Bracia Karamazow

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zupełnie słusznie – potwierdził z zapa­łem ojciec Paisy, uczony milczący zakonnik.

– Ultramontanizm najczystszej wody! – zawołał Miasow, niecierpliwie przekładając nogę na nogę.

– Autor dzieła o duchownych trybunałach – rzekł ojciec bibliotekarz – wygłasza trzy twierdzenia, które zwalcza pan Karamazow. Pierwsze – że żad­ne publiczne stowarzyszenie nie powinno rozporządzać się obywatelskimi i politycznymi prawami swoich członków, drugie – że władze obywatelsko sądownicze nie należą do Kościoła, jako niezgodne z pojęciem Boskiej instytucji, i trzecie wreszcie, że Kościół jest królestwem nie z tego świata.

– Nieprzyzwoita gra słów – przerwał z oburzeniem ojciec Paisy. – Nie rozumiem nawet, jak przedstawiciel duchowieństwa może sobie pozwa­lać na takie fałszowanie pojęć. Słowa o kró­lestwie nie z tego świata mają w ewangelii zupeł­nie inne znaczenie. Chrystus Pan ustanowił Koś­ciół na ziemi, musi więc na niej istnieć bez wzglę­du na królestwo niebieskie, które, rozumie się, jest nie z tego świata, ale do którego wchodzi się jedy­nie przez Kościół. Co się tyczy panowania Ko­ścioła, to nastąpi ono niezawodnie pod koniec, jak to mamy przyrzeczone.

Umilkł wreszcie, jakby wstrzymując się od wypowiedzenia dalszych myśli, Iwan zaś wysłuchał go z całym szacunkiem, po czym zwrócił się znów do starca, wyjaśniając mu swoje poglądy.

Słuchano go uważnie, a gdy skończył, odpowiedział mu znów ojciec Paisy.

– Tak więc, według najnowszych teorii Kościół powinien się z czasem przeobrazić w państwo, zupełnie jakby przechodząc z niższego w wyższy stan rozwoju, i to na to, aby utonąć i zniknąć w tym państwie, ustępując miejsca na­uce, duchowi czasu, cywilizacji i tym podobne, jeśli zaś ośmieli się sprzeciwić, to wyznaczy mu się oso­b­ny kącik w państwie, ale pod ścisłym nadzorem. Dzieje się to dziś wszędzie w europejskich kra­jach, ale u nas, w Rosji, powinno być inaczej, to jest nie Kościół państwem, a państwo ma się stać Kościołem i niczym innym. Czy zrozumiałem pana dobrze? Jeśli tak, to i owszem, „niech będzie”.

– Teraz zaczynam rozumieć – przerwał z uśmiechem Miasow, zakładając znów nogę na nogę. – Ma to więc być urzeczywistnienie jakie­goś nieskończenie dalekiego ideału, piękna uto­pia o zniesieniu wojny, dyplomacji, banków i innych instytucji, coś na kształt chrześcijańskiego socjalizmu; na to zgoda, tylko że to odległa przyszłość. Ja zaś my­ślałem, że to kwestia poważna i że kościół ma już dziś wziąć na siebie obowiązek sądzenia przestępców, skazywania ich na rózgi, katorgę, a nawet i na śmierć.

– Gdyby nawet i dziś Kościół wziął w swo­je ręce ogólną władzę sądowniczą, to na pewno nie skazywałby przestępców na karę śmierci; zapatrywania na przestępstwo i karę zmieniłyby się nie od razu zapewne, ale w każdym razie dość szybko – odparł spokojnie Iwan Fiodorowicz.

– Czy pan to serio mówi? – zagadnął Mia­sow, patrząc na niego uważnie.

– Gdyby państwo w samej rzeczy stało się Kościołem, to wystarczyłoby wykluczenie prze­stępcy ze społeczeństwa i nie zachodziłaby naj­mniejsza potrzeba ucinania mu głowy. Przestęp­stwo zaś miałoby zupełnie inny charakter. Dziś jest ono wykroczeniem przeciw państwu jedynie, wówczas byłoby wykroczeniem przeciw Kościoło­wi; z drugiej zaś strony i stosunek Kościoła do przestępcy musiałby ulec zmianie.

– Cóż to ma być takiego? Znowu zaczy­nam nie rozumieć – przerwał Miasow. – Cóż to będzie za wykluczenie? Na czym ma polegać? Zdaje mi się, że pan chcesz z nas po prostu za­żartować.

– Przecież to już i dziś istnieje – prze­mówił z kolei starzec – i dziś Kościół jedynie i religia stanowią hamulec dla przestępcy daleko bardziej niż państwowe kary, które rozdrażniają tylko serca. Co więcej, jedyną karą prawdziwą, istotną i zatrważającą dla przestępcy jest uświa­domienie własnej winy we własnym sumieniu.

