorącego sadła mi za kołnierz nalała. Co znaczyła ta gadanina o szlacheckiej pani i o córce twojej? To stary smyk! Połóż mu co na nosie, a jutro na targowisku obaczysz. Paniczyk należy do tych ludzi, co przeglądają wszystko, co się w domu dzieje; rozmawiają o piwnicy i kuchni, a przemknie się któremu przez język nieostrożne słowo – baff – książę, faworyta, prezydent i wszyscy wiedzą – a na ciebie pioruny i burze.

SCENA III

Ludwika z książką w ręku. Poprzedzający.

LUDWIKA

kładzie książkę na stole i ojca w rękę całuje

Dobry dzień, kochany ojcze!

MILLER

Brawo moja Ludwiko! – cieszy mnie, że tak pilnie o Stwórcy twoim myślisz. Bądź tak zawsze – a jego ramię wesprze cię w potrzebie.

LUDWIKA

Och! Jam wielce grzeszna, ojcze mój! – Był on tu, matko?

ŻONA

Kto, dziecię moje?

LUDWIKA

Zapominam, że oprócz niego i inni są ludzie. W mojej głowie taka pustynia. – Czy nie było Waltera?

MILLER

Rozumiałem, że moja Ludwika od dziś to imię w kościele zostawi.

LUDWIKA

patrząc w oczy ojca osłupiale

Pojmuję cię ojcze – czuję to żelazo, które zagłębiasz w sumienie moje; ale za późno. Pobożność mnie opuściła. Niebo i Ferdynand, mój ojcze! walczą w duszy mojej – lękam się, lękam – ale nie, ojcze kochany! Mistrz największą pochwałę odbiera, gdy o nim zapominamy, patrząc na dzieło jego. Radość moja nad Boga arcydziełem każe mi o Bogu zapomnieć. – Ojcze! Czyliż go to cieszyć nie powinno?

MILLER

ze smutkiem rzuca się na krzesło

Otóż mamy owoc bezbożnego czytania?

LUDWIKA

niespokojnie spozierając w okno

Gdzie on jest? Wysokie panie może go w tej chwili oglądają, słuchają rozmów jego – ja biedna opuszczona dziewczyna. Przestraszona własnymi słowami rzuca się w objęcie ojca. Ale nie! przebacz; nad losem moim nie płaczę – jedną mu tylko myśl poświęcę – to tak mała ofiara! Dostatecznym byłoby szczęściem dla mnie to trochę życia mojego wyzionąć w cichy, uśmiechający się zefirek, byle tylko lice jego ochłodzić – ten kwiatek drobny młodości mojej, w fiołek zamienić i umrzeć pod nogami jego. – Dumne, majestatyczne słońce nie ukarze muszki, co się w jego jasnych przegląda promieniach!

MILLER

wzruszony opiera się na poręcz krzesła i twarz sobie zakrywa

Słuchaj, Ludwiko! To trochę życia, które mi zostaje, dałbym chętnie, gdybyś ty nigdy majora nie znała.

LUDWIKA

Co mówisz, ojcze? – Nie – tak myśleć nie możesz! Czyż nie wiesz, że Ferdynand jest moim; dla mnie stworzonym, dla mojej rozkoszy od ojca miłości. Po krótkim namyśle. Gdym po raz pierwszy ujrzała jego – i krew mi na twarz biła, i radośniej pulsa uderzały – każde wzruszenie gadało, szeptał każdy oddech: to on, to on dawno marzony od serca twego – i głos ten był echem całej natury radującej się ze mną! Wtenczas, o wtenczas pierwszy ranek zawitał do duszy mojej. Tysiące młodych uczuć serce napełniło, rozwinęło się jak kwiatki za wiosny błyśnieniem. Jużem świata nie widziała – a jednak on nigdy nie był dla mnie piękniejszym. – Zapomniałam Boga na niebie – a jednak go nigdy więcej nie kochałam.

MILLER

zbliżając się do niej i przyciskając do piersi

Ludwiko! Drogie, szlachetne dziecię moje – weź tę starą pochyloną głowę – weź wszystko, wszystko – ale majora, Bóg moim świadkiem – majora dać ci nie mogę.

Odchodzi.

LUDWIKA

I ja go teraz nie żądam, mój ojcze! Jedno marzenie, marzenie o Ferdynandzie wypija rozkosznie tę kroplę skąpą czasu życia doczesnego. Tu, na tej ziemi, wyrzekam się kochanka. Tam, matko, tam, gdy stanów różnice przepadną – ludzie będą ludźmi – ja tylko z sobą niewinność przyniosę. Ale ojciec nie raz mi powiadał, że pyszne tytuły i marne ozdoby stracą wartość swoją, gdy Bóg przyjdzie i ceny serca podniesie. Tam będę bogatą, bo tam łzy za tryumfy, a piękne myśli za przodków rachują. Twoja córka, matko, będzie szlachcianką i on niczym nad nią nie zdoła się wznosić.

ŻONA

podskakując w górę

Ludwiko! Major! – skacze już przez kładkę – gdzie się ukryję?

