Bo trzeba żyć. Gabrynia

Tekst
Z serii: Bo trzeba żyć #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© Ysbrand Cosijn | Depositphotos.com

© Matthew Gibson | Depositphotos.com

Redakcja

Bookman

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66201-94-1

Pawłowi, który zawsze mnie wspiera.

Nowe życie

Chyba tak już było Apolonii sądzone, że obydwa jej małżeństwa stawały się na jakiś czas tematem numer jeden wśród miejscowych plotkarzy. Kiedy kilkanaście lat wcześniej wychodziła za mąż za Franciszka, kontrowersje budziło jej szlacheckie pochodzenie. Źle wróżono ich przyszłości, powołując się na bliżej nieokreślone, ale powszechne w świadomości prawo zakazujące koligacenia się między klasami. I chociaż z przepowiedni tych niewiele się sprawdziło, chłopska społeczność Olend nigdy w pełni nie zaakceptowała Apolonii, zawsze podkreślając, że się od nich różni. Wydawać by się zatem mogło, że małżeństwo z leśniczym Jagielskim nie powinno budzić już takich emocji. Byli tu przecież, pomimo upływu lat, obydwoje obcy i w dodatku równego pochodzenia. Nie naruszali więc żadnego uświęconego tradycją porządku, nie burzyli ogólnie przyjętego stanu rzeczy, wręcz przeciwnie – wpasowywali się w konwenans i zamykali usta, tak im się przynajmniej wydawało, moralistom krytykującym ich związek. A jednak.

Chociaż ślub Apolonii z Jagielskim odbył się po cichu i bez żadnego rozgłosu, we wsi wywołał nową falę plotek, może jeszcze większą niż ta przed laty. Apolonia wolała się nie domyślać, co ludzie wygadują, bo nawet to, co do niej dotarło, wystarczało, by postanowiła raz na zawsze przestać przejmować się ludzką opinią. A mówiono niestworzone rzeczy, przy czym kwestie moralne i finansowe wysuwały się wyraźnie na czoło. Wieś podzieliła się na obozy. Jedni uważali, że to Apolonia omotała leśniczego i wykorzystując jego miękkie serce, szybciutko znalazła sobie pocieszyciela. Oczywiście podkreślano przy tym, że jej wybór nie był przypadkowy, lecz podyktowany wrodzonym wyrachowaniem. Wszak w okolicy nie było lepszej partii niż ten samotny mężczyzna na państwowej posadzie. Byli jednak i tacy, którzy uważali wręcz odwrotnie – że to Jagielski, znany przecież birbant i babiarz, zakręcił się koło wdowy, licząc na majątek, co to jej świętej pamięci Bąk zostawił.

Gdyby nie dotykało to jej osobiście, Apolonia uznałaby nawet, że sposób kształtowania się olendzkich poglądów jest na swój sposób zabawny. Generalnie jednak nie było jej do śmiechu, bo chociaż jej nowe małżeństwo ogólnie zapowiadało się pomyślnie, nie dało się ukryć, że powodowało też różne komplikacje. Mniejsza już nawet o plotkarzy, ale i wewnątrz rodziny, a nawet i między nimi dwojgiem pojawiły się zgrzyty, które przez dłuższy czas nie pozwalały cieszyć się nową sytuacją, tak jak by chcieli.

