AngoleTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy

Andrzej Muszyński Południe

Wojciech Górecki Abchazja

Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa

Emma Larkin Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie

i dyktaturze wojskowej w Birmie

Norman Lewis Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię

u progu wojny domowej

Gellert Tamas Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści

Angelika Kuźniak Papusza

Peter Robb Sycylijski mrok

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca

Luca Rastello Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy

i żyć szczęśliwie

Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych

Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)

Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów,

złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44.

Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli.

Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo

przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

W serii ukażą się m.in.:

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza

Ewa Winnicka

Angole


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś /d2d.pl

Fotografia na okładce i fotografie wewnątrz tomu © by Mariusz Śmiejek

Copyright © by Ewa Winnicka, 2014

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Anna Brynkus-Weber /d2d.pl, Alicja Listwan /d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś /d2d.pl

ISBN 978-83-7536-903-8

Spis treści

  Seria

  Strona tytułowa

  Strona redakcyjna

  Dedykacja

  Ladies and Gentlemen…

  Mówią najeźdźcy

  Jak wynalazłem kółko

  Nikt jej nie chciał

  Władcy much

  Najlepszy

  Meblem jestem

  Znikanie słonia

  Dusza Mietka

  Passive aggressive

  Taśma

  Madame Mephisto

  Będę płakać

  Dzwonek

  Opowieści z playgroundu

  Marzenia

  Czule otwieram wieko trumny

  Nie chcę półżycia

  Powrót do Uxbridge

  Obrona Wembley

  Good morning, my prince

  Serdecznie witamy

  Wystawiony

  Majteczki w kropeczki

  Łabędź z ziemniakami

  Wariaci do wzięcia

  Jestem rodzicem, może będę matką

  Rezydenci

  W rękach Boga

  W mieście Titanica

  Nóżka i marchewka

  Szybki bekon

  Będziemy rządzić

  Zanurzony

  Słabo proaktywny

  Zdychaj, gdzie chcesz

  Przypisy

  Kolofon

Kazikowi i Staśkowi

Ladies and Gentlemen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdo­bywcę. W 1066 roku rozegrała się decydująca o losach Wyspy bitwa pod Hastings, po której Normanowie zalali Brytanię.

Potem mieliśmy względny spokój, bo pięćdziesięciu tysięcy hugenotów przybyłych po 1670 roku i może stu tysięcy rosyjskich Żydów osiadłych w latach 1881–1914 nie warto nawet wspominać.

Owszem, XX wiek był dla nas wyzwaniem. Zaczęliśmy mieć tu Szkotów i Irlandczyków, ale właściwie byli oni tak wiele lat częścią Brytanii, że w większości wiedzieli, jak się zachować. Podobnie kolorowi przybysze z zakątków imperium. Wszyscy mogli się cieszyć naszym słynnym w świecie umiłowaniem swobód obywatelskich.

Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku, ozdobionym garstką Litwinów, Rosjan czy Ukraińców. Podobno zarobiliśmy na nich dwadzieścia dwa miliardy funtów, podobno wypełnili szczelnie dziury na rynku pracy, ale za to na ulicach tradycyjnie porządnych miast Lancashire czy Lincolnshire trudno usłyszeć język angielski. Wpadniesz do rzeki, zawołasz „help!” i nie możesz mieć pewności, że ktoś cię zrozumie. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że ta sterowana dyrektywami UE nawałnica zmienia oblicze Brytanii. Jak wygląda nasz kraj po tym najeździe? Co z niego zostaje?[1]

