Mały lordTekst

Z serii: Mała klasyka
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Frances Hodgson Burnett

Mały Lord


ISBN: 978-83-7785-834-9

TYTUŁ ORYGINAŁU: Little Lord Fauntleroy


PRZEKŁAD: Jerzy Łoziński


Copyright © for this edition

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015


Copyright © for the Polish translation

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015

All rights reserved


Redakcja: Paulina Wierzbicka

Ilustracja na okładce: C.E. Brock


Ilustracje:


Autorem ilustracji na s. 79, 90, 171, 196, 209, 254 i 266

jest Reginald B. Birch.

Autorem pozostałych ilustracji jest C.E. Brock


Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Herman


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Rozdział I. Wielka niespodzianka

Rozdział II. Przyjaciele Cedrica

Rozdział III. Za ocean

Rozdział IV. Anglia

Rozdział V. W zamku

Rozdział VI. Hrabia i jego wnuk

Rozdział VII. W kościele

Rozdział VIII. Nauka konnej jazdy

Rozdział IX. Nędzne okolice

Rozdział X. Hrabia się niepokoi

Rozdział XI. Niepokój w Ameryce

Rozdział XII. Sprzeczne oczekiwania

Rozdział XIII. Dick spieszy na ratunek

Rozdział XIV. Demaskacja

Rozdział XV. Ósme urodziny

Rozdział I. Wielka niespodzianka


Sam Cedric nic o tym nie wiedział. Nikt nigdy o czymś takim nie wspomniał. Wiedział, że tata był Anglikiem, bo tak mu powiedziała mama. Tata jednak umarł, kiedy on był jeszcze tak małym chłopcem, że pamiętał bardzo niewiele. Ot, tyle, że był ojciec wysoki, miał niebieskie oczy, bardzo długie wąsy, a on wspaniale się czuł, kiedy nosił go po pokoju na barana. Po śmierci taty Cedric szybko zorientował się, że lepiej o nim nie rozmawiać z mamą. Kiedy ojciec zachorował, Cedrica odesłano z domu, a gdy wrócił, było już po wszystkim, matka zaś, która także była w bardzo złej kondycji, dopiero zaczęła przesiadywać w fotelu koło okna. Z jej pięknej, ale bladej i wychudzonej twarzy znikły wszystkie piegi, oczy były wielkie i posępne, figurę skrywała czarna suknia.

— Najdroższa — powiedział Cedric (tata tak zawsze zwracał się do mamy, a mały chłopiec przejął to od niego) — Najdroższa, czy tata ma się lepiej? — Poczuł, jak drżą jej ramiona, obrócił więc zwieńczoną lokami głowę tak, aby spojrzeć w twarz matki. Było w niej coś takiego, co mu powiedziało, że zaraz się rozpłacze. — Najdroższa — powtórzył — czy jest z nim lepiej?

I wtedy kochające serce znienacka podpowiedziało mu, że najlepiej będzie, kiedy obejmie mamę za szyję, pokryje jej twarz pocałunkami i przytuli się do policzka. A wtedy ona położyła mu głowę na ramieniu i gorzko zapłakała, przyciskając do siebie tak mocno, jakby już nigdy miała go nie wypuścić.

— Tak, lepiej — zaszlochała — znacznie lepiej, ale… ale mamy już tylko siebie. Nikt więcej nam nie został.

