Bo trzeba żyć. Rodzina

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© Mark Owen | Trevillion Images

© Matthew Gibson | Depositphotos.com

Redakcja

Calibra/Sylwia Mosińska

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER S.A.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@liber.pl

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-19-2

Moim Rodzicom

Ciężkie czasy

– Prawie całą wojnę mi się uchował i nagle teraz, kiedy wszystko może się niedługo skończy, to go zabierają. – Apolonia z trudem powstrzymywała łzy.

Tak zdenerwowanej matki Gabrynia nie widziała chyba jeszcze nigdy. Nawet po śmierci ojca, a potem Heli zachowywała się inaczej. Wtedy kamieniała w środku, obojętniała na wszystko, jakby drętwota miała jej pomóc nie zwariować z rozpaczy. Teraz wręcz przeciwnie – mama dawała jej upust, płacząc i zamartwiając się. Chociaż jednak było to zachowanie nietypowe dla Apolonii, Gabrynia nie dziwiła się jej roztrzęsieniu, bo sama stresowała się chyba niewiele mniej.

Tadzik – ich beniaminek, rozpieszczony jak żadna z sióstr, oczko w głowie matki – dostał kartę powołania i za kilkanaście dni miał się stawić w komendzie uzupełnień w Siedlcach. Miał iść na wojnę! Tylko że ten chłopczyk skończył już dwadzieścia jeden lat i rocznikowo wcale nie był najmłodszy spośród tych, których pobór dotyczył.

Plakaty informujące o mobilizacji pojawiły się w powiecie niecały miesiąc po tym, jak odeszli z niego Niemcy. Wiadomość ta wywołała ogromne poruszenie. Z jednej strony radość i niedowierzanie, że w ogóle istnieje jakieś polskie wojsko, z drugiej – narastający z dnia na dzień niepokój, gdy stało się jasne, pod czyim zwierzchnictwem to wojsko się tworzy.

Rosjanie na dobre zawitali w Łukowie już kilka dni po zakończeniu działań wojennych. Początkowo traktowano to jako coś oczywistego, w końcu to oni pokonali Niemców. Spragniony normalności naród przyjął ich nawet z nadzieją, zwłaszcza że początkowo nic nie wskazywało na jakieś niebezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie – front był już dość daleko, radzieccy żołnierze aktywnie włączyli się w odgruzowywanie miasta, a nowo mianowany komendant zapewniał, że wojsko przejmuje władzę tylko przejściowo i już wkrótce przekaże ją wybranym w demokratycznych wyborach cywilom. Wystarczyło jednak kilka tygodni i stało się jasne, że owi cywilni włodarze pełnić mają jedynie funkcję marionetkową, a wszelkie ważniejsze decyzje będą podejmowane nie w ratuszu, ale w budynku przy 11 Listopada.

Dekret mobilizacyjny wywołał spory popłoch, zwłaszcza że zaczęły się rozchodzić pogłoski o aresztowaniach ujawniających się żołnierzy podziemia. Zupełnym szokiem stała się przekazywana pocztą pantoflową wiadomość o tym, że radzieckie wojsko udaremnia marsz oddziałom, które ruszyły w kierunku Warszawy, aby pomóc powstańcom. Co lepiej poinformowani opowiadali, że w najlepszym wypadku po prostu zatrzymują je i każą zawracać, ale zdarzają się też aresztowania, a nawet oskarżenia o szpiegostwo.

Trudno więc było się dziwić, że wobec tak niepewnej sytuacji wielu chłopaków próbowało się od tego niespodziewanego poboru wymigać. Niektórym się to zresztą udawało, bo w powojennym bałaganie nie było łatwo się rozeznać, kto z powołanych żyje, a kto nie, kto wojnę przesiedział na swoim, a kto tułał się gdzieś po kraju. Wielu się ukrywało, część podawała się za kogoś innego, bo czego jak czego, ale kombinować, a nawet korzystać z fałszywych dokumentów ludziska się za okupacji nauczyli. Komisjom poborowym trudno się było w tym wszystkim na początku połapać. Szybko się jednak okazało, że władze nie ustąpią tak łatwo i sprytu także im nie brakuje.

