GreenpointTekst

Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA AMERYKAŃSKA

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

Patti Smith Rok Małpy

Magda Działoszyńska-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności

David Treuer Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie

amerykańskich plemion

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA (wyd. 2)

Ronan Farrow Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów (wyd. 2)

Matt Taibbi Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem

Holly George-Warren Janis. Życie i muzyka

Jessica Bruder Nomadland. W drodze za pracą

Laura Jane Grace Dan Ozzi Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka (wyd. 2)

Alex Kotlowitz Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (wyd. 2 zmienione)

Rachel Louise Snyder Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej

Jon Krakauer Wszystko za życie


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Copyright © by Ewa Winnicka, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Iwona Łaskawiec, Elżbieta Krok

Mapa GeoServices

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-281-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (1)

Rozdział I. Inni Europejczycy

Little Poland (1)

Rozdział II. Nowoczesność

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (2)

Rozdział III. Fala

Little Poland (2)

Rozdział IV. Matka Boska rozprasza mgłę

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (3)

Rozdział V. Stabilizacja

Little Poland (3)

Rozdział VI. Rebeliantki

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (4)

Rozdział VII. Druga fala

Little Poland (4)

Rozdział VIII. Instytucjonaliści

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (5)

Rozdział IX. Trzecia fala

Little Poland (5)

Rozdział X. Wojna światów

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (6)

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon


Mojej Mamie

Kiedy przemysł stawał się amerykańską religią, Neziah Bliss z Connecticut wymarzył sobie na północnym cyplu miasta Brooklyn przemysłową dzielnicę z widokiem na Manhattan. Był 1832 rok.

Bliss był wizjonerem, ale przede wszystkim człowiekiem biznesu, więc wyznaczył działki i ulice. Główną nazwano Union, a potem Manhattan Avenue, co miejscy historycy uznali za gest znaczący.

Brooklyn uchodził za brzydkie kaczątko, robotnicze zaplecze niedosiężnego Manhattanu, a Greenpoint – zaplecze Brooklynu. Nim Bliss umarł, dzielnica była już najbardziej uprzemysłowionym miejscem w Ameryce. I najbardziej zanieczyszczonym. Dla emigrantów z Europy: jednym z ważniejszych przedsionków Ameryki. Dla niektórych początkiem i końcem ich drogi.

W drugiej połowie XX wieku okolice Manhattan Avenue między wąską zatoką Newtown a drogą szybkiego ruchu łączącą Brooklyn i Queens z Manhattanem nazywano Little Poland.

Z tunelu metra przy Greenpoint Avenue wyszłam po raz pierwszy w sierpniu 2001 roku i była to fascynacja od pierwszego wejrzenia.

Wielu odwiedzających dzielnicę opisywało intensywne doświadczenie translokacji w czasie i przestrzeni. Niektórzy z sentymentem, inni z pogardą. Nie byli tylko zgodni, dokąd tę podróż odbyli. Do Łomży lat osiemdziesiątych? Pod Rzeszów, do Koluszek?

Jestem jednak przekonana, że nawet wtedy, w 2001 roku, w apogeum Małej Polski na Brooklynie – kiedy tańczyło się w klubie Europa i Polskim Domu Narodowym, jadło i piło w dziesiątkach polskich restauracji, co tydzień szło na koncert polskiej gwiazdy – Greenpoint nie był podobny do żadnego polskiego miasteczka ani żadnej społeczności między Odrą a Bugiem. Niczego takiego w Polsce nie było.

Greenpoint był po prostu syropem z Polski. Polską zagęszczoną, ale słabo rozpuszczającą się w nowojorskim roztworze. Tym, co nas definiuje, podanym na dużej łyżce. Dla kogoś takiego jak ja, kto na progu dorosłego życia pragnął rozłożyć, usystematyzować, obejrzeć z kilku stron i odłożyć na właściwe miejsce elementy własnej tożsamości – najlepszym środowiskiem.