Przede wszystkim dzieci. Co do młodszych nie miała żadnych obaw – Helcia i tak niewiele rozumiała, a dla Tadzika, który słabo pamiętał zmarłego ponad dwa lata temu ojca, Jagielski był największym autorytetem. Natomiast trochę się bała, jak na ich plany zareagują starsze dziewczynki, dlatego zbierała się przez dłuższy czas, zanim którejś soboty wreszcie im je zdradziła. Były kompletnie zaskoczone, chociaż Apolonia miała wrażenie, że bardziej niż informacja, iż wujek ma zastąpić im tatę, zdumiał je fakt, że matka w ogóle może jeszcze w tym wieku wyjść za mąż. Szczególnie zniesmaczona wydawała się Weronika. Apolonię trochę zabolała obcesowość córki, na szczęście Gabrynia załagodziła sprawę, a widząc poparcie planów matki przez starszą siostrę i entuzjazm młodszego brata, Weronika dyplomatycznie wycofała się z pierwotnego stanowiska. Mimo to Apolonia wyraźnie wyczuwała, że nie jest ona zadowolona z sytuacji. Nawet ją rozumiała, co nie zmieniało faktu, że trochę było jej z tego powodu przykro. Zwłaszcza że nie sposób było nie zauważyć, iż dziewczynka nie do końca zaakceptowała nowy stan rzeczy. Nie okazywała tego wprost, ale matka dostrzegała jej dezaprobatę i coś w rodzaju lekkiego zmieszania, którego Weronika nie potrafiła ukryć. Dziewczynka stała się opryskliwa i to nie tylko wobec niej, ale także wobec rodzeństwa, z którym kłóciła się częściej niż dawniej. Nie pomagało besztanie i przywoływanie do porządku, efekt był krótkotrwały albo nie było go wcale. Weronika wszczynała awantury o byle co, ale – interesująca rzecz – tylko pod nieobecność Jagielskiego. Kiedy przyjeżdżał do Olend, brała na wstrzymanie. Tyle że zazwyczaj kiedy w domu pojawiał się leśniczy, ona dziwnym trafem prawie zawsze miała jakieś sprawy do załatwienia na wsi. On pierwszy zresztą zauważył, że dziewczynka go unika. Jednak wspólnie z Apolonią doszli do wniosku, że po prostu muszą dać jej czas na oswojenie się z nową sytuacją.

Matka martwiła się, co będzie, jeśli Weronika nie przestanie się dąsać, zanim wezmą ślub. Dlatego zdecydowanie sprzeciwiła się propozycji Jagielskiego, aby przeprowadziła się z dziećmi do niego. Nawet się o to sprzeczali. On twierdził, że tak będzie najwygodniej, bo i w leśniczówce przestrzeni więcej, i jemu będzie łatwiej, gdy będzie cały czas na miejscu. Poza tym na wsi rzadko się zdarza, żeby to mężczyzna przeprowadzał się do kobiety.

– Powiedzą, że na przystępy do ciebie przyszedłem.

– A odkąd to przejmujesz się tym, co ludzie powiedzą? – odparowała, nie chcąc nawet słyszeć o przenosinach. – A poza tym weź pod uwagę dzieci. Już i tak świat stanął im na głowie, brakuje tylko jeszcze, żeby Weronka miała do mnie pretensje, że ją na bezludzie wywiozłam. Przecież wiesz, jaka ona jest: dnia nie wytrzyma bez przyjaciółek. To nie Gabryńka. A zresztą Hela też źle znosi wszelkie zmiany.

Troska o dzieci stanowiła tylko część prawdy. W gruncie rzeczy była to jedynie dobra wymówka, bo tak naprawdę to Apolonia nie chciała się przeprowadzać. Kochała swój dom i nie potrafiła sobie wyobrazić, że w leśniczówce gospodarowałaby z takim samym entuzjazmem, jaki od początku czuła w domu Franciszka. Zresztą nie uśmiechało się jej też życie poza wsią. Co prawda w leśnictwie i tartaku zawsze kręciło się wielu ludzi, bo interesanci przyjeżdżali tu z całej okolicy, ale jednak było to odludzie i Apolonia aż się wzdrygała na myśl, jakie ciche i czarne muszą tam być noce. Jednocześnie wiedziała, że Jagielski z racji stanowiska przyjmuje czasem różnych gości z powiatu albo nawet i województwa. Nie wyobrażała sobie, że musiałaby uczestniczyć w takich spotkaniach, a przecież gdyby mieszkała w leśniczówce, trudno byłoby tego uniknąć. Nie przyznawała się do swoich obaw, żeby nie wydać mu się zupełnym ,,dzikiem”, jak mawiała kiedyś Wasakowa, ale im więcej ich miała, tym mocniej obstawała przy swoim. W końcu się dogadali, chociaż Jagielski nadal uważał, że ludzie będą uważali ich za dziwaków.

– No bo powiedz sama, czy małżeństwo nie powinno mieszkać razem?

