Zielona mumiaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fergus Hume

Zielona mumia

przekład anonimowy

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst wg edycji:

Fergus Hume

Zielona mumia

Lwów-Nowy Jork 1908

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-868-6

I. Zakochani.

— Oburzona jestem na pana!

— I za cóż to, wielki Boże?

— Za to, że poważyłeś się kupować mnie za pieniądze!

— Byłoby to przecież niemożliwe, jesteś bez ceny w moich oczach.

— A przecież za tysiąc funtów!

— Stokrotnie większa nawet kwota nie wystarczyłaby nigdy na zrównoważenie setnej części wartości jaką przedstawiasz dla mnie, Lucy.

— Wszystko to bardzo ładnie brzmi, nie zmieni jednak faktu, żeś ofiarował za mnie tysiąc funtów.

— Czyż nie znajdziemy przyjemniejszego tematu do rozmowy, od tej gminnej kwestyi pieniężnej.

— O czemże mamy mówić?

— O miłości! droga Lucy. Widzisz to niebo błękitne jak twoje oczy, to słońce błyszczące jak twoje włosy...

— I palące jak miłość twoja — wiem już z góry, co mi powiesz.

— Nie wierzysz więc w miłość moją?

— Owszem. Aż do wysokości tysiąca funtów.

— Jesteś kobietą Lucy, nie podobna więc walczyć z tobą rozumowaniem. — Wiesz przecie ze nie kupiłem Cię wcale, a tylko pożyczyłem twemu ojczymowi tysiąc funtów, za co pozwolił mi starać się o twoją rączkę.

— Nie miał żadnego prawa pozwalać albo nie pozwalać! Jest tylko przecie moim ojczymem. Dziwię się, że prosiłeś go o to niepotrzebne zezwolenie.

Widząc, że nie dojdzie do ładu z dziewczyną dopóki jej wszystkiego nie opowie, Archibald Hope zdecydował się zdać dokładnie sprawę narzeczonej ze sposobów w jaki zdobył sobie jej rękę.

— Gdy oświadczyłem profesorowi, że chcę się z tobą żenić, odpowiedział mi, że daleko by wolał, abyś została żoną barona Random, niż takiego malarza bez grosza jakim ja jestem. Zwróciłem wówczas jego uwagę, że to ja cię kocham a nie Random, że zresztą Random pojechał właśnie swoim jachtem w daleką podróż, która Bóg wie jak długo potrwa, podczas kiedy ja jestem na miejscu. Po głębszym namyśle profesor powiedział mi, że da mi możność zdobycia twojej ręki.

— Co przez to rozumiał?

— Wiesz do jakiego stopnia ojciec twój rozmiłowany jest w mumiach.

— Wiem, to przecie egiptolog.

— A właśnie. — Uczony jest bardzo i dziwię się, że nie ma tyle sławy i uznania na ile zasługuje.

Otóż wracając do rzeczy, ojczym twój wyznał mi, że pragnie gorąco nabyć mumię peruwiańską, o której wie, że jest na sprzedaż za tysiąc funtów. Mumia ta ma być obandażowana zielonemi wstążkami i zamknięta w zielonej skrzynce.

— Wiem już, wiem — po nią to posłał ojciec Boltona do Malty przed sześciu tygodniami.

— Tak. Sydnej Bolton jest tak samo zwaryowany na punkcie mumii, jak twój ojczym. — Otoż zdobyłem te pieniądze i ofiarowałem je profesorowi, a wówczas on zezwolił na nasze zaręczyny i na ślub nasz, który ma się odbyć za pół roku.

— Czy przynajmniej jesteś pewien, że w ciągu tych sześciu miesięcy nie rozporządzi inaczej moją ręką?

— Zmienna jesteś jak chorągiewka Lucy. Przed chwilą mówiłaś, że pozwolenie to jest całkiem zbyteczne, a teraz boisz się, aby ci go nie cofnął?

— Lubię dosyć profesora — odparła dziewczyna. — Był zawsze dla mnie bardzo dobry, pomimo swoich dziwactw. Przekonana jestem przecież, że będzie uszczęśliwiony skoro się mnie raz z domu pozbędzie. Pojedzie wtedy natychmiast ze swoim Boltonem, do jakiegoś tajemniczego grobu, o którym ciągle marzy.