Tadzika nie udało się od wojska wybronić z powodu kartek żywnościowych, które Jagielski, jako pracownik przedsiębiorstwa państwowego, dostał dla całej rodziny gdzieś w połowie sierpnia. Chłopak znalazł się w ten sposób w najświeższym spisie ludności powiatu i na nic by się zdały jakiekolwiek tłumaczenia. Zresztą jemu samemu, ku rozpaczy matki, ani w głowie nie postało, by się od wojska wyłgiwać. Po prostu chciał walczyć i żadne niebezpieczeństwa oraz przeszkody nie miały dla niego znaczenia. Ani płacz matki, ani obawy wujka, ani przebudzone na nowo lęki siostry nie były w stanie go zniechęcić.

Słuchając jego wywodów, Gabrynia po raz kolejny doszła do wniosku, że mimo swych dwudziestu jeden lat i metra osiemdziesięciu wzrostu pod pewnymi względami Tadzik jednak ciągle jeszcze jest strasznym dzieciakiem. Dzieciakiem, który za wszelką cenę chce udowodnić swoją męskość. Denerwowało ją to prawie tak samo jak Apolonię, ale w przeciwieństwie do niej trochę go rozumiała. Jak każdemu chłopakowi marzyła mu się wojaczka. Kiedy się zaczynało, miał zaledwie szesnaście lat i na wojsko był za młody. A później, już w czasie okupacji, matka robiła wszystko, żeby swego jedynaka przed wojną uchronić. Zwłaszcza od śmierci Heli miała na tym punkcie niemal obsesję. Gdyby mogła, to pewnie z domu na krok by go nie puściła.

A przecież tylu chłopaków w jego wieku walczyło z bronią w ręku. Gabrynia, oprócz tego jednego razu zimą, nie miała z partyzantką wiele wspólnego, ale dobrze wiedziała, że Grzesiek Lechojda z Olend już wcześniej z Ostoją na akcje chodził, choć był nawet trochę młodszy od Tadzika. A ten szczuplutki Kostuś z młyna? Na siedemnaście lat może wyglądał, gdy razem z nią lewe dokumenty do getta szmuglował, a ona wolała się nawet nie domyślać, czym oprócz tego się zajmował. A Michał Stasi Boblówny? Przecież jeszcze zanim przystał do partyzantki, nieźle już tam Niemcom wcześniej w Warszawie nadokuczał. Tylko że oni wszyscy dobrze wiedzieli, czym jest wojna, i nie traktowali tego, co robili, jak przygodę, ale konieczność. A Tadzik owszem, tak się jej przynajmniej wydawało. Aż dziwne, bo przecież mimo wszystko z całym tym okropieństwem się stykał. Wiedział, ilu z tych, co na wojnę poszli, zginęło. Tyle że zupełnie go to nie zniechęcało. „Z tych, co nie poszli, też wielu nie przeżyło” – odpowiadał, gdy ktoś z rodziny próbował mu cokolwiek mówić na ten temat. Dlatego Gabrynia przestała, zwłaszcza że obecna mobilizacja przypomniała jej tamtą, sprzed wojny.

Mimo że minęło już pięć lat, dobrze pamiętała swoje przerażenie na wieść o powołaniu Tomasza. Chociaż od dawna mówiło się wtedy o wojnie, nikt jakoś do końca w nią nie wierzył. Sam Tomasz przekonywał ją, że Niemcy się nie odważą, a jeśli nawet, to Anglicy i Francuzi szybko się z nimi rozprawią. Dlatego wezwanie, które dostał, było dla niej szokiem. I już wtedy, gdy żegnała go na dworcu, podejrzewała, że nie skończy się to dobrze. Przeczucia te, niestety, okazały się słuszne, bo wojna potoczyła się zupełnie inaczej niż przewidywano, a ona nigdy więcej nie zobaczyła swego narzeczonego. Wspomnienie wrześniowej klęski, niepewność kolejnych miesięcy, a potem lat bez żadnej wieści od niego i niemal bezustanny lęk odcisnęły w niej niezatarty ślad. I jeśli nawet chwilami wydawało się jej, że to mija, wcześniej czy później wracało.

