Bracia Karamazow

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WIERZĄCE BABY

Na dole, w galerii zbudowanej na zewnątrz pustelni, oczekiwało już około dwudziestu kobiet wiejskich. Prócz nich czekała jeszcze na starca pani Chachłakow z córką, właścicielka ziemska z okolic Charkowa. Panie te umieszczono w oso­bnej rozmównicy, przeznaczonej dla dam z wyż­szego towarzystwa. Matka młoda, jeszcze ładna, wytwornie ubrana kobieta, o bladej cerze i pra­wie zupełnie czarnych oczach, była już od pięciu lat wdową, mimo że liczyła dopiero lat 33. Cór­ka jej, czternastoletnia dziewczynka, miała nogi sparaliżowane. Od sześciu miesięcy nie mogła chodzić i wożono ją w fotelu. Bardzo ładna, cho­ciaż wychudzona skutkiem choroby, uśmiechała się wciąż, a z jej oczu wielkich i ciemnych, ocie­nionych długimi rzęsami, przeświecała dziecięca pustota. Matka miała zamiar wywieźć ją za gra­nicę dla przeprowadzenia kuracji, ale sprawy majątkowe zatrzymywały ją jeszcze na miejscu. Przed trzema dniami poznały obie po raz pierw­szy starca Zosimę, a dziś przybyły znowu, pro­sząc usilnie, aby im było wolno oglądać raz jesz­cze wielkiego „uzdrowiciela”. Prócz nich ocze­kiwał także na starca zakonnik przybyły z jedne­go z odleglejszych klasztorów dla otrzymania błogosławieństwa starca.

Starzec poszedł najpierw do wieśniaczek. Ujrzawszy go, tłoczyć się poczęły tłumnie dokoła schodów oddzielających dolną galerię od pustel­ni. Starzec zatrzymał się na najwyższym stopniu, włożył na siebie stułę i błogosławił klęczące ko­biety.

Najpierw przyprowadzono przed niego tak zwaną klikuszę (rodzaj opętanej), która, ujrzawszy star­ca, wydawać zaczęła przeraźliwe krzyki i zano­siła się od łkania, drżąc na całym ciele. Starzec przykrył jej głowę stułą i odmówił nad nią krótką modlitwę, po czym chora uspokoiła się na­tychmiast.

W dzieciństwie widywałem nieraz po wsiach podobne kobiety. Widziałem sam, jak wprowadzano je do cerkwi wyjące niczym psy, i jak uspokajały się przed ołtarzem, na czas jakiś przynajmniej. Dziwiło mnie to bardzo i prze­rażało. Ale panowie obywatele wiejscy, a także moi nauczyciele miejscy, upewniali mnie, że to wszystko było udaniem i że mniemane chore uchylały się w ten sposób od pracy, że wreszcie surowe obchodzenie się jest najskuteczniejszym środkiem na tego rodzaju zmyślone choroby. Zna­cznie później dopiero dowiedziałem się ze zdzi­wieniem, że nie ma w tym najmniejszego oszukaństwa i że jest to ciężka i aż nadto rzeczywista choroba nerwowa, bardzo rozpowszechniona wśród rosyjskich wieśniaczek. Choroba ta jest jednym więcej dowodem, w jak nieznośnych warunkach żyją nasze wiejskie kobiety, a jest zwykle skut­kiem oddawania się ciężkiej pracy, zbyt wcześnie po uciążliwych chorobach porodowych, odbywa­nych bez pomocy lekarza, lub też wynika z cięż­kich zmartwień, ze złego obchodzenia się i z wie­lu innych rzeczy, których niektóre co wrażliwsze kobiety zupełnie znieść nie mogą. Co się tyczy natychmiastowego uzdrowienia w kościele, które, nawiasem mówiąc, uważane zwykle bywa przez wielu za klerykalną komedię, jest to prawdopo­dobnie zupełnie naturalne zjawisko. Baby przy­prowadzające chorą i ona sama wierzą najmoc­niej, że duch nieczysty, powodujący jej opętanie, ustąpi natychmiast w miejscu świętym. Oczekiwa­nie cudu, i to cudu pewnego, musi z konieczno­ści wywołać silne wstrząśnienie w nerwowym ustroju psychicznie chorej kobiety, toteż w chwili spełnienia obowiązujących obrządków następuje reakcja, która staje się istotnie przyczyną cudu. Tak się też stało i teraz, zaledwo starzec przy­krył głowę chorej stułą i odmówił nad nią prze­pisane modlitwy.

Wszystkie prawie kobiety, obecne przy cudownym uleczeniu, płakały ze wzruszenia, jedne cisnęły się dokoła starca, chcąc przynajmniej ucałować jego suknie, inne szeptały pacierze. Pobłogosławił je wszystkie, a z niektórymi zamie­nił słów kilka.