– No przecież będziemy razem – przekonywała go, chociaż dobrze wiedziała, co ma na myśli.

Leśniczówkę od Olend dzieliło dobre pięć kilometrów, a Jagielski, choć urzędnik państwowy, nie pracował w ściśle określonych godzinach. Obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, że nieraz się zdarzy, iż będzie musiał zostać tam na noc, żeby nie jeździć bez sensu w tę i z powrotem, gdy będzie miał nawał roboty.

Mimo że w tej kwestii Apolonia postawiła na swoim, problemy z dziećmi ciągnęły się nadal. Weronika chodziła naburmuszona przez cały okres ich krótkiego narzeczeństwa. Momentami była tak niemożliwa, że matka zaczynała się zastanawiać, czy dla świętego spokoju nie odwołać wszystkiego. Zwyciężał zdrowy rozsądek – przecież fochy córki nie mogą wpływać na jej życiowe decyzje. Kiedyś jej przejdzie, lubi przecież Romana. A zresztą, jeśli nawet i nie, nie będzie mi tu smarkula rządzić – myślała buntowniczo po którejś z kolei awanturze. Nie mogąc jednak wyzbyć się poczucia winy, zwierzyła się ze swych kłopotów bratowej.

– Już naprawdę czasami nie wiem, jak z nią postępować. Przecież nie będę jej biła. Kiedy próbuję z nią rozmawiać, to odwraca kota ogonem, że niby się jej czepiam, i udaje, że nie rozumie, o co mi chodzi. Ale przecież dobrze wiem, że o ten ślub, chociaż temu zaprzecza.

– Oj tam, dziewczyna po prostu dorasta, zmienia się. Wiesz, jak to jest: małe dzieci – mały kłopot, większe – to i kłopot większy. Gdy ja wychodziłam za Andrzeja, to moi chłopcy byli jeszcze za mali, żeby coś rozumieć, ale potem różnie bywało. Szczególnie gdy się Kaziczek urodził. Z Krzysiem nie było problemów, ale Marian… Cud, że Andrzej to wytrzymał, bo czasem to tak wyglądało, jakby Marian uważał, że to przez niego zmarł ich ojciec. No ale jakoś minęło. Nie powiem, żeby chłopak był wobec Andrzeja specjalnie wylewny, ale teraz już jest spokój. Wy też musicie po prostu wytrzymać. Mówiłaś, że umówiłaś dla Weronki miejsce u krawcowej.

 

– No tak, od jesieni ma się zacząć przyuczać.

– Do tego czasu sobie poradzicie, a gdy dziewczyna pójdzie między ludzi, to jej dziecinada przejdzie. Zobaczysz – stwierdziła bratowa zdecydowanym tonem. – Z Marianem też tak było. Chwilami myślałam, że zwariuję, aż namówiłam go, żeby się zapisał do szkoły wieczorowej. Sama zresztą pamiętasz, co ci będę mówić. Aż się czasem wstydziłam przed wami. A teraz nie ten sam chłopak. Uczy się, ciągle coś czyta, poprosił, żeby mu gazetę zaprenumerować. I do roboty go ciągnie. Nawet sam potrafi Andrzeja spytać, czy nie trzeba czego zrobić. W szkole mu jeszcze dwa i pół roku zostało i tak sobie myślę, że niedługo to będziemy musieli z tej dzierżawy zrezygnować i chłopaka powoli do gospodarowania na ojcowiźnie przysposabiać, bo tak spoważniał. Zobaczysz, Weronka też zmądrzeje.

Cóż, Apolonia miała nadzieję, że słowa Marianny okażą się prorocze. Fakt, że kiedy w ostatnie Boże Narodzenie widziała Mariana, też zwróciła uwagę na to, jak wydoroślał. Zawsze był chłopcem raczej poważnym, ale też ponurym i niezbyt sympatycznym. Teraz, w wieku siedemnastu lat, wyzbył się swej dawnej gburowatości i wywarł na niej całkiem miłe wrażenie. Nawet Gabrynia, która go nie cierpiała, przyznała, że bardzo się zmienił. Da Bóg, z Weroniką będzie tak samo.