Teraz także wróciło. I chociaż wiedziała, że sytuacja jest całkiem inna, że to Niemcy się cofają i koniec wojny jest już bliski, nie mogła zapanować nad strachem. Rozsądek podpowiadał jej, że zanim Tadzik ruszy na front, o ile w ogóle tak się stanie, upłynie jeszcze trochę czasu i przy odrobinie szczęścia wojaczka może nawet ominąć jej braciszka. Jednak wyuczony przez ostatnie lata fatalizm podsuwał jej najgorsze wizje, tak że momentami tylko z trudem udawało się jej zachowywać spokój i nie okazywać paniki. Wystarczyło przecież, że mama odchodziła od zmysłów. Nawet Tadzik, choć zgrywał chojraka, chyba trochę tracił pewność siebie, słuchając matczynych pochlipywań i jej ciężkich westchnień. Odzyskał ją jednak definitywnie, gdy po kilku dniach spędzonych w ciężkiej domowej atmosferze wybrał się, czy raczej po prostu uciekł przed płaczem matki, do Niemyj. Wrócił stamtąd podekscytowany, bo okazało się, że starszy od niego o kilka miesięcy Kazik też został objęty poborem. Co prawda młody Niemyjski wykazywał nieco mniej entuzjazmu od kuzyna, ale najwyraźniej na jej brata świadomość wspólnego losu zadziałała zdecydowanie mobilizująco, bo nawet jeśli wcześniej trochę się wahał, od tego momentu nie miał już żadnych wątpliwości. Jedyną kwestią, która teraz zaprzątała jego myśli, było to, czy uda im się załapać do tej samej jednostki.

Dziwna rzecz, ale wiadomość ta podziałała też pozytywnie na Apolonię. Nie to, żeby nagle przestała się zamartwiać o jedynaka, ale wyraźnie się uspokoiła i przynajmniej chwilowo sprawiała wrażenie pogodzonej z losem. Trudno było wyczuć, czy stało się tak dlatego, że podświadomie liczyła na jakąś bliżej nieokreśloną pomoc lub też opiekę ze strony swego spokojniejszego i rozsądniejszego od Tadzika bratanka, czy też dopiero teraz uświadomiła sobie tak naprawdę, że nie jest jedyną matką, która posyła syna do wojska. W każdym razie zmiana była widoczna, bo w ciągu ostatnich kilku dni przed wyjazdem Tadzika jej energia skupiała się przede wszystkim na kompletowaniu wymaganego ekwipunku. A nie było to wcale takie proste, bo oprócz rzeczy oczywistych, takich jak dwa komplety bielizny czy przybory toaletowe, każdy poborowy musiał też posiadać zapas żywności na dziesięć dni. Oburzała się na ten wymóg, twierdząc nie bez racji, że to wojsko powinno zapewnić żołnierzom wyżywienie.

 

– Skąd ludzie mają wziąć tyle zapasów? I to takich, żeby się nie zepsuły szybko? W niejednym domu z dnia na dzień się żyje, nie wiedząc, czy nazajutrz będzie co do garnka włożyć, a tu takie wymagania. Toć to wojsko powinno się o takie rzeczy zatroszczyć. Chcą mieć rekruta, to i nakarmić go powinni – narzekała, susząc w duchówce suchary i wędząc soloną słoninę, którą przechowała w zakopanej za stodołą beczce jeszcze od wiosennego świniobicia. W każdym razie na piętnastego września wszystko było gotowe i dopiero dzień przed odjazdem roztrzęsienie Apolonii znowu dało o sobie znać.

Tadzik umówił się z Kazikiem, że pojadą pociągiem. Co prawda kolej różnie od czasu bombardowań funkcjonowała, ale powoli wznawiano połączenia i do Siedlec dało się już dojechać. Niemyjscy mieli wstąpić po niego po drodze do Łukowa.

Cała awantura poszła o to, że Apolonia uparła się z nimi jechać. Mało tego – postanowiła odwieźć ich do samych Siedlec. Tadzik wściekał się, że matka chce chyba pośmiewisko z niego zrobić, bo Kazika ojciec tylko na dworzec podwozi, a ona traktuje go jak smarkacza. Zdrowy rozsądek przywróciła jej dopiero interwencja Jagielskiego, który w dość ostry jak na niego sposób stwierdził, że chłopak ma rację i jeśli ona chce mu pieluchy zmieniać, to niech w ogóle razem z nim na tę wojnę idzie. Spłakała się na tę złośliwość, ale opanowawszy się, sama przed sobą przyznała, że robiąc sceny i popadając w histerię, nie pomaga ani sobie, ani synowi. Otrzeźwiała więc i nazajutrz pożegnała chłopaka dość spokojnie, chociaż potem przez dłuższy czas nie mogła sobie znaleźć miejsca w domu.

