Bracia Karamazow

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak, tak, dla mnie tylko nie było kobiet brzydkich. Już sam fakt kobiecości stanowi bar­dzo wiele, prawie połowę. Nawet w starych pannach odnaleźć nieraz można takie powaby, że wprost nie można wyjść z podziwu, jakim sposobem inni durnie nie zauważyli tego dotych­czas, pozwalając im zestarzeć się. A taka włó­częga bosonóżna, trzeba wiedzieć, jak się do ta­kiej zabrać. Wpatrywać się w nią trzeba aż do upamiętania – doprowadzić ją jednocześnie do zachwytu i zawstydzenia, że się w niej, takiej oto czarnuszce, wielki pan zakochał. Dlatego wiel­kie szczęście, że na świecie zawsze będą pano­wie i chamy, że się zawsze znajdzie taka pomywaczka i jej pan, bo to przecież niezbędne do szczęścia. Poczekaj no, Alosza. Wiesz, ja twoją nieboszczkę matkę umiałem także doprowadzić do zdumienia, ale w inny sposób. Bywało, zwykle nie mówię z nią, aż dopiero gdy nadejdzie taki szczególny moment, to wprost rozpływam się przed nią, u stóp się jej tarzam, nogi całuję i doprowadzam ją zwykle, jak dziś pamiętam, do jakiegoś dziwnego, nerwowego, drobnego śmieszku, który jej był tylko właściwy.

Później zwykle przychodziły jej ataki nerwo­we, wiedziałem, że nazajutrz zacznie bredzić nieprzytomnie, i że ten jej śmiech dzisiejszy nie jest bynajmniej objawem miłosnego zachwytu. Cóż stąd, że był oszukańczy, gdy zawsze dawał mi złudzenie rozkoszy. Ot, co to znaczy odczuwać we wszystkim charakterystyczną cechę.

Był tam wówczas w naszej okolicy nie­jaki Bielawski, taki ładny pan, a przy tym bogacz. Łazić zaczął za nią i do mnie przyjeżdżał. Otóż raz spoliczkował mnie we własnym domu.

Wtedy ona, ta cichutka owieczka, jak wpadnie na mnie, myślałem, że mnie zabije.

– Ty, powiada, spoliczkowany jesteś, w twarz dostałeś. Ty mnie, powiada, jemu sprzedawałeś. Jak on śmiał bić ciebie w mojej obecności. Nie masz prawa zbliżyć się do mnie. Leć, powiada, zaraz do niego, wyzwać go na pojedynek… Mu­siałem ją wtedy wozić do klasztoru na pokutę, ojcowie modlitwy nad nią czytali.

Ale Bogiem się klnę, Alosza, że nigdy mo­jej Klikuszy nie ukrzywdziłem.

Raz tylko może jedyny, było to w pierw­szym roku naszego pożycia. Już wtedy modliła się dużo i ze szczególniejszym nabożeństwem obchodziła zwłaszcza święta Matki Boskiej. Wte­dy, bywało, wypędza mnie od siebie do kancelarii. Trzeba, myślę, wypłoszyć z niej te mistycyzmy. Widzisz, powiadam, zdejmuję oto ze ściany obraz, ty go uważasz za świętość, a ja niewiele sobie z niego robię i nie boję się. No, myślę, ona mnie teraz zabije. A tu biedactwo skoczyło tylko z krzesła, zadrżała, strzepnęła rę­kami i zakrywszy nimi twarz, runęła jak martwa na podłogę.

Alosza! Co to? Co tobie?

Stary zerwał się przerażony, z Aloszą bo­wiem stało się coś nadzwyczajnego. Z chwilą gdy zaczęto mówić o jego matce, wyraz twarzy jego zmienił się zupełnie, silne rumieńce wystą­piły mu na policzki, oczy pałały, a usta drżeć za­częły nerwowo. Stary pijak nie zauważył tego i nie dostrzegł nic aż do chwili, w której syn jego odtworzył jota w jotę scenę opowiadaną o biednej Klikuszy. Alosza zerwał się z miejsca, strzepnął rękami, zakrył nimi twarz i opadł na krzesło cały drżący, a z piersi jego wyrwały się bolesne, wstrząsające łkania.

Starego uderzyło przede wszystkim i prze­raziło niesłychane podobieństwo chłopca do matki.

– Iwan! Iwan, wody mu daj, pryśnij na nie­go. To zupełnie jak ona, jota w jotę, jak jego matka. To on tak z powodu matki… z powodu swej matki. To była jego matka, Iwanie.

– Zdaje mi się, że i moja także! – krzyknął Iwan z nieopisanym gniewem i pogardą. Stary drgnął na całym ciele, ale jednocześnie jakby utracił świadomość, że matka mogła być także matką Iwana.