Uleczoną „klikuszę” znał on już dawniej, przyprowadzano mu ją bowiem nieraz dla uspo­kojenia gwałtownych ataków, zauważył jednak kilka kobiet przybyłych z odleglejszych okolic.

– Wy z daleka? – przemówił do niestarej jeszcze kobiety o wyglądzie alkoholiczki, któ­rej twarz była już nie opalona, a wprost czar­na od słońca. Kobieta klęczała, zapatrzona nieruchomo w starca, a w oczach jej widniała ekstaza.

– Oj! Z daleka! ojcze ty mój, z daleka! trzy­sta wiorst stąd; oj, bardzo z daleka! – powtarzała, kiwając miarowo głową i przewlekając śpiewnie wyrazy.

Smutek ludu bywa najczęściej cierpliwy i zamknięty w sobie. Niekiedy jednak, zwłaszcza u kobiet, wylewa się on potokiem łez i użaleń, a nie należy sądzić, aby smutek taki lżejszy był do zniesienia od milczącego. Jest to ból, który odrzuca pociechę i karmi się sam sobą, nieutu­lone zaś zawodzenia rozraniają jeszcze bardziej cierpienie.

– Jesteście zapewne mieszczanką? – mówił dalej starzec, wpatrując się w nią ciekawie.

– Z miasta jesteśmy, ojcze ty mój, aleśmy chłopi. Do was tu przyszłam, ojcze mój. Sły­szeli my o tobie. Pochowałam ja syneczka me­go, dzieciątko moje, a teraz chodzę i do Boga się modlę. Byłam już we trzech klasztorach, to mi wszędzie mówili: „Tam idź, Nastusiu”, tam, do ciebie znaczy, ojcze. To i przyszłam; wczoraj do cerkwi, dziś tu.

– Po kim płaczesz?

– O syna mego płaczę, ojcze ty mój, o niego się smucę, o mego syna! Trzy latka mu już było i trzy miesiące, a był ostatni. Mieliśmy ich trzech, Nikitiuszka i ja, ale nie chowają się nam dzieci, nie chowają. Tamtych nie tak jesz­cze było żal, ale tego ostatniego… zapomnieć nie mogę. Ciągle mi się zdaje, że jest przy mnie, ani odejdzie. Patrzę na koszulki jego, na trzewiczki i płaczę. Porozkładałam naokoło sie­bie wszystko, co było jego, do czego się doty­kał, patrzę na to, patrzę i… płaczę. Powiedziałam Nikitiuszce (to mój mąż tak się nazywa): „Puść mnie z domu, pójdę po miejscach świętych”. „Mój” jest dorożkarzem i nie jesteśmy wcale biedni, ojcze, o nie. Mamy konie własne i wózki, i powóz. Ale co nam z tego? Mój Nikitiuszka już i pić zaczyna, pijał on i dawniej, ale nie tyle. A teraz wciąż, jak tylko z domu wyjdę. Alboż ja teraz dbam o niego? Już trzy miesiące, jakem z domu odeszła. Nic mi już dziś nie w głowie, nic mi się nie chce, wszystko już dla mnie skoń­czone, wszystko, wszystko.

– Słuchajcie, matko – rzekł starzec. – Jeden wielki święty spotkał kiedyś w kościele taką jak ty, matkę płaczącą także po jedynym dziecku, które jej Bóg zabrał. „Czyż nie wiesz o tym – rzekł święty – że prośby i modlitwy małych, nie­winnych dzieci znajdują zawsze posłuch u Bo­ga ponad wszystkimi innymi? Panie – mówią one – i po cóż nam było dawać życie, skoroś je zaraz odebrał? – i proszą i modlą się tak usilnie, że Bóg daje im miejsce między aniołami. Nie płacz więc, kobieto, bo dziecko twoje jest anio­łem przed Panem”. Tak mówił święty, który nie mógł kłamać. Tak też i twój synek, matko, stoi teraz przed obliczem Pana, pełen wesela i mo­dlący się za ciebie.

Kobieta słuchała go, nie podnosząc głowy, i westchnęła ciężko.

– To samo powiada i mój Nikitiuszka, że­by mnie pocieszyć: „Nie płacz! – powiada – głupia! i czego płakać? Nasz jest u Pana Boga i śpie­wa z aniołami”. Mówi tak, żeby mnie pocieszyć, ale sam przecież płacze tak samo jak i ja. Wi­dzę ja to dobrze, toteż mówię do niego: „Wiem ja dobrze, Nikitiuszka, że nie może on być gdzie ­indziej, jak tylko w domu Bożym. Ale tu go nie masz, nie ma go tu między nami. Gdybym go mogła zobaczyć choć raz jeden, jedyny, jak ga­nia po podwórzu, wołając tym swoim głosikiem: „Mamo! gdzie ty?”. Gdybym choć raz mogła po­słyszeć te jego małe nóżki, którymi tak prędko śmigał, gdy biegł do mnie przez izbę; wcisnęła­bym się gdzie w kącik i słowa bym nie rzekła, żebym go tylko widzieć mogła. A tu nic i nic! Oto paseczek jego – mówiła, wydobywając zza stanika szychowy pasek – a jego nie ma już i nie obaczę go… i nie posłyszę nigdy już, nigdy…

Ukryła twarz w dłoniach, wybuchając na nowo łkaniem, a łzy płynęły jej przez palce.

