Greenpoint

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział II. Nowoczesność

Na ulicach słychać język holenderski, na Manhattan wiosłuje się z towarem w dni targowe. Greenpoint to wioska.

Aż do 1827 roku, kiedy Mary, dziedziczka Meserole’a, wychodzi za mąż za Neziaha Blissa, jankeskiego przedsiębiorcę z Connecticut, współwłaściciela fabryk parowców w Filadelfii i Cincinnati oraz producenta silników okrętowych w Nowym Jorku. Bliss przyjaźni się z Robertem Fultonem i podziwia jego parowe wynalazki. Jest wyznawcą postępu, przemysłu i poszukiwaczem okazji. Spogląda na Greenpoint i widzi Eldorado.

Przekopano właśnie kanał Erie. Bliss rozumie, że Nowy Jork będzie wkrótce najważniejszym portem handlowym Ameryki i że zmieni to funkcję miasta. Na Manhattan będą przypływać statki z towarami, a stocznie zostaną zepchnięte do Brooklynu.

W 1832 roku razem ze wspólnikiem, Eliphaletem Nottem, kupuje dwanaście hektarów ziemi od rodziny Meserole oraz rolnicze tereny wzdłuż zatoki Newtown.

Dzięki małżeństwu z Mary jest realnym właścicielem Greenpointu. Zaczyna budować miasto. Dzieli ziemię na działki i czeka na inwestorów, wyznacza nowe ulice. Począwszy od Newtown Creek, oznacza je kolejnymi literami alfabetu. Pod koniec XIX wieku ulice te mają już nazwy, kolejno: Ash, Box, Clay, Dupont, Eagle, Freeman, Green, Huron, India, Java, Kent, Milton, Noble, Oak i Quay, z wyjątkiem ulicy L, na którą mówi się po prostu Greenpoint. Nazwy te nie są przypadkowe – Huron, India, Java to ważne dla Brooklynu kontakty handlowe, Ash, Box i Clay nawiązują do manufaktur na północy półwyspu. Państwo Meserole-Bliss mieszkają między ulicami I oraz J. Równolegle do nabrzeża, od Williamsburga po Newtown Creek, biegnie teraz nowa arteria – Union Avenue, aleja Zjednoczenia.

Mimo inwestycji Greenpoint wciąż jest miejscem trudno dostępnym; mieszka tu mniej niż sto osób. Potrzeba mostu łączącego dzielnicę z leżącym na południu miejskim Williamsburgiem i regularnej przeprawy promowej na Manhattan.

W 1839 roku Bliss inwestuje osiemset dolarów w most i przeprawę. Miejska legenda głosi, że są to jego ostatnie pieniądze. Most nad zatoką Bushwick okazuje się kluczowy w historii Greenpointu. Kończy zarazem tutejsze intensywne życie przyrodnicze.

Mniej więcej w 1885 roku Union Street zmienia nazwę na Manhattan Avenue. Na Manhattanie aż do początków XXI wieku trudno będzie znaleźć miejsce, którego nazwa podkreślałaby związek wyspy z kopciuszkiem Brooklynem.

Miasto, masa, maszyna

John Englis jest cenionym nowojorskim inżynierem, kiedy Neziah zaprasza go na Greenpoint i zleca budowę pierwszej stoczni. Aż do 1911 roku John Englis and Sons pozostanie największą stocznią na półwyspie. Stany Zjednoczone nawiązują kontakty handlowe z Chinami, w Kalifornii zaczyna się gorączka złota, wszyscy chcą drewnianych statków.

Po 1850 roku na nabrzeżu East River powstaje dwanaście kolejnych stoczni, które ściągają robotników. Przyjeżdżają z prowincji i z Europy, w tym Irlandii i Niemiec. Adrian Meserole buduje sześćdziesiąt domów, by mogli się w nich osiedlić stoczniowcy.