Trochę uspokoił ją list, który przyszedł na początku października i z którego wynikało, że dotychczas jej jedynak ma się dobrze. Okazało się, że obaj chłopcy nie oddalili się nawet za bardzo od rodzinnych stron, bo dywizja, do której należał ich oddział piechoty, stacjonowała w miejscowościach rozlokowanych w pobliżu Siedlec. Oni trafili gdzieś w okolice Mordów. Pierwsze dni w wojsku, jak relacjonował Tadzik, schodziły im na czynnościach zgoła niewojennych, bo głównie na budowaniu ziemianek i latryn. Resztę czasu zajmowały musztra i szkolenia. W liście wyczuwało się niezadowolenie Tadzika, który najwyraźniej nadal nie mógł się doczekać wojaczki. Ucieszyło to jednak Apolonię, bo przynajmniej na razie nie musiała się o niego bać.

– No i dobrze, niech kopią te latryny jak najdłużej. Najlepiej do końca wojny – śmiała się zadowolona. – I niech go tam musztrują, ile wlezie. Dobrze mu to zrobi, bo ja za bardzo nie umiałam trzymać go w dyscyplinie. Mogliby go jeszcze trochę w pisaniu podszkolić, bo jak patrzę na te jego kulfony, to aż mnie wstyd bierze – dodawała niby oburzona, choć widać było, że wieści od syna wyraźnie poprawiły jej humor.

Jej dobry nastrój udzielił się też Gabryni i Jagielskiemu i przez kilka dni wszyscy w domu zachowywali się tak, jakby Tadzik wyjechał na obóz harcerski, a nie na wojnę. Martwić się tak naprawdę mieli zacząć dopiero za kilka miesięcy.

*

W Łukowie znowu nastała ponura rzeczywistość. Zrujnowane miasto nie zdążyło się jeszcze otrząsnąć ze swej najświeższej żałoby, ciała zabitych nie ostygły do końca w grobach, a ranni nie doszli całkiem do siebie, gdy dla mieszkańców zaczęła się kolejna gehenna.

Brakowało wszystkiego: jedzenia, lekarstw, ubrań, środków transportu, a przede wszystkim mieszkań. Miasto, jak ktoś potem obliczył, było zniszczone prawie w osiemdziesięciu procentach, na niektórych ulicach, zwłaszcza w centrum, nie pozostał w całości nawet jeden budynek mieszkalny. W śródmieściu znalezienie jakiegokolwiek lokum, chociaż z grubsza nadającego się do mieszkania, graniczyło z cudem, mimo że w porównaniu ze stanem sprzed wojny liczba mieszkańców zmniejszyła się prawie o połowę, a część spośród tych, którzy przeżyli – wśród nich także Gabrynia – i tak przeniosła się tymczasowo do krewnych czy znajomych na wieś. Ci, co pozostali, gnieździli się w ciasnocie, a kto nie miał szczęścia lub nie chciał przenosić się na peryferie, koczował w ocalałych piwnicach, chlewikach czy komórkach. Zdarzało się, że ludzie klecili na swych zrujnowanych posesjach prowizoryczne budy z tego, co się znalazło akurat pod ręką, albo kopali ziemianki, byle tylko mieć jakiekolwiek schronienie. Póki trwało lato, jakoś sobie radzono, strach jednak było myśleć, co się stanie za kilka miesięcy. Do tego dochodziła jeszcze obawa przed epidemią, bo warunki sanitarne urągały wszystkiemu. Nikt oczywiście nie marzył o elektryczności czy kanalizacji, ale nawet dostęp do czystej wody bywał w niektórych rejonach problematyczny.

Nic więc dziwnego, że odgruzowywanie miasta i jego odbudowa stały się priorytetem pospiesznie wyłonionych nowych władz niemal od pierwszych dni. Łatwo jednak powiedzieć, trudniej coś zrobić, gdy wokół panuje chaos. Kilka tygodni po wyzwoleniu wszyscy już wiedzieli, że jakiejś spektakularnej zmiany na lepsze w najbliższym czasie nie ma co się spodziewać. Powołano co prawda komisję odbudowy powiatu, ale jej działalność skończyła się na jednym posiedzeniu. Nowa władza nie utrzymała się bowiem długo, bo niecały miesiąc później podważono jej legalność i odbyły się kolejne wybory. A potem to już było wiadomo, kto tak naprawdę w najbliższym czasie będzie rządzić miastem i powiatem.