Od 2016 roku odwiedzałam Greenpoint ze świadomością, że powstanie książka. Rozmawiałam ze stałymi mieszkańcami i tymi, dla których dzielnica była tylko przystankiem.

Wszyscy opisani bohaterowie są prawdziwi. Żadna postać nie jest złożona z kilku innych, ale dane niektórych zostały zmienione. Z wieloma się zaprzyjaźniłam. Słuchałam opowieści o niewiarygodnie ciężkiej pracy w imię marzeń, o ambicjach, o poczuciu wyższości i niższości, o pragnieniu bycia zaakceptowanym, docenionym i podziwianym przez wielką Amerykę – albo chociaż godziwie wynagradzanym.

O życiu przyszłością i przeszłością, rzadziej tu i teraz. Słuchałam również o sobie. To jest elegia dla Małej Polski. I tej dużej.

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (1)
Floryda, marzec 2020

MIESZKO: Ktoś powiedział, że dla właściciela sklepu najlepsze są dwa momenty – kiedy go kupuje i kiedy sprzedaje. Drugi był lepszy.

 

BEATA: Kochałam nasz sklep. Klienci opowiadali nam całe swoje życie. Byliśmy tam potrzebni. Przychodzili alkoholicy, którzy nie chcieli już pić, ofiary przemocy domowej, dziadkowie ze zdjęciami wnuków, których w życiu nie widzieli.

MIESZKO: Miałaś tam swój konfesjonał. Matka Boska Delikatesowa. Ludzie płakali nad sobą, zwierzali się z grzechów i patrzyli w oczy, czy im przebaczysz. Potraktowałbym ten sklep miotaczem ognia. To było więzienie. Odsiedziałem w tym miejscu dwudziestopięcioletni wyrok.

1983. Miłość

MIESZKO: Nie przyjechaliśmy tu z biedy, w żadnym wypadku.

BEATA: Tylko z powodu wielkiej miłości, której jego mama nie akceptowała.

MIESZKO: Poznałem Beatę na pierwszym roku w Opolu.

BEATA: Miała plany wobec starszego syna. Najprzystojniejszy, najmądrzejszy. Miał być prezydentem Polski, a ja się jej zdaniem nie nadawałam na pierwszą damę. Całe lata nie mieściłam się w jej wizji świata.

MIESZKO: Byłem na drugim roku, mama pyta: „Synku, gdzie w tym roku wakacje?”. Odpowiadam: „Mamo, jadę na praktyki, a potem z Beatą pod namiot”.

BEATA: Gdyby wiedziała, co się stanie, zgodziłaby się na ten namiot.

MIESZKO: Mama mi zaraz powiedziała: „Wiesz, synku, babcia za tobą tęskni, musisz ją odwiedzić w Ameryce”. Kocham mamę, ale wiem, że Ameryka to jest po to, żebym nie jechał z Beatą. Z mamą nie ma dyskusji, więc zgadzam się jechać do babci na Greenpoint, ale zaraz biegnę do Beaty, ponieważ jestem uparty tak jak mama.

BEATA: Przybiega. „Bierz dziekankę, przyjedź do mnie, zostaniemy na rok, zarobimy na mieszkanie, nikomu nic nie mów”.

MIESZKO: Zaproszenie mam od babci, paszport i wizę dostaję bez problemu, bo moja mama jest ważną osobą, działa w PZPR, ma kolegów w MSW. Kończy się stan wojenny, samoloty z Polski nie lądują w Nowym Jorku, ale ona dzięki swoim wpływom wypycha mnie przez Londyn. Znajomy babci odbiera mnie z lotniska. Jadę do niej, mieszka na ulicy Eagle. Kiedy wysiadam z auta, rozglądam się i myślę: ja pierdolę, niemożliwe.