24 sierpnia 1855 roku „Brooklyn Daily Eagle” tak opisuje przemianę Greenpointu:

Budowa statków przyspieszyła i ta część miasta rozwija się wyjątkowo gwałtownie. Znikają wzgórza i łąki, niebawem miejsce stanie się wspaniałą lokalizacją dla nowych mieszkańców. Widzimy solidne ceglane budynki, które powstały w ubiegłym roku. Szesnaście następnych w budowie. Cztery trzypiętrowe domy ze sklepami na parterze powstają na ulicy Franklina, między ulicą K a aleją Greenpoint. Inwestorem jest pan James Sparrow. Przy tej samej alei pan William Smith wykańcza dziewięć budynków ze sklepami. Obok buduje pan William Ilo.

W 1859 roku między ulicami West i Calyera otwiera się Continental Iron Works, kolejna stocznia, która wejdzie do historii Stanów Zjednoczonych, ponieważ zbuduje pierwszy zamówiony przez US Navy pancernik. Będzie się nazywał USS Monitor i zostanie wysłany na wojnę ze zbuntowanym Południem. Amerykańska marynarka zamówi jeszcze siedem takich pancerników.

W następnych latach sprowadzają się tu odlewnie mosiądzu i żelaza, browary, składy drewna, producenci mebli, kotłów, garnków, porcelany. Rafinerie ropy, cukru i warsztaty mechaniczne. Fabryka ołówków. Z odlewni żelaza spływają elementy konstrukcyjne i ozdobne do manhattańskich wieżowców i rezydencji. Aż do lat osiemdziesiątych XIX wieku na Greenpoincie działa osiemnaście z dwudziestu brooklińskich hut szkła oraz wszyscy producenci porcelany i ceramiki.

W ekspresowym tempie na Manhattan Avenue powstają dwa teatry.

Miasto kładzie szyny dla tramwajów konnych, kopie kanał dla podziemnej kolejki, otwiera szkoły, posterunki policji, szpital. W 1872 roku dziennikarz miejscowej gazety przewiduje, że jeśli chodzi o rozwój przemysłowy – Greenpoint prześcignie wszystkie inne dzielnice miasta.

Zbawienie i przekleństwo

Życie Charlesa Pratta jest przykładem amerykańskiego snu z czasów, kiedy amerykańskie sny dopiero zaczynały się śnić europejskim biedakom. Spełnionego, z dobrym zakończeniem.

Miał biednych rodziców, dziesięcioro rodzeństwa i kiepskie perspektywy. Zatrudnił się w rafinerii, która tłuszcz wielorybi przetwarzała na paliwo lamp olejowych. Był pracowity i oszczędzał.

Popyt na olej stał się w Ameryce tak ogromny, że w połowie stulecia zaczęło brakować wielorybów. Zbawieniem okazała się nafta. Mniej śmierdziała i była mniej łatwopalna. Ruszyły masowe odwierty w poszukiwaniu nowego paliwa. Młody Pratt zainwestował w zachodniej Pensylwanii i wygrał.

W 1859 roku z szybu wywierconego w Titusville wytrysnęła ropa, której Nowy Jork był naturalnym odbiorcą, oczywistą lokalizacją rafinerii zaś – rozwijający się ekspresowo Greenpoint.

Charles Pratt razem z partnerem o nazwisku Rogers budują rafinerię przy 12. Północnej, na styku Greenpointu i Williamsburga. Astral Oil Works, największa i najnowocześniejsza rafineria w kraju, zostaje otwarta w 1867 roku. Naftę Astral Oil reklamuje się jako czystą, bezzapachową i bezpieczną: „Astral Oil nie wybucha”. Wkrótce wypełnia lampy całego świata, a Charles Pratt i jego wspólnik zostają milionerami. Na szczęście dla dzielnicy – oświeconymi.