Jesienią zaczęły się powroty. Do domu wracali uciekinierzy, jeńcy, więźniowie. Napływali też nowi: bezdomni, wysiedleńcy, którzy straciwszy wszystko gdzie indziej, tutaj – z wyboru czy też z przypadku – próbowali znaleźć swoje miejsce na ziemi. Niestety, wraz z nimi ściągały też do miasta różne podejrzane typy, które w tej ciżbie ludzkiej upatrywały dla siebie jakichś możliwości. Gabrynia na stałe wróciła do Łukowa w listopadzie – po prawie czterech miesiącach spędzonych w Olendach. Przygotowywała się do tego od dłuższego czasu, tylko nie bardzo wiedziała, do kogo i do czego ma wracać. Jej łukowski dom już nie istniał, miasto było w ruinie, a pani Celińska nie żyła. Czuła jednak, że musi zacząć układać sobie życie na nowo. Aby stało się to możliwe, potrzebowała pracy i mieszkania. Niestety, zdobycie jednego i drugiego wydawało się na razie niemożliwe. Lokali i zatrudnienia, zwłaszcza dla pracowników umysłowych, po prostu brakowało. Już we wrześniu kontaktowała się z kierownikiem Wolińskim, swym ostatnim pracodawcą, ale na razie nic dla niej nie miał. Młyn chwilowo nie funkcjonował z powodu zniszczenia części maszyn, zresztą i tak nie bardzo było wiadomo, na jakich zasadach miałby teraz działać. Przedwojenni właściciele nie żyli i los przedsiębiorstwa pozostawał pod znakiem zapytania. Chodziły słuchy, że przejmie je państwo, ale ile było w tym prawdy – nie wiadomo. W każdym razie Woliński obiecał dać jej znać, gdy tylko będzie coś wiedział.

Zrezygnowana przesiedziała w Olendach kolejny miesiąc, trochę pomagając w wykopkach, częściej się jednak nudząc. Nawet mama to wyczuwała i wbrew obawom Gabryni nie protestowała, gdy ta kilkakrotnie wyjeżdżała do miasta, próbując gdzieś się zaczepić. Była już zdecydowana podjąć się czegokolwiek, gdy niespodziewanie przyszła jej z pomocą pierwsza, jeszcze przedwojenna szefowa. Od czasu likwidacji biblioteki Gabrynia widziała się z panną Lisówną wszystkiego może dwa czy trzy razy, a od ponad dwóch lat nie miała nawet pojęcia, czy kobieta w ogóle jeszcze żyje. Jakież więc było jej zdumienie, gdy pewnego październikowego dnia niespodziewanie wpadły na siebie na ulicy.

Okazało się, że panna Lisówna rzeczywiście wyjechała z Łukowa zaraz po tym, jak rozpoczęły się wywózki z getta. Bibliotekarka była co prawda katoliczką, chodziła do kościoła, ale nigdy nie ukrywała, że jej warszawska rodzina ze strony matki była wyznania mojżeszowego. Na wszelki wypadek przeniosła się więc do Lublina, gdzie mieszkała siostra ojca. Może była to przesadna ostrożność, ale panna Wanda wolała nie ryzykować, pamiętając jeszcze z młodości rasistowski napis, który pojawił się pewnego dnia na drzwiach mieszkania rodziców. W Łukowie o jej mieszanym pochodzeniu wiedziało wiele osób i panna Lisówna nie miała zamiaru sprawdzać ich lojalności. Nie po tym, co usłyszała o niektórych z nich już w pierwszych miesiącach tworzenia getta. Przenosiny były więc zasadne, szczególnie że ciotka, chociaż nie wypierała się brata i jego córki, nie uznała nigdy za stosowne ujawnić faktu, że jej rodzina miała z Żydami cokolwiek wspólnego. Jej sąsiadów zaś nie dziwiło, że niezamężna krewniaczka w średnim wieku przyjechała wesprzeć coraz bardziej podupadającą na zdrowiu starą ciotkę.

Dogadywały się nie najgorzej, zwłaszcza że po śmierci męża staruszka mieszkała zupełnie sama i nawet było jej na rękę towarzystwo bratanicy, która przejęła na siebie obowiązki aprowizacyjne. Dwa razy w miesiącu jeździła do podlubelskiej Elizówki, skąd wywodził się zmarły wuj, i przywoziła stamtąd jajka oraz kilka litrów mleka, z którego potem robiły z ciotką twaróg. Na tych jajkach i twarogu przeżyły ponad dwa lata, uzupełniając nimi nędzną kartkową dietę. Żyły w biedzie, bo jedynym ich dochodem były grosze, jakie panna Lisówna dostawała za lekcje francuskiego udzielane córkom jednej z sąsiadek, oraz pieniądze uzyskiwane z wyprzedaży resztek przedwojennych dóbr ciotki.