Babcia

MIESZKO: Rodzina pochodzi z Buczacza, znad Dniestru. Pojechali do Ameryki przed pierwszą wojną światową. Część została w Ameryce, część wróciła w latach trzydziestych, bo wybuchł kryzys. Zatrzymali się w Galicji, ale nie mieli lekko. Męża babci pobili na śmierć bandyci ukraińscy. Przed domem, na oczach żony i córek, w tym mojej mamy. Potem babcię z córkami przerzucono do Opola.

W latach siedemdziesiątych do babci przyjechali z Ameryki krewni z dziećmi i babcia ich gościła. Na odchodnym zapytali: „Co możemy dla ciebie zrobić?”. I babcia, urodzona w Ameryce, wdowa, córki wychowane, ustawione, jedna prawniczka, druga lekarka, powiedziała: „Weźcie mnie ze sobą, co ja mam tu robić?”. Pojechała do rodziny na Long Island, do Riverhead. Siedziała u nich, aż jej powiedzieli, że na Greenpoincie mieszka człowiek, któremu żona zmarła. Facet nie daje rady, więc może babcia by mu pomogła. I pojechała na Greenpoint, zaopiekowała się biednym wdowcem, a następnie wzięła z nim ślub.

Wdowiec pochodził spod Żytomierza, przeszedł przez Monte Cassino, przyjechał z Wielkiej Brytanii z zapoznaną Polką. Trzydzieści lat codziennie wychodził z domu, skręcał z prawo, szedł trzy kwartały do portu, rozładowywał statki, wracał i siedział w domu. Widziałem trzy krzyżyki w miejscu jego podpisu w amerykańskim paszporcie. Niestety zmarł, babcia znów została wdową w wynajętym mieszkaniu na ulicy Eagle.

Ulica Eagle

MIESZKO: Wydawało mi się, że pochodzę z głębokiej prowincji, ale kiedy przyjechałem na Eagle Street, nogi się pode mną ugięły. Drewniany, pokrzywiony, obłożony sidingiem szeregowiec wyglądał na slums. Cała dzielnica tak wyglądała. Jak już wszedłem na schody, bałem się, że się zapadną. Otworzyłem drzwi do mieszkania babci, ciemnego, z przechodnimi pokojami. Na końcu wąskiego przedpokoju była kuchnia, a na środku kuchni wanna. Z kuchni wchodziło się do pokoi. Dookoła biegały karaluchy. Kiedy ktoś do babci przychodził, a ja siedziałem w tej wannie na środku kuchni, to rozkładałem drewniane klapy, żeby się zasłonić.

BEATA: Zadzwonił do mnie, był załamany. „Jak się rozpędzę, to przelecę przez wszystkie mieszkania, przez całą ulicę”. Uważał, że ściany są zrobione z dykty; wiele się nie pomylił.

MIESZKO: Nie wiedziałem, że można żyć w tak strasznym mieszkaniu. W Polsce niczego takiego nie widziałem. Może dlatego, że mieszkałem w poniemieckim mieście. U nas w piwnicy było lepiej. W Polsce byliśmy uprzywilejowani również dlatego, że babcia przysyłała nam dolary. Przelicznik był niesamowity, czterysta pięćdziesiąt złotych za dolara, potem osiemdziesiąt złotych. Mieliśmy ciuchy, na widok których ludziom wychodziły oczy, a babcia w Ameryce głodowała. Miała najniższą emeryturę, płaciła minimalny czynsz, pieniądze wysyłała rodzinie. Zacząłem szukać pracy.

BEATA: Odwiedziłam w listopadzie mamę Mieszka. Powiedziałam, że Mieszko prosi o zimową kurtkę. Mama zamarła. A ja z kurtką pojechałam na lotnisko. Kiedy doleciałam do Ameryki, zamontowaliśmy nad wanną stelaż i kotarę.

MIESZKO: Babcia zaprowadziła mnie do kościoła. Na mszy siedzieli sami starsi ludzie. Przedstawiła mnie proboszczowi. Usłyszał, że mam donośny głos, i powiedział: „Będziesz czytał”. Czytaliśmy z Beatą całe lata. Starsze panie były zachwycone, mogły wyłączyć aparaty słuchowe. Wszedłem w społeczność od zakrystii.