– Oto Rachel starożytna opłakuje dzieci swe i pocieszyć się nie może – rzekł starzec. – Taki już los na ziemi was, matek. Płacz więc, płacz, i nie szukaj pociechy, nie trzeba nawet, abyś jej szukała. Ale ile razy płaczesz, wspom­nij sobie, że syn twój jest między aniołami i patrzy na ciebie z wysokości Niebios i raduje się łzami twymi, które pokazuje Panu. Długo jesz­cze, długo trwać będzie ten wielki macierzyński płacz twój, a łzy twoje staną się jako rosa oczysz­czająca, która zmyje wszystkie grzechy twoje. Modlić się będę za spokój duszy synka twojego. Jak mu było na imię?

– Aleksy, ojcze mój.

– Ładne imię. Modlić się więc będę za duszę sługi Bożego, Aleksego.

– Tak, tak, sługi Bożego Aleksego.

– Wielki to był święty, święty Aleksy. Modlić się też będę do niego, aby zmniejszył twój smutek, i o zdrowie dla męża twojego. Ale pamiętaj, że to grzech opuszczać męża; wracaj do niego i miej o niego staranie. Synek twój pa­trzy na was z nieba i widzi, żeś ty ojca jego rzu­ciła… Słuchaj jeszcze, co ci powiem. Albo twój syn przyjedzie tu wkrótce, albo napisze do cie­bie. Słuchaj i wierz. Syn twój żyje, ja to mówię.

– O! ty ukochanie nasze. Niech cię Bóg błogosławi, dobroczyńco nasz, który modlisz się za nami i grzechy nam odpuszczasz.

Tymczasem starzec zwrócił uwagę na młodą wieśniaczkę, której oczy świeciły w tłumie chorobliwym blaskiem.

– Ty z czem przyszłaś, córko moja?

– Rozgrzeszenia proszę dla grzesznej du­szy mojej – przemówiła cicho i bez pośpiechu, po czym uklękła i pokłoniła mu się do nóg. – Zgrzeszyłam, ojcze! I boję się grzechu mego!

Starzec usiadł na najniższym stopniu scho­dów, kobieta zbliżyła się do niego, nie wstając z klęczek.

– Wdowa ja od trzech lat – zaczęła półszeptem, jakby wzdrygając się sama przed so­bą. – Źle mi było z mężem, stary był, bił mnie wciąż. Aż zasłabł i leżał chory. Wtedy myślę, wstanie i znów bić będzie i pomyślałam…

 

– Czekaj – przerwał starzec, i przybliżył usta do szepczących warg.

Spowiedź kończyła się cicho, tak, że nic już prawie nie było można dosłyszeć.

– To już trzeci rok? – spytał starzec.

– Trzeci rok. Z początku myślałam, że to nic, a teraz chora jestem z tej zgryzoty.

– Z daleka?

– Pięćset wiorst stąd, ojcze.

– Mówiłaś na spowiedzi?

– Mówiłam już dwa razy.

– I dostałaś rozgrzeszenie?

– Dostałam, ale i tak boję się, umierać się boję.

– Nie bój się, niczego się nie bój, Bóg przebaczy ci wszystko, bylebyś tylko miała szczerą skruchę. Nie ma na całej ziemi takiego grzechu, którego by Bóg nie chciał przebaczyć tym, co naprawdę żałują. Człowiek nie może popełnić grzechu tak ciężkiego, który by przewyż­szył miłosierdzie Boże. Pamiętaj, córko, że Bóg kocha ciebie tak, jak sobie nawet tego wyobrazić nie możesz, pomimo grzechu twego, a nawet dla twego grzechu, jeśli go szczerze żałować bę­dziesz. Więcej jest przecie w niebie radości z jednego nawróconego grzesznika niż z dzie­więćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych. Prze­stań się bać. Tylko bądź dobra dla ludzi, krzy­wdy przebaczaj; nieboszczykowi też daruj w sercu wszystko, co ci kiedy złego zrobił. Pogódź się z nim w duchu. Kto żałuje, ten kocha, a kto ko­cha, ten już jest człowiekiem Bożym. Miłość od­kupuje wszystko i wszystko zbawia. Jeżeli tu ja, człowiek grzeszny, jak i ty, ulitowałem się nad tobą, to cóż dopiero Bóg. Miłość to skarb taki drogocenny, że okupić nią można nie tylko wła­sne, ale i cudze grzechy. Odejdź w pokoju, cór­ko, i nie lękaj się.