– Jakże to udowodnić? – przerwał z ciekawością Miasow.

– Zgodzi się pan przecie – rzekł starzec – że wszystkie te wysyłania na wygnanie, bicie i inne tego rodzaju kary nie tylko nie poprawiają prze­stępcy, ale go nawet nie przestraszają i nie zmniejszają liczby zbrodni. Na miejsce jednego odrąba­nego, czy też wydalonego członka społeczeństwa, ukazuje się co najmniej dwóch nowych zbrodniarzy. Dziś Kościół nie ma prawa sądu, gdyby go jednak posiadał, umiałby dobrze rozpoznać, kto z winnych może być na nowo przyjęty na łono społeczeństwa.

Dziś, wobec srogości kar świeckich, Kościół nie tylko nie wyklucza ze swego łona winnego, ale przeciwnie, otacza go szczególniejszą pieczołowitością. Wielki Boże! Cóż by to było, gdyby jeszcze i chrześcijańska społeczność, to znaczy Kościół, odrzucał od siebie przestępcę, jak go odrzuca świeckie państwowe prawo. Cóż by to było, gdy­by jeszcze i Kościół brał udział w karaniu winnego? Musi być przecie ktoś, co by się nad nieszczęsnym użalił. Na Zachodzie, podobno, przestępca nie potrzebuje tego użalenia się, bo współ­czesna nauka kładzie mu nieustannie w uszy, że przestępstwo jego nie jest bynajmniej zbrodnią, lecz słusznym protestem przeciw niesprawiedliwości. W krajach protestanckich Kościół znajduje się właśnie w stanie przejściowym, przechodząc coraz bardziej z Kościoła w państwo, aby się z czasem w tym państwie zupełnie roztopić. W Rzymie, przed tysiącem już lat, uczyniono z Kościoła państwo. Z tego powodu przestępca sam się najczęściej nie uznaje za członka Kościo­ła i nie żąda od niego żadnej pociechy. I u nas w wielu wypadkach dzieje się podobnie, jest je­dnak instynktowna wiara w sąd Kościoła, które­mu przestępca poddaje się prawie bezwiednie. Słusznie też zauważył Iwan Fiodorowicz, że gdyby z czasem cała społeczność stała się Kościołem, to nie tylko sąd kościelny oddziałałby na prze­stępcę silniej i głębiej niż jaki bądź inny, ale też i liczba przestępstw zmniejszyłaby się niezawo­dnie. Kościół wiedziałby już, jak przywrócić do łaski odrzuconego, podnieść upadającego lub po­wstrzymać zamyślającego o zbrodni. Co zresztą oby się stać mogło choćby pod koniec wieków!

– O tak, niech tak będzie! Niech się tak stanie! – twardo i energicznie potwierdził ojciec Paisy.

– Dziwne, do najwyższego stopnia zadziwiające – zauważył Miasow ze źle powstrzymywanym oburzeniem.

– Cóż się tu panu wydaje tak dziwnym? – spytał ostrożnie ojciec bibliotekarz.

– Jak to? – zawołał Miasow, zrywając się nagle z miejsca. – Usuwa się ze społeczeństwa państwo, a na jego miejsce stawia się Kościół? To już nie ultramontanizm, ale jakiś arcyultramontanizm. O czymś podobnym nie marzył na­wet papież, Grzegorz Siódmy.

– Pan przekręca pojęcia – odparł srogo ojciec Paisy. – Nie Kościół stanie się państwem, a państwo zmieni się w Kościół, i w ten sposób chrześcijaństwo zapanuje na całej ziemi. Nasze­mu to prawosławnemu Kościołowi przypadło w udziale spełnić to wielkie zadanie! Od Wscho­du zaświeci gwiazda!

Miasow znacząco milczał. Cała postać jego wyrażała dumne zamknięcie się w sobie, a uśmiech politowania ukazał się na jego ustach. Alosza przysłuchiwał się całej rozmowie z bijącym ser­cem i był do głębi wzruszony. Spojrzał mimo­chodem na kleryka Rakitina i, pomimo jego spu­szczonych oczu i nieruchomej postawy, poznał po silnych rumieńcach pokrywających jego policzki, że i on także nie zajmuje tu stanowiska obojęt­nego świadka. Alosza domyślał się aż nadto do­brze, co jest powodem jego wzruszenia.