Pratt jest pobożnym baptystą i uważa, że jego pieniądze powinny służyć także nieuprzywilejowanym. Buduje kościoły, zakłada szkoły. Na brooklińskim Clinton Hill powstaje Pratt Institute, szkoła techniczna dla przeciętnie uposażonych. Pratt uważa, że pracownik zdrowy fizycznie i duchowo pracuje wydajniej niż chory i nieszczęśliwy. Jest to nowatorskie założenie w czasach, gdy większość pracodawców woli zatrudniać na dwunastogodzinne zmiany, sześć dni w tygodniu, za głodową pensję, a po zużyciu wymienić robotnika na zdrowszego.

Na Greenpoincie, na ulicy Franklina, między Java i India, powstaje blok mieszkalny dla kilkuset robotników, przez długie lata awangarda humanitaryzmu. Apartamenty Astralne – ogromny budynek z czerwonej cegły, zdobiony kilkoma rodzajami dekoracyjnego kamienia, z wewnętrznymi dziedzińcami, wymyślnymi wykuszami, łukami i wieżyczkami. W przeciwieństwie do większości ówczesnych kamienic każde z mieszkań ma okna i dostęp do światła, wentylację i kanalizację. Na parterze działa biblioteka i żłobek, na strychu suszarnia. Warunki niewyobrażalne w Lower East Side na Manhattanie, gdzie gnieżdżą się najubożsi robotnicy, głównie emigranci, ale także na Brooklynie, gdzie fabrykanci przez kolejne dziesięciolecia stawiają szeregowe domy z podrzędnego materiału, z ciemnymi pokojami w amfiladzie. Najbliższe „railroad apartments” staną na ulicach India i Java, w cieniu Astral Apartments. Imigranci ze wschodniej Europy nazwą je sabłejami.


Astral Apartments współcześnie

(fot. Jim Henderson/Wikipedia.org)

Sukces Pratta jest solą w oku Johna D. Rockefellera, przedsiębiorcy z Ohio, właściciela naftowego przedsięwzięcia o nazwie Standard Oil. Rockefeller ma opinię brutalnego i nieustępliwego, jeśli chodzi o interesy. Pratt i Rockefeller rywalizują, a potem łączą siły pod banderą Rockefellera. Astral Oil staje się częścią Standard Oil w 1875 roku, czyniąc Pratta najbogatszym mieszkańcem Brooklynu.

Ostatnie małże

Kiedy John Rockefeller zaczyna interesować się rafineriami na nabrzeżach, Charles Primrose, rybak z Greenpointu, wydłubuje małże z Newtown Creek. To delicje, choć jeszcze sto lat wcześniej były najtańszym pożywieniem, karmiono nimi niewolników. Primrose każdego ranka zrzuca krótki trap, drewniane wiaderka, odcumowuje łódkę i niespiesznie kieruje ją w okolicę Maspeth, gdzie na podwodnych skałach żyją ławice małż. Codziennie zbiera dwadzieścia wiader. Ostrygi czyści i przerzuca do gara, dodaje kawałki węgorza i okonia morskiego. Po południu do jego domu na nabrzeżu ściągają mieszkańcy Greenpointu, ponieważ zupa rybna Primrose’a jest bezkonkurencyjna.

Primrose został rybakiem długo przed wojną secesyjną, nadzwyczajny chowder wydaje przez trzydzieści lat. Przestaje w 1870 roku, ponieważ w Newtown Creek nie ma już ani jednej małży, okonie smakują ropą, a kiedy człowiek zanurzy rękę w potoku, wyciąga ją pokrytą gęstą, cuchnącą mazią[9].

Dziesięć lat później również East River jest nie do poznania. Historię małż i Primrose’a opowiada się w następnym stuleciu w szkołach jako zapowiedź katastrofy.

Najdotkliwszy smród świata

Amerykanie chcą nafty, oleju, asfaltu, wazeliny. Manufaktura Roberta Chesebrough na Greenpoincie wypuszcza na rynek „Vaseline”, marka staje się znana na całym świecie. Standard Oil Rockefellera przetwarza jedenaście milionów litrów ropy tygodniowo. Pracuje dla niego dwa tysiące osób.