Przeżegnał ją trzy razy, potem zdjął z sie­bie medalik i zawiesił go na jej szyi. Następnie wstał i spojrzał z uśmiechem na zdrową, tęgą babę z tłustym dzieciakiem na ręku.

– Przychodzę z Wyszyhory, ojcze.

– To o sześć wiorst stąd, ciężko wam było dźwigać dzieciaka tyle drogi, a czego wam po­trzeba?

– Przyszłam choć popatrzeć na ciebie, oj­cze. Bywałam ja już tutaj, aleś ty zapomniał, krótką masz pamięć, że mnie nie pamiętasz. Po­wiadali u nas, żeś ty chory; pójdę, myślę, obaczyć sama, jak tam z nim. To i przyszłam. Jaki ty tam chory? Jeszcze i dwadzieścia lat po­żyjesz z Bożą pomocą. Mało to za ciebie modli się ludzi?

– Bóg ci zapłać, córko moja.

– Mam tu i prośbę do ciebie, ojcze, ot niewielką. Przyniosłam sześćdziesiąt kopiejek, daj ty je, ojcze, komu biedniejszemu ode mnie. Zaraz sobie pomyślałam: Najlepiej jemu od­dam, on już tam będzie wiedział, kto najpotrzeb­niejszy.

– Bóg ci zapłać za serce twoje, dobra je­steś, miłuję cię, więc i zrobię, jak prosiłaś. A to twoje dzieciątko, chłopiec to? Czy dziewczyna?

– Dziewczyna, ojcze miły, Elżbietka jej na imię.

– Niech was Bóg błogosławi obie, ciebie i twoją Elżbietkę. Zostańcie z Bogiem, matko. Bądźcie zdrowe wszystkie moje owieczki.

Pobłogosławił wszystkich i pokłonił się im nisko.

NIEWIERZĄCA DAMA

Pani Chachłakow, obywatelka wiejska, która była obecna całemu temu przyjęciu, płakała ci­cho, ocierając łzy chusteczką. Była to dama światowa, ale przy tym bardzo uczuciowa i dobra z natury. Gdy starzec zbliżył się wreszcie do niej, przyjęła go z zachwytem.

– Boże mój! Ileż rozkoszy doznałam, pa­trząc na tę cudowną scenę…

Wzruszenie przerywało jej mowę.

– Och! rozumiem teraz, dlaczego lud tak was kocha, ojcze! Ja także kocham lud, bo i jak­że tu nie kochać tego naszego dobrego, piękne­go, wielkiego ludu.

– Pani życzyła sobie raz jeszcze mówić ze mną. Jakże zdrowie córki pani?

– O tak, pragnęłam gorąco widzieć was raz jeszcze, ojcze. Gotowa byłam czekać trzy dni na klęczkach pod waszym oknem, byleby tylko do­stąpić szczęścia obcowania z wami. Przyjechały­śmy tu obie z córką, aby wyrazić wam naszą bez­graniczną wdzięczność za cudowne uzdrowienie. Uzdrowiliście moją Lizę krótką waszą modlitwą i dotknięciem rąk waszych. Przybyłyśmy więc tu, aby ucałować raz jeszcze te ręce czcigodne i podziękować wam.

– Przecież, jak widzę, córka pani nie cho­dzi jeszcze o własnych siłach. Gdzież jest więc uzdrowienie?

– Ale gorączka w nocy ustała zupełnie od czwartku, a przy tym i nogi mniej są obrzęknię­te – przerwała nerwowo dama. – Dziś rano wstała zdrowa, spała całą noc, popatrzcie tylko, ojcze, jakie ma rumieńce, jak jej oczka świecą. Wpierw płakała ciągle, a teraz się śmieje, wesoła zadowolona. Dziś kazała się koniecznie postawić na nogi i stała całą minutę bez niczyjej pomocy. Posłałam po naszego doktora Herzenstube, a ten wzrusza ramionami i powia­da, że nic nie rozumie. Jakże tu nie dziękować wam, ojcze? Jak nie okazać wdzięczności? Podziękujże, Liza, podziękuj!

Śliczna twarzyczka Lizy przybrała nagle wy­raz poważny; podniósłszy się z wysiłkiem na krześle, złożyła obie ręce, patrząc dziękczynnie na starca, nie wytrzymała jednak długo i roześmiała się serdecznie.

– To z niego! To z niego! – wołała, pokazując na Aloszę, zażenowana niby, że nie umiała utrzy­mać powagi.

Kto by spojrzał uważnie na twarz Aloszy, stojącego o parę kroków za starcem, dostrzegłby nagły rumieniec i przelotny błysk oczu, które natychmiast spuścił.