– Pozwólcie mi państwo przytoczyć tu ma­łą anegdotkę – rzekł wreszcie Miasow. – Lat temu kilkanaście, zaraz po zamachu grudniowym, zdarzyło mi się spotkać w Paryżu u jednego zna­jomego mi dostojnika bardzo ciekawą figurę. Był to, ni mniej ni więcej, tylko tajny urzędnik roz­porządzający całym sztabem szpiegów. Człowiek ten, widząc mnie na stopie dobrej znajomości ze swym zwierzchnikiem, rozmawiał ze mną uprzejmie i odpowiadał na moje pytania, ostrożnie wprawdzie, jednak w ten sposób, że się mogłem wiele domyślić. Między innymi mówiliśmy z nim o rewolucyjnych socjalistach, których rząd wówczas bardzo prześladował. „Nie obawiamy się zbytnio – mówił ów agent – tych wszystkich socjalistów, anarchistów i rewolucjonistów, o ile są bezwyznaniowi; śledzimy ich i znamy doskonale wszystkie ich kroki. Ale jest między nimi niewielu wprawdzie, ale zawsze tro­chę takich, którzy wierzą w Boga, są chrześcija­nami, a jednocześnie socjalistami; ci są najgorsi, to po prostu straszna rasa. Socjalista chrześci­jański jest o wiele, o wiele groźniejszy od socjalisty bezwyznaniowca”.

– Czy to przymówka do nas, i czy to nas uważa pan za socjalistów? – zapytał bez ogró­dek ojciec Paisy.

Zanim jednak Miasow zdążył odpowiedzieć, wszedł tak oczekiwany Dymitr Fiodorowicz, o któ­rym wszyscy jednak prawie już zapomnieli tak dalece, że wejście jego wywołało pewne zdu­mienie.

I PO CO TAKI CZŁOWIEK ŻYJE NA ŚWIECIE!

Dymitr Fiodorowicz był to dwudziestoośmioletni młodzieniec, wzrostu średniego i przyjemnej powierzchowności, wyglądający na cokolwiek star­szego, niż był w istocie. Muskularna jego budowa zdawała się zapowiadać znaczną siłę fizyczną, mimo to twarz jego miała w sobie coś chorobli­wego. Policzki jego były zapadłe, cera żółtawa, a duże jego ciemne oczy, cokolwiek wypukłe, patrzyły przed siebie z twardym uporem połączo­nym z jakimś nieokreślonym wyrazem. Oczy te miały w sobie to szczególnego, że w chwili nawet, gdy się gniewał, ożywiał lub cieszył, wzrok jego zdawał się nie mieć nic wspólnego z chwilowym jego nastrojem i zachowywał wyraz zupełnie obcy jego uczuciom. „Trudno poznać, o czym ten myśli” – mawiano o nim. Dziwiono się również nie raz nagłym wybuchom śmiechu, które zdarzały się u niego w chwili właśnie, gdy wyraz posępnej zadumy, panującej w jego oczach, nasu­wał patrzącym na niego przypuszczenie, że musi mieć w tej chwili jakieś poważne zmartwienie.

Co prawda chorobliwy wygląd i posępne wejrzenie były w obecnych okolicznościach zu­pełnie zrozumiałe. Wszyscy wiedzieli albo sły­szeli o jego namiętnych sporach z ojcem o na­leżny mu spadek. Wszyscy też znali szczegóły hulaszczego i nieporządnego życia, jakie prowa­dził w ostatnich czasach.

 

Opowiadano sobie o nim w mieście wiele charakterystycznych anegdot. Uchodził w ogóle za człowieka niezmiernie nerwowego i porywczego.

Wszedł do celi pewnym krokiem, ubrany bez zarzutu, w czarnym zapiętym tużurku, w rękawiczkach i z cylindrem w ręku. Jako niedawny woj­skowy nosił starannie utrzymane wąsy, a jego ciemnoblond włosy były krótko ostrzyżone.

Zatrzymał się przez chwilę na progu, a obrzuciwszy wzrokiem obecnych, rozpoznał wnet gospodarza w osobie starca i skierował się w jego stronę. Skłonił mu się nisko i poprosił o błogosławieństwo. Starzec powstał z miejsca i pobłogosławił go. Dymitr ucałował z szacunkiem jego rękę, po czym rzekł głosem rozdrażnionym, prawie gniewnym:

– Raczcie mi, ojcze, wybaczyć moje spóźnienie, ale służący mego ojca, Smierdiakow, wska­zał mi fałszywą godzinę, mimo że go dwa razy o to pytałem. Teraz dopiero widzę…

– O, proszę, niech się pan o to wcale nie troszczy, nic się przecie nie stało, żeśmy tro­chę na pana zaczekali.