Mówią najeźdźcy

Jak wynalazłem kółko
Wojciech, 54 lata, Londyn

Prezes czeka w biurowcu, który sam zbudował, żeby pomieścić swoje firmy. Tyły Kings Road, bliskie Hammersmith. W gabinecie po lewej stronie wisi płaski ekran, na który spływają obrazy z dwudziestu kamer zawieszonych w tajnych kątach biurowca. Ściana płaczu, oczywiście dla niektórych. Teraz widać, jak mężczyzna z działu ogłoszeń wstaje zza biurka i znika. Pojawia się na ekranie po prawej stronie, pod męską toaletą. Prawniczka, dziennikarz i niezidentyfikowany palą papierosy przed wejściem do budynku. „Trochę długo sobie palą” – mówi Wojciech. To nie jest kino akcji, ale trudno mu oderwać wzrok od tego ekranu. Bezpośrednia kontrola pracowników, doskonała pamięć i odwaga zaprowadziły go na szczyty. Na początku wieku rzesze kandydatów na kolonizatorów przewinęły się przez jego firmy. Ojciec założyciel nowej fali chętnie opowie o tubylcach, ponieważ w pocie czoła wyrąbywał ścieżki.

 

Liznąłem wcześniej trochę Zachodu i Polską byłem zmęczony. Była końcówka lat osiemdziesiątych, a jako właściciela firmy zajmującej się handlem w zakresie perfum, żywności oraz bielizny damskiej brali mnie za spekulanta. To, proszę pani, boli, jak się ma dwadzieścia dziewięć lat. Automatycznie zebrałem rodzinę. Mówię: „Za miesiąc, równo, z dwojgiem dzieci wyjeżdżamy”. Byłem ryzykantem, pojechałem do Belgii.


Belgia, Belgia, duża sfera emigrantów, ale oni się nie rozwijają. Byle dostać zasiłek, powłóczyć się po ulicy, torebkę wyrwać, na budowie dorobić. A ja nabierałem tak zwanej siły. Pracowałem najpierw jako fryzjer, potem sprzedawca domów. Ale mnie ciągnęło do biznesu, a Belgia się do tego zupełnie nie nadaje. Zasiłki, włóczenie, socjal. Mówię: „Jedziemy do Londynu”.

Wysiadam na dworcu Victoria i załamka. Brudno, niepozamiatane, żadnego kosza na śmieci, cały syf pod nogami. Widząc ten kraj, nie mogłem dojść do siebie. Ale się okazało, że w tamtym okresie było w mieście dużo wysadzeń. IRA wkładała bomby w śmietniki i w puszki na listy, żeby w czasie wybuchu było więcej słychać. Kiedy później zaprzestała zamachów, zrobiło się czysto.

Co jeszcze zobaczyłem: te czarne taksówki, które wyglądały jak krzywe garbuski z Polski. Myślę sobie: „Czy ja się cofnąłem do Warszawy?”. Ale nie, na ulicach ludzie mieli czarną skórę, żadna raczej Warszawa.

Szybko się zorientowałem, że tu trzeba być silnego charakteru. A takim człowiekiem mogę siebie nazwać. Miałem nocleg wyłącznie na cztery dni. Zatrzymaliśmy się z rodziną u Cygana słowackiego. W żadnym razie polskiego. Mogę śmiało powiedzieć, że to jest normalny człowiek, wręcz wspaniały. Cygan to wie, jak przetrwać. Jestem mu wdzięczny, bo dzięki niemu ja też przetrwałem.

Naturalnie od razu znalazłem pracę. Zostałem pizza driver, który to jest pospolitym zawodem Polaka. Nielegalna praca. A co. Były prezydent też pracował na zmywaku, premier zmywał okna w jakichś wysokich wieżach. Potem jakoś załatwiłem sobie prawo do pracy, po czterech latach rezydenturę. Obecnie, nie chwaląc się, jestem już Brytyjczykiem.

Londyn jest kosmopolitańskim miastem. Tu nie ma zbyt dużo samych prawdziwych Angoli. Raczej wszystkie grupy narodowościowe, w tym klasa średnia. Tych to trzeba się bać, bo mogą okraść.