— Ta wyprawa kosztować go będzie więcej niż tysiąc funtów. Na szczęście to już nie nasza rzecz. Dajmy zresztą pokój profesorowi i jego mumiom, kiedy Bogu dzięki jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.

— To prawda! Jak to przecie dobrze, że przez całe sześć miesięcy, nikt nam spokoju nie zakłóci.

— Co pięć minut zmieniasz zdanie droga Lucy, widzę, że nie można liczyć na twoją stałość.

— Czy wolałbyś abym się stała podobną do wdowy Bolton, która od dwudziestu pięciu lat zdania nie zmieniła? Oto właśnie zbliża się tu jak sztandar żałobny.

Wdowa Bolton była matką Sydneja Bolton, sekretarza profesora Bradock. Straciwszy przed dwudziestu pięciu laty męża, nosiła po nim grubą żałobę, z tego powodu wszyscy w okolicy nazywali ją wdową Bolton, z czego zresztą była bardzo dumną.

Mimo tak bezprzykładnej wierności dla zgasłego małżonka, wdowa Bolton wygłaszała chętnie opinie bardzo niepochlebne dla rodu męskiego. — I teraz spotkawszy młodą parę zauważyła grobowym głosem:

— Och! moi młodzi państwo cieszycie się teraz pierwszą miłością, ale to prędko minie.

— Dla nas nigdy nie minie — odparła Lucy lekko urażona.

— To samo mówiliśmy nieboszczyk mój Aron i ja, a przecież w sześć miesięcy po ślubie mąż mój bił mnie żelazkiem do prasowania. Wszyscy mężczyźni są jednacy.

— Ładną ma pani o nas opinię — zaśmiał się Archie.

— Bo żyję długo i dużo widziałam mój młody panie. Wszyscy mężczyźni to łotry, moja panienko — dodała zwracając się do Lucy.

— A syn pani Sydnej? przecież go pani nie nazwiesz łotrem?

— Byłby nim niezawodnie gdyby tylko mógł, bo podobny jest jak dwie krople wody do mojego Arona.

— Wstydziła by się pani mówić tak, o własnym synu. — Sydnej jest bardzo porządnym chłopcem i mój ojciec bardzo go ceni, inaczej nie posłałby go do Malty. Obaczy pani ile ciekawych historyi opowie nam za powrotem.

— Jeżeli tylko powróci — jęknęła grobowo stara.

— Dlaczego pani tak mówisz?

— Z pewnością wdzięczną jestem panu profesorowi, że dał edukacyę memu synowi i nauczył go, jak ma chodzić koło zakamforowanych nieboszczyków, chociaż ja sama nie patrzyłabym za nic w świecie na te maszkary. Ale po tem, co mi się dziś śniło, wiem dobrze, że darmobym czekała na powrót mego chłopca.

— Cóż się pani takiego śniło? — pytała ciekawie Lucy.

— Okropne rzeczy panienko. Wojna, mordy, krew. Widziałam mego Sida jak leżał w grobie z harfą w ręku i grał na niej, jak grają aniołowie.

— Tak, tak — mówiła dalej, otulając się swoim wytartym szalem. — Widziałam mego Sida jak leżał w trumnie, piękny jak cherubin, a ciało miał posiekane na kawałki.

— Jak pani może pleść takie głupstwa! — zawołał Archie z gniewem, widział bowiem, że gadanina starej wywierała wrażenie na Lucy, która zbladła jak ściana i zdawała się być blizką omdlenia.

— Czarownica z Endor mówiła mi, że taki sen musi się sprawdzić.

— Niech dyabli porwą czarownicę z Endor razem z jej głupiemi proroctwami! Weź pani tych kilka pensów — dodał, wręczając wdowie Bolton srebrną monetę — i zapij w szyneczku twoje troski a przestaniesz nam zawracać głowę swoimi snami. Wiemy przecież wszyscy, że Bolton powróci tu za parę dni, razem z mumią. To sprytny chłopak i można być pewnym, że da sobie radę w każdem położeniu.

Wdowa Bolton przyjęła z dygnięciem ofiarowane sobie pieniądze, ucieszona widocznie nadzieją paru szklaneczek grogu, którym miała zamiar uraczyć się w poblizkiej szynkowni.