– Jakim sposobem twoja matka? – pytał, jak­by nie rozumiejąc. – O co ci chodzi? O jakiej matce mówisz? Aha, prawda, ona i twoja była. To, bracie, zaćmienie, cha, cha, cha! – zaśmiał się przeciągłym, nieprzytomnym, pijackim śmiechem. W tejże chwili dały się słyszeć w sieni krzyki i szamotania się, drzwi się rozwarły nagle i Dy­mitr Fiodorowicz wpadł do pokoju. Stary Karamazow schronił się za Iwana.

– Zabije! Zamorduje! Nie daj mnie, nie daj! – krzyczał, wpiwszy się palcami w połę surdu­ta Iwana.

W ślad za Dymitrem wpadli do sali jadalnej Grzegorz i Smierdiakow, którzy już w sieni stoczyli zaciętą walkę z nieproszonym gościem, usiłując nie wpuścić go do wnętrza. Dymitr zatrzymał się w progu, w celu objęcia okiem położenia. Tę krótką chwilę wyzyskał stary Grzegorz, okrążywszy stół, zatrzasnął drzwi do dalszych pokoi, a sam stanął przed nimi w postawie obronnej, z ręko­ma skrzyżowanymi na piersiach. Obaczywszy to, Dymitr ryknął nieludzkim głosem.

– Więc to tak?! Więc ona tam jest! Tam ją ukryli! Precz, podły! – wołał na Grzegorza, chwyta­jąc go wpół i usiłując od drzwi odsunąć. Grzegorz jednak nie poddawał się, owszem, odtrącił go z siłą. Wtedy Dymitr, oszalały z gniewu, rzucił się powtórnie na starca i wymierzył mu tak silne uderzenie pięścią, że ten powalił się na podłogę jak podcięty. Dymitr zaś, przestąpiwszy przez leżącego, rzucił się do wnętrza mieszkania.

Smierdiakow, blady i drżący, pozostał w dru­gim końcu sali, tuląc się do Fiodora Pawłowicza.

– Ona jest tu na pewno! – krzyczał Dy­mitr. – Sam widziałem ją idącą w tę stronę, tylko dognać jej nie mogłem.

Słowa te wywarły szalone wrażenie na Fiodorze Pawłowiczu, który w jednej chwili wytrze­źwiał. Przestrach opuścił go zupełnie.

– Trzymajcie go, trzymajcie! – krzyknął, biegnąc za Dymitrem.

Tymczasem Grzegorz podniósł się wprawdzie, ale był jeszcze zupełnie oszołomiony. Iwan i Alo­sza pobiegli za ojcem. Z trzeciego pokoju dał się słyszeć brzęk rozbijanego szkła: to Dymitr potrącił w biegu jakąś wazę, nie bardzo kosztowną, sto­jącą na marmurowej podstawie.

– Łapcie go! – krzyczał stary. – Baczność!

Iwan z Aloszą dogonili wreszcie ojca i przyprowadzili go z powrotem do sali jadalnej.

– Po co ojciec pędzi za nim? Ten człowiek gotów was istotnie zamordować! – krzy­czał gniewnie Iwan Fiodorowicz.

– Aloszeńka! Wania! Więc ona tu jest? Gruszeńka tu jest?! Czy słyszycie? On sam po­wiada, że ją widział, jak tu biegła.

Tchu mu brakło. Nie spodziewał się Gru­szy w tej chwili, toteż wiadomość, że może się ona znajdować w jego domu, pozbawiła go pra­wie przytomności. Drżał na całym ciele i robił wrażenie obłąkanego.

– Przecież ojciec sam wie, że jej nie ma.

– Mogła wejść tylnymi drzwiami.

– W żaden sposób. Przecież drzwi te zamknięte są na klucz, a klucze ojciec ma w kieszeni.

Wtem Dymitr ukazał się znów. Oczywiście znalazł drzwi szczelnie zamknięte, jak również i okna. Grusza więc nie mogła w żaden sposób wejść do mieszkania. Ujrzawszy syna, Fiodor Pa­włowicz wpadł znowu w wściekłość.

– Trzymajcie go! – wołał. – Był w moim sypialnym pokoju, pewno ukradł pieniądze.

Wołając to, rzucił się na Dymitra, ale ten w tejże chwili objął go oburącz, podniósł do góry i rzucił o ziemię z taką siłą, że stary krwią się zalał. Iwan i Alosza odciągali brata; Fiodor Pa­włowicz jęczał głucho.

– Co robisz, wariacie! – krzyknął Iwan. – Zabijesz go jeszcze.

– To mu się należy! – wrzasnął Dymitr, sa­piąc ciężko. – Zrobię to, jeżeli nie dziś, to jutro. Nie obronicie!…

– Dymitrze! Precz stąd w tej chwili! – krzyknął z siłą Alosza.

– Alosza jedyny, powiedz, tobie tylko uwie­rzę, była ona tu czy nie?!

– Przysięgam, że nie była i nikt tu jej nie widział.