Zarabiając w Polsce pewne duże fundusze, nie czułem tego, co tutaj. Satysfakcji. Jak doniosłem pierwszą pizzę i dostałem tipa, to mi się łezka zakręciła. To był ciężko zarobiony funt. Docenienie własnej pracy jest w życiu najważniejsze. Bo jak człowiek nie doceni własnej pracy, to nie będzie w życiu kimś. Ja wtedy doceniłem, że robię naprawdę dużo. Czułem się zmęczony, ale szczęśliwy. Potem mówię: „Otworzę firmę”. Miałem już paru ludzi na oku. Jeden pan z dawnych czasów jeszcze ze mną pracuje, a nawet został głównym księgowym. Wtedy ja woziłem pizzę, a on ją klepał.

Zabraliśmy się do roboty. Najpierw sprawdziliśmy, czego potrzeba ludności w Londynie. Napisaliśmy w tym celu ulotkę o treści: „Jeśli potrzebujesz pomocy – zadzwoń”. Kilkadziesiąt tysięcy tych ulotek żeśmy wydrukowali. Jednostronnych, żadnej tam kolorystyki. Formatu A6. Rozwieźliśmy je po domach, do których wcześniej woziliśmy pizze.

Bingo. Zaczęli dzwonić. A to, że potrzebują handymana, a to, że potrzebują sprzątaczki. Paraliż. Co teraz? Dzwonię więc do studentki, która mówi po angielsku. Pytam, co robić. Ona: „Bierzcie od klienta sześć funtów za godzinę, mnie płaćcie cztery, będziecie zarabiać, a ja posprzątam i się opłaci”. W czasie pierwszego miesiąca mieliśmy ją jedną, po dwóch miesiącach mieliśmy pięć sprzątaczek, po sześciu miesiącach trzydzieści, a po dwóch latach sto pięćdziesiąt. Mnożyły się jak króliki i wszędzie sprzątały.

Anglicy na początku się pytali, czy sprzątaczka mówi po angielsku. No bo widzieli, że się dana sprzątaczka nie odzywa, a ja ledwo dukam. Wytłumaczyłem im, że do sprzątania nie trzeba rozmów. Do sprzątania jedyne co, to trzeba dziewczynę wyszkolić, bo normalny człowiek nie umie sprzątać, żeby posprzątać całość przez trzy godziny.

Żeby posprzątać całość, trzeba mieć system. Sam go opracowałem i stałem się specjalistą. System polega na tym, żeby sprzątać nie wyżej jak na wysokości oczu oraz stosować triki na klienta. Znaczy posprzątać przed drzwiami i wytrzeć klamkę. Pierwsze, co klient robi, to bierze za klamkę i wkłada klucz. Nie może powiedzieć: „Ożeż, brudne”. Następnie: jak otworzy drzwi, to korytarz ma być wyczyszczony super, to samo blaty w kuchni i w łazience. Jak te pozycje zostaną wysprzątane, to klient będzie forever i fakapy, tak zwane niedoróbki, będzie można zostawiać dosłownie wszędzie.

Możemy oczywiście odsuwać kanapy, stoły, ale trzeba powiedzieć jasno, że się wtedy nie zdąży. Stosujemy więc tak zwane sprzątanie powierzchowne lub inaczej – wzrokowe.

Największa sztuka w biznesie to nie sprzątanie, tylko logistyka przejazdu sprzątaczki przez wielkie miasto. Przejazd z jednego domu do drugiego ma być jak najkrótszy, ma zajmować jak najmniej czasu. Najlepiej do piętnastu minut. Chodzi o to, żeby sobie dziewczyna mogła popracować jak najlepiej te osiem czy dziewięć godzin i nie traciła na przejazdach. Oczywiście, dziewczyny rwą te godziny, ale jak widać, wykonują swoją pracę.

Czemu zażarło z dziewczynami? Bo Angol to jest człowiek pracy, a więc nie ma czasu na sprzątanie. Pracuje po osiemdziesiąt–siedemdziesiąt godzin tygodniowo. Angol nie skończy pracy, dopóki nie zrobi swojego zadania. To nie tak jak Polak, co odkłada długopis i idzie, to kompletnie inny styl. Więc on nie ma czasu na robienie koło siebie. Zresztą on nie umie. Jak jest specjalistą od komputera, to nie wkręci żarówki, jak jest hydraulikiem, to nie wbije gwoździa do ściany. Student w ogóle nie sprząta, on jest brudas z natury.