 

Ze względu na popyt niezbędne są wielkie zbiorniki do przechowywania ropy. Wyrastają na łąkach, a obok nich destylarnie, rurociągi, farbiarnie i zakłady chemiczne produkujące nawóz. Zakłady wypluwają tygodniowo milion litrów odpadów, które się spala lub wpuszcza do potoku. Najczęściej smołę.

Na Greenpoincie śmierdzi, Newtown Creek gęstnieje, a w East River umierają ryby. Robotnicy na Brooklynie milczą, ponieważ boją się o miejsca pracy lub nie mówią po angielsku. Ale gdy wieje zachodni wiatr, śmierdzące chmury dopływają do manhattańskich rezydencji na West Side. W maju 1878 roku stu osiemdziesięciu siedmiu mieszkańców podpisuje petycję do nowojorskiego wydziału zdrowia. Podejrzane są rzeźnie w zachodniej części miasta, ponieważ zapach przypomina wyziewy gotujących się kości. Później okazuje się, że to Greenpoint. Niestety, Brooklyn jest wciąż niezależną jednostką administracyjną, więc jurysdykcja nowojorska tam nie sięga, a jego władzom zależy na szczęściu przemysłowców.

Pod koniec lat osiemdziesiątych w Newtown Creek nie ma już śladu życia. W wyniku śledztwa „New York Timesa” staje się oczywistym, że głównym winowajcą jest Standard Oil Rockefellera. Nowy Jork oddaje sprawę zanieczyszczeń do władz stanowych w Albany, lecz przemysłowiec ma tam sojuszników i pozostaje bezkarny.

Trwa gorączka postępu, popieranie przemysłu to narodowa cnota i polityczny priorytet. „W dziesięć lat po wojnie secesyjnej Ameryka przestaje być rajem małych warsztatów i gospodarstw rolnych. Północ, z Nowym Jorkiem na czele, przygotowuje się do wydarcia Anglii prymatu przemysłowego na rynku światowym i do podporządkowania sobie reszty świata”[10].

Koszty nie mają znaczenia.

Doktor George Goler, społecznik z Williamsburga, bada dzieci w publicznej szkole numer 34 na Greenpoincie i wychodzi zatroskany. Widzi, że na stole w klasie stoi zapalona lampa, na szczycie której zamontowano małe naczynie. W ten sposób odparowuje się kwas rycynolowy. Opary mają oczyszczać powietrze i zapewnić ochronę przed chorobami zakaźnymi. Podobnie jak amulety lub worki z kamforą, które rodzice wieszają na szyjach dzieci. Niektóre noszą asafetydę.

Ogień

Prócz zatrutej wody i burego nieba mieszkańców półwyspu nękają pożary. Rafinerie są blisko, straż pożarna daleko, w głębi Williamsburga. Pięć kilometrów to zbyt duża odległość, by skutecznie ugasić cokolwiek.

Tak więc między sierpniem 1880 a grudniem 1882 roku eksplodują zbiorniki ropy, płonie skład drewna, przycumowane przy składzie łodzie, zacumowany w porcie parowiec, fabryka Smith’s Box Factory, magazyn Morrella, warsztaty na Ash Street oraz żywcem dziesięciu robotników rafinerii.

Z dzielnicy wyprowadzają się ci, którzy mogą: zamożniejsi przedsiębiorcy i nobliwi potomkowie pierwszych osadników.

Kończy się przemysł stoczniowy: drewno zaczyna być zbyt drogie, a nie opanowano jeszcze budowy statków z żelaznych elementów. Na nabrzeżu królują rafinerie. W 1885 roku reporter „New York Timesa” odbywa podróż koleją ze wschodniego krańca Long Island. Kiedy pociąg dojeżdża do Greenpointu, dziennikarz notuje, że prawdopodobnie przebywa w najbardziej śmierdzącym miejscu na ziemi.