Decyzja

BEATA: Nie chcieliśmy zostawać w Ameryce. Ale Mieszko nie dostał urlopu dziekańskiego. To znaczy: mama mu nie załatwiła, bo chciała, żeby wrócił do Polski. Nie wrócił. Po roku zgarnęliby go do wojska.

MIESZKO: Podjęliśmy decyzję – chcemy być razem, więc zostajemy. Było nam już łatwiej, wiedzieliśmy, na czym stoimy. Mogliśmy budować życie w Ameryce. Znaliśmy dziesiątki ludzi, którzy myśleli, że wrócą, więc życie na Greenpoincie traktowali jak dłuższe kolonie letnie. Niektóre trwały trzydzieści lat.

Mama się nie poddała. Dwa lata później sama do nas przyjechała. Kiedy na lotnisku zobaczyła Beatę w ciąży, walizki wypadły jej z ręki.

Legendy

BEATA: Mieszko zamknął mnie w mieszkaniu z babcią, zakazał samej wychodzić. Mówił, że dzielnica niebezpieczna ze względu na Latynosów, głównie z Puerto Rico. Ulica Eagle była już w ich strefie wpływów, tak mówili.

MIESZKO: Manhattan Avenue miała stronę wschodnią i zachodnią. Jak szedłeś po niewłaściwej stronie, dostawałeś w trąbę.

BEATA: Zawsze uważałam, że przesadzasz.

MIESZKO: Kolega mieszkał na Huron. Płacił dolara za wejście na swoją ulicę. W południowej części Manhattan Avenue, za autostradą, mieszkali Włosi. Była tam piekarnia, gdzie spotykali się mafiosi. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy w gazetach przeczytaliśmy, że piętnastu klientów tej piekarni dostało dożywocie. Jeden, skruszony, miał w roleksie mikrofon, a nagrania oddawał FBI.


Beata i Mieszko na punkcie widokowym World Trade Center, 1985 r.

(źródło: archiwum prywatne Beaty i Mieszka Kalitów)

BEATA: W niedzielę szliśmy do kościoła, gdzie zapach kulek na mole mieszał się z zapachem nieprzetrawionego alkoholu. Po mszy babcia przedstawiała nam koleżanki. Byliśmy nowi, więc starsi stażem emigranci podchodzili do nas i zadawali pytania, co tam w Polsce. Opowiadali o sobie. W Polsce nigdy nie spotkałam ludzi, którzy zdecydowaliby się na takie życie.

MIESZKO: Mówili, że chcą zarobić i wrócić, ale to wracanie im się nie udawało. Mieli kartki ze spisem rzeczy, które mają kupić. Kombajn, traktor, telewizor, rozrzutnik, przywieźć dwa tysiące dolarów, bo córka bierze ślub. Jak uzbierali, wyciągali ze skarpety i wysyłali przekazem do Polski. Za dwa miesiące żona przysyłała zdjęcie z kombajnem, mogli odhaczyć. I pracować na rozrzutnik.

W sobotę jedni pili w domu, inni szli do Narodowego Domu Polskiego na ulicę Driggs. Była to założona po pierwszej wojnie światowej świetlica i klub dla Polaków. Działała tam dyskoteka za pięć dolarów i wyszynk. Repertuar był raczej wiejski, ale czasem na zabawach grali znani muzycy. W latach osiemdziesiątych otworzył się jeszcze klub Continental. Też tam bywaliśmy.

Laleczki

MIESZKO: Zanim przyjechałem, babcia ściągnęła syna swojej siostry. Zalegalizował sobie pobyt, zupełnie nie wiem jak. Miał numer Social Security, który dla zdobycia jakiejkolwiek pracy jest kluczowy. I był tak miły, że mi go pożyczył, żebym sobie znalazł posadę. On tymczasem z tym samym numerem pracował na swoim etacie. To dla systemu nie jest problem, by człowiek z tym samym numerem pracował w kilku miejscach. Im więcej składek, tym lepiej. Oczywiście najlepiej by było, żeby był tą samą osobą. Na Greenpoincie nie zawsze się to sprawdzało.