Gimnazjalistka

Gabrynia nie miała za bardzo czasu, żeby zastanawiać się nad nowym małżeństwem mamy. Po pierwszym zaskoczeniu szybko oswoiła się z tym faktem, a nawet dostrzegła w nim pewne korzyści. W końcu wujek i tak był dla nich jak rodzony, teraz więc można było pozbyć się głupich skrupułów, które odczuwały, korzystając z jego dobroci. No, w tej sytuacji już nawet mama nie będzie mogła powiedzieć, że coś nie wypada albo że się nadużywa jego uprzejmości. Dziwnie, co prawda, było sobie wyobrazić, że wujek będzie teraz z nimi na stałe. Na początku Gabrynia nie bardzo wiedziała, co o tym myśleć. Wujka uwielbiała, ale nawet by jej do głowy nie przyszło, że mama mogłaby wyjść za niego za mąż. Że w ogóle mogłaby. Strasznie się więc zdziwiła, ale ostatecznie spodobał się jej ten pomysł, dlatego była zła na Weronkę, że się do mamy odezwała tak niegrzecznie. Nie mogła zrozumieć, o co jej chodzi. Dopiero potem, gdy poszły do siebie, siostra zaczęła jej tłumaczyć, że przecież jako jej mąż wujek będzie mieszkał z mamą, czyli z nimi.

– I w jednym łóżku będą spali, a Helę przeniosą do nas, zobaczysz – tłumaczyła gorączkowym szeptem, jakby bała się, że ktoś ją podsłucha, choć przecież leżały w swoim pokoiku, oddzielone sienią od reszty mieszkania.

Gabrynia nie wiedziała, dlaczego perspektywa wspólnego mieszkania z młodszą siostrą tak oburzyła Weronikę. Owszem, Helcia jest niezguła, ale nie ma z nią żadnych kłopotów. W czym niby miałaby im przeszkadzać? Dopiero pogardliwe „Boże, jaka ty jesteś głupia” uświadomiło jej, że siostrze wcale nie o Helę chodziło. Chciała Weronikę wypytać, ale ta burknęła tylko, że chce spać, i odwróciła się do niej plecami. Następnego dnia zaczęły się święta, więc najpierw pojechali do Niemyj, potem trzeba było iść do kościoła, potem ktoś przyszedł, potem Weronika poleciała na wieś i nie znalazła się okazja do pogadania. A po świętach Gabrynia już musiała wracać do Łukowa.

Mama podprowadziła ją do radzyńskiej szosy, gdzie stawał autobus, i tak z nią poważnie rozmawiała, że dziewczynka poczuła się dumna. Pewnie, że mamę rozumie. Wujek nie zastąpi im taty, ale na pewno i mamie, i im wszystkim będzie łatwiej. A Weronka jest głupia, bo stroi fochy, jakby nie lubiła wujka albo coś przeciwko niemu miała. A przecież nawet pani Celińska ucieszyła się, gdy Gabrynia przekazała jej nowinę.

– Czułam, że coś się święci, jak tylko pana Romana pierwszy raz z twoją mamą zobaczyłam – zachichotała po swojemu. – Ja to mam nosa do takich rzeczy, a pana Romeczka znam tyle lat… Od razu pomyślałam, że nie dla zwyczajnej znajomej tak się stara. No i bardzo dobrze. Zasłużył sobie chłop na trochę szczęścia. A twojej mamie źle z nim nie będzie, bo to człowiek z gruntu dobry i uczciwy.