– Ależ ja ją sam widziałem… Więc ona… Zaraz się dowiem, gdzie poszła. Bywaj zdrów, Alosza. Naturalnie teraz ani słowa staremu o pie­niądzach. A do Katarzyny Iwanowny idź zaraz i pamiętaj, pokłoń się jej ode mnie, tylko pamię­taj, pokłoń się. Powiedz jej wszystko, co tu zaszło.

Tymczasem Iwan i Grzegorz podnieśli starego i posadzili go w fotelu. Twarz miał zakrwawio­ną, ale był całkiem przytomny i przysłuchiwał się ciekawie krzykom Dymitra w nadziei, że dowie się czegoś o Gruszy. Dymitr wybiegł, spojrzawszy z nienawiścią na ojca.

– Strzeż się, starcze! – zawołał jeszcze na odchodnym. – Niczego nie żałuję i przeklinam ciebie, i wyrzekam się ciebie na zawsze.

– Ona musi tu być! Smierdiakow, Smierdiakow, słyszysz?! – chrypiał stary, przyzywając Smierdiakowa.

– Nie ma jej tu, nie ma, szalony starcze! – krzyknął gniewnie Iwan. – Hola, Smierdiakow! Wo­dy! Bandaży! Zemdleje jeszcze z upływu krwi. Ruszże się, Smierdiakow!

Zakrzątnięto się koło skaleczonego, a ob­mywszy i obandażowawszy ranę, rozebrano go i ułożono w sypialni. Stary, osłabiony pijaństwem, zasnął prawie natychmiast. Iwan i Alosza wró­cili do sali, skąd Smierdiakow wynosił szczątki potłuczonej wazy, Grzegorz zaś stał przy stole, pogrążony w tępej zadumie.

– Chodź i ty położyć się – zwrócił się do niego Alosza. – Trzeba ci także przyłożyć zimne okłady, brat cię przecie mocno uderzył.

– Uderzył mnie, uderzył – powtórzył posęp­nie Grzegorz.

– Nie tylko ciebie, ale i ojca – zauważył Iwan z lekkim skrzywieniem.

– Ja go kąpałem w wanience, kiedy był maleńki, a on mnie sponiewierał – powtarzał Grzegorz.

– Do diabła! Gdybym go nie był oderwał od starego, to już niewiele brakowało, a byłby go zamordował – szepnął Iwan bratu.

– Brońże nas od takiego nieszczęścia! – żachnął się Alosza.

– Dlaczego: broń Boże – szeptał dalej Iwan. – I owszem, niech się żrą gady, to najlep­sze, co mogą uczynić.

Alosza wzdrygnął się.

– Oczywiście nie dopuszczę do zbrodni, jak dziś nie dopuściłem. Zostań przy ojcu, Alo­sza, ja wyjdę trochę przejść się, głowa mnie boli.

Alosza przyszedł do sypialni ojca, gdzie spędził przeszło godzinę. Po niejakim czasie Fiodor Pawłowicz otworzył oczy i wpatrywał się długo w Aloszę, nie mówiąc ani słowa. Widocznie przypominał sobie coś i zbierał myśli. Nagle niezwykłe wzruszenie odbiło się na jego twarzy.

 

– Alosza – szepnął niespokojnie – gdzie Iwan?

– Wyszedł na powietrze, bo go głowa boli.

– Słuchaj no, podaj mi zwierciadło.

Alosza zdjął z komody małe, okrągłe zwier­ciadło i podał je ojcu. Stary wziął je i przypa­trywał się uważnie zmienionej swojej twarzy: nos miał mocno spuchnięty, a pod lewą brwią za­krzepłą krew, przyschniętą do czoła.

– Alosza kochany, co mówił Iwan? Ja się Iwana boję, więcej niż tamtego. Ciebie jednego nie boję się, ty synu mój jedyny!

– Niech się ojciec Iwana nie boi, on się czasem unosi i gniewa, ale broni ojca.

– Alosza, a tamten gdzie? Czy do Gruszy pobiegł? Aniele drogi, powiedz mi prawdę, była tu Grusza czy nie była?

– Nikt jej nie widział. To widocznie ktoś zmyślił.

– Słuchaj, jak myślisz, czy się z nią Mitia ożeni?

– Ona za niego nie pójdzie.

– Nie pójdzie! Prawda! Ależ tak, nie pój­dzie, z pewnością, że nigdy nie pójdzie! – wołał stary w najwyższym zachwycie. Nie można mu było na razie sprawić większej przyjemności, jak wygłaszając to twierdzenie. Chwycił rękę Alo­szy i przycisnął ją sobie do serca.

– Chłopcze drogi! Ten obraz święty Matki Bożej, wiesz, ten, co należał do matki twojej, daruję ci, weź go sobie. A i do klasztoru wracaj, przeszkadzać ci nie będę. Głowa boli… Powiedz, Alosza, bądź mi aniołem niebieskim, powiedz prawdę.

– Zawsze to samo, czy była Grusza? – pytał smutnie Alosza.