Chociaż był małym chłopcem, zrozumiał wtedy, że jego postawny, urodziwy młody tata nigdy już nie wróci, że — jak to dotąd słyszał o innych ludziach — nie żyje, aczkolwiek zupełnie nie mógł pojąć, co spowodowało ten cały smutek. To właśnie dlatego, że mama zawsze wybuchała płaczem, ilekroć wspomniał tatę, w głębi ducha uznał, że lepiej nie mówić o nim nazbyt często, a także lepiej nie pozwalać jej, aby nieruchoma i milcząca wpatrywała się w ogień czy okno. On i mama znali niewielu ludzi i prowadzili życie, które można by nazwać samotnym, ale o tym, że było ono samotne, Cedric przekonał się dopiero wtedy, kiedy podrósł i dowiedział się, dlaczego nikt ich nie odwiedzał. Wtedy bowiem usłyszał, że gdy tata żenił się z mamą, ta — jak to bywa z sierotami — nie miała nikogo na świecie. Była śliczną panienką do towarzystwa pewnej bogatej starej damy, która nie była dla niej miła, i któregoś dnia, kiedy kapitan Cedric Errol był w gościnie u owej damy, zobaczył, jak śliczna dziewczyna ze łzami w oczach wbiega po schodach, a wyglądała ona tak uroczo, niewinnie i smutno, że już nigdy nie mógł jej zapomnieć. Wiele było potem dziwnych zdarzeń, w każdym razie poznali się dobrze i zakochali w sobie głęboko, więc także pobrali się, tyle że byli ludzie, którym bardzo się to nie spodobało. Spośród nich zaś największym gniewem zawrzał ojciec kapitana. Mieszkał w Anglii, był bardzo bogatym i bardzo ważnym arystokratą o niesłychanie niecierpliwym charakterze, a na dodatek ogromnie nie lubił Ameryki i Amerykanów. Miał jeszcze dwóch synów starszych od kapitana Cedrica, prawo zaś powiadało, że po ojcu majątek (wielki) i tytuł (znakomity) odziedziczy najstarszy z trójki, a po jego śmierci wszystko miało przejść na następnego. Chociaż więc kapitan Cedric był członkiem takiej wspaniałej rodziny, bardzo niewielka była szansa, iż sam posmakuje bogactwa.

Trzeba jednak trafu, iż natura właśnie najmłodszego z braci uhonorowała darami, których poskąpiła starszym. Miał urodziwą twarz, zgrabną, mocną, śmigłą figurę, promienny uśmiech i miły, radosny głos, a serce najszlachetniejsze na świecie, trudno się więc chyba dziwić, że tak wielu ludzi go kochało. Zupełnie inaczej rzecz się miała z oboma jego braćmi, którzy nie byli ani przystojni, ani mili, ani nazbyt mądrzy. W Eton nie byli lubiani przez innych chłopców, w college’u nie przykładali się do nauki, marnotrawiąc tylko czas oraz pieniądze i niewielu zyskując przyjaciół. Hrabiego, wiekowego ojca, spotykały z ich powodu tylko rozczarowania i upokorzenia. Nic nie zapowiadało, że jego najbliżsi dziedzice przyniosą zaszczyt nazwisku, gdyż byli egoistycznymi i marnymi utracjuszami bez żadnych szlachetnych cech. Jakaż to złośliwość losu, myślał hrabia, że tym, który miał talenty, osobisty czar, siłę charakteru i piękno ciała, był dopiero trzeci syn, który otrzyma tylko bardzo znikomą część majątku. Niekiedy dopadało go coś na kształt nienawiści do urodziwego młodzieńca, gdyż w nadmiarze wręcz dysponował zaletami, które powinny towarzyszyć godnemu tytułowi i pokaźnym włościom; nie potrafił on jednak ze swego starego upartego serca wygnać troski o los najmłodszego syna. W przypływie rozdrażnienia kazał mu wybrać się w podróż do Ameryki, miał bowiem nadzieję, że — gdy nie będzie musiał nieustannie porównywać najmłodszej latorośli ze starszymi braćmi, którzy wtedy właśnie przyprawiali go o znaczne kłopoty — nieco się uspokoi.