Co do tego wcale Gabryni przekonywać nie było trzeba, a czasu na rozpamiętywanie czegokolwiek naprawdę nie miała. W szkole tak je po tych wydłużonych z powodu niespotykanych mrozów feriach zimowych cisnęli, że ani zipnąć się nie dało. Koniec roku zbliżał się nieuchronnie, a ona ciągle kulała z niemieckim. Owszem, przez chwilę przemknęło jej nawet przez głowę, że skoro teraz wujek ma być mężem mamy, to nie będzie się ona sprzeciwiać korepetycjom, których mógłby jej udzielać, ale szybko zdała sobie sprawę, że wszystko, co wymyśliła, proste jest tylko w teorii. Cotygodniowa jazda do domu nie wchodziła w grę, zabierała za dużo czasu, który Gabrynia mogła przeznaczyć na naukę. No a wujek, chociaż czasami podrzucał jej różne drobiazgi naszykowane przez mamę, prawie nigdy nie miał chwili, żeby chociaż wypić herbatę z panią Celińską, więc gdzie tu jeszcze mówić o pomaganiu jej w niemieckim. Musiała liczyć tylko na siebie, toteż zacisnęła zęby i uczyła się tak zawzięcie, że czasem aż gospodyni do niej przychodziła i pod pretekstem za dużych opłat za energię kazała jej gasić światło i się kłaść. Efekt tej intensywnej nauki był taki, że z prac pisemnych Gabrynia regularnie dostawała czwórki i piątki, ale jej odpowiedzi ustne rzadko kiedy nauczyciel oceniał na więcej niż trzy z minusem. W końcu Gabrynia pogodziła się z faktem, że jeśli chodzi o ten język, nigdy nie nauczy się poprawnie mówić, i uznała, że jedna trójka na świadectwie nie splami jej honoru tak bardzo, jak jej się wydawało kilka miesięcy wcześniej. Rekompensowała sobie tę porażkę na języku polskim. Tak, jeśli chodzi o ten przedmiot, była niekwestionowaną gwiazdą. I to nie tylko wśród pierwszoklasistek.

Pierwszą osobą, która dostrzegła talent Gabryni, była jej wychowawczyni. Młoda nauczycielka jako osoba pełna entuzjazmu, a przy tym niezamężna, a więc dysponująca wolnym czasem, skupiała się bowiem nie tylko na nauczaniu, ale starała się angażować swoje podopieczne w różnego rodzaju przedsięwzięcia, które miały rozwijać ich zainteresowania i uzdolnienia. Jednym z nich było koło literackie, do którego panna Blicharz zapraszała swoje najzdolniejsze uczennice. Gabrynia była jedyną pierwszoklasistką, która dostąpiła tego zaszczytu już w pierwszym półroczu. Gdy jedno z opowiadań Bąkówny zostało wydrukowane w wiosennym numerze ukazującego się raz na kwartał pisemka tegoż koła, jej pozycja szkolnej ,,literatki” została ugruntowana na dobre. Zaspokoiło to ambicje Gabryni i w pewnym stopniu zmniejszyło niezadowolenie wywołane słabymi, w jej mniemaniu, ocenami z niemieckiego i matematyki, z którą męczyła się co prawda mniej, ale która także nie wchodziła jej lekko do głowy.

Sława pisarska przyniosła jej również korzyści natury czysto towarzyskiej, bo stosunkowo nieduże grono koleżanek, z którymi utrzymywała kontakty, powiększyło się z wiosną o całkiem liczną grupkę „wielbicielek” jej talentu. Trzeba przyznać, że część z nich rzeczywiście była zainteresowana zawartością jej grubego kajetu, w którym Gabrynia spisywała swoje opowieści. Bywało, że na długiej pauzie otaczał ją wianuszek koleżanek chcących wysłuchać jednej z nich. Towarzystwo to zbierało się najczęściej we wnęce utworzonej pod jednym z ogromnych korytarzowych okien. Rozłożywszy zeszyt na szerokim drewnianym parapecie, Gabrynia odczytywała tam swoje opowiadania, baśnie oraz domowe wypracowania zasłuchanym w nabożnym podziwie miłośniczkom jej twórczości. Raz czy drugi zdarzyło się, że owe odczyty zostały bezlitośnie wyśmiane przez którąś złośliwą uczennicę ze starszej klasy, ale życzliwe audytorium jednogłośnie określało krytykantkę mianem zazdrośnicy i demonstracyjnie lekceważyło jakiekolwiek próby dyskredytacji zasług Gabryni. Nic więc dziwnego, że ciesząc się takim poparciem, nie zauważała ona długo, że niektóre z dziewcząt wykorzystywały jej mimowolne zadufanie i zamiłowanie do pochlebstw.