— Dobry pan jesteś, panie Hope — rzekła do narzeczonego Łucyi — jak przywiozą tu ciało mego syna, to pan przyjdziesz na pogrzeb! Prawda?

To rzekłszy podreptała w stronę gospody.

— Kracze złowrogo jak wrona — zawołała po jej odejściu Lucy oburzona tak niedorzecznem przypuszczeniem, wygłoszonem przytem z taką obojętnością. — Trudno doprawdy uwierzyć, że ta stara waryatka może być matką tak miłego i inteligentnego chłopca jak Bolton.

— Sidnej zawdzięcza wszystko profesorowi, dzięki jemu tylko stał się tem, czem jest obecnie. Przed dziesięciu laty był to zwyczajny włóczęga bez wykształcenia.

Dziś prezentuje się doskonale i nie dziwiłbym się wcale gdyby został mężem pani Jascher.

— Tylko że pani Jascher wolałaby mego ojczyma — zauważyła Łucya.

— Za to on nie zwraca na nią żadnej uwagi. Gdyby była mumią traktowałby ją o wiele lepiej. Tak jak jest, zdaje się jej wcale nie widzieć.

— Nie mów tego z taką pewnością — zauważyła Łucya. — Pani Jascher jest bardzo powabną, a przytem ma pieniądze. — Kto wie jak się to skończy.

— Widzę, że chcesz bawić się w swaty, ale chodźmy już bo spóźnimy się na obiad.

— Archie — spytała po chwili Łucya — czy wierzysz w sen pani Bolton?

— Wierzę w to, że się upiła i miewa halucynacye. Bolton powróci tu za dni parę zdrów i cały a ty droga nie zaprzątaj sobie głowy paplaniną starej pijaczki.

— Wołałabym jednak aby mi nie opowiadała takich rzeczy — rzekła Łucya ze drzeniem w głosie.

II. Profesor Bradock.

Znany miłośnik i znawca starożytności profesor Bradock, mieszkał wraz ze swą pasierbicą Łucyą we wsi Gartleg, w starym opustoszałym domu.

Dom ten wynajmował profesor za bardzo nizką cenę, a to dlatego, że nikt inny mieszkać w nim nie chciał z powodu, że okolica była błotnista i niezdrowa. Budynek to był okazały, ale bardzo brzydki, za to wygodny wewnątrz.

Zbudowany z czerwonej cegły obramowanej białym kamieniem, położony był trochę za wioską, niedaleko gościńca łączącego Gartleg z sąsiednim fortem, gdzie mały oddział wojska stał zawsze załogą.

 

Profesor urządził sobie na parterze (dom był trzypiętrowy) całe muzeum starożytności i wykopalisk egipskich i peruwiańskich, tam też zainstalował swój gabinet do pracy.

Jadał i sypiał pośród swoich mumii i hieroglifów, ukazując się bardzo rzadko w sali jadalnej, położonej na pierwszem piętrze. Profesor nie był bogaty, i sam się chętnie przezywał gołym mędrcem. Pozbawiony zupełnie zmysłu praktycznego, wiecznie roztargniony i zamyślony, zaniedbywał się w ubraniu, zapominał o jedzeniu, słowem żył w jakimś świecie zupełnie odrębnym, obojętny na codzienne wypadki życia. Trudno było zrozumieć, jakim sposobem taki człowiek mógł się ożenić, a przecież stało się to przed piętnastu laty.

W tym czasie profesor Bradock został mężem dość młodej jeszcze i dosyć majętnej wdowy, która była matką pięcioletniej córeczki imieniem Łucya. Po pięcioletniem pożyciu matka Łucyi umarła zostawiając profesorowi dożywotnią rentę pięciuset funtow, reszta jej majątku przypadała w dziedzictwie córce.

Wtedy to profesor osiedlił się w Gartleg oddawszy poprzednio pasierbicę na pensyę, gdy zaś Łucya dorosła, zabrał ją do siebie, oddał jej klucze od gospodarstwa, wyznaczył miesięczną pensyę i wrócił do swoich egipskich badań, którym się oddał z większym niż kiedykolwiek zapałem.

Pewnego dnia Łucya spodziewając się na obiad pani Jascher, nadobnej wdowy, która była najbliższą ich sąsiadką, pobiegła na dół do ojczyma prosząc go, aby ogarnął się cokolwiek i przyszedł zjeść obiad wspólnie z niemi.