LUDWIKA

ze drżeniem

Zostań tu, matko!

ŻONA

Boże! Jakże ja wyglądam! – muszę się wstydzić – dalibóg, tak się przed nim pokazać nie można.

Odchodzi.

SCENA IV

Ferdynand, Walter i Ludwika.

FERDYNAND

bieży do niej – Ludwika blada upada na krzesło – on w niemym wzruszeniu staje przed nią – chwila milczenia

Ty taka blada, Ludwiko!

LUDWIKA

wstaje i wiesza mu się na szyi

Nic mi nie jest – tyś się pokazał i wszystko już przeszło.

FERDYNAND

całując jej rękę

Kochasz mnie jeszcze, Ludwiko moja? Bo moje serce wczorajsze. Przylatuję, chcę widzieć, czy ty jesteś wesołą, i odejść, i z tobą wspólnie się radować. Tyś smutna, Ludwiko!

LUDWIKA

Nic – nic, mój kochanku!

FERDYNAND

Mów prawdę! Tyś smutna! Ja w duszy twojej tak jasno patrzę, jak w czystej wodzie tego brylantu pokazując na pierścień. Tu ja postrzegę skazkę najdrobniejszą, a na twojej twarzy każdą myśl grającą. Co ci jest? – mów prędko. Byle na twoim licu pogoda jaśniała, nie ma dla mnie chmurki na niebie całym. Co cię udręcza?

 

LUDWIKA

patrzy na niego czas niejaki w milczeniu, a potem z boleścią wymawia

Ferdynandzie! Gdybyś ty wiedział, jak śmiesznie w tej mowie wygląda córka mieszczańska.

FERDYNAND

Co to jest! – Dziewczyno! Skąd te myśli wzięłaś? Ty dla mnie jesteś Ludwiką moją! Kto mówi, że ci więcej jeszcze potrzeba? Fałszywa! Czy w tej zimnej rachubie mam cię spotykać? Gdybyś ty cała w miłości była, gdzieżby czas się znalazł na porównywanie. Przy tobie mój rozum w jeden wzrok się topi – bez ciebie w jeden sen o tobie – a ty w miłości rozsądku przyzywasz? Wstydź się! Tę nawet chwilę twego rozważania ukradłaś życiu twojego kochanka.

LUDWIKA

bierze go za rękę i wstrząsa głową

Chcesz mnie uśpić, Ferdynandzie! Odwrócić oczy od tej przepaści, do której runąć muszę niewątpliwie. Ja patrzę w przyszłości. – Głos sławy – twoje zamiary – twój ojciec – moje nic! – przestraszona spuszcza jego rękę. Ferdynandzie! Miecz wisi nade mną i nad tobą – rozdzielą nas!

FERDYNAND

Rozdzielą nas? Skąd to przeczucie, Ludwiko moja? Rozdzielą nas? kto może zniszczyć dwóch serc przymierze – dwa dźwięki jednej rozerwać harmonii. Ja szlachcic – ale czyż dyplom mój starszy niżeli zarys do wielkiej świata przestrzeni, ale czyż herb mój ważniejszy, niżeli w oczach Ludwiki napis niebiański: ta kobieta dla tego człowieka. Jestem prezydenta synem – cóż, jeżeli nie miłość, osłodzi przekleństwa, które mi zdzierstwo ojca mojego w testamencie przekaże?

LUDWIKA

O! Tego ojca – jakże ja się lękam.

FERDYNAND

Ja niczego – tylko granic miłości twojej. Choć przeszkody jak góry między nami staną – ja je wezmę za wschody i po nich w Ludwiki objęcia polecę. Burze przeciwnego losu podniosą uczucia moje – niebezpieczeństwa w ponętniejszych kolorach malować cię będą. A więc nic nie mów o bojaźni twojej. Ja sam – sam nad tobą czuwać będę, jak smok nad podziemnym złotem. Mnie się powierz! Gdzie lepszego wynajdziesz anioła? Między tobą i losem piersi ja nastawię – za ciebie każdą ranę przyjmę – z kielicha radości każdą kroplę wezmę; w kubku miłości do ust twych zaniosę. Czule ją obejmując. Na tym ramieniu po drodze życia prowadzić cię będę, oddam niebu piękniejszą, niźli byłaś pierwej i zmuszę go wyznać: że tylko miłość może duszę wykończyć.

LUDWIKA

odpychając go

Nic więcej – błagam – ani słowa więcej – gdybyś wiedział, puść mnie, ty nie wiesz, że twoje nadzieje, jak furie biją w serce moje.

Chce odejść.

FERDYNAND

zatrzymując

Ludwiko? – jak to? – skąd te myśli przyszły?

LUDWIKA

Już te sny w mej duszy zapomniane były – Szczęście wróciło – a teraz, teraz – od tej chwili zginął pokój życia mojego. Dzikie pragnienia – już widzę – powstaną w piersi mojej. Idź – Bóg niech ci przebaczy. Zarzewie pożaru w moje ciche, młode serce rzuciłeś i nikt go nigdy nie ugasi.

Wybiega Ferdynand ją gont.