– Ona ma do pana polecenie – przemówiła pani Chachłakow, podając Aloszy rękę opiętą elegancką rękawiczką.

Starzec obejrzał się i spojrzał uważnie na Aloszę, który tymczasem zbliżył się do Lizy. Dziewczynka zrobiła bardzo ważną minę.

– Katarzyna Iwanowna przysyła to panu przeze mnie – rzekła, podając Aloszy elegancki bilecik. – Przy tym prosi ona pana, żebyś pan do niej przyszedł i to jak najprędzej, tylko proszę się nie wymawiać i przyjść koniecznie.

– Katarzyna Iwanowna chce mnie widzieć? I cóż to? – szepnął Alosza, na którego twarzy odbiło się zakłopotanie.

– To z powodu Dymitra Fiodorowicza – objaśniła szybko pani Chachłakow. – Katarzyna Iwanowna powzięła jedno postanowienie, co do którego po­stanowiła się pana poradzić. Nie wiem dobrze, o co chodzi, wiem tylko, że pragnie, aby się to stało jak najprędzej. Powinien pan pójść tam koniecznie, to nawet chrześcijański obowiązek.

– Raz ją tylko w życiu widziałem – tłumaczył się Alosza.

– To taka piękna, taka niepospolita dusza, niezwykła chociażby już cierpieniem swoim. Po­myśl pan tylko, ile już przeniosła, a ile jeszcze przenieść musi, to okropne! Okropne!

– Więc dobrze, przyjdę – rzekł Alosza, przebiegłszy oczyma zagadkowy bilecik, w którym prócz usilnej prośby o przybycie nie było żadnych wyjaśnień.

– Ach! jak to ładnie będzie ze strony pana – zawołała Liza z przejęciem. – A ja myślałam, że pan nie zechce przyjść. Mówiłam mamie, nie przyjdzie na pewno, on myśli o swoim zbawieniu. Jaki pan dobry, kochany! Jak się cieszę, że mogę to panu powiedzieć.

– Liza! – strofowała ją matka, uśmiechając się przy tym mimo woli. – To i do nas proszę przyjść, Aleksy Fiodorowiczu. Pan nie chce u nas bywać, tymczasem Liza mówiła mi już dwa razy, że tylko przy pa­nu czuje się dobrze.

Alosza podniósł zdziwione oczy i zarumienił się znów, nie wiedzieć czemu, po czym uśmiech­nął się mimo woli. Starzec nie zważał już na nie­go, zajęty rozmową z braciszkiem zakonnym przybyłym z odległego klasztoru, gdzieś aż z Obdorska. Była to natura prosta, o pojęciach ciasnych, ale wiarę miał silną i upartą. Starzec pobłogosła­wił go i zaprosił na dłuższą rozmowę do celi.

– Jakim sposobem zdołacie sprawiać takie cuda? – pytał z przejęciem braciszek, myśląc o uzdrowieniu Lizy.

– Mówiłem już o tym poprzednio. Przede wszystkim polepszenie zdrowia nie jest jeszcze uleczeniem, przy tym mogły się do tego przyczynić inne jeszcze powody. Jeżeli zresztą było coś, to tylko z woli Bożej, bo nic się bez woli Bożej nie dzieje. Odwiedźcie mnie, proszę, dziś jeszcze – do­dał starzec, zwracając się do braciszka – czasu już mam niewiele, bo chory jestem i dni moje są po­liczone.

– O nie! nie! Bóg uchowa was długo jeszcze – wołała pani Chachłakow. – Zresztą nie wyglądacie wcale na chorego, ojcze, przeciwnie, zdrowo i wesoło.

– Istotnie, czuję się dziś daleko lepiej, ale wiem, że to chwilowe, znam swoją chorobę i że uleczona być nie może. W każdym razie cie­szy mnie to bardzo, że wyglądam wesoło, bo Bóg stworzył nas dla szczęścia i kto się czuje w pełni szczęśliwy, ten może śmiało o sobie powiedzieć, że spełnia swój obowiązek i wykonuje przykaza­nia Boże. Wszyscy ludzie sprawiedliwi, męczen­nicy i święci byli weseli.

– Ach, jak wy to pięknie mówicie, ojcze! Takie śmiałe, piękne słowa, choć na kamieniu ryć. Ale mimo to szczęście! szczęście! I gdzież ono? Kto może powiedzieć o sobie, że jest na prawdę szczęśliwy? O! skoro byliście tak łaskawi, ojcze, i dopuściliście raz jeszcze do rozmowy z sobą, to raczcie wysłuchać tego, czego nie od­ważyłam się wypowiedzieć dotąd, tego, co mnie tak męczy, tak męczy już od dawna.

Mówiąc to, egzaltowana dama złożyła błagal­nie ręce, patrząc na starca.

– Cóż to być może?

– Cierpię! ach, cierpię z powodu niewiary.