Greenpoint staje się właśnie jednym z najbardziej zanieczyszczonych terenów przemysłowych w USA. Niektórzy uważają, że również na świecie. Jest gotowy na przyjęcie kolejnych osadników: zdesperowanych i bez wyboru.

Tania siła

W 1861 roku Ameryka znajduje się na skraju rozpadu. Stany południowe, wściekłe na pomysł, by ostatecznie znieść niewolnictwo, próbują secesji. Nie zostaje ona zaakceptowana przez rząd w Waszyngtonie. Napięcie rośnie, w kwietniu armia konfederatów otwiera ogień w zatoce Charleston w Karolinie Południowej. Wybucha wojna.

Stany Zjednoczone powołują do wojska amerykańskich obywateli, mimo że rozpędzony przemysł dramatycznie potrzebuje rąk do pracy. Nie oznacza to jednak, że robotnicy, którzy pozostali na stanowiskach, mogą żądać wyższych płac i lepszych warunków pracy. W 1864 roku Kongres przyjmuje ustawę zezwalającą firmom produkcyjnym sprowadzać z Europy tanią siłę roboczą.

Kontrakty zawierane są jeszcze w Anglii, Niemczech i Irlandii. Za cenę biletu do ziemi obiecanej robotnicy, europejscy biedacy, zobowiązują się pracować za ustalone z góry niskie wynagrodzenie. W Europie działa ponad sześć tysięcy agencji rekrutacyjnych – wszystkie w porozumieniu z przemysłowcami i liniami żeglugowymi.

Na miejscu każdego rekruta odchodzącego do wojska staje trzech lub czterech Europejczyków godzących się na niższą płacę, niemających żadnych politycznych środków ochronnych, które wypracowali dla siebie Amerykanie, niemogących uciec na zachód kraju, gdyż do swojego warsztatu są przywiązani na mocy ustawy.

Warunki życia są lepsze w porównaniu z europejskimi, nieporównywalnie jednak gorsze od tych, których wymagał jako minimum najuboższy robotnik urodzony w Ameryce. System ten przypomina czasy kolonialne, ale działa. Praca jest kolejną amerykańską religią.

Jakub Gordon[11], 1865:

W Nowym Jorku i na Brooklynie spotykam robotników. Sposób pracowania jest zupełnie inny niż w Polsce. Przybądź tam kto z lenistwem, prędko odzwyczaisz się od niego. Albo nic nie zarobisz, albo wypędzisz z siebie próżniaka.

Trzeba rozpocząć swój zawód nauką, bo tam godzinę odbywa się w czterdziestu minutach. Proszę się przypatrzyć na przykład polskiemu murarzowi – jak on stoi przy cegłach, których ma użyć do stawiania muru, jak wprzódy trzy razy opatrzy każdą, dwa razy obróci, potem nałoży fajkę, zapali, przywoła chłopca z wapnem i znów cegłę obróci, aż póki ją położy. Ten sam murarz w Ameryce w tym samym czasie położy dziesięć cegieł lub kamieni. Dom murowany postawiony zostanie (wprawdzie przy pomocy maszyn) we dwa tygodnie, w Polsce potrzeba na to dwa lata. W Ameryce ujrzysz bogatego kupca, gdy nieraz pomaga stróżom zdjąć pakę z wozu. Pójdź tam, a w jednej chwili odrzucisz przesądy.

W Ameryce nie jest się literatem lub drukarzem, lecz zwykłym panem X, dziś właścicielem, wydawcą lub współpracownikiem dziennika, jutro czcionkoskładaczem i posiadaczem prasy parowej[12].

Można być wszystkim.