Mieliśmy już siedemset domów i samoczynnie weszliśmy w budowlankę. Angole zaczęli żądać od nas, żeby im okno czy klamkę naprawić. Dzwonili i pytali, czy nie mamy kogoś do malowania. A myśmy mieli, bo te sto pięćdziesiąt dziewczyn, co sprzątały, to miało na szczęście mężów i chłopaków. Zaraz Polacy walili drzwiami i oknami. W pewnym okresie zaczęli myśleć, że jesteśmy biurem pośrednictwa pracy. Mieliśmy listę osób pragnących pracować w mojej firmie. Rozprowadzaliśmy ich w miarę możliwości.

Potem sprawy potoczyły się naprawdę szybko i naturalnie. Sprzątaczka i handyman potrzebowali zalegalizowania pobytu, tak więc stworzyłem dział emigracyjno-prawny. Załatwiałem zarówno bizneswizy, jak i tak zwane pobyty. Zanim się otworzyły granice, Polak mógł dostać bizneswizę, tylko jak miał stałą pracę. A stałą pracę dawałem ja. Logiczne? Małżonka moja była z wykształcenia prawnikiem i wszystko załatwiła. Teraz mamy pozwolenie z samego Home Office. Możemy nawet Angolom załatwiać paszporty, jakby chcieli.

Jak już ten Polak miał swój pobyt, to musiał gdzieś mieszkać. Zbudowaliśmy więc domy na wynajem. Założyliśmy gazetę z ogłoszeniami, żeby Polak mógł odnaleźć to, co go interesuje. Kiedy przyszedł wreszcie rok 2005 i Polacy zaczęli przyjeżdżać wielką ławą, to ja im w duchu powiedziałem: „Wynaleźliśmy dla was kółko: sprzątanie, budowlanka, mieszkanie, pobyty i gazeta. Tak więc idźcie i się rozprzestrzeniajcie”.

Zachód to nie jest bajka, dlatego trzeba lawirować między mentalnością Polaka i Anglika. Mówić a mówić to są dwie różne rzeczy. Mówić a czuć to są naprawdę dwie bardzo różne rzeczy. Polak nie jest w stanie wyrazić odczucia, opisać refleksji po angielsku. Angol zawsze będzie wiedział, że ja to ja, a on to on.

Zawsze zostajesz dla nich Polakiem. Dlaczego? Mentalność Angola jest zbudowana w taki sposób, że on nigdy nie jest w stanie powiedzieć, że czegoś nie aprobuje, że dla niego coś jest nie tak. Weźmy w budowlance: wykonujemy jakąś usługę, właścicielka przychodzi do remontowanego domu i mówi, że jest super. My pracujemy dalej, wyremontowaliśmy już dajmy na to w środku, właścicielka mówi do naszego menedżera, że znowu super. A jak on wyjdzie za próg, to ta łapie za słuchawkę i dzwoni do biura, że proszę go nigdy więcej nie przysyłać, że jego sposób zachowania jest negatywny.

Angolom brakuje odwagi, więc jak mają pieniądze, to negatywy ktoś im załatwia przez telefon. Na przykład Polak im załatwi negatywy w stosunku do innego Polaka.

Dalej. W biznesie widzę, że oni mają tak zwane soon. Różnica kulturowa polega na tym, że dla nas soon to jest coś zaraz, a dla nich nie wiadomo kiedy. Jak zaczynałem biznes, to myślałem, że soon to jest aprobata. Że będziemy mieli wszystko, co trzeba. A tu się okazuje, że soon się ciągnie. Przypominać jest nieelegancko. Dostaniesz znowu soon. I that’s it. Bo decyzja należy do Angola. On nie powiedział „nie”, on powiedział „soon”. To sobie może tak trwać i trwać.

Jest jeszcze takie coś jak gentlemen’s agreement. Jest ono poważną rzeczą. Ale tylko w tak zwanej higher class.