Tymczasem minęło sześć miesięcy i poczuł się osob liwie samotny, sekretnie marząc o tym, aby zobaczyć syna, dlatego też wysłał list, w którym bezceremonialnie kazał kapitanowi Cedricowi wracać do domu. List ten minął się w drodze z wysłaną w przeciwną stronę wiadomością kapitana, w której informował on ojca o miłości do pięknej Amerykanki i zamiarze poślubienia jej. Otrzymawszy list, hrabia wpadł w furię. Jak już wspomniano, był z natury niecierpliwy, ale nigdy jeszcze w życiu nie ogarnął go taki gniew jak wtedy, gdy czytał słowa najmłodszego syna. Kamerdyner, który znalazł się przypadkiem w pokoju, widząc nabrzmiałą twarz pana, myślał, że ten dostanie ataku apopleksji. Przez godzinę lepiej się było do niego nie zbliżać — jak do rozwścieczonego tygrysa. Kiedy gniew odrobinę przygasł, hrabia zasiadł do biurka i zamaszystym pismem poinformował syna, że niniejszym zabrania mu chociażby zbliżyć się do rodzinnego domu, a także utrzymywać kontakty z ojcem i starszymi braćmi. Może sobie żyć, gdzie mu się żywnie podoba, niech sobie umiera, gdzie zechce, ale z rodziną nie ma już nic wspólnego i nie może liczyć na żadną, choćby najmniejszą pomoc z jej strony.

Kapitan z wielkim smutkiem czytał ten list, gdyż kochał Anglię i piękny dom, w którym przyszedł na świat, ba, kochał także swego impulsywnego ojca i współczuł mu jego frustracji, wiedział jednak dobrze, że w przyszłości nie może liczyć na żadną życzliwość z jego strony. Zrazu nie bardzo nawet wiedział, co ma począć; nie był wychowany do życia z pracy, nie miał żadnego doświadczenia w interesach, nie brakowało mu jednak odwagi i determinacji. Odprzedał więc swój stopień w armii brytyjskiej, i — wprawdzie z trudnościami — udało mu się założyć w Nowym Jorku firmę, po czym poślubił swą ukochaną. Była to ogromna zmiana w stosunku do jego dawnego życia w Anglii, był on jednak młody, był szczęśliwy, a miał nadzieję, że ciężka praca zagwarantuje mu w przyszłości wielkie zdobycze. Zamieszkali w małym domku przy spokojnej ulicy i to tutaj małżonka powiła mu syna, a wszystko układało się tak prosto i radośnie, że ani przez chwilę nie pożałował tego, iż ożenił się z młodą panną do towarzystwa bogatej, starej damy. Połowica była cudowna i kochała go, on zaś na miłość odpowiadał miłością. Co do chłopca, to chociaż urodził się w domu niewielkim i skromnym, wydawało się, iż nigdy nie było szczęśliwszego dziecka. Po pierwsze, zdrowie go nie odstępowało, nie sprawiał więc trosk rodzicom, po drugie, miał tak uroczy, zgodny charakter, że każdy spoglądał na niego z prawdziwą przyjemnością, tym większą, że — po trzecie — twarz miał doprawdy prześliczną. W chwili narodzin główkę miał nie łysą, lecz pokrytą delikatnymi, złocistymi, zakręcającymi się na końcach włoskami, które — zanim osiągnął pół roku życia — przekształciły się w loki okalające uroczą twarzyczkę z jej wielkimi brązowymi oczyma i długimi rzęsami. Miał tak silny krzyż i tak mocne nogi, że nieoczekiwanie zaczął chodzić w wieku dziewięciu miesięcy, przy czym już jako dzieciaczek miał maniery tak znakomite, że nie mogło to nie budzić podziwu. Żywił chyba poczucie, że wszyscy są jego przyjaciółmi; kiedy ktoś do niego przemówił, gdy jechał w wózeczku ulicą, najpierw uważnie przyglądał się mówiącemu, a potem promiennie się uśmiechał, w efekcie nie było nikogo w sąsiedztwie — łącznie z właścicielem zieleniaka, którego uważano za największego gbura w okolicy — kto nie cieszyłby się na jego widok. A z każdym miesiącem mały Cedric stawał się coraz piękniejszy i coraz bardziej interesujący.