BEATA: Obwiózł cię po mieście, załatwił pierwszą pracę przy laleczkach.

MIESZKO: Powiedział, że zna kogoś, kto potrzebuje człowieka do fabryki zabawek. Zbliżały się święta, fabryka dwa bloki dalej zaczęła zatrudniać wyrzynaczy lalek na świąteczne wystawy sklepowe. Szefem był Żyd i gej, który po fabryce chodził za rękę ze swoim chłopakiem. Załodze było to obojętne, ponieważ zgadzały im się czeki w sklepach.

Poszedłem, wpisałem się na listę. Przyszedł pan Jurek, który był kierownikiem działu mechanicznego, zaprowadził mnie na taśmę i pokazał, co mam rżnąć i skręcać. Obok pracowało kilkunastu chłopa, wszyscy starsi ode mnie. Byli głodni wszelkich informacji z Polski. Miałem ze sobą kasetę z nagraną listą przebojów, od razu mnie pokochali. Zwłaszcza że byli muzykami. Po wybuchu stanu wojennego przyjechali na koncerty z Jerzym Połomskim. Polska Estrada miała zarobić dolary, Połomski był eksportowym towarem, więc ich wypuścili. Amerykański kontrahent powiedział, że stan wojenny to wewnętrzna sprawa Polski, a koncerty mają się odbyć, bo są opłacone. Przyjechali, zagrali, Połomski wrócił do Polski, a oni wszyscy zostali. Obok na taśmie stał więc saksofonista Krzysztof, który występował na Jazz Jamboree. O muzyce dowiedziałem się więcej niż przez cały czas edukacji.

Posadzili mnie obok kolegi Fućka. Rano Fuciek przynosił kartonowe pudełko z pustymi laleczkami, każda wysokości czterdziestu centymetrów. Podawał mi lalkę, ja urywałem głowę i kładłem na stole. Otwieraliśmy plecki i obaj braliśmy wiertarki, bo laleczka musiała mieć dziurę w prawej nodze i otwór do wentylacji. Następnie na pile tarczowej ciąłem rączki, a on plecki, żeby się dobrze wentylowały. Wkładaliśmy do środka silniczek elektryczny z wystającym ramieniem, przez prawą nóżkę przeciągaliśmy przewód elektryczny, wkładaliśmy do kontaktu. Jeśli laleczka ruszała prawą rączką i główką, kładliśmy dwie krople kleju i lepiliśmy główkę. Sto czterdzieści cztery laleczki w cztery godziny. W sali obok panie Portorykanki ubierały je w świąteczne ubranka. Następnego dnia przychodziło nowe zamówienie: laleczki miały trzymać w ręku świece. Potem składaliśmy dwumetrowe dziadki do orzechów. Szliśmy później z żoną Madison Avenue na Manhattanie, a moja laleczka machała do mnie z wystawy.

BEATA: Muzycy w weekendy grali w Domu Polskim na Greenpoincie. Gdy powstał Continental, to w Continentalu. Na naszym weselu też zagrali, bo dołączyliśmy do ich paczki. Przyjaźnie zostały na całe życie.

MIESZKO: Żona jednego z chłopaków zajmowała się w Greenwich, Connecticut, domem milionerów pod ich nieobecność. Jeździliśmy tam, gotowaliśmy, piliśmy wino. To była piękna okolica, luksusy, jakich nie widzieliśmy na oczy.

BEATA: Zaczęliśmy się orientować, że mieszkamy w getcie i że Ameryka jest trochę większa niż Greenpoint. I że Greenpoint ma osobną historię.