Otrzymawszy żądane przyrzeczenie, Łucya wróciła na górę i zajęła się wykwintniejszem przybraniem stołu, który suto ustroiła kwiatami. Sama szczęśliwa miłością swą dla Archibalda, pragnęła uszczęśliwiać wszystkich dokoła, na pierwszym zaś planie postanowiła połączenie ojczyma swego z panią Jascher, która zdawała się gorąco pragnąć tego związku.

Urocza wdówka przybyła punktualnie na zaproszenie, a zamiast udać się na górę, weszła odważnie do jaskini lwa, czyli innemi słowy, wstąpiła do pracowni profesora.

Bradock siedział z lupą przy oczach całkiem pogrążony w studyowaniu jakiegoś egipskiego skarabeusa. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na wchodzącą, która nie obraziła się tem wcale, przyzwyczajoną będąc do dziwactw uczonego. Usiadła więc naprzeciw niego i przypatrywała mu się równie uważnie jak on badanemu żukowi.

Pani Jascher wyglądała najwyżej na lat 30, mimo że metryka jej wykazywała ich już 45. Rysy miała delikatne, kształty powabnie zaokrąglone, oczy duże o powłoczystem wejrzeniu i bujne ciemne włosy cokolwiek pokręcone. Słowem w całości przedstawiała się jako kobieta wcale piękna, może nawet bardzo piękna, gdyby nie to, że była nieco za mała w stosunku zwłaszcza do rosnącej z wiekiem tuszy.

Profesor Bradock wyglądał także bardzo młodo na swoje lata. Miał ich już 50 z okładem, a niktby tego po nim nie poznał, tak świeżą miał cerę, tak żywe i błyszczące oczy. Średniego wzrostu i tuszy, miał piękne myślące czoło, oczy niebieskie jak turkusy, ręce i nogi drobne jak u kobiety. Dolna tylko część twarzy nie harmonizowała z całością; było w niej coś brutalnego, a szczęka dolna wysunięta naprzód i silnie rozwinięta, byłaby raczej na miejscu w twarzy cyrkowego atlety nie zaś człowieka oddanego wyłącznie nauce.

— Nie musi być łatwym w pożyciu — myślała pani Jascher, a gdybym wyszła za niego żyć bym musiała wciąż wśród tych egipskich nieboszczyków, których towarzystwo nie nęci mnie bynajmniej. Za stara już jestem na takie próby.

Srebrne wygładzone zwierciadło wiszące na przeciwległej ścianie odbijało wdzięczną jej postać jak niegdyś zalotnych Egipcyanek z których grobu było dobyte. Patrząc w nie pani Jascher musiała przyznać sama, że jest jeszcze bardzo ponętną i uśmiechnęła się z lekka na myśl, jak dalece przymiotnik »stara« nieodpowiednim był w zastosowaniu do niej.

Poruszyła się z wdziękiem szeleszcząc fularową suknią, z której wydzielała się delikatna woń chińskiej perfumy.

Perfumy te otrzymywała urocza wdówka, prosto z Chin od jednego z przyjaciół zmarłego jej męża. I nikt w całej Anglii nie używał podobnych. Woń ich była bardzo przyjemna, a tak charakterystyczna dla pani Jascher, że znajomi jej utrzymywali, że poznać by ją mogli po nich wśród największej ciemności, lub pod najdziwaczniejszem przebraniem.

Profesor podniósł wreszcie wzrok od mistycznego skarabeusa i raczył zauważyć obecność swego gościa. Powstał wtedy z miejsca i postąpił na spotkanie wdowy, która wstała także wyciągając ku niemu rękę.

Stojąc tak naprzeciw siebie, wyglądali jak dwie figurynki saskie zdjęte na chwilę z etażerki.

— Czy pani do nas na obiad? — pytał bez wstępu profesor.

— Lucy zaprosiła mnie od tygodnia, czyż byś pan o tem nie wiedział — odparła wdowa lekko urażona tą krótką pamięcią swego wielbiciela.

— Czy tak? A to zjesz pani doskonały obiad, bo Lucy jest wyborną gospodynią chociaż jest bardzo uparta. Wyobraź pani sobie, że pasierbica moja nie chciała w żaden sposób sporządzić egipskiej potrawy, której przepis znalazłem w jednym z papirusów.