– Ach, nie to, nie, wierzę ci przecie. Cho­dzi o co innego. Postaraj się zobaczyć ją, Gru­szę, i spytaj jej, ale to jak najprędzej, kogo woli: mnie czy jego? Albo lepiej nie pytaj, tylko sam staraj się rozpoznać. Pójdź do niej zaraz. Cóż, możesz, czy nie możesz?

– Jeśli ją zobaczę, to spytam – bąknął Alo­sza zmieszany.

– Nie, ona tobie nie powie – przerwał stary. – To ziółko. Całować ciebie zacznie i powie, że ciebie tylko chce. To fałszywa, bezwstydna obłu­dnica. Nie, ty nie powinieneś iść do niej.

– Ja to samo myślałem, ojcze, to by nie było dobrze, to by całkiem nie było dobrze.

– A gdzież tamten ciebie posyłał? Krzyczał przecież, wychodząc: „Idź tam”.

– Do Katarzyny Iwanowny.

– Pieniędzy chciał?

– Nie, to nie o to.

– On teraz nie ma ani grosza. Słuchaj, Alosza, ja poleżę tutaj i zastanowię się, a ty te­raz idź, jutro rano, jak przyjdziesz, powiem ci mo­że coś. Cóż, przyjdziesz?

– Przyjdę.

– A pamiętaj, przyjdź, niby tak sam z sie­bie, nie mów nikomu, że cię wzywałem, a zwła­szcza Iwanowi, dobrze?

– Dobrze.

– Bywaj zdrów, aniele drogi. Nie zapomnę ci tego nigdy, żeś się dziś za mną ujął. Jutro powiem ci coś, tylko się wpierw na­myślę.

– Jakże się ojciec czuje?

– Jutro wstanę i nic mi nie będzie, czuję się zupełnie dobrze.

Wyszedłszy na podwórze, Alosza zobaczył brata siedzącego na kamiennej ławce pod murem. Iwan zapisywał coś ołówkiem w swoim notatniku. Alosza powiedział mu, że ojciec czuje się lepiej i że pozwolił mu spędzić noc w klasztorze.

– Alosza drogi – rzekł Iwan z niezwykłą serdecznością – tak bym chciał jutro z tobą pomówić, przyjdziesz?

– Jutro muszę być u pani Chachłakow i u Katarzyny Iwanowny, o ile jej dziś nie za­stanę.

– Ty idziesz teraz do Katarzyny, aby się jej od Dymitra pokłonić.

Alosza zdziwił się.

– Domyśliłem się wszystkiego z jego gadania – rzekł Iwan – Dymitr widocznie polecił ci pójść do Katarzyny i powiedzieć jej, że… że… chce z nią zerwać.

– Bracie, jak się to wszystko skończy, mię­dzy ojcem a Dymitrem?

– Trudno to przewidzieć. Może na niczym. Ta kobieta to zwierzę. W każdym razie starego należy nie wypuszczać z domu, Dymitra zaś nie wpuszczać.

– Bracie – rzeki Alosza – pozwól zadać so­bie jeszcze jedno pytanie. Czy w ogóle człowiek ma prawo wydawać o drugich sąd, czy warci są oni, czy niewarci żyć?

– Po cóż tu mieszać kwestie wartości, tego rodzaju zagadnienia rozstrzygają się zwykle w ser­cach ludzkich na zupełnie innych podstawach. Co się zaś tyczy prawa, któż nie ma prawa pra­gnąć.

– Jak to! Nawet śmierci drugiego człowieka?

– A choćby! Po co oszukiwać samego sobie? Mówisz to wszystko z powodu moich słów o pożerających się gadach. Pozwól więc teraz, abym ja z kolei zadał ci jedno pytanie. Czy uważasz mnie za zdolnego, podobnie jak Dymitr, do prze­lania krwi szalonego starca, który jest naszym ojcem?

– Iwanie, co ty mówisz? Ja i Dymitra o nic podobnego nie posądzam.

– Dziękuję ci za to. – Iwan uśmiechnął się. – Otóż wiedz, że bronić go będę zawsze, co się zaś tyczy pragnień moich, zostawiam im i nadal zupełną swobodę. Do widzenia więc, do jutra, a proszę cię tylko nie patrz na mnie jak na złoczyńcę.

Bracia uścisnęli sobie dłonie tak serdecznie, jak jeszcze nigdy dotąd. Alosza uczuł, że Iwan zrobił pierwszy krok do zbliżenia, i że musi mieć do tego jakieś własne powody.