Rozdział I. Inni Europejczycy

Europejczycy przypłynęli tu na dłużej w 1624 roku, wywracając do góry nogami dotychczasowe życie mieszkańców – rdzennych Amerykanów z plemion Canarsee oraz innych szczepów z Long Island. Kawał lądu nad cieśniną nazwaną później przez Anglików East River był pagórkowaty, pocięty strumieniami, trudno dostępny marszem, ale możliwy do opłynięcia kanoe. Zarośnięty dębami, jesionami i piołunem, stanowił ulubiony teren łowców i zbieraczy.

Wyekspediowani przez Holenderską Kompanię Zachodnioindyjską Europejczycy postawili tu swoje tymczasowe chaty, lecz główne siły osiedleńcze skierowali na położoną za East River wyspę. Uczynili ją wkrótce bramą do całego Nowego Świata. Dwa lata później holenderski gubernator kupił ją od Indian i nazwał Nowym Amsterdamem.

 

Potem znów spojrzeli na drugą stronę cieśniny. W 1638 roku Holenderska Kompania Zachodnioindyjska dostała od swojego gubernatora zezwolenie na zakup tu nowej ziemi. Canarsee sprzedali ją za osiem sążni płótna, osiem sążni wampum, dwanaście imbryków, osiem przynęt, osiem siekier, kilka noży, korale i szydła. Umowa opiewała na 3860 akrów, obejmowała część półwyspu, który nazwano Broklinem, później Brooklynem. Woda wdzierała się w ten ląd językami niewielkich zatok. Od północy graniczył z zatoką Newtown, a na południu dochodził do Maspeth. Od początku władania Europejczyków toczyło się na nim życie oderwane od wielkomiejskiej Mannahatty – Nowego Amsterdamu – Nowego Jorku. Ale równie dramatyczne.

Ów początkowo holenderski Wood Point (drewniany punkt), później Green Point (zielony punkt) nazwę wziął od koloru zalesionego nabrzeża widzianego z łodzi. Następne sto pięćdziesiąt lat było ostatnim etapem w jego historii, kiedy mógł się kojarzyć z zielenią i naturą.

Ojciec założyciel

Urodzony w Norwegii Dirck Volckertszen wyemigrował najpierw do Holandii, a potem, jako cieśla okrętowy, do Nowego Amsterdamu. Ożenił się z holenderską dziewczyną z kolonii i zamieszkał w dolnej części Manhattanu.

Najlepszym sposobem na szybkie pieniądze był handel futrami z Indianami. Volckertszen wyprawiał się łodzią za East River. Nielegalnie, bo monopol na handel miała Kompania. Zawoził Indianom narzędzia rolnicze, bele płótna żeglarskiego i alkohol. Nie był jedynym przemytnikiem, ale jedynym odważnym, który na Greenpoincie spędzał także noce. Skandynawowie i Holendrzy budowali tu raczej lekkie chatki, pierwsze biura obsługi, lecz ze strachu przed miejscowymi woleli wracać na Manhattan. Dirck zaś zamieszkał na Greenpoincie – w miejscu, które dwieście lat później będzie skrzyżowaniem ulicy Calyera z ulicą Franklina, dwie przecznice na zachód od Manhattan Avenue.

W 1640 roku stał się zamożny na tyle, by sprowadzić niewolników do pracy na swojej farmie.

Pięć lat później Greenpoint był jego własnością. Osiem lat później partnerskie kontakty z miejscowymi zamieniły się w krwawą jatkę.

Dirck wzbogacił się na handlu z tubylcami, ale szybko się nimi rozczarował. Nie spieszyło im się z konwersją na chrześcijaństwo ani z uznaniem wyższości Europejczyków. Nie rozumieli też europejskiego prawa własności: wierzyli, że ziemia nie może należeć do nikogo, ponieważ jest święta. Nie wahali się przychodzić po część ciężko wypracowanych plonów. Zdarzało się, że indiańskie kobiety wychodziły za mąż za kolonistów, ale jeszcze częściej zdarzały się napaści na nich.