 

Kiedy podrósł już na tyle, aby wychodzić na spacery z nianią, nikt z przechodniów nie mógł oderwać spojrzenia od tego malca odzianego w krótką białą spódniczkę1 i wielki biały kapelusz osadzony na złocistych lokach, taki był urzekający z ciągniętą na sznurku zabawką na kółkach. Piastunka po powrocie do domu opowiadała matce o damach, które zatrzymywały powozy, aby przyjrzeć się chłopcu i porozmawiać z nim, a także o ich zachwycie, kiedy odpowiadał im tak swobodnie, jakby się znali od dawna. Wielkie wrażenie robiło na wszystkich to, z jaką łatwością i bez najmniejszego strachu zawierał nowe przyjaźnie. Myślę, że wynikało to z jego natury pełnej ufności i serca, które z ochotą lgnęło do każdego i każdemu z chęcią przychyliłoby nieba. Trzeba powiedzieć, że z wielką łatwością odgadywał uczucia otaczających go osób, być może dlatego, że jego rodzice zawsze odnosili się do siebie z miłością i pełną wrażliwości uwagą. W domu nigdy nie słyszał słowa gniewnego czy nieuprzejmego, a że sam był zawsze traktowany z czułością i dobrocią, niepodobna się dziwić, że w sercu jego zawsze panowała życzliwość i sympatia do ludzi. Słysząc, jak mama zawsze była obdarzana ciepłymi, pełnymi miłości słowami, sam nie zwracał się do niej inaczej; pamiętając, jaką troskliwością otaczał ją tata, sam też chciał w miarę swoich możliwości troszczyć się o nią i otaczać ją opieką.

Gdy więc zrozumiał, że tata nigdy już nie wróci, a zarazem widział ogromny smutek mamy, coraz bardziej ogarniała jego małe serce myśl, że musi zrobić, co tylko będzie w jego mocy, aby uczynić ją szczęśliwszą. Choć był małym chłopcem, ta myśl nieustannie mu towarzyszyła, ilekroć wspinając się na jej kolana, zasypywał ją pocałunkami, wtulał w jej szyję swą kędzierzawą główkę, pokazywał jej swoje zabawki i książeczki czy przytulał się do niej, leżącej, jak miała w zwyczaju, na sofie. Był za mały, aby wymyślić coś innego, robił więc to, co potrafił, nieświadom, jak wielką był dla niej pociechą.

— Ach, Mary — usłyszał pewnego razu, jak mama zwraca się do starej służącej — jestem pewna, że Cedric w ten swój niewinny sposób próbuje mi pomóc, dobrze to wiem. Czasami spogląda na mnie tymi kochającymi, uważnymi oczyma, jakby mi współczuł, a potem podbiega i mnie pieści albo stara się czymś mnie zainteresować.

Kiedy podrósł, wynajdował takie mnóstwo małych sposobików na zadowolenie matki, że u wielu ludzi budziło to nie tylko zainteresowanie, ale i zdumienie. Stał się dla niej tak znakomitym towarzyszem, że nie szukała żadnego innego. Przywykli chodzić razem, rozmawiać i bawić się razem. Był jeszcze całkiem mały, kiedy nauczył się czytać, a potem siadał wieczorami na dywanie przy kominku i czytał na głos: czasami opowiadania, niekiedy duże książki, w jakich pogrążają się dorośli, a bywało, że sięgał nawet po gazety, przy takich zaś okazjach Mary słyszała w kuchni, jak pani Errol zaśmiewała się w głos z uwag swego syna.

— Co tu dużo godać! — mówiła Mary sklepikarzowi — nikto sie od śmichu nie strzyma na te jego zachowanka i powiedzunka! Jak nam tylko wybrali nowego prezydenta, jak ci on nie wnijdzie do kuchni, jak ci nie stanie koło ognia, zupełnie jak z obrazka z temi swoimi ręcami w kieszonkach, a na buzi to taka powaga, jak u jakiego sądu! I mówi do mnie: „Mary, wielki mam ja interes w tych eklekcjach”, mówi. „Ja, tak jak i Najdroższa, jestem publikanem, a ty też, Mary?”. „Troszka mi przykro”, ja na to, „ale jestem ja za demochratami”. Wtedy spoźrzy na mnie tak, że aż za serce ucapi, i mówi: „Mary”, mówi, „kraj pójdzie od tego w ruinę”. I ani jednego już nie było dnia, żeby mnie się nie naprzykrzał o to całe politykowanie.