– Wdzięczny jestem nad wyraz za pobłażliwość. Co prawda nie spodziewałem się mniej po znanej waszej dobroci – odrzekł dobitnie Dy­mitr, po czym skłonił się raz jeszcze i zwrócił się w stronę swego „tatusia”. I jemu także złożył bardzo głęboki ukłon, widocznie z góry obmyśla­ny, przez który chciał wyrazić gotowość swą do nieuchylania się od należnego ojcu szacunku.

Fiodor Pawłowicz znalazł się po swojemu, to znaczy na widok syna zerwał się z krzesła i na ukłon jego odpowiedział równie prawie niskim ukło­nem, przy czym twarz jego przybrała wyraz powa­żny i uroczysty, co mu nadawało dziwnie niemiły wygląd.

Dymitr Fiodorowicz pozdrowił jeszcze wszyst­kich obecnych ogólnym ukłonem i zajął jedyne puste krzesło, nieopodal ojca Paisy.

Rozmowa, przerwana na chwilę jego wej­ściem, ożywiła się na nowo, tylko Miasow nie miał już ochoty usprawiedliwiać się z uczynione­go mu zarzutu.

– Pozwólcie mi państwo nie poruszać tego tematu, który jest dla mnie za ciężki – rzekł z nie­dbałym uśmiechem światowca – zwróćcie się ra­czej do Iwana Fiodorowicza, z którego wejrzenia łatwo odgadnąć, że ma nam coś ciekawego do powiedzenia.

– Nie tak dalece – odrzekł Iwan – prócz skromnej uwagi, że zarówno europejski liberalizm, jak i nasz rosyjski dyletantyzm mieszają zbyt czę­sto pojęcia chrześcijaństwa i socjalizmu, z opowiadania zaś Piotra Aleksandrowicza wynika, że podobnej omyłki dopuszczają się również i żan­darmi, rozumie się francuscy.

– W takim razie poproszę o pozwolenie opowiedzenia jeszcze jednej anegdoty, dotyczą­cej samego Iwana Fiodorowicza – rzekł Miasow. – Oto kilka dni temu twierdził on stanowczo w towarzystwie składającym się przeważnie z dam, że nie ma na całym świecie nic takiego, co by zmuszało ludzi do kochania się nawzajem, że nie istnieje żadne prawo przyrody, które by zniewalało człowieka do kochania ludzkości i że jeżeli jest jeszcze między ludźmi miłość, to tylko dlatego, że wierzą oni w swoją nieśmiertelność. Iwan Fiodorowicz dodał jeszcze, że gdyby odebrano czło­wiekowi wiarę w nieśmiertelność, utraciłby on na­tychmiast nie tylko zdolność do miłości, ale i wszelką siłę żywotną i nie miałby najmniejszej ochoty do przedłużenia bytu świata; że nie było­by wówczas żadnych praw moralnych i wszystko byłoby dozwolone, nawet ludożerstwo; że każdy uczciwy człowiek, pozbywszy się wiary w Boga i nieśmiertelność, powinien przyjąć za jedyne pra­wo obowiązujące bezwzględny egoizm, dopro­wadzony do tego, co dziś nazywamy występkiem, i że to będzie jeszcze dla niego najszlachetniej­sze wyjście. Z tego możecie panowie sami osą­dzić, co jeszcze może nam tu opowiedzieć nasz kochany, ale ekscentryczny i paradoksalny Iwan Fiodorowicz.

– Pozwólcie państwo – zawołał nagle Dy­mitr – więc jeżeli dobrze zrozumiałem, występek jest nie tylko dozwolony, ale prawnie uznany, jako najszlachetniejsze wyjście dla człowieka niewie­rzącego. Czy tak?

– Tak, niezawodnie – potwierdził ojciec Paisy.

– Zapamiętam to sobie.

Wyrzekłszy te słowa, Dymitr umilkł równie nagle, jak się nagle wmieszał w rozmowę. Wszy­scy spojrzeli na niego ciekawie.

– Czy to istotnie pańskie przekonanie, że unicestwienie wiary w nieśmiertelność wywołało­by takie skutki? – spytał starzec Iwana.

– Tak, rzeczywiście mówiłem; jeśli nie ma nieśmiertelności, to nie ma i cnoty.

– Szczęśliwy pan jesteś, że tak wierzysz, albo też może bardzo nieszczęśliwy.

– Dlaczego nieszczęśliwy? – spytał z uśmie­chem Iwan.

– Bo prawdopodobnie sam pan nie wierzysz ani w nieśmiertelność duszy, ani też w to wszyst­ko, coś pan napisał o Kościele i w kwestii reli­gijnej.

– Być może, ojcze, macie słuszność, chociaż niezupełnie żartowałem – przyznał Iwan z nagłym rumieńcem.