— I doskonale zrobiła — zawołała żywo pani Jascher. — Nie mam zupełnie zaufania do tych egipskich specyałów, tak samo jak nie pragnęłabym wcale zostać mumią zanim moja godzina nadejdzie.

— A jednak jakaby to z pani była w spaniała mumia! Z jaką przyjemnością podjąłbym się balsamowania ciała pani po śmierci, o ile by pani nie wolała zostać spaloną w piecu kremacyjnym.

— Okropny pan jesteś — zawołała pani Jascher, blednąc mimowoli. Widzę, że zapakowałby pan mnie bardzo chętnie do jednego z tych ohydnych sarkofagów.

— Ohydne sarkofagi! — krzyknął profesor z oburzeniem, które nie wróżyło pomyślnego końca rozmowy, gdyż uczony był niezmiernie prędki i zapalny jak siarka. — I pani śmiesz się tak wyrażać o arcydziełach starożytnej kultury? I cóż cię upoważnia do tego, atomie mułu i gliny?

Na szczęście w tej chwili właśnie wpadła Lucy z Archibaldem, wołając że obiad na stole.

— Ratuj mnie pan! — zawołała wdówka, ujmując ramię Archibalda. — Profesor chce mnie za życia balsamować!

III. Tajemniczy grób.

W domu profesora znajdowała się jeszcze jedna dziwaczna istota, wyglądająca tak fantastycznie jak gdyby jedno z bóstw wyrzeźbionych na sarkofagach zstąpiło nagle pomiędzy żyjących.

Był to Kanak, pochodzący z wysp Polinezyjskich, którego Bradock przywiózł z jednej ze swych podróży. Dziwny ten człowiek był właściwie karłem o długich muskularnych rękach i krótkich mocnych nogach. Cerę miał jasno-bronzową jak wszyscy Polinezyjczycy, a ciało jego było tatuowane w rozmaite desenie mające, jak twierdził profesor głębsze symboliczne znaczenie. Twarz miał wcale piękną, mianowicie wspaniałe oczy, czarne jak aksamit i bardzo melancholijne. Najbardziej zaś uderzała w nim strzępiasta kędzierzawa czupryna, pomalowana na kolor płomienno żółty jakąś szczególną farbą, której sekret on sam tylko posiadał.

Z powodu tego żółtego czuba, przezwano go Kakatoes i w istocie ubrany całkiem biało z swoją żółtą głową przypominał australijskie papugi noszące to miano.

Kakatoes pochodził z wysp Salomona w Australii; w dziecinnym jeszcze wieku sprzedany został przez ludzi swego plemienia do robót na plantacyach. Tam poznał go profesor, a wykupiwszy wziął do siebie jako służącego. Kakatoes umiał już wtedy po angielsku, a przywiązał się tak do swego nowego pana, że nie chcąc go opuszczać popłynął wraz z nim do Europy.

Obcując wciąż z ludźmi oświeconymi, przejął od nich pewną zewnętrzną cywilizacyę, zachował jednak zawsze na dnie wrodzoną dzikość, która wybuchała niekiedy na zewnątrz w atakach strasznego gniewu. Wtedy jedno słówko profesora wystarczało aby go uśmierzyć; poza tem jednak nikt inny nie miał na niego wpływu. Bradocka czcił jak bóstwo i był mu na skinienie posłuszny.

Spędzał też całe dnie w muzeum profesora, utrzymując w porządku jego zbiory, lecz niedopuszczany był do innych usług, bo Lucya miała do niego odrazę i niepozwalała mu stanowczo uwijać się po pokojach górnych pięter. W rzadkich tylko wypadkach usługiwał przy stole, najczęściej wtedy gdy był kto z gości.

Tak też było i dziś. — Kakatoes roznosił cicho i zręcznie półmiski, czujny na każde życzenie biesiadników. Pani Jascher dzieliła wstręt Łucyi do niego i obie usuwały się ze wstrętem ile razy przechodząc otarł się o ich suknie.

— Nie znoszę tego karła! — szepnęła pani Jascher gospodarzowi — po prostu wzdrygam się ile razy do mnie się zbliży.

— Uprzedzenie, łaskawa pani — odparł Bradock. — Korzysta przecież pani z usług domowych zwierząt — a czemże jest on innem jeśli nie cywilizowanem zwierzęciem.