Mary bardzo lubiła chłopca i bardzo była z niego dumna. Służyła jego matce od chwili, kiedy przyszedł na świat, a po śmierci jego ojca stała się kucharką, gospodynią, opiekunką i kim tam jeszcze. Była dumna z jego smukłego, mocnego ciałka, wybornych manier, a zwłaszcza z jasnych, wijących się włosów, które z jednej strony zachodziły na czoło, a z drugiej uroczymi lokami spływały na plecy. Z ochotą pomagała jego mamie w szykowaniu dlań ubrań i utrzymywaniu ich w porządku.

— Najprowdziwszy z niego arystokrata! — zachwycała się. — Ale lubię ja widzieć, jak chodzi sobie godnie po Piątej Alyi i wygląda jak jakiś pan. A każdy, czy to mąż, czy kobieta, czy dzieciak, nic tylko się za nim ogląda, jak sobie idzie w tym swoim czarnym aksamitnym surduciku, cośmy go skroiły ze starej sukni pani; główkę trzyma ci prosto, a loki tylko mu fruwają i błyszczą. Zupełnie ci on wygląda jak jaki mały lord.

Cedric nie wiedział, że wygląda jak mały lord, gdyż nawet nie wiedział, kto to taki: lord. Jego największym przyjacielem był sklepikarz z kramiku na rogu, opryskliwy sklepikarz, który jednak nigdy nie był taki wobec niego. Nazywał się Hobbs, a Cedric bardzo go podziwiał i szanował, uważając go za człowieka bogatego i potężnego: tyle przecież miał najróżniejszych rzeczy w swoim sklepie — suszone śliwki, figi, pomarańcze i ciasteczka — a na dodatek konia i wóz. Cedric lubił też mleczarza, piekarza i kobietę sprzedającą jabłka, ale najbardziej przepadał za panem Hobbsem, z którym tak się zaprzyjaźnił, że zachodził do niego każdego dnia i często długo przesiadywał, omawiając najnowsze wydarzenia. Wystarczyło, że podjęli temat Czwartego Lipca2, a wydawało się, że dyskusji nie będzie końca. Pan Hobbs, który był bardzo złej opinii o „Brytonach”3, opowiadał całą historię rewolucji Amerykańskiej, opisując wspaniałe patriotyczne wydarzenia, a także odmalowując nikczemność przeciwników oraz męstwo bohaterów rewolucji, przy czym z chęcią recytował duże partie Deklaracji niepodległości.

Cedric słuchał tak podekscytowany, że oczy mu płonęły, policzki czerwieniały, a niecierpliwie poprawiane włosy zaczynały tworzyć coraz bardziej splątany złoty kłąb. Po powrocie do domu nie mógł się doczekać, aż skończy się kolacja, bo wtedy mógł wszystko opowiedzieć mamie. Niewykluczone, że to pan Hobbs jako pierwszy zainteresował Cedrica polityką. Sklepikarz bardzo był dumny z tego, że stale czyta gazety, dzięki niemu więc Cedric wiele słyszał o tym, co dzieje się w Waszyngtonie, a także o tym, czy zdaniem pana Hobbsa prezydent dobrze wypełnia swe obowiązki czy źle. Kiedy zaś nastał czas wyborów, było to dla Cedrica ogromne wydarzenie, a niewykluczone, że gdyby nie pan Hobbs i Cedric, kraj by się wykoleił.

Pan Hobbs zabrał go, aby mógł obejrzeć marsz z pochodniami, a wielu ludzi, którzy je wtedy nieśli, wspominało potem krępego mężczyznę, stojącego obok latarni i trzymającego na ramionach urodziwego chłopca, który wznosił okrzyki i powiewał czapką.

Właśnie niedługo po owych wyborach, kiedy Cedric nie miał jeszcze ośmiu lat, wydarzyła się dziwna rzecz, która tak cudownie odmieniła jego życie. Osobliwe też, że tego właśnie dnia rozmawiał z panem Hobbsem o Ang lii i królowej, a ten przy okazji wypowiedział się bardzo ostro przeciw arystokracji, szczególną niechęcią darząc hrabiów i markizów. Ranek był gorący, więc pobawiwszy się z przyjaciółmi w wojsko, Cedric poszukał odpoczynku w sklepie, a tu zastał pana Hobbsa bardzo rozsierdzonego i z gniewem wpatrującego się w numer „Illustrated London News”, gdzie zamieszono ilustrację z jakiejś dworskiej uroczystości.