– Nie żartowałeś pan zupełnie, to prawda, bo też wątpliwość ta nie jest jeszcze rozstrzy­gnięta w pańskim sercu, mimo że je udręcza. Zresztą i męczennik lubi niekiedy zabawić się męką swoją, jakby z nadmiaru bólu. Tak i pan zabawiasz się artykułami dziennikarskimi, rozmo­wami w salonie, mimo że nie rozstrzygnąłeś pan jeszcze w sobie tej kwestii, a rozstrzygnięcia jej pragniesz.

– A może nastąpić owo rozstrzygnięcie? A zwłaszcza w formie twierdzącej? – zapytał Iwan, patrząc na starca z nieokreślonym uśmiechem.

– Jeśli nie może rozstrzygnąć się twierdzą­co, to nie rozstrzygnie się też i przecząco; sam pan to czujesz w głębi serca i to pana najbardziej męczy. A przecież powinieneś pan dziękować Stwórcy, że dał ci wzniosłe serce, zdolne do tego rodzaju cierpienia. Bo szukać mądrości i wzno­sić się do niej to zadanie życia naszego; obyś mógł je spełnić tu jeszcze na ziemi i niech Bóg błogosławi drogi twoje.

Starzec podniósł rękę, chcąc przeżegnać Iwana, ten zaś, dostrzegł­szy to, powstał i zbliżył się do niego, by przyjąć błogosławieństwo, a uca­łowawszy jego rękę, powrócił na miejsce.

Postępek ten i całe w ogóle zachowanie się Iwana wobec starca było dla obecnych taką niespodzianką, że wszyscy zamilkli pod wrażeniem zdumienia, a nawet pewnego rodzaju podniosłego nastroju. Na twarzy Aloszy odbiło się coś na kształt przestrachu. Tylko Miasow wzruszył ra­mionami, a stary Karamazow skoczył ze swego miejsca i podbiegł do starca, wołając:

– Oto mój syn ukochany, kość z kości mo­jej! Zacny, pełen szacunku syn, że tak rzekę, drugi Karol Moor ze Zbójców Schillera. Tamten zaś, co wszedł przed chwilą, to istny Franciszek Moor, przeciw któremu szukam waszej opieki. Ja zaś stoję tu jako stary hrabia Moor, der regie­rende graf von Moor. Osądźcie nas teraz, ojcze, i wysłuchajcie, bo pragniemy nie tylko modlitwy, ale i przepowiedni waszych.

– Proszę, zechciej pan mówić bez tych dodatków i nie zaczynaj od obrażania własnych synów – rzekł cichym, zaledwie dosłyszalnym głosem starzec, który widocznie czuł się coraz słabszy.

– Nieprzyzwoita komedia, którą od razu przeczuwałem, idąc tutaj – zawołał Dymitr Fiodorowicz, zrywając się z oburzeniem. – Darujcie, czcigodny ojcze – dodał, zwracając się do star­ca – jam człowiek prosty i nie znam się na formach, nie wiem nawet, jak się mam względem was za­chować; to pewna tylko, że oszukano was tutaj, prosząc o pozwolenie zjazdu. Ojciec mój najwi­doczniej pragnie skandalu. Dlaczego? Sam chyba wie najlepiej, musi mieć w tym jakiś swój inte­res, domyślam się nawet jaki.

– Wszyscy się przeciw mnie zmówili! – krzy­czał ze swego miejsca stary Karamazow. – Wszy­scy przeciw mnie, i Miasow także, tak, tak i ty przeciw mnie występujesz! – powtarzał, zwracając się w stronę Miasowa, który bynajmniej nie my­ślał zaprzeczać. – Oskarżają mnie, że przywła­szczyłem sobie pieniądze moich dzieci i że noszę je w butach! Są na to przecież sądy! Zwróć się do nich, a wyrachują ci wszystko co do grosza, na podstawie twoich własnych kwitów. Pokaże się dopiero, że nie ja twoim, a ty moim jesteś dłużnikiem, i to nie na drobną sumę… kilka tysię­cy! Miasow trzyma naturalnie stronę Dymitra, nic dziwnego, to przecież jego krewny. Tymczasem posłuchajcie tylko państwo, co mówią w całym mieście o nadużyciach i hulankach mego syna. Tam gdzie pierwej służył w wojsku, kupował cno­tę dziewcząt, opłacając ją tysiącami rubli. Wszyscy to wiedzą i to w najdrobniejszych szczegó­łach. Ojcze najświętszy! Wystaw sobie, że ten rozpustnik rozkochał w sobie i pozyskał serce szlachetnej dziewicy z dobrego domu, córki swe­go dawnego pułkownika. Panna piękna, posażna, ojciec zasłużony stary żołnierz, okryty orderami, ozdobiony krzyżem Anny. Skompromitował pan­nę, bo jest z nią po słowie. Ona teraz sierota, ojca straciła, przyjechała tutaj, a on w jej oczach, pod nosem swojej narzeczonej, romansuje z je­dną tutejszą heterą, u której wciąż przebywa. Kobieta ta, mimo swej lekkiej opinii, żyła w po­ważnym związku z jednym szanownym człowie­kiem, tak prawie jak ślubna żona; była to, że tak rzekę, niedostępna forteca, bo ona jest cnotliwa, święty ojcze, mimo wszystko jest cnotliwa. Otóż Dymitr chce fortecę tę otworzyć złotym kluczem i na to potrzebuje pieniędzy, z tego powodu brawuje tak tu przede mną. Wydał już on i tak całe tysiące na stosunek swój z tą heterą, a wiecie, u kogo pożycza pieniądze na ten cel? Czy mam powiedzieć, Mitia?