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (2)

MIESZKO: Kolega z sąsiedniego sabłeja pracował we włoskim sklepie z meblami. Takimi po kilka tysięcy dolarów, przy 3 Alei i 57 Ulicy na Manhattanie. Załatwił mi robotę przy dywanach. Pięciu czarnoskórych chłopaków z Bronxu i ja. Nie była to trudna praca. Kiedy przychodził klient, braliśmy dywan z zaplecza, rozwijaliśmy, potem zwijaliśmy, i następny. Nauczyłem się, że w Ameryce nawet kiedy nie rozwijam dywanów, nie siedzę z założonymi rękami. Miotła, odkurzanie, przemywanie luster i szyb. W Ameryce się pracuje.

Wciąż nazywałem się Ludłyk i pracowałem jako własny kuzyn. Ponieważ zapadła decyzja, że zostajemy, zapisaliśmy się na angielski, cztery razy w tygodniu jeździliśmy na Manhattan. Karierę finansową zaczynała robić moja żona.

BEATA: Koleżanka babci powiedziała, że ma już dla mnie pracę i jest to fabryka swetrów na Greenpoincie, na Clay, dwie ulice dalej. Zaprowadziła mnie do tej sweterkowni. Był to ciemny i duszny sweatshop na pierwszym piętrze kostropatej kamienicy, a w nim przy taśmie ściśnięte Polki i Latynoski, produkujące maszynowo najtańsze ubrania z anilany. Dostałam stanowisko obcinaczki końcówek nitek, miałam zarabiać trzy dolary za godzinę. Poszłam tam w poniedziałek i poczułam, że jeśli pójdę we wtorek, to zwariuję. Powiedziałam Mieszkowi, że chcę sprzątać. Babcia przerażona, że kręcę nosem, ale zapytała znajomych pań z kościoła, czy mają wolne plejsy.

Regina

BEATA: Koleżanka babci zawiozła mnie autobusem do Williamsburga, do mieszkania pani Reginy, która była polską Żydówką i codziennie rozprowadzała polskie kobiety po chasydzkich domach. Wysiadłam na ulicy Bedford i spanikowałam, bo była ona w gorszym stanie niż ulice na Greenpoincie. Dużo Latynosów, opuszczone fabryki, po kątach wystawały prostytutki, mężczyźni w małych grupkach pochowani w bramach.

Weszłam na klatkę schodową. Na schodach na pierwsze piętro siedziały kobiety i rozmawiały po polsku. Drzwi do mieszkania otwarte, w środku coś w rodzaju poczekalni, w której też były kobiety. Powiedziały mi, że mam czekać na swoją kolej. W pokoju, czyli w gabinecie, siedziała pięćdziesięcioletnia kobieta z telefonem w ręku i przyjmowała zamówienia. Wychodziła z karteczką i adresem, wywoływała petentkę i wysyłała na plejs do

klienta.

Regina świetnie mówiła po polsku. Nagle wyszła skrzywiona, że już nic nie załatwi, bo ją głowa boli i musi się położyć na pół godziny. Czy któraś z nas zna angielski i mogłaby ją zastąpić przy telefonie? Dziś myślę, że gdyby te dziewczyny z poczekalni mówiły po angielsku, toby ich tam nie było. Zgłosiłam się, na wyrost. Posadziła mnie za biurkiem i kazała odbierać telefony. Gdyby ktoś zadzwonił, mam spisać adres. Na szczęście niektóre panie Żydówki, które dzwoniły z Williamsburga, potrafiły powiedzieć kilka słów po polsku. Po półgodzinie wróciła. Powiedziała, że w nagrodę da mi dobry plejs, a nawet że mnie jej mąż zawiezie. Ostrzegła, żebym nie mieszała w kuchni koszernych i niekoszernych rzeczy, bo mnie zwolnią i nie zapłacą. Miałam duszę na ramieniu. W Opolu nie słyszało się o żadnych chasydach, a tym bardziej z Williamsburga.