— Tak, tak! — zawołał sklepikarz. — Niech sobie dalej tak poczynają, aż któregoś dnia dostaną za swoje, kiedy ci, których dręczą, powstaną i wszystkich ich wystrzelą w niebo, tych hrabiów, markizów i całą resztę.

Cedric jak zwykle wdrapał się na wysoki stołek, zsunął kapelusz na tył głowy i z rękami w kieszeniach uważnie słuchał pana Hobbsa.

— A dużo pan zna tych markizów, panie Hobbs? — spytał. — Czy hrabiów?

— Gdzie tam — odparł oburzony sklepikarz. — Niechbym no tylko złapał gdzieś tutaj jednego takiego! O nie, żadni tyrani nie będą mi się tu rozsiadać na skrzyniach z herbatnikami!

A tak był dumny ze swej wrogości, że z butą rozejrzał się po sklepiku i otarł pot z czoła.


— A może wcale nie chcieliby być hrabiami, gdyby tylko ktoś im to wytłumaczył — odezwał się Cedric, który poczuł jakieś niejasne współczucie dla tych, którzy znaleźli się w tak fatalnej sytuacji.

— Nie chcieliby?! — zagrzmiał pan Hobbs. — Oni się tym szczycą! To zgraja podleców.

W trakcie tej konwersacji zjawiła się Mary.

Cedric pomyślał, że przyszła po cukier albo coś takiego, ale bladość twarzy wskazywała, że służąca jest bardzo poruszona.

— Chodź, chodź, skarbeńku! — wysapała. — Pani chce cię zaraz widzieć.

— Żebym z nią wyszedł na spacer, tak, Mary? Muszę już iść, panie Hobbs, do widzenia! — Zaskoczyło go to, jak Mary się w niego wpatrywała, na dodatek ciągle kręcąc głową. — Co się stało, Mary? Z gorąca ci niedobrze?

— Nie, nie — odrzekła. — Ale co też się tu dzieje!

— Najdroższą głowa rozbolała od słońca? — spytał niespokojnie.

Nie o to jednak chodziło. Przed domem zobaczył coupé, a w saloniku ktoś rozmawiał z mamą. Mary pędem wbiegła z nim na górę, gdzie przebrała go w najelegantsze letnie ubranko kremowej barwy, przewiązane w pasie czerwoną szarfą, a także starannie zaczesała mu loki.

— Lordy, lordy! — pomrukiwała do siebie. — Szlachta i ziemiany! Złe to nasienie. Lord za próg, uchowaj Bóg!

Bardzo dziwnie to brzmiało, ale Cedric był przekonany, że mama rychło mu wyjaśni, skąd się wzięła cała ta ekscytacja, pozwolił więc Mary mamrotać pod nosem, o nic nie pytając. Wyszykowany zbiegł na parter do saloniku. W fotelu siedział chudy stary dżentelmen z surową twarzą, a naprzeciw niego stała matka z twarzą białą jak ściana i łzami w oczach.

— Ach, Ceddie! — zawołała na jego widok, by zaraz chwycić go w ramiona i obsypać trwożliwymi pocałunkami. — Ach, Ceddie, kochanie!

Wysoki dżentelmen powstał z fotela i bacznie wpatrzył się w Cedrica, pocierając jednocześnie spiczastą brodę kościstą dłonią.

Wydawał się nader zadowolony.

— Więc to tak — przemówił na koniec powoli. — Więc to jest mały lord Fauntleroy.

1 Bardzo małych chłopców ubierano niegdyś w spódniczki. Dopiero gdy trochę podrośli, zaczynali nosić spodenki. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

2 Ten dzień jest w Stanach Zjednoczonych świętem państwowym. Każdego roku 4 lipca świętowana jest rocznica ogłoszenia Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych od Wielkiej Brytanii. [wróć]

 

3 Od oryginalnego brzmienia: „the British”. [wróć]