O tym gentlemen’s agreement i higher class to my w ogóle nie wiemy za dużo, nasza mentalność jest inna, nam komunizm nie zaszczepił szacunku do takich wysokich ludzi jak tutejsza higher class. My wypijamy z mlekiem rodziców negatywne podejście. Bo jakby Polska miała znowu króla, to czy pani by go zaakceptowała? No, widzę ten uśmieszek. Nie rozumiemy ich wartości. Nie oddajemy czci takiej osobie. A tutaj to jest szacunek, tu się czci takiego kogoś. Bo on tworzy historię, jest potrzebny jako symbol, że jest się dokąd wspinać.

Polska to kraj, gdzie się nie ceni higher class, znaczy ludzi, którzy są na szczycie. Od razu się mówi, że nakradli, że się nie nadają. Dam przykład. Dzisiaj do biura przychodzi chłopaczek z naszego biura reklamy i się skarży, że nie jest pewien, jak to będzie z jednym naszym dobrym reklamodawcą, bo w biurze pracuje tam Polak, którego zakłuł w oczy samochód, którym ja jeżdżę. Chłopaczek mówi, że tamten wymienił trzy czy cztery razy, że ja jeżdżę samochodem takim i takim, więc to, widać, jest dla niego ból jakiś.

A w Anglii to świadczy o potędze, że się ma taki samochód. O potędze świadczy nawet, jak ktoś ma dziesięć milionów długów. Bo to znaczy, że go stać na te długi. Żeby dostać się do ich dobrych sfer, to chyba mi już życia nie wystarczy. Oni są zamkniętym kręgiem.

Tutaj są w ogóle dwa sposoby bycia z wyższej klasy: nabyty i urodzony.

Można być dobrze wykształconym, mieć majątek, ale nie będzie się z naprawdę wyższej klasy. Dajmy na to, ja mam dom w Cotswolds w hrabstwie Gloucestershire, gdzie ci najlepiej urodzeni mają swoje domy na piątek do niedzieli. A jednak nie zapraszają mnie na polowanie, choć zapraszają innych. No bo ja jestem inteligencją biznesową.

To samo, gdybym chciał wysłać dzieci do szkoły dobrej, wysokopłatnej, o renomie. Niestety, żeby tam wejść, to będzie duża sztuka. Ale dajmy na to udało mi się załatwić te rekomendacje, tak jak znajomej Polce pochodzenia inteligenckiego, ale nie z higher class. Sama była w Polsce nauczycielką, ale posiadając bogatego męża, posłała córkę do prywatnej szkoły w dzielnicy Chelsea. Nigdy ta córka nie została zaakceptowana. Tamci jeżdżą do Szwajcarii na narty, na jachty w ciepłe kraje. Niektórzy nawet nie mają pieniędzy na takie wyjazdy, ale ich zapraszają ci, co mają. Córka nabawiła się depresji. Ale chodzi dalej, dlaczego ma nie chodzić?

W życiu biznesowym łatwo poznać bardzo dobrze urodzonego. Widzisz go w koszuli. Jest oberwana, bo on nosi ją dwadzieścia lat. Albo ma płaszcz trzydziestoletni. Albo buty piętnastoletnie. Ale te buty nawet teraz mają wartość pięciuset funtów, koszula jest z najwyższej półki i zawsze była, na taki płaszcz to normalny człowiek musiałby długo zbierać, a i tak nie wiadomo, czy taki krawiec chciałby go obsłużyć. No i ma zegarek. Słowem: klasę wyższą Angola widać w oczach. To, jak mówiłem, wypija się z mlekiem matki.

 

Zwykły Angol lubi się zadawać z klasą wyższą, bo z kim się zadajesz, takim się stajesz, taki urodzony podciąga do góry. Oczywiście teoretycznie. Jak mówiłem, do Pall Mall się za takim nie wśliźniesz.

Wiele firm mimo to chce mieć u siebie lorda. Angol zakłada firmę i chce mieć lorda, bo od tego firma od razu jest lepsza.