– Nie wierzy pani w Boga?

– O nie, tego bym nie śmiała pomyśleć, ale przyszłe życie to taka zagadka, że nikt roz­wiązać jej nie może. Posłuchajcie mnie, ojcze, wy, uzdrowicielu duszy ludzkiej, ja nie śmiem żą­dać, abyście mi bezwzględnie wierzyli, ale daję wam najświętsze słowo, że nie przyszłam tu przez zwykłą ciekawość, bo cierpię doprawdy bardzo i dręczę się wątpliwościami, a nie mam do kogo się zwrócić. Boże, co wy sobie o mnie myślicie, ojcze!

I załamała ręce z rozpaczy.

– Niech się pani o to nie troszczy, wierzę najzupełniej w szczerość jej słów.

– O, jakże wam jestem wdzięczna, ojcze! Bo to nieraz zamykam oczy i myślę sobie: Wszyscy niby wierzą, ale skąd się to wzięło? Podobno wiara pochodzi ze strachu, jakiego doznawał czło­wiek niegdyś wobec groźnych zjawisk przyrody, a naprawdę to tam nic nie ma. Więc jakże? Mam wierzyć całe życie, a potem umrę i nic, nic po mnie nie zostanie, „tylko zielsko wyrosłe na gro­bie”, jak powiedział któryś poeta. To okropne! Jak odzyskać wiarę? W dzieciństwie wierzyłam bezmyślnie, mechanicznie, ale dziś potrzebuję do­wodów. A jak to dowieść? Przyszłam też do stóp twoich, ojcze, prosić o radę. Bo myślę, że jeżeli opuszczę tę sposobność, to mi już nigdy nikt nic nie powie. Tymczasem widzę, że dla innych ludzi to kwestia zupełnie obojętna, nic ich to nie ob­chodzi. Mamże jedna dźwigać taki ciężar? Jak dowieść? Jak dowieść? To zabijające.

– Bez wątpienia to musi być zabijające. Ale dowieść tego niepodobna. Można się jednak utwierdzić w wierze.

– Jakże to?

– Miłością, i to miłością czynną. Trzeba kochać bliźniego swego w czynie, a w miarę tego, jak się oddajemy takiej miłości, wzrasta w nas wiara w Boga i nieśmiertelność duszy. Ci zaś, którzy dochodzą do zapomnienia o sobie, nie do­znają już żadnych wątpliwości.

– Miłość czynna! Otóż i znów zagadka – i to jaka jeszcze! Ja tak kocham ludzkość, że niekiedy, wierzcie mi, ojcze, marzę o porzuceniu wszystkiego, nawet mojej Lizy, i gotowa jestem zostać siostrą miłosierdzia. Zamykam oczy, myślę o tym i czuję w sobie nieprzebrane siły. Naj­straszniejsze rany nie obudziłyby we mnie wstrętu. Obmywałabym je własnymi rękami, całowałabym je.

– To już bardzo dobrze, że pani takie myśli przychodzą, ale należałoby spełnić wówczas rzeczywiście jakiś dobry uczynek.

– Tak, ale czy wytrwałabym długo na ta­kiej drodze? – przerwała z zapałem dama. – To mnie właśnie najbardziej męczy. Zamykam oczy i myślę sobie: Co będzie, jeżeli, na przykład, cho­ry, któremu się poświęcę, nie odpowie mi wcale wdzięcznością, a przeciwnie, okaże się grymaśny, zły, grubiański – łajać mnie będzie, albo jeszcze skarżyć się na mnie zacznie przed zwierzchnią władzą (jak się to często zdarza w szpitalach). To wówczas co? Z przerażeniem widzę, że nie mogłabym znieść spokojnie niewdzięczności, że pracować zdolna jestem jedynie za zapłatą, że za miłość potrzebuję miłości – inaczej kochać nie je­stem w stanie nikogo.

Zdawała się być do najwyższego stopnia przekonana o trafności swoich argumentów, toteż po skończeniu swej przemowy spojrzała z triumfem na starca.

– To samo prawie, co pani, mówił mi kie­dyś jeden doktor, człowiek już starszy i niezaprzeczenie rozumny. Mówił to niby żartem, ale nie bez goryczy. „Kocham ludzkość do najwyższego stopnia – powiadał – ale co mnie samego dziwi, że im bardziej kocham ludzi w ogóle, tym mniej lubię ich każ­dego z osobna. W marzeniach moich dochodzę do tego, że gotów byłbym dać się ukrzyżować dla dobra ludzkości i kto wie, czy nie zrobiłbym tego rzeczywiście, gdyby zachodziła konieczność. Wiem jednak z doświadczenia, że w życiu codziennym nie byłbym w stanie przemieszkać paru dni we wspólnym pokoju z przyjacielem. Czyjakolwiek bliższa obecność krępuje już mnie i razi. Zdolny jestem znienawidzić w ciągu dwudziestu czterech godzin najzacniejszego człowieka za to tylko, że jeden siedzi za długo przy obiedzie, a drugi uciera nosa za często. Słowem, staję się wrogiem wszystkich, którzy mają ze mną styczność, co mi nie przeszkadza coraz goręcej i płomienniej kochać ludzkość całą”.