RYWALKI

Alosza wyszedł z domu ojca w stanie niezwykłego rozstroju. Czuł, że umysł jego jest w tej chwili rozbity i jakby rozdrobniony, czuł również, że nie chciałby za żadną cenę poddać się skupieniu owych rozproszonych myśli dla wy­dobycia idei przewodniej z dopiero co przeży­tych wrażeń i tylu męczących przeciwieństw. Nad wszystkim górowała obawa, czym skończy się wreszcie spór o tę straszną kobietę pomiędzy ojcem jego i Dymitrem. Po raz pierwszy był świadkiem starcia się z sobą tych dwóch, i do­szedł do wniosku, że bardziej nieszczęśliwy, a nawet najnieszczęśliwszym jest przede wszystkim brat Dymitr, nad którym unosić się zdawało nieprzebłagane fatum. Dziś również wyszły na jaw inne okoliczności, dawniej nieznane Aloszy, które wydały mu się niejasne i zagadkowe. Brat Iwan, którego przyjaźni tak gorąco pragnął, zrobił dziś ku niemu jakby pierwszy krok, a jed­nak Alosza czuł, że postępek ten brata wzbudził w nim przede wszystkim obawę. Na odwrót, Ka­tarzyna Iwanowna, której przed chwilą jeszcze lękał się tak mocno, wydała mu się naraz jedyną ucieczką, mimo że poselstwo do niej stało się jeszcze trudniejsze wobec niemożności zwróce­nia jej owych trzech tysięcy. Była już siódma godzina wieczorem, gdy Alosza zbliżał się do mieszkania Katarzyny, która zajmowała jeden z najparadniejszych domów, położony przy głównej ulicy miasta. Alosza wiedział, że mieszka ona pod opieką dwóch ciotek, które, jak opowiadano, ule­gały we wszystkim woli swojej pupilki, i bawiły przy niej chyba dla względów etykiety. Katarzyna zdawała sprawę ze swych czynności jedynie owej bogatej generałowej, której miała być spadkobier­czynią. Dama owa mieszkała stale w Moskwie, a Katarzyna obowiązana była pisywać do niej dwa razy tygodniowo, donosząc szczegółowo o wszyst­kim.

Gdy Alosza wszedł do przedpokoju, oznaj­miając swoje przybycie przez służącą, któ­ra mu drzwi otworzyła, usłyszał w przyle­głym salonie gwar kilku głosów kobiecych, na­stępnie szelest spódniczek i odgłos szybkich kro­ków, jak gdyby kilka kobiet wybiegło nagle z po­koju. Zdziwiło go mocno, że jego przybycie wy­wołać mogło takie zamieszanie. Wprowadzono go jednak niezwłocznie do salonu. Był to obszer­ny pokój, umeblowany bogato i wykwintnie, w sty­lu wielkomiejskim. Znajdowało się tam mnóstwo kanapek, sof, fotelików, mniejszych i większych stolików, a przy oknie akwarium. Alosza do­strzegł w półmroku na jednej z kanapek zosta­wioną tam widocznie przed chwilą jedwabną okrywkę, na stoliku stały niedopite filiżanki z cze­koladą, biszkopty, ciastka, wino i cukierki. Alosza domyślił się, że trafił na jakieś przyjęcie, zmar­szczył się, mocno niezadowolony. Ale w tej chwili szybkim i pewnym krokiem weszła do sa­lonu Katarzyna i z radosnym, rozpogodzonym uśmiechem podała obie ręce Aloszy. Jednocze­śnie służąca wniosła dwie zapalone świece i po­stawiła je na stole.

– Dzięki Bogu! To wreszcie pan, cały dzień modliłam się o to, aby pan przyszedł.

Piękność Katarzyny uderzyła już dawniej Aloszę, gdy widział ją po raz pierwszy, wprowadzo­ny do jej domu przez brata, Dymitra, na wyraźne jej żądanie. W czasie tych pierwszych odwiedzin nie rozmawiał z nią wcale, gdyż Katarzyna, do­strzegłszy jego zmieszanie, umyślnie nie zwracała się do niego, rozmawiając cały czas wyłącznie z narzeczonym. Alosza też milczał, ale patrzył pilnie i spostrzegał wiele. Uderzyła go przede wszystkim swoboda i doskonała pewność sie­bie dumnej dziewczyny. Znajdował, że wielkie jej, czarne, pełne ognia oczy doskonale harmo­nizują z bladym, cokolwiek nawet żółtawym kolo­rytem jej twarzy, o rysach pociągłych nieco, na­wet wydłużonych. W tych jej oczach przecież, jako też w delikatnych liniach prześlicznie zary­sowanych ust, było coś, w czym się można było kochać bez pamięci, kto wie jednak, czy na dłu­go. Takie było pierwsze wrażenie Aloszy, które wypowiedział bratu jasno i bez ogródki, na usilne pytania Dymitra, jak mu się jego narzeczona podoba.

– Będziesz z nią zapewne szczęśliwy, cho­ciaż może nie bardzo spokojnym szczęściem.

– Tak, tak, masz słuszność, bracie, ona jest z tych, co się przed losem nie ukorzą. Sądzisz może, że nie będę jej wiecznie kochał?

– Nie, owszem, może być, że będziesz ją wiecznie kochał, tylko może nie zawsze będziesz się czuł szczęśliwy.