— Może być czasem niebezpieczny.

— Wtedy tylko gdy w złość wpadnie, ale w takich nawet chwilach ulega mojej władzy.

— Prawdę mówiąc — zauważył wesoło Hope — byłby o wiele wyżej na swojem miejscu obsługując ucztę ludożerców.

— Nie mów tak, bo wstanę od stołu — zagroziła Łucya.

— Ależ owszem, możemy rozmawiać o czem innem naprzykład o tutejszej okolicy, która nie jest wcale wesoła. Nie rozumiem doprawdy co może tu robić tak światowa jak pani osoba — dodał zwracając się do pani Jascher.

— Jest widocznie jakiś magnes, który mnie tu przyciąga — odparła zalotnie wdowa rzucając powłóczyste spojrzenie w stronę profesora. — Żart na stronę — dodała po chwili — dworek mój jest bardzo miły, a płacę bardzo tanio za jego najem.

Teraz zmuszoną jestem oszczędzać się, bo mąż mój który był konsulem w Chinach nie zostawił mi żadnego majątku. Wkrótce jednak położenie moje zmieni się, czeka mnie bowiem znaczne dziedzictwo po bracie.

Łucya słuchała z pewnem zdziwieniem tych wynurzeń zalotnej wdowy.

Profesor za to nie zwracał na nie uwagi kreśląc z roztargnieniem jakieś hieroglify widelcem po obrusie.

— Czy to już koniec obiadu? — spytał nagle Łucyę — bo jeżeli tak, to pójdę do siebie. Mam dziś bardzo wiele do roboty. — Ileż to skarbów mieści w sobie ten stary Egipt! Naprzykład grobowiec królowej Tahazar, ulubionej żony biblijnego Faraona.

— Tego co zginął w Morzu Czerwonem? — spytał naiwnie Hope.

— Właśnie tego — tylko że stało się to w jakiś czas dopiero po śmierci królowej Tahazar. Znalazłem w muzeum w Kairze ciekawe dokumenta, które dowodzą, że królowa ta pochowaną została w Etiopii, ze wszystkimi swoimi klejnotami i z częścią skarbów króla Faraona. Znajdować się tam mają również dokumenta nieoszacowanej wartości. Cóż kiedy taka wyprawa kosztowałaby najmniej 5000 funtów — westchnął profesor wstając od stołu i chodząc wielkimi krokami po pokoju. Widocznem było, że zapomniał zupełnie o obiedzie i gościach.

— Bardzobym chciała widzieć te egipskie klejnoty — mówiła pani Jascher. — Skoro tylko odziedziczę spadek po bracie pożyczę panu pieniądze na tę wyprawę.

— Czy tak? — rzekł żywo Bradock. — W takim razie chwytam panią za słowo. — Mówiąc to chwycił rękę wdowy ściskając ją z całej mocy.

— Ależ owszem, nie cofam się — odrzekła wdowa trochę jednak zmieszana tak obcesową propozycyą.

Łucya była bardzo niezadowoloną z takiego obrotu rozmowy.

— Siadaj ojcze! — rzekła niecierpliwie — i skończ wreszcie obiad. Będziesz miał i tak dość do roboty, skoro ci przywiozą twoją mumię.

— Jaką mumię? — zapytał z roztargnieniem profesor, nabierając śmietany.

— Mumię peruwiańską Inka...

Inka Kaksas. A tak, Sidnej przywiezie mi ją wkrótce z Malty. Gdy odwinę ją z zielonych powijaków znajdę...

Tu profesor zatrzymał się nagle.

— Cóż pan tam znajdzie? — pytał Archie, widząc, że profesor nie kończy rozpoczętego zdania.

Bradock spojrzał na niego z ukosa.

— Prawdopodobnie znajdę tam zupełnie nowy przepis balsamowania ciał na sposób peruwiański.

Archie był prawie zupełnie pewny, że profesor nie powiedział prawdy i ukrywa coś przed nimi.

— No! odbyłem wreszcie tę pańszczyznę — rzekł Bradock, wstając od stołu i kierując się ku drzwiom. — Chodź Kakatoes! czas już nam zabrać się do roboty.

I odszedł nie zadając sobie trudu usprawiedliwienia się przed panią Jascher. Kakatoes poszedł za nim.