Pocałunek śmierciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pocałunek śmierci
Pocałunek śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,98  8,78 
Pocałunek śmierci
Pocałunek śmierci
Audiobook
Czyta Kaja Walden
5,99  4,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ewa Siarkiewicz

Pocałunek śmierci

Saga

Pocałunek śmierciZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2005, 2020 Ewa Siarkiewicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726524376

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Ewa Siarkiewicz

Siedział na rogu biurka jak zwykłe ptaszysko. Skrzydła złożył ciasno wokół ciała i tylko patrzył.

– Odwróć się, podglądaczu – warknęła. – Chcę wstać, a nie mam zamiaru spać w piżamie tylko dlatego, że tu jesteś.

Powoli przekręcił głowę i spojrzał na swoje ciemne stopy.

– Dzięki.

Dźwięk domofonu wyrwał ją spod prysznica. Owinęła się ręcznikiem i, nie zważając na wodę kapiącą z włosów, podeszła do drzwi.

– Tara, jeszcze jesteś w proszku? Przyniosłem ci kawę i pączki – głos Tejka brzmiał radośnie. Jakby za oknem świeciło słońce, a nie zacinał deszcz.

– Nie jadam pączków – mruknęła i wpuściła Tejko na klatkę. Zanim wtoczy się na górę, zdąży się ubrać. Wzięła proszki na uspokojenie, może tym razem pomogą. Nie pomogły. Nadal siedział na biurku, wielki i ciemny.

– Przestań się gapić! – warknęła. – Jezu!

A może lepiej się upić?

– Tara! – Tejko rzucił jej torebkę z pączkami i z kawą w ręku opadł na fotel przed komputerem. Jak zwykle. – Co dzisiaj robimy?

– Ja muszę wyjść.

Popatrzył na nią zdziwiony.

– Wyjść? Dzisiaj nie pracujemy. Przyniosłem nowe moduły.

Stała jak skamieniała. Tejko opierał łokieć na biurku, o milimetry od stóp Sępa, który beznamiętnie obrzucił go spojrzeniem, po czym znów wlepił wzrok w Tarę.

Nie widział go! Nikt go nie widział!

Panika podeszła żółcią do gardła. Szybko zarzuciła kurtkę, upiła łyk kawy i biegiem ruszyła do drzwi.

– Wychodzę, nie wiem, kiedy wrócę – rzuciła kumplowi, który patrzył za nią osłupiałym spojrzeniem.

***

O wizycie u psychiatry myślała od miesiąca. Obudziła się wtedy i ujrzała dziwadło na parapecie, przyglądające się jej nieruchomym wzrokiem. Najpierw wrzasnęła. Kto by nie wrzeszczał, widząc nad sobą wielkiego faceta, siedzącego w kucki z dłońmi opartymi na kolanach, otulonego wielkimi skrzydłami w kolorze falującej sadzy? Potem zarzuciła go pytaniami: kto ty jesteś, do kurwy nędzy, i kto cię tu wpuścił. Reakcja była zerowa.

Chciała go wykopać, ale... nie bardzo miała ochotę go dotykać. Więc rzuciła w niego ciężką, kryształową popielniczką. Siedział na parapecie, więc później musiała wstawić nową szybę. Wtedy zrozumiała, że to coś istnieje tylko w jej głowie, bo popielniczka przeleciała przezeń jak przez powietrze. A gdy poszła szyba, to nawet mu się piórka nie zmierzwiły, choć na dworze porządnie wiało.

Jechała windą na 8. piętro biurowca. Przyjmował tam doktor Ferenc (specjalista od urojeń, pomoże na wszystkie bolączki duszy, dzwoń o każdej porze, jestem, by pomagać), polecony przez Dejnę. Po co ci psychiatra, a, dla sąsiadki. No to, mam jednego, fakt, dziwny, ale pomógł mi, pamiętasz, wtedy gdy cierpiałam na ostrą paranoję i myślałam, że wszystkie baby na mnie lecą, z tobą włącznie, ha, ha.

Winda była pełna milczących ludzi w służbowych uniformach. Tara uniosła głowę. No, jakże mógłby ją opuścić! Gdyby nie zmieścił się w windzie, jeździłaby nią do końca świata i jeszcze dłużej. Ale nie, widziała jego cień na suficie. Siedział na dachu windy.

Doktor Ferenc wyglądał jak bałwan. Okrągła łysa głowa osadzona bez pośrednictwa szyi na okrągłym tułowiu, ruloniki rąk i nóg, kartoflowy nos i paciorki piwnych, świdrujących oczu.

– No więc, tu też jest? – spytał.

Był, siedział w rogu pokoju na czubku stojącej lampy, jakby nie słyszał o grawitacji. Wskazała lampę psychiatrze. Rzucił na nią okiem znad okrągłych okularków. Wrócił do Tary.

– Zreasumujmy. Halucynacja pojawiła się miesiąc temu bez wyraźnej przyczyny, przedtem nie było żadnych snów, żadnych kłopotów osobistych ani w pracy. Pani pracuje jako...

– Grafik komputerowy.

– A próbowała pani zrobić temu zdjęcie?

– Cyfrówką, lustrzanką, kamerą – wzruszyła ramionami, żeby zrozumiał, że nic się nie zarejestrowało.

– No cóż – podrapał się po nosie. – Odruchy ma pani w porządku. Zrobi pani tomografię głowy, czasami... – zacukał się.

– Wiem. Guzy mózgu powodują powstawanie wizji, ludzie słyszą głosy, widzą dziwne rzeczy... – głos jej się załamał. Myślał że co, że ona nie wie w czym rzecz? To było pierwsze, o czym pomyślała, kiedy się okazało, że tylko