 

– No i co robić w takim razie? Co robić? To może przecież doprowadzić do rozpaczy.

– To już bardzo wiele, że zdaje pani sobie sprawę z usposobienia swego. Chociaż jeśli mi pani to wszystko wyznała jedynie dla uzyskania pochwały za szczerość swoją, to nie doprowadzi to pani wcale do udoskonalenia się w czynnej miłości, pozostanie pani przy swoich marzeniach, a życie przejdzie jak marny cień. Gdy, przeciw­nie, przejdzie pani do czynnej miłości, oba­wy pani przeminą, znikną niepewności co do przy­szłego życia.

– Przerażacie mnie, ojcze, waszą przenikliwością. Przekonałam się dopiero teraz, w chwili, gdym mówiła z wami, że oczekiwałam, w istocie, pochwały z ust waszych za szczerość, z jaką wy­znałam niezdolność swą do znoszenia niewdzięczności. To zupełnie jakbyście mnie podsłuchali, odgadli, nauczyli rozumieć samą siebie.

– W każdym razie pani jest naprawdę do­bra, a z tego, co pani o sobie mówi, widoczne jest, że się pani znajduje na dobrej drodze, tylko nie należy z niej schodzić. Staraj się pani przede wszystkiem unikać kłamstwa, a zwłaszcza okła­mywania samej siebie. Nie trzeba się również lękać, bo strach jest właśnie najgorszym gatun­kiem kłamstwa. Nie lękaj się pani własnej nieu­dolności w osiągnięciu miłości czynnej, a nawet nie trwóż się pani zbytecznie własnymi złymi po­stępkami. Żałuję, że nie mogę pani dokładnie określić różnicy, jaka zachodzi między miłością w marzeniu a w czynie. Miłość w marzeniu wy­maga objawów nagłych, szybko wykonalnych, i chce, aby ją wszyscy widzieli. Jest to miłość, która potrafi niekiedy oddać nawet życie w ofie­rze, byle ofiara nie trwała długo, byle wszyscy widzieli i chwalili, jak na scenie. Miłość czynna zaś – to praca i wysługa, to utrzymanie siebie w karbach, a dla wielu trudna nauka. Za to w chwili, gdy się nam wydaje, że wysiłki nasze są daremne i że nas nigdy nie doprowadzą do celu, cel ów jest już prawie osiągnięty, a tajemna moc Boża, która wiodła nas i podtrzymywała, objawia się nam w całej swej cudownej potędze. Ale dość już. Daruje mi pani, że dłużej bawić nie mogę, bo czekają tam na mnie, do widze­nia więc.

Dama płakała.

– A Liza, moja Liza! Pobłogosławcie ją przecie, ojcze!

– Nie zasługuje na to – odrzekł żartobliwie starzec – dokazywała tu cały czas i wyśmiewała się z Aloszy.

Rzeczywiście, Liza zauważyła od razu, że wzrok jej wprowadza Aloszę w zakłopotanie i że chłopak unika go starannie. Bawiło ją to nie­zmiernie i umyślnie wpatrywała się w niego usta­wicznie, gdy zaś Alosza, podniósłszy oczy, spo­tykał się z jej wejrzeniem, śmiała się tryumfująco. Alosza schronił się za plecy starca, ale i to nie na wiele się przydało, bo Liza, wychyliwszy się z krzesła, patrzyła wciąż w jego stronę, a gdy udało się jej raz jeszcze podchwycić ukradkowe jego wejrzenie, rozśmiała się tak hałaśliwie, że zwróciło to uwagę starca.

– Ach, ty swawolnico! Czemuż to starasz się go zawstydzić?

Twarzyczka Lizy spoważniała nagle i pokryła się silnym rumieńcem. Oczka jej błysnęły i skar­żyć się zaczęła nerwowo, na wpół żałosnym, na wpół gniewnym głosikiem:

– A czemuż on jest taki? Czemu zapom­niał o wszystkim? Pierwej przychodził do nas, bawił się ze mną, nosił mnie kiedyś na ręku i uczył czytać, a dwa lata temu, kiedy się ze mną żegnał, mówił, że zawsze będziemy w przyjaźni. A teraz boi się mnie, zbliżyć się nie chce. Cze­mu nigdy do nas nie przyjdzie, a my z mamą wiemy, że do innych chodzi. Mnie to przecież przykro. On pierwszy powinien przypomnieć so­bie i przyjść. I po co włożyliście mu tę długą suk­nię, w której ruszać się nie może, ani biegać, boby zaraz upadł.