Alosza wypowiedział te słowa, rumieniąc się i zły był na siebie, że ulegając prośbom brata, zgodził się na wypowiedzenie swoich „głupich” myśli, bo myśli te wydały mu się istotnie głupie, skoro je tylko wygłosił. W dodatku czuł się dzi­wnie zmieszany tą koniecznością wydania własnej opinii o kobiecie.

Tym razem od pierwszego wejrzenia rzuco­nego na wybiegającą na jego spotkanie Katarzy­nę uczuł Alosza coś na kształt wyrzutów sumie­nia i zdało mu się, że musiał się omylić w pierw­szym o niej sądzie. Zamiast poprzedniej py­chy i samowoli dojrzał w jej twarzy szlachetną tylko energię i jasną młodzieńczą wiarę we wła­sne siły. Już z pierwszych jej słów odgadł Alo­sza, że zdaje ona sobie sprawę z doniosłości tra­gicznego konfliktu, jaki zaszedł pomiędzy nią a ko­chanym przez nią człowiekiem, i że prawdopo­dobnie wie wszystko. Mimo to z oczu jej bił taki blask i taka jasna wiara w przyszłość, że Alosza uczuł się względem niej winny i skru­szony i uznał się za zwyciężonego. Katarzyna przejednała go zupełnie i pociągnęła ku sobie.

Prócz tego, zauważył, że znajduje się ona chwilowo w nadzwyczajnym podnieceniu, graniczącym z egzaltacją.

– Tak pragnęłam przybycia pana, bo wiem, że pan jeden powie mi prawdę, całą prawdę.

– Ja przyszedłem… to jest on mnie przysłał – bąknął zmieszany Alosza.

– Więc to on pana przysyła? Przeczułam to od razu, teraz już wiem wszystko! – zawołała Ka­tarzyna z ogniem. – Poczekaj pan! Poczekaj. Wpierw ja panu powiem, jak i dlaczego chciałam pana widzieć. Widzi pan, ja może wiem o tym wszystkim znacznie więcej niż pan i nie wia­domości potrzebuję, a zupełnie czego innego. Chcę, aby mi pan powiedział szczerze, bez ogró­dek, zupełnie szczerze, choćby nawet brutalnie, choćby jak najbrutalniej, własne swoje zdanie, a właściwie ostatnie wrażenie, jakie pan odniósł z widzenia się z nim. To będzie nawet lepiej, niż gdybym ja sama (której on już widzieć nie chce) rozmawiała z nim bezpośrednio. Czy rozu­mie pan teraz, czego od pana chcę? No, mów pan! Proszę, z czym on tu pana przysyła. (Jak ja z góry wiedziałam, że on tu pana przyśle). No! Mówże pan, mów!

– On polecił mi pokłonić się pani i kazał powiedzieć… że… już nigdy tu nie przyjdzie, i ka­zał pokłonić się.

– Pokłonić się? Czy tak powiedział? Tak się wyraził?

– Tak.

– A może tylko przypadkiem, bezwiednie użył tego wyrażenia, ot, jak się mówi pierwsze lepsze słowo.

– Nie, polecił mi wyraźnie, abym powie­dział, że się pani kazał pokłonić, trzy razy mi to powtórzył i upominał bardzo, abym nie zapomniał.

Twarz Katarzyny Iwanowny oblała się ży­wym rumieńcem.

– Pomóż mi pan, proszę, Alosza! – wybuchnęła nagle. – Bardzo, bardzo potrzebuję pańskiej pomo­cy. Powiem panu całą moją myśl, a pan osądzi, czy mam słuszność. Słuchaj pan. Gdyby Dymitr polecił pokłonić mi się, ot tak, bez myśli, nie podkreślając wyrazu, nie kładąc nacisku na wy­raz „pokłonić się”, to znaczyłoby, że wszystko skończone. – Ale jeśli polecił panu powtórzyć to kilkakrotnie, widocznie musiał być niesłycha­nie podniecony, prawie nieprzytomny. Powziął postanowienie, przed którym się sam zatrwo­żył. Odszedł ode mnie nie spokojnym, pewnym krokiem, ale jak człowiek, który się w przepaść rzuca. Słowem, podkreślanie tego słowa mogło być z jego strony brawurą.

 

– Tak, tak – potwierdził gorąco Alosza. – Myślałem zupełnie to samo.

– A jeżeli tak, to on jeszcze nie jest straco­ny, mimo że jest w rozpaczy i można go jeszcze ocalić. Poczekaj pan! A czy mówił jeszcze panu coś o pieniądzach, o trzech tysiącach?

– Nie tylko mówił, ale to jest prawdopo­dobnie główna przyczyna jego rozpaczy. Mówił, że zgubiony jest na honorze, a więc już i tak wszystko jedno – odrzekł z zapałem Alosza, czu­jąc, że zbawcza nadzieja wstępować zaczyna w jego serce i że może istotnie jest jeszcze ja­kiś ratunek dla jego brata. – Ale czy wie pani całą prawdę o tych pieniądzach? – dodał, urywając nagle.