– Na targu przy Ruskiej można było sprzedać dosłownie wszystko. Nie uwierzysz… – panna Wanda roześmiała się na samo wspomnienie – ale ciotka któregoś dnia przehandlowała tam nawet sztuczną szczękę wuja. Fakt, że ze szklanką. – Przez chwilę chichotały, ale twarz starszej z kobiet szybko spoważniała. – Niestety, książki też musiałyśmy sprzedawać. Serce bolało, jak wybierałam, którą tym razem. Ale cóż, z czegoś trzeba było żyć. Literaturą mogłyśmy nakarmić dusze, ale ciała domagały się bardziej treściwego pokarmu – westchnęła. Po chwili kontynuowała swą opowieść: – Na szczęście wojna się skończyła, zanim zdążyłyśmy wyprzedać całą biblioteczkę. Dzięki temu przywiozłam ze sobą do Łukowa kilkadziesiąt tomów, które zostały mi w spadku po ciotce. Staruszka zmarła na zawał w lipcu, gdy na naszej ulicy pojawiły się czołgi – wyjaśniła. – Pochowałam ją, a jak tylko się dowiedziałam, że Łuków też już jest wolny, spakowałam się i zaczęłam szukać transportu.

W drogę powrotną do domu zabrała się wojskową ciężarówką, którą załatwił jej pewien znajomy oficer. Spotkali się całkiem przypadkiem na ulicy. Nie miała pojęcia, że dochrapał się w wojsku tak wysokiej rangi, a jeszcze bardziej była zaskoczona serdecznością, jaką jej okazał. Niezręcznie się czuła, bo przed wojną nie byli nawet bliskimi znajomymi. Oczywiście nie odrzuciła jego pomocy. Przyjechała więc do Łukowa z przesadną pompą, ale dzięki temu mogła zabrać ze sobą resztki księgozbioru ciotki. W rodzinnym mieście nie została jednak serdecznie powitana. W jej malutkim mieszkanku, które na czas wyjazdu oddała pod opiekę sąsiadce, koczowała jakaś rodzina. I dopiero po interwencji wojskowego, który ją eskortował, udało się tych nieproszonych lokatorów przekonać, że to jednak ona jest właścicielką kawalerki, a nie kobieta, której za nią płacili. Sąsiadka zresztą strasznie się po tym na nią obraziła i teraz udawała, że jej nie zna.

– Nie odpowiada na „dzień dobry” i głowę odwraca jak od zapowietrzonej. Chociaż w sumie to wcale się jej nie dziwię, taki wredny numer jej wycięłam tym powrotem. No, ale przynajmniej garderobę sobie podreperowała, bo rozmiar mamy taki sam. – Panna Lisówna znowu się roześmiała. – Moje sukienki całkiem dobrze na niej leżą. Ale niech jej tam. – Machnęła ręką.

Przez chwilę rozmawiały o szerzącej się pladze złodziejstwa. W końcu panna Lisówna się zreflektowała.

– O Boże, ja tu gadam i gadam, a przecież w ogóle nie wiem, jak tobie się przez ten czas wiodło. No i co porabiasz teraz? Chodź do mnie na herbatę, nie uwierzysz, mam prawdziwą, i spokojnie mi wszystko opowiesz. Zresztą mam do ciebie sprawę i aż głupio, że cię tak trzymam na ulicy.

Wzięła Gabrynię pod rękę i już kilka minut później wprowadziła ją do swojego mieszkania. Zmiany, jakie w nim zaszły od czasów przedwojennych, były szokujące. Malutka, ale zadbana, wręcz wychuchana kawalerka była teraz niemal zupełną ruiną. Brakowało większości mebli, o drobnych sprzętach i bibelotach już nawet nie mówiąc. Brudne ściany pokrywały w kątach plamy pleśni, a w jednym skrzydle kuchennego okna zamiast szyby osadzony był kawał dykty.

 

– Najgorzej, że i książki wynieśli, czy może raczej: zużyli jako podpałkę do pieca – odpowiedziała na zdumione spojrzenie Gabryni. – Dobrze, że nie przyszło im do głowy, żeby podłogę też porąbać i spalić, to przynajmniej te z biblioteki ocalały.

Z uśmiechem sięgnęła po leżący na stole nóż i podważyła jedną z desek. Potem wyjęła kolejną i oczom Gabryni ukazał się spory schowek równiutko upakowany obłożonymi w szary papier tomami. Dziewczyna westchnęła.