Volckertszen rozwiązał palące kwestie wiary i bezpieczeństwa wspólnie z Willemem Kieftem, gubernatorem Nowej Holandii, z zawodu rzeźnikiem. Wzięli przykład z Anglików z Nowej Anglii, którzy cywilizowali miejscowych za pomocą broni palnej. Kieft nie wahał się płacić za skalpy; pierwszy wydał rozkaz ataku na śpiących na nabrzeżu Manhattanu przyjaznych Indian Keskachaugue.

Spalenie w odwecie greenpoinckiej posiadłości The Normana, jak nazywano Volckertszena, było pierwszym aktem wojny między zjednoczonymi Indianami z Long Island a zjednoczonymi kolonistami z Holandii, Anglii i Szwecji. Wojna ta trwała do 1659 roku i osłabiła obie strony. W 1600 roku szacowano, że Long Island zamieszkuje dziesięć tysięcy tubylców; w 1659 roku było ich pięciuset. Na Manhattanie i za East River zostało dwustu pięćdziesięciu kolonistów.

The Norman zmarł w 1677 roku. Pozostawił po sobie prosperujące gospodarstwo, młyny, przeprawę promową przez zatoczkę Newtown i legendę ojca założyciela dzielnicy. Posiadłość odkupił Holender, kapitan Pieter Praa. Jego cztery córki wyszły za mąż za holenderskich i angielskich osadników: Calyera, Meserole’a, Provosta i Bennetta. Przez następne sto lat te cztery rodziny oraz ich niewolnicy będą jedynymi mieszkańcami Greenpointu.

Julian Ursyn Niemcewicz[1], 1797:

Miasto położone jest wyjątkowo dogodnie, jeśli chodzi o handel, jak i o zdrowy klimat. Mieszkańcy New Yorku umieli wyzyskać wszystkie te okoliczności. Mają oni rozwinięty handel, prócz kontaktów z Europą wysyłają wiele statków do Indii Wschodnich, do Chin, do Nowego Orleanu w Zatoce Meksykańskiej. Duch spekulacji owładnął mieszkańcami New Yorku, niektórzy w mgnieniu oka porobili majątki, inni takież utracili i siedzą w więzieniu.

Miasto rośnie w oczach. Przez trzy lata ludność wzrosła o dziesięć tysięcy dusz. Jest ono zbudowane mniej regularnie niż Filadelfia, ale dużo weselsze. Broadway jest wspaniały. Byliśmy razem w teatrze na Greenwich Street; sala zbudowana w pośpiechu, z desek, tak że nie słyszy się prawie nic. Poza tym jest jeszcze inny, zwany Circus, gdzie odbywa się tresura koni i pokazy pantomimy.

Nie ma jeszcze stu pięćdziesięciu lat, kiedy tu, gdzie dziś widzimy bogate miasto, lud zamożny i obyczajny, widziało się jedynie dzikusów uzbrojonych w łuki, uganiających się za zwierzyną. Taką jest potęga oświeconego i przemyślnego człowieka, wspomaganego mądrze pojętą wolnością, wyswobodzonego z więzów despotyzmu i równie niszczycielskiego nieładu, swawoli i anarchii. W mgnieniu oka zmienia on pustynię w urodzajne pola i wyciska na wszystkim, czego się dotknie, piętno przemyślności i cywilizacji.

Budowle publiczne są obszerne i zaplanowane z dużym rozmachem. Należy zaliczyć do nich uniwersytet, dom poprawczy, dom wariatów i wreszcie więzienie. Wszystkie te zakłady istniały przed rewolucją. Amerykanie zawdzięczają dużo swym dawnym panom: nauczyli ich oni pierwszych zasad wolności i porządku społecznego. Wolność, kiedy o nią walczyli i kiedy ją zdobyli, nie była dla nich pojęciem nowym i nieznanym. Dlatego nie nadużywali jej wcale[2].