– Wiem już dawno i to dokładnie. Telegrafowałam do Moskwy, pytając, i dowiedziałam się, że pieniądze wcale nie nadeszły. Wie­działam, że ich nie wysłał, ale milczałam. Po­stawiłam sobie jeden tylko cel. Niech się on raz dowie, kto mu jest najwierniejszym przyjacielem. On mi wierzyć nie chce. Patrzy na mnie tylko jako na kobietę, a nie chce widzieć we mnie człowieka. Cały tydzień męczyłam się myślą, co zrobić, żeby on się mnie nie wstydził utra­tą tych trzech tysięcy. Niech się wstydzi sam przed sobą, przed ludźmi, ale nigdy przede mną. Wszakże się Boga nie wstydzi, gdy Mu wszystko wyznaje. Dlaczego on nie wie, że gotowa je­stem dla niego znieść wszystko. Jak on może o tym nie wiedzieć? Po wszystkim, co między nami zaszło. Ja go chcę uratować raz na za­wsze. Dlaczegóż nie wahał się powiedzieć wszyst­ko panu, a mnie nie? Czyż dotąd nie zasłużyłam przynajmniej na tyle zaufania? – Ostatnie słowa wymówiła ze łzami, które się jej nagle z oczu puściły.

– Czuję się jeszcze w obowiązku – dodał drżącym głosem Alosza – opowiedzieć pani, co zaszło przed chwilą pomiędzy nim a ojcem. – Tu opisał szczegółowo całą scenę, jak go Dymitr po­słał do ojca po pieniądze, a potem sam wpadł niespodzianie i ojca skaleczył, polecił mu jeszcze raz po tym wszystkim pokłonić się Katarzynie. – A teraz poszedł znów do tej kobiety – dodał ci­cho Alosza.

– A panu się zdaje, że ja nie zniosę my­śli o tej kobiecie, i on to samo myśli. A prze­cież… – Tu Katarzyna roześmiała się nerwowo. – Przecież… się z nią nie ożeni. Czyż może Karamazow podlegać wiecznie jednej i tej samej namiętności? Bo to nie miłość, to szał. A zre­sztą, nie ożeni się z nią, bo ona sama za niego nie pójdzie – dodała ze szczególnym uśmiechem.

– Może się jednak i ożeni – odrzekł nie­pewnie Alosza, spuszczając oczy.

– A ja panu mówię, że się nie ożeni. Ta dziewczyna to anioł. Pan jeszcze nic nie wie! – zawołała Katarzyna z niezwykłym zapałem. – To wszystko jak baśń czarodziejska! Ta kobieta to czarodziejka, ale przy tym dobra, uczciwa, szlachetna. Cóż pan tak na mnie patrzy? Jakby się pan dziwił i niczemu nie wierzył. Agrafio Aleksandrowna! Aniele drogi! – zawołała nagle przez drzwi do przyległego pokoju – wejdź pani, proszę, to przyjaciel, to Alosza Fiodorowicz, który jest we wszystko wtajemniczony. Niech mu się pani pokaże.

– Właśnie czekam tylko na wezwanie – dał się słyszeć miękki, dźwięczny głos kobiecy, brzmią­cy przesadną może trochę słodyczą.

Podniosła się portiera i we drzwiach uka­zała się Grusza we własnej osobie, rozradowana i uśmiechnięta. Alosza uczuł, jakby mu się coś wewnątrz przewróciło. Wlepił w nią oczy i oder­wać ich nie mógł. Więc to ma być owa straszna kobieta, to „zwierzę”, jak ją przed pół godziną jeszcze nazwał brat Iwan. Na pierwszy rzut oka była to zupełnie zwyczajna kobieta, prawda, że ładna i miła, ale podobna do tysiąca innych i ła­dnych, i miłych. Ładna była istotnie bardzo, bar­dzo, w typie czysto rosyjskim.

Wysoka, chociaż trochę niższa od Katarzyny Iwanowny, która była niezwykle wysokiego wzro­stu, pełna, o ruchach miękkich, płynnych, nace­chowanych tą samą szczególniejszą słodyczą, ja­ka brzmiała w jej głosie. Weszła do pokoju, nie jak poprzednio Katarzyna, pewnym i śmiałym kro­kiem, ale wsunęła się raczej, tak cicho i miękko, że nie słychać było wcale odgłosu jej kroków. Miękko opadła na fotel i miękko otuliła się swoim kosztownym czarnym jedwabnym szalem, przysła­niając nim śnieżnobiałą szyję i mocne, sze­rokie ramiona. Miała lat dwadzieścia dwa i wyglądała na ten wiek. Twarz miała cokolwiek za szeroką i dolną szczękę jakby trochę naprzód wysuniętą.