– Te, które ja wzięłam, przepadły. Spłonął cały dom, nic nie ocalało. Przetrwały jedynie te, które zawiozłam na wieś. Część jest u nas, w Olendach, a część mama dała na przechowanie siostrze. Co z resztą, nie wiem, ale myślę, że wielu nie da się już odzyskać.

I nagle z oczu pociekły jej łzy. Zaskoczona panna Wanda objęła ją.

– No co ty, Gabryniu, to tylko książki. Najważniejsze, że my żyjemy.

– Wiem – chlipnęła. – Ja nie z powodu książek, tylko tak mi się jakoś nagle skojarzyło. Bo to wszystko… wszystko się tak zmieniło.

Jakby jakaś tama w niej pękła. To, o czym nie rozmawiała prawie z nikim, wylewało się z niej teraz strumieniem. Opowiedziała pannie Wandzie o tym, jak dowiedziała się o śmierci Tomasza, potem o Heli, o pani Celińskiej, o Chai i Michale, o swoich lękach i poczuciu beznadziei i o tej pustce, którą odczuwa już od tak dawna.

– Przecież ja mam skończone dwadzieścia osiem lat. Przed wojną to już by mnie starą panną nazywali. To znaczy… – Przerwała nagle, uświadomiwszy sobie, że mogło to zabrzmieć niezbyt delikatnie, ale panna Lisówna uśmiechnęła się tylko i dała jej znak, żeby mówiła dalej. Odwzajemniła więc uśmiech na znak przeprosin i kontynuowała: – I co? Żadnego celu przed sobą, żadnej przyszłości. Nie mam pracy, nie mam domu. Zupełnie nie wiem, co ze sobą zrobić. W Olendach już nie wytrzymuję, duszę się tam. – Znowu zerknęła na pannę Wandę. – To znaczy, niech mnie pani źle nie zrozumie, kocham ich wszystkich, ale czuję, że to już nie moje miejsce, że z niego wyrosłam. Nie mam tam nic do roboty, a ja tak nie mogę. Chcę żyć na własny rachunek, tylko na razie nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać.

Panna Lisówna gładziła ją po ręku i nad czymś się zastanawiała.

– Gabryniu – zaczęła po chwili – nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, ale mam pewien pomysł, który może by cię zainteresował.

Dziewczyna spojrzała na nią pytająco.

– Rozmawiałam już z kilkoma osobami. Na razie tak ogólnie, ale większość jest zdania, że trzeba się tym zająć. Chodzi o bibliotekę.

– Przecież budynek jest prawie zawalony.

– Tak, ale na razie to sprawa drugorzędna. Lokal za jakiś czas się znajdzie, odbudowa musi przecież kiedyś ruszyć. Teraz chodzi o to, żeby odtworzyć, chociaż w jakiejś części, księgozbiór. Ja mam to. – Wskazała na skrytkę w podłodze. – I to. – Poklepała dłonią wielkie pudło, na którym siedziała. – Ty na wsi też coś przechowałaś. Zawsze to jakiś początek. No i przecież niemożliwe, żeby wszystkie przepadły. Trzeba popytać ludzi, sprawdzić.

– U Bursztynów nikt nie przeżył, wszystkich wywieźli, a ich dom spalony. U państwa Kozłowskich tak samo. Ale pana Jalowskiego widziałam nawet dzisiaj. Ela Rosa mieszka tam, gdzie dawniej. – Gabrynia jakby zapomniała o swoich troskach. – Pochodzę, popytam. Z grubsza pamiętam, komu co dawałam. Może część udałoby się odzyskać. Tylko że… – Przerwała, jakby nagle coś się jej przypomniało.

– O mieszkanie się nie martw. – Panna Wanda najwyraźniej czytała jej w myślach. – Warunki mam, jakie mam, ale w tych czasach trzeba się cieszyć z każdego dachu nad głową. Za jakiś czas się odmaluje, a ze szklarzem już się umówiłam. Zawalony robotą, od lipca jego usługi są w cenie, ale powiedział, że przyjdzie, zanim zrobi się prawdziwa zimnica. Byle miał szkło. Ty musiałabyś się tylko postarać o jakieś łóżko czy chociaż porządny siennik.

– Ale…

– Daj spokój – przerwała jej starsza kobieta. – Nie zapraszam cię na stałe, tylko do czasu, aż coś sobie znajdziesz. Przecież wiem, że nie możesz mi pomagać, siedząc w Olendach. Tylko że… – Tym razem to ona się zawahała. – Pieniędzy to na razie z tego nie będzie. Priorytety, rozumiesz, powiedzieli, jak się dowiadywałam. Najpierw pierwsze potrzeby, potem kultura. Od stycznia może coś się zmieni. No, ale skoro tyle czasu przetrwałyśmy, to te kilka miesięcy też damy radę. – Panna Lisówna była pełna entuzjazmu.