Tu zaśmiała się znów właściwym sobie nerwowym, przewlekłym śmiechem.

Starzec wysłuchał jej z dobrotliwym uśmie­chem i pobłogosławił z czułością, ona zaś ujęła go za rękę, którą podnieść chciała do ust i za­płakała nagle.

– Nie gniewajcie się na mnie, ojcze, ja wiem, że jestem głupia i nic nie rozumiem. Alo­sza dobrze robi, że do mnie przyjść nie chce.

– Przyślę ci go niezawodnie – rzekł stanowczo starzec.

Nieobecność starca w celi trwała jakieś dwadzieścia pięć minut. Było już wpół do pierwszej, gdy do niej wrócił, a Dymitra Fiodorowicza, z któ­rego powodu odbywało się całe zebranie, dotąd jeszcze nie było. Zapomniano jednak o nim pra­wie zupełnie, a gdy starzec wrócił do celi, zastał gości swoich zajętych bardzo ożywioną rozmową. Toczyła się ona głównie pomiędzy dwoma ojcami zakonnymi i Iwanem Fiodorowiczem. Mieszał się wprawdzie do niej i Miasow, ale mało zwracano na niego uwagi, nie odpowiadając mu wcale; był widocznie na drugim planie, co zwiększało jego rozdrażnienie. Poprzednio już przymawiali sobie z Iwanem Fiodorowiczem, który go najwyraźniej lekceważył.

Było się dotąd co najmniej na wysokości postępowych prądów europejskich, a oto przy­chodzi młode pokolenie, które nas wyraźnie igno­ruje – myślał z goryczą Miasow.

Stary Karamazow, pamiętny danego słowa, milczał istotnie czas jakiś, radując się w cichości niepowodzeniem Miasowa, nie wytrzymał jednak długo i pochylając się do ucha swego antago­nisty, począł go znów drażnić przycinkami.

– Miałeś przecie odjechać, aby nie kompromitować się w tak marnej kompanii, a teraz, jak widzę, nie ruszysz się stąd, póki im nie po­każesz całego swego rozumu.

– Ty znowu zaczynasz! Właśnie, że zaraz odjadę!

– Odjedziesz, ale ostatni – odrzekł Fiodor Pawłowicz w chwili właś­nie wejścia starca.

Spór ucichł na chwilę, ale starzec, usiadłszy na dawnym miejscu, zachęcał uprzejmie do dal­szej rozmowy. Alosza, który umiał doskonale roz­poznawać najlżejszą zmianę w twarzy swego mis­trza, zauważył jego niezwykłe znużenie. W ostat­nich czasach choroba starca pogorszyła się tak, że, skutkiem wycieńczenia się, ulegał on kilkakrot­nym omdleniom. Alosza obawiał się, aby się to i teraz nie powtórzyło, ale widział jednocześnie, że starzec nie chce żadną miarą przerwać ze­brania, jakby miał w tym jakiś swój cel ukryty.

– Mówimy tu o ciekawej broszurze Iwana Fiodorowicza – objaś­nił starca ojciec bibliote­karz. – Rzecz to bardzo ciekawie napisana i przy­nosi wiele nowego. Tylko kwestia postawiona jest cokolwiek obosiecznie. Jest to odpowiedź na dzieło jednego duchownego o sądach duchownych.

– Nie czytałem pańskiej broszury, ale wiele o niej słyszałem – odrzekł starzec, przyglądając się bacznie Iwanowi.

– Pan stoi tam na ciekawym stanowisku – objaśniał dalej ojciec bibliotekarz – i jest, jak się zdaje przeciwnikiem rozdziału Kościoła od państwa.

– To istotnie ciekawe, a na jakiej zasa­dzie? – spytał starzec Iwana.

Iwan zwrócił się z odpowiedzią do starca i to bynajmniej nie imponująco z góry, jak się tego wczoraj jeszcze obawiał Alosza, ale bardzo skrom­nie i z uprzedzającą grzecznością.

– Wychodzę z założenia – rzekł – że w stosunku Kościoła do państwa, takim, jakim on jest dziś pojęty, panować będzie wiecznie zamęt, a to z powodu fałszu, jaki tkwi w samej istocie tegoż stosunku. Kompromis pomiędzy Kościołem a państwem w takich choćby rzeczach jak sądy duchowne, jest, mojem zdaniem, niemożliwy. Au­tor dzieła w tej sprawie, z którym polemizowałem, twierdzi, że Kościół zajmuje w państwie oddzielne stanowisko, ja zaś jestem zdania, że Kościół sam w sobie stanowić powinien państwo, nie zaś zaj­mować w nim nieznaczny jakiś kącik, i sądzę, że w dalszym rozwoju chrześcijaństwa zmiana taka nastąpić musi.