– Milcz! – krzyknął Dymitr. – Poczekaj przy­najmniej, niech wyjdę. Nie waż się w obecności mojej plamić imienia tej najszlachetniejszej istoty! Już to samo, żeś śmiał tu o niej wspomnieć, jest dla niej dostateczną zniewagą!

Tchu mu brakło.

– Mitia! Mitia! – upominał łzawym głosem Fiodor Pawłowicz – to już tak masz za nic błogosławieństwo ojcowskie, a cóż to będzie, gdy cię naprawdę przeklnę?

– Bezwstydny obłudnik! – ryknął Dymitr nie­ludzkim głosem.

– Widzicie państwo! I to tak na ojca! Cóż dopiero z obcymi. Wyobraźcie sobie państwo, że jest tu pewien dymisjonowany kapitan, biedny poczciwy, obarczony rodziną. Został wprawdzie usunięty ze służby, ale cicho, bez rozgłosu, bez żadnych sądów, słowem, zupełnie honorowo. Otóż trzy tygodnie temu Dymitr, spotkawszy tego star­ca w restauracji, schwycił go za brodę i wywlókł za tąż brodę na ulicę, gdzie go zbił najokrop­niej wobec wszystkich przechodniów, a to wszyst­ko z tego tylko powodu, że człowiek ten pośre­dniczył na moją korzyść w pewnej drobnej sprawie.

– Wszystko łgarstwo! To jest tylko pozór prawdy, a w gruncie rzeczy łgarstwo – zaprzeczył drżący z gniewu Dymitr. – Nie mam zwyczaju ubarwiać swoich postępków i przyznaję tu wobec wszystkich, że z kapitanem tym postąpiłem sobie istotnie jak dziki zwierz. Ale też ten kapitan, ten pośrednik mego ojca, udał się do owej pani, któ­rą tu przed chwilą nazwano heterą, i zapropono­wał jej, by skarżyła mnie przed sądem za weksle moje, które jej mój ojciec oddawał, a to dlatego tylko, aby mnie zamknięto do więzienia w razie, gdybym się upominał o spadek po matce.

– Zarzucasz mi – mówił dalej, zwracając się do ojca – sympatię do owej pani, a sam ją prze­cie namawiałeś, aby starała się mnie przycią­g­nąć… powiedziała mi to w oczy, śmiejąc się z ciebie. Chcesz mnie usunąć jedynie dlatego, że jesteś zazdrosny, bo sam się narzucasz ze swą miłością owej pani. Wiem to doskonale, bo mi to sama opowiadała, śmiejąc się z ciebie. Słyszysz?! Ona drwi z ciebie! Patrzcie, święci ojcowie, taki jest ów ojciec, gromiący zepsute­go syna! Darujcie mi, państwo, wszyscy moje uniesienie, ale wiedziałem od razu, że tak będzie, byłem pewien, że ten drapieżny człowiek, który jest moim ojcem, po to tylko zwołał to zebranie, aby wywołać skandal. Wszed­łem tu z zamiarem podania mu ręki na zgodę, chciałem darować i sam prosić o przebaczenie. Ale skoro obraził on nie tylko mnie, ale i ją, najszlachetniejszą z dziewic, której imienia nawet tu nie śmiem wy­mówić, taką czcią jestem dla niej przejęty, to nie mogłem milczeć dłużej i musiałem odsłonić wam całą prawdę, mimo że to mój ojciec!

Nie mógł mówić dłużej, gniew dusił go, oczy pałały. Co prawda wszyscy obecni byli również wzburzeni, wszyscy, prócz starca, zerwali się z miejsc swoich. Ojcowie zakonnicy spozie­rali surowo, ale milczeli, czekając przemówienia starca. Ten siedział blady i bezsilny, podnosząc niekiedy rękę, jakby chciał coś przemówić i w istocie jeden gest jego przerwałby nieza­wodnie tę burzliwą scenę. Lecz on sam wyglądał tak, jakby czegoś jeszcze oczekiwał, jakby się chciał o czymś przekonać.