Sprawa wydała się dopiero pod koniec roku szkolnego, kiedy to okazało się, że dwie trzecioklasistki regularnie podkradały jej pomysły, podając je za własne. W trzeciej klasie polonistką była starsza nauczycielka, przepracowana, obarczona liczną rodziną pani Cabajowa, która w przeciwieństwie do młodej i energicznej koleżanki niespecjalnie angażowała się w swoje obowiązki. Z braku zamiłowania do zawodu, a zwłaszcza czasu, który musiała poświęcać przede wszystkim własnemu potomstwu, pracowała zrywami, to odpuszczając uczennicom, to próbując nadrobić zaległości poprzez wzmożoną liczbę zadań domowych, których zresztą i tak najczęściej nie sprawdzała. Szydło wyszło z worka, gdy pani Cabajowa z powodu problemów rodzinnych w ogóle przestała pojawiać się w pracy. Okazało się wtedy, że w klasach, w których nauczała, uczennice miały tak mało stopni, że nie było z czego wystawić im ocen semestralnych. W grę wchodziło albo przeegzaminowanie dziewcząt, albo błyskawiczne nadrobienie tego niedopatrzenia w jakiś inny sposób. Nie chcąc zwracać uwagi rodziców na tak ewidentne zaniedbanie ze strony szkoły i pragnąc uniknąć ich ewentualnych protestów, dyrektor Białecki wybrał tę drugą opcję. Panna Blicharz, która przejęła po koleżance jej klasy, miała po prostu ocenić zaległe, a niesprawdzone prace.

Szybko zorientowała się, że w dwóch zeszytach tak zwane wolne wypracowania podejrzanie często coś jej przypominają. Krótkie śledztwo wykazało ich zadziwiającą zbieżność z tekstami pisanymi przez Bąkównę. Winowajczynie na szczęście przyznały się, a korzyść z tego nieprzyjemnego zdarzenia była taka, że ukróciło to trochę gwiazdorskie zapędy Gabryni. Wkrótce zresztą nadszedł koniec roku szkolnego i okazje do popisywania się także się skończyły. Cenzurka, którą Gabrynia przywiozła do domu, wbrew jej wcześniejszym obawom była całkiem dobra, bo nawet znienawidzony niemiecki został oceniony na czwórkę. Okazało się, że nauczyciel docenił jej wysiłki, chociaż ona sama była dla siebie tak surowa. Nie miała więc żadnych wyrzutów sumienia, oddając się po tylu miesiącach intensywnej pracy w pełni zasłużonemu lenistwu.

Wszystko nie tak

– Oszaleję przez tę dziewuchę – poskarżyła się Apolonia bratowej, która wpadła do niej z wizytą.

Nie widziały się już od dobrych kilku tygodni, tematów do omówienia miały więc sporo. Kiedy jednak zeszło na dzieci, Apolonia nie mogła się powstrzymać od wyrzucenia z siebie tego, co ją ostatnio najbardziej gryzło:

– Diabeł ją jakiś opętał czy co? Tylko fochy i dąsy jak u księżniczki. A najgorsze, że gdy próbuję jej coś powiedzieć, to się jeszcze bardziej obraża albo płacze, że wszyscy przeciwko niej. A takie dobre dziecko z niej było. Roman tylko się śmieje i mówi, żeby nic nie robić, że to jak wietrzna ospa, samo przejdzie. No to staram się, udaję, że nie widzę, ale każdemu w końcu cierpliwość może się skończyć, to i czasem nie wytrzymam. Na przykład wczoraj… – zaczęła opowiadać. – Dzień taki ładny był. Myślę sobie, że akurat pogoda, żeby pościel poprać, bo dawno niezmieniana. Ściągam poszwy, wodę grzeję, nie wiem, w co ręce wkładać, bo w dodatku kurczęta mi się lęgnąć zaczęły, więc musiałam pilnować. Wołam do niej, żeby mi pomogła i wszystko na dwór powynosiła do wietrzenia. Nie powiem, wzięła się. Wyniosła, strzepnęła, jak należy, na płocie rozwiesiła. Poprałam wszystko, a urobiłam się tak, że krzyża nie czułam. A tu jeszcze pokrochmalić by wypadało. No więc znów proszę, żeby mi pomogła. A ta jak zaczęła! Że się nią wysługuję, że Gabrynia jak królewna z Romanem sobie pojechała, a ona tylko do roboty. Nerwy mi puściły, mokrą ścierką, co ją akurat wykręcałam, po plecach jej przejechałam, do roboty pogoniłam. I co? Obrażona na cały świat, do nikogo się nie odzywa. I tak na okrągło. Już niby dobrze, wesoła, przymila się, a nagle coś ją najdzie. A ja już cierpliwości do niej zupełnie nie mam.