Inne różnice w mentalności: Angol pozwala małym biznesom rosnąć i nie gnębi ich kontrolami. Ale jak się ustawisz na tyle, że będziesz miał majątek – to już nie ma zmiłuj, będziesz płacił haracz w postaci podatków.

Ze swej strony powiem, że się w pewnym momencie nie myśli, że się płaci te podatki. Normalne. Normalne jest również, że się ubezpiecza domy i samochody. Bez ubezpieczenia, o ile wiem, jeżdżą tylko Polacy i Hindusi.

Nikt jej nie chciał
Maciek, 41 lat, Londyn

Jest niedawno awansowanym dyrektorem w PricewaterhouseCoopers. Pracuje w szklanym biurze nad Tamizą, mieszka w południowo-zachodnim Londynie, w dostatniej dzielnicy, gdzie są lepsze szkoły. O tym, jak podzielone klasowo jest zastane społeczeństwo, przekonał się dobitnie podczas sierpniowych zamieszek w 2011 roku.

Szósty sierpnia 2011 roku. Siedziałem na piętrze mieszkania na Clapham Junction i bałem się tak jak w 1981 roku, kiedy miałem osiem lat, a moi rodzice, szeregowi działacze Solidarności, zostali wezwani na SB. Dodam, że wtedy bałem się najbardziej w życiu.

To był trzeci dzień burd w mieście, wyrostki zaczęły podpalać i rozbijać wystawy, potem się okazało, że robiły to, by odwrócić uwagę od prawdziwego chaosu rozpętanego w East Croydon i uwiązać policję w centrum Londynu. Pięćdziesiąt metrów od naszych drzwi płonęła ulica, wszędzie było pełno dymu. Nad dzielnicą latał helikopter BBC, więc wiedziałem z telewizji, że płonie sklep z prywatkowymi gadżetami obok stacji. Kilkadziesiąt metrów od nas. W sklepie, wszyscy to wiedzieli, stały butle z gazem do pompowania balonów. Gdyby wybuchły, cały budynek mógłby wylecieć w powietrze. Kłębił się tłum rabusiów, strażacy nie mogli tam dojechać, przyjechał patrol policji, ale zaraz odjechał, bo policjanci się bali, że ich rozszarpią. Tkwiłem z rodziną na tym piętrze. Wiedzieliśmy, że nie mamy na kogo liczyć. Jedyna nadzieja leżała w sąsiadach z parteru. Gdyby przyszli rabować na naszą ulicę, ­sąsiedzi z dołu poszliby na pierwszy ogień, może by się chłopaki napasły sąsiadami.


Pod naszymi oknami, w bocznej uliczce, gówniarze zorganizowali sobie parking. Widziałem, jak spokojnie podjeżdżał mercedes z przyciemnionymi szybami. Wyskakiwało z niego dwóch ubranych w dresy młodych ludzi i biegło w kierunku St John’s Road, głównej ulicy handlowej. Wracali z naręczami butów sportowych i mercedes odjeżdżał. Za kwadrans pojawiał się znowu, goście wybiegali i wracali z dresami, nadjeżdżali, wybiegali i wracali ze sprzętem grającym, telewizorami plazmowymi, tak do rana. Następnego dnia St John’s Road była kompletnie splądrowana, wszystkie sklepy wypatroszone. Tylko jeden sklep został nietknięty. Księgarnia Waterstone’s. Nikt jej nie chciał.

Wtedy zrozumiałem, jak bardzo klasowe jest tu społeczeństwo. Kiedy St John’s Road przecina Battersea Rise, zamienia się w Northcote Road, bardziej elegancką, pełną drogich butików ulicę. Miejsce szaleństwa od Northcote Road dzieli najwyżej dwadzieścia metrów. I nikt się nie odważył pójść rabować na tę lepszą ulicę. Na wystawach leżały rzeczy, na których się nie znali.

Kiedy tkwiłem tak w oknie, zrozumiałem, że boję się o życie swoje i rodziny, i o mój dom, który jest w Londynie. No właśnie, w Londynie.