Górna warga była zupełnie cienka, dolna znacznie grubsza, wydatna i jakby spuchnię­ta. Za to prześliczne bujne kasztanowate wło­sy, ciemne sobole brwi i przepiękne szaroniebieskie oczy na tle śnieżnobiałej cery o blado­różowych refleksach zwróciłyby na nią uwagę najobojętniejszego przechodnia i zostałyby mu na długo w pamięci. Aloszę uderzył przede wszystkim dziecięco naiwny, prawie dobroduszny wy­raz jej twarzy. Podeszła do stołu, pogodna, patrząc przed siebie, jak dziecko, które się czemś bardzo raduje i jest czegoś bardzo ciekawe; wi­dok jej radował wprost duszę i Alosza to czuł.

Było w jej urodzie jeszcze coś, nad czym Alosza nie mógł czy nie chciał się zastanawiać.

Oto pod tymi miękkimi, cichymi, niemal kocimi ruchami, pod tym czarnym jedwabnym szalem, czuć było młode, świeże, jędrne kształty Wenus Milońskiej, w cokolwiek może grubszych zary­sach. Wprawdzie wytrawny znawca kobiecej piękności przepowiedziałby niezawodnie, że oko­ło trzydziestego roku życia ta uroda, tak dziś ponętna i kwitnąca, przestanie być harmonijna, rozleje się w nadmiernej otyłości, że rysy zgru­bieją, skóra na czole i powiekach pokryje się przedwczesnymi zmarszczkami, a na świeżą, de­likatną twarz wystąpią piegi i plamy. Słowem, była to uroda przelotna i krótkotrwała, jaką spo­tyka się aż nazbyt często między rosyjskimi kobietami. Aloszy, oczywiście, nic podobnego na myśl nie przychodziło; ale mimo że oczarowany widokiem Gruszy zapytywał sam siebie z pe­wnym niesmakiem, dlaczego ta kobieta przecią­ga tak niemiłosiernie głoski i słowa i nie chce mówić naturalnie. Robiła to najwidoczniej umyśl­nie, znajdując dziwne upodobanie w takim spo­sobie mówienia.

Był to, prawdopodobnie, zły nawyk świadczący o jej pochodzeniu z niższych sfer towarzyskich i fałszywym pojmowaniu dystynkcji. Ta nienaturalność i przesada sprzeczały się dzi­wnie z naiwnym i pogodnym wyrazem twarzy i dziecięcym jej wzrokiem. Katarzyna posadziła ją obok siebie i ucałowała kilkakrotnie uśmiech­nięte jej usteczka. Wyglądało to, jakby się w niej sama zakochała.

– Posłuchaj pan – rzekła do Aloszy – widzimy się dziś z nią po raz pierwszy. Dawno ją chciałam poznać i chciałam sama iść do niej, ale ona uprzedziła mnie i przyszła tu na pierwsze wezwanie. Wiedziałam z góry, że my się z sobą zrozumiemy i naprawimy wszystko. Serce mi to mówiło. Wszyscy mi odradzali ten krok, ale ja przeczuwałam, że się to na dobre obróci i nie omyliłam się. Gruszeńka wyjaśniła mi wszystko, zleciała tu, jak dobry anioł, przynosząc spokój i szczęście.

– Pani nie pogardziła mną – zaszczebiotała śpiewnie Gruszeńka ze swym pogodnym, dzie­cięcym uśmiechem.

– Zabraniam ci mówić takie słowa, czarodziejko urocza! Pogardzać tobą? Za karę po­całuję jeszcze raz te słodkie usteczka, jakby spuchnięte od pocałunków, ot tak, jeszcze i jesz­cze. Popatrz pan na jej uśmiech, Alosza Fiodorowiczu, popatrz na tego anioła, serce się raduje na jej widok.

Alosza zarumienił się i zadrżał lekko.

– Psujecie mnie, miła pani – zadzwoniła znów Gruszeńka – a ja może całkiem niewarta jestem waszych pieszczot.

– Niewarta! Ona niewarta! – zawołała z ogniem Katarzyna. – Posłuchaj pan, Alosza Fiodorowiczu, i dowiedz się, kogo masz przed sobą. Mamy wprawdzie kapryśną, samowolną główkę, ale przy tym dumne, szlachetne serduszko. Mamy swój honor i szlachetne uczucia. Skrzywdzono nas niegdyś. Był pewien młody człowiek, także oficer, dla którego nasza Gruszeńka gotowa była poświęcić wszystko i wszystko przynieść w ofie­rze. Człowiek ten niewart był takich uczuć, a może był tylko lekkomyślny, dość, że porzucił ją i ożenił się z drugą. Działo się to już pięć lat temu. Teraz owdowiał, napisał, że tu przyjedzie. I Gruszeńka będzie znów szczęśliwa, bo przez całe pięć lat jego tylko kochała i była bar­dzo, bardzo nieszczęśliwa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?