– Musisz jakoś wytrzymać do jesieni. Jak pójdzie między obcych, to doceni, jak jej dobrze było w domu. Zobaczysz, wyrośnie z tego. To taki głupi wiek, minie. – Bratowa próbowała pocieszyć zdenerwowaną Apolonię.

– Gabrynia prawie w tym samym wieku, a nie ma z nią żadnych problemów. Uczy się świetnie, do domu jak przyjedzie, to tylko dopytuje, co mi pomóc. A ta… Bóg jeden czasem wie, o co jej chodzi. Tylko by po ociopach1 łaziła, w domu trudno ją utrzymać.

1 Łazić po ociopach ( reg.) – włóczyć się

– Każde dziecko inne, co zrobić – westchnęła Marianna. – Niby od jednej matki, ale charaktery różne. U mnie tak samo. Krzysio to do rany przyłóż, ale już Marian od małego nieustępliwy, hardy. Nawet teraz, chociaż prawie dorosły, zawsze chce na swoim stawiać. A ten mały? – Skinęła głową w kierunku gumna, po którym Kazio biegał z Tadzikiem. – Kto wie, co z niego wyrośnie. – Pokręciła w zadumie głową.

 

Przez chwilę milczały, rozmyślając o swoich matczynych troskach. W końcu Marianna, która z natury nie umiała zbyt długo się zamartwiać, klasnęła w dłonie.

– A może wzięłabym dziewczynki i Tadzika na trochę do nas? Zawsze to byłaby dla Weronki odmiana, a i chłopcy by się cieszyli z towarzystwa. No i ty miałabyś trochę spokoju.

– No co ty? Dajże spokój, gdzie bym wam taki kłopot robiła.

– Jaki kłopot? Przynajmniej miałabym wesoło. A gdyby miały dość, to przecież Andrzej może je w każdej chwili odwieźć.

Apolonia zastanawiała się przez moment. Miała trochę skrupułów, ale sama czuła, że potrzebuje chwili spokoju. Ostatnie miesiące, chociaż niby nic się takiego nie działo, były jakieś nerwowe. Właściwie to od zimy nie opuszczało jej dziwne napięcie i chyba nawet Roman to wyczuwał, bo ostatnio często tak na nią patrzył, jakby chciał o coś spytać. A przecież to nie jego wina, to raczej w niej siedzi jakiś niepokój, którego źródła sama do końca nie rozumie. Zaczęło się jeszcze przed ślubem i chociaż wszystko układa się pomyślnie, ją ciągle coś uwiera, nie daje się odprężyć. Nie była pewna, czy miało to związek z Weroniką, ale na pewno zachowanie jej średniej córki zaczęło się właśnie zmieniać od dnia, gdy powiedziała o ślubie. Może rzeczywiście powinny dać sobie trochę oddechu? Weronika to przecież dobre dziecko, tylko trudniej od siostry przyzwyczaja się do nowego. Zresztą normalne, że jest jej ciężko. Gabrynia nie mieszka na stałe w domu, nie odczuwa więc tak mocno zmian. Poza tym ma już swoje sprawy, swoje życie. Może Weronice przejdzie, jak pójdzie do tej krawcowej? A póki co miałaby trochę rozrywki. Misia na pewno zaraz wymyśli coś takiego, co jej, Apolonii, nawet by do głowy nie przyszło. Gabryńka w tyle za nią nie zostanie, więc nudzić się tam nie będą. Ona zaś trochę odetchnie, dla Romana będzie mieć więcej czasu.