Na ostatnim piętrze miejskiego bloku otworzyła mi kobieta w ciąży, za nią stało dziesięcioro dzieci. Żadnych emocji – powiedziała, od którego pokoju mam zacząć i że mają dwie łazienki. Byłam wyszkolona w sprzątaniu przez moją mamę, która trzymała nas krótko. Rozpoznałam Windex i Dr. Clean. Lodówkę czyściłam wykałaczką. Co chwilę wchodził mąż pani domu i sprawdzał, czy pracuję. Kiedy po sprzątaniu zajrzałam do pokoi, w których szalały dzieci, pomyślałam, że mogłabym zacząć od początku. Ale to nie była już moja sprawa.

Pani domu wypłaciła mi gotówkę, dużo pieniędzy. Zapytała, czy mogę wrócić za tydzień i czy mogłabym obsłużyć jej siostrę, bez pośrednictwa Reginy. Zaczęłam z mapą chodzić do siostry. Siostra zapytała, czy nie pomogę sąsiadce. Błyskawicznie miałam zapełniony cały tydzień, czasem trzy sprzątania dziennie.

Byłam młoda, silna i bardzo chciałam, żebyśmy się z Mieszkiem wyprowadzili od babci. I z Greenpointu. Po miesiącu awansowałam na Manhattan.

Manhattan

BEATA: Do babci przyszła koleżanka, która powiedziała, że wyjeżdża do Polski i ma do oddania plejs na Manhattanie. Za darmo. Zwykle płaciło się tygodniowy zarobek odstępnego. Pojechałam na Manhattan, na tej 33 Ulicy mieszkała amerykańska Żydówka, dziennikarka, z kotem, w eleganckim penthousie. Pracowała w „Daily News” magazine.

Uśmiechnęła się, powiedziała, że mam zrobić loundry, na co ja zrobiłam wielkie oczy. Nie miałam pojęcia, czego ona chce. Po kwadransie rozmowy na migi wykręciła numer i podała mi słuchawkę. Po drugiej stronie była Ula, również sprzątaczka, zapewne sprzątająca u znajomych pani, z tym że w większym stopniu rozumiejąca angielski. Była miła, powiedziała, że pani da mi drobne, po czym mam pojechać do pralni w basemencie budynku, włożyć do bębna piorącego, a potem do suszącego.

Tak się dowiedziałam, że loundry to jest pralnia. Odetchnęłam.

Na koniec Ula poprosiła, żebym kiedyś zadzwoniła, to sobie pogadamy. Okazało się, że jesteśmy sąsiadkami. Była znacznie starsza, po czterdziestce, żywiołowa, i uznała, że mnie musi zabrać z Williamsburga na plejsy u Amerykanów, które są sterylne, bo Amerykanie nie gotują w domu, a jedynie palą w łóżku. Żydzi bardzo brudzą, dlatego Williamsburg był taki trudny. Zbierają cały tydzień brudne gary.


Beata, między 1988 a 1992 r.

Archiwum prywatne Beaty i Mieszka Kalitów

Nauczyłam się sprzątać jak maszyna. Wchodzisz do domu, ładujesz zmywarkę. Idziesz do łazienki i zbierasz pranie, schodzisz do pralni, nastawiasz na godzinę, wracasz, sprzątasz, lecisz na dół przerzucić pranie do suszarki, wracasz, żeby włączyć drugi cykl zmywarki. Kończysz kuchnię, składasz ubrania.

Opłacała się umowa o dzieło. Opanowujesz technikę, bo liczy się czas.

MIESZKO: To Ula wysłała cię na plejs do Beaty i Władka. Mieszkali na 72 Ulicy i Trzeciej Alei. On polski Żyd, wyjechali po 1968 roku. Władek był superem, czyli gospodarzem ekskluzywnego budynku na Upper East Side na Manhattanie, z odźwiernym i windziarzami. W ramach etatu mógł mieszkać w jednym z mieszkań. Jego żona sprzedawała kartki okolicznościowe w Lower East Side, gdzie sklepiki prowadzili polskojęzyczni Żydzi. Polacy z Greenpointu kupowali tam firanki i sztuczne futra, które wysyłali rodzinom. Zostaliśmy przyjaciółmi.