W końcu Miasow uczuł się dotknięty w swym poczuciu przyzwoitości i postanowił prze­mówić.

 

– Wszyscy tu winni, że doszło do skan­dalu. Wiedziałem wprawdzie, jadąc tutaj, z kim mam do czynienia, nie przeczuwałem jednak nigdy, że rzeczy wezmą taki obrót. Jak to? Oj­ciec rywalizuje z synem o względy kokoty i knuje wraz z nią intrygi, by wsadzić tegoż sy­na do kryminału. Nie! Czegoś podobnego nie spodziewałem się nigdy, zostałem wyprowadzony w pole, jak i inni, oszukany, stwierdzam to, że zostałem oszukany.

– Dymitrze Fiodorowiczu! – pisnął raptem stary Karamazow jakimś nieswoim głosem. – Gdy­byś nie był moim synem, wyzwałbym cię na­tychmiast na pojedynek, i to na pistolety, na od­ległość chustki do nosa! Tak! Na odległość chustki do nosa! – powtarzał, tupiąc nogami.

Ludzie, którzy całe życie kłamali i grali komedię, dochodzą z wiekiem do takiej doskona­łości, że są w stanie płakać na zawołanie i drżeć z objawami najgwałtowniejszego wzruszenia, mi­mo że mogliby sobie wybornie szepnąć w tej samej chwili: „I po co, stary komediancie, kła­miesz bezwstydnie ten twój święty gniew i święte oburzenie?”.

Dymitr spojrzał posępnie na ojca z wyrazem nieprzebranej pogardy.

– Marzyłem – mówił cichym, stłumionym głosem – że przyjadę tu z przyszłą żoną moją, aniołem duszy mojej, dla pielęgnowania i osło­dzenia jego starości… I cóżem zastał? Lubieżnego rozpustnika i najpodlejszego z komediantów.

– Na pojedynek cię wyzywam, na poje­dynek! – zawołał znów piskliwie stary Karama­zow. – A co się ciebie tyczy, szanowny panie Miasow, chciej wiedzieć o tym, że w całej twojej rodzinie, uważasz, w całej twojej rodzinie nie znajdziesz ani jednej kobiety równie czystej jak ta, którą przed chwilą ośmieliłeś się nazwać kokotą. Ty zaś, Dymitrze, porzuciłeś dla tej kokoty swoją narzeczoną, czym dałeś dowód, że ta twoja narzeczona niewarta jest podeszwy trzewików tamtej kokoty.

– Ależ to wstyd! – wyrwało się mimo woli z ust ojca bibliotekarza.

– Wstyd i hańba! – drżącym od wzruszenia głosem krzyknął młody Kałganow.

– I po co taki człowiek żyje na świecie? – rzekł głucho Dymitr, któremu gniew jakby nagle odszedł. Pochylił się tylko jakimś niezwyczajnym ruchem i dodał jeszcze, ukazując ręką na ojca: – Jakże można pozwalać, aby taki człowiek bez­cześcił jeszcze ziemię swoją obecnością?

Słowa te wypowiedział powoli i jakby przez sen.

– Słuchajcie, mnichy! Słuchajcie tego ojcobójcy! – zawołał stary Karamazow. – Macie odpowiedź na wasze święte oburzenie! Wstyd! hańba!, mówicie, a czy wiecie wy, że ta nierząd­nica, ta kobieta złego prowadzenia, jak ją nazy­wacie, czystsza jest może i świętsza od was tu wszystkich, co pracujecie nad swoim zbawieniem? Zbłądziła, być może, w młodości, ale ko­chała wiele, a takiej sam Chrystus przebaczył!

– Chrystus nie o takiej myślał miłości – za­protestował dobrodusznie ojciec bibliotekarz.

– Jak to nie o takiej? Właśnie że o ta­kiej, mnichy, o takiejże! Siedzicie tu, karmiąc się kapustą i zdaje wam się, że to wielka zasługa. Zjadacie rybki wędzone i zdaje wam się, że za tę cenę Boga kupicie i do zbawienia doj­dziecie!

– Dość już tego, dosyć! – zabrzmiało ze wszystkich kątów celi.

Nagle burzliwa ta aż do nieprzyzwoitości scena zakończyła się całkiem niespodzianie. Sta­rzec wstał z miejsca, podtrzymywany przez na wpół przytomnego Aloszę, podszedł do Dymitra, a ukląkłszy u nóg jego, pokłonił mu się nisko, uderzając czołem o ziemię. Alosza był tak zdu­miony, że nie pomyślał nawet o podniesieniu starca, który powstał o własnych siłach i obejrzał się dokoła, uśmiechając się blado.