Westchnęła. Jakoś to wszystko nie tak się układało, jak chciała. Próbowała sobie tłumaczyć, że to chwilowe, że po prostu wszystko musi się dotrzeć. W końcu wyjść za mąż po czterdziestce, z gromadką dzieci, to nie to samo, co w młodym wieku. Nie zaczyna się życia, tylko przekształca to, które już jest, więc jakieś zgrzyty są nieuniknione. Tylko że ona długo nie może się w to swoje nowe małżeństwo wdrożyć. Zupełnie inaczej było, gdy wyszła za Franciszka. Jakoś tak prościej, naturalniej. A teraz na tyle rzeczy musiała uważać. Dzieci to jedno, ale przecież i przy Romanie stale pilnowała, żeby nie poczuł się źle i nie zaczął żałować, że się z nią ożenił. Bo na pewno nie tak to sobie wyobrażał. Przecież kiedy się spotykali, tylko wyczekiwali okazji, kiedy będą sam na sam. Podniecał ich ten dreszczyk niepewności, to poczucie, że robią coś zakazanego. A teraz Apolonia musiała sobie nieraz tłumaczyć, że przecież Roman jest jej mężem, że mają prawo robić to wszystko, co mąż z żoną robić powinni, bo często nachodzi ją coś w rodzaju wyrzutów sumienia wobec Franciszka. Wiedziała, że to głupie, ale nic nie mogła na to poradzić. Niby jest im ze sobą dobrze, ale czasem, gdy wieczorem miała iść do alkierza, łapała się na tym, że przeciąga to w nieskończoność. A przecież Roman nie jest natarczywy, wręcz przeciwnie. To raczej w niej jest jakiś wewnętrzny opór, choć przecież parę miesięcy wcześniej sama rwała się do niego. A teraz jakby w niej coś przygasło i trudno jej wykrzesać z siebie ten żar, który odczuwała jeszcze niedawno.

Może źle zrobiła, że jednak nie przeniosła się do leśniczówki? Może tam nie myślałaby tak często o Franciszku? Tutaj wszystko jej go przypominało, każdy sprzęt, każde drzewo na podwórzu, o ludziach już nie mówiąc. Niby nic, sąsiedzi go lubili, to i wspominają, ale ona miała czasem wrażenie, jakby robili to celowo. Zresztą w przypadku Józefa to nie jest nawet wrażenie. Widać, że ma jej za złe nowe małżeństwo, nawet tego nie krył. Na Romana patrzył wilkiem, a jej wyraźnie unikał. A gdy już się przypadkiem spotkają, to prawie w ogóle się do niej nie odzywa. Albo jak go co najdzie, traktuje ją tak, jakby mu była wrogiem. A głupoty takie wtedy wygaduje, że nie wiadomo, jak na nie reagować. Wcale się nie dziwiła Magdzie, że prawie do niego nie przyjeżdża. Ona, Apolonia, też do niego nie chodzi, choć obiecywała to Wasakowej na łożu śmierci. Ale jak go odwiedzać, skoro on ciągle szczeka i warczy jak sobaka wściekła? Doszło już do tego, że gdy zobaczyła go wczoraj przez okno, to odczekała, aż poszedł do domu, i dopiero wtedy sama wyszła, żeby tylko nie musieć do niego zagadać.

No a jakby Józefa było mało, to – znowu pomyślała o córce – jeszcze ten ciągły wyrzut w oczach Weronki. Przecież widać, że się o coś boczy. Chociaż nie wydaje się, żeby chodziło jej, jak Wasakowi, o zmarłego ojca. Bardziej chyba o Jagielskiego, mimo że akurat przy nim najmniej to okazywała. Apolonia kilka razy próbowała z nią rozmawiać, ale zawsze kończyło się tak samo – płaczem i jakimiś głupimi pretensjami. W końcu dała spokój, bo wyglądało na to, że Weronika sama do końca nie wie, o co jej chodzi, albo po prostu nie chce zdradzić prawdziwej przyczyny swoich fochów. Może propozycja Marianny rzeczywiście nie jest taka zła. Niech dzieciaki jadą do Niemyj. Da Bóg, wszystkim wyjdzie na dobre ten tydzień czy dwa rozłąki.