– Ale to tak głupio zwalać się pani na głowę. – Gabrynia, choć podekscytowana, miała jeszcze opory.

– Gabryniu, chcesz pracować w bibliotece czy nie?

– No jasne, że chcę.

– Więc wspólnie musimy ją stworzyć. A żeby to zrobić, najpierw trzeba zebrać książki. I to będzie głównie twoje zadanie. Ja zajmę się organizacją, już zresztą chodziłam w tej sprawie do nowego burmistrza. Nawet dobrze mnie przyjął. Nic konkretnego nie obiecywał, ale zapewniał, że będzie miał moją sprawę na uwadze, a to już nie jest źle. Mówią, że on nie ma wiele do powiedzenia, że trzeba by raczej do tego komendanta, ale zobaczymy. Jak nie będzie wyjścia, to pójdę. Przecież szkoły ruszyły, to może niedługo przyjdzie czas na bibliotekę. Tak więc, kochana, jedź do domu po swoje rzeczy i za kilka dni zaczynamy.

*

Biblioteka wznowiła działalność pod koniec listopada. Początkowo w dość wąskim zakresie, ale jednak. Tak jak przewidywały, wiele książek, które przed zamknięciem placówki przez Niemców rozdały po kryjomu najwierniejszym czytelnikom, przepadło. Część spłonęła lub została zniszczona w jakiś inny sposób, po innych zaginął ślad tak jak i po ludziach, którzy je przechowywali. Niektórzy zaś spośród tych, u których je zdeponowały, po prostu stwierdzali, że ich nie posiadają, a one nie drążyły z jakiego powodu. Mimo to po trzech tygodniach intensywnych poszukiwań zgromadzony w mieszkaniu księgozbiór liczył prawie sześćset tomów. Ułożone w ogromne stosy książki wypełniały małe mieszkanko niemal po brzegi, a obie jego lokatorki przemieszczały się między nimi jak w jakichś dziwacznych tunelach. W takich warunkach przebiegały inwentaryzacja i katalogowanie zbioru.

Jednak nie to stanowiło największy problem, lecz brak lokalu. Dawna siedziba biblioteki została zniszczona w czasie bombardowania i choć decyzja o odbudowie gmachu zapadła, jej realizacja musiała poczekać. Niezrażona panna Lisówna mimo to wydeptywała ścieżki do wszystkich urzędników w mieście, nie patrząc nawet na resort, jaki im podlegał, uruchomiła też dawne, zarówno służbowe, jak i prywatne kontakty. W końcu, po kilku tygodniach nieustannego nagabywania różnych osób, osiągnęła swój cel – przyznano im tymczasową siedzibę w jednej z ocalałych pożydowskich kamienic w centrum. Przenosiny zajęły im dosłownie dwa dni i wreszcie biblioteka mogła zostać otwarta.

Gabrynia czuła, że jest znowu w swoim żywiole. Nowa praca wyrwała ją z apatii i uświadomiła jej, jak bardzo za tym tęskniła. Nic nie było w stanie jej zniechęcić – ani trudne warunki (lokal nie należał do najcieplejszych, bywały takie dni, że w nocy atrament w kałamarzu po prostu zamarzał), ani brak pieniędzy. Ważne było tylko to, że coś robi, że czuje się potrzebna. Okazało się bowiem, że chociaż wojna przewartościowała hierarchię ludzkich potrzeb, te wyższe stłumiła tylko chwilowo. W wypożyczalni ruch był z dnia na dzień coraz większy. Wrócili do niej dawni czytelnicy, ale też – ku radości obu bibliotekarek – pojawiło się wielu nowych, zwłaszcza młodych. Otwarte ponownie szkoły średnie również potraciły swoje księgozbiory, ogromną popularnością cieszyły się więc przedwojenne lektury, po które uczniowie dosłownie ustawiali się w kolejce. Musiały ustalić limit wypożyczeń, a część utworów – zwłaszcza z klasyki – można było dostać tylko po uprzednim zapisie lub poczytać je na miejscu w urządzonej przez nie prowizorycznej czytelni. Na szczęście książek stale przybywało – przynosili je sami czytelnicy – i z początkiem nowego roku cały zbiór liczył już ponad siedemset tomów.