– Darujcie! Darujcie sobie wszyscy! – prze­mówił jeszcze, kłaniając się swoim gościom.

Dymitr stał jak skamieniały. Co? Jemu się pokłonił? Jemu? Cóż to znaczy?

– Boże mój! – krzyknął wreszcie i zakrywszy twarz rękami, wy­biegł z pokoju. Za jego przykładem porwali się inni i nie żegnając się nawet z gospodarzem, wyszli tłumnie, nie ochłonąwszy ze wzruszenia. Ojcowie tylko zakonnicy nie zaniedbali poprosić starca o błogosławieństwo.

– Co może znaczyć ten pokłon? Symbol jaki? – próbował pytać zmieszany Fiodor Pawło­wicz; nie śmiał jednak zwrócić się do nikogo bezpośrednio.

– Wariaty i dom wariatów! – wołał gnie­wnie Miasow. – Słuchaj, twego towarzystwa, Fiodorze Pawłowiczu, wyrzekam się, i to już raz na zawsze. Ale gdzież ten braciszek zakonny, co nas tu przyprowadził?

Braciszek oczekiwał właśnie na nich przed gankiem, zapraszając na obiad.

– Zechciejcie, proszę, wytłumaczyć mnie przed ojcem przełożonym, że z zaproszenia jego korzystać nie mogę, ale po tym wszystkim, co tu zaszło, jest to dla mnie prawdziwym niepodobieństwem – rzekł z rozdrażnieniem Miasow.

– To wszystko, co tu zaszło, to właściwie ja i moja obecność – podchwycił Fiodor Pawło­wicz. – Słyszycie, ojcze, to z mego powodu Piotr Aleksandrowicz nie chce przyjąć obiadu u przełożonego. Ależ nie krępuj się, proszę; to ja się usunę i miejsca ci ustąpię, obiadować będę w do­mu, a tobie smacznego apetytu życzę, najdroższy kuzynie.

– Nie jestem pańskim kuzynem i nigdy nim nie byłem. Wstydu pan nie ma.

– Mówiłem też tak umyślnie, żeby cię zirytować, wiem, że wyrzekasz się kuzynostwa ze mną, mimo że jesteśmy spokrewnieni, czego w każdej chwili mogę dowieść. Ty także, Iwa­nie, zostań, wieczorem przyślę po ciebie konie. Tobie, Piotrze Aleksandrowiczu, wypada nawet być u ojca przełożonego, aby go przeprosić za wszystko, cośmy tam z tobą nabroili.

– Naprawdę odjedziesz?

– Jakżebym mógł zostać po tym wszyst­kim, co zaszło? Musiałbym przepraszać: Pano­wie, uniosłem się, darujcie… Są ludzie o sercu odważnym Aleksandra Macedońskiego. Inni znów mają tylko biedne tchórzliwe serduszko obitego pudla, ja właśnie jestem z takich, boję się wszyst­kiego. Jakżebym mógł po takim skandalu uka­zywać się na obiedzie i zajadać klasztorne sosy?

A diabli go wiedzą, czy nie udaje – za­stanawiał się w myśli Miasow, śledząc podejrzli­wym wzrokiem za oddalającym się komediantem.

Tamten obejrzał się, a widząc, że Miasow patrzy na niego, przesłał mu od ust całusa.

– Pan także idzie na obiad? – spytał sucho Iwana Miasow.

– Czemużby nie? Tym bardziej że proszo­ny jestem specjalnie przez ojca przełożonego i to jeszcze wczoraj.

– Co do mnie, ja w samej rzeczy nie czuję się na siłach figurować na tym przeklętym obiedzie – mówił ze wzrastającym rozdrażnieniem Miasow, zapominając o obecności towarzyszącego im braciszka. – Choć właściwie należałoby się nam usprawiedliwiać, a przede wszystkim wytłumaczyć, że to wszystko stało się nie z naszej wi­ny, że to nie my. Jak pan myśli?

– A oczywiście, trzeba się zastrzec, że to nie my – odparł Iwan – zresztą ojca mego tam nie będzie.

– Jeszcze by tego brakowało. Przeklęty obiad.

Mimo to szli wszyscy. Braciszek słuchał, milcząc. Dopiero w pół drogi przez lasek zauważył skromnie, że ojciec przełożony dawno już czeka i że spóźniono się o jakieś pół godziny. Nic na to nie odpowiedziano, tylko Miasow spojrzał z nie­nawiścią na Iwana, mówiąc w myśli: A ten idzie, jakby nigdy nic nie zaszło. Miedziane czoło i su­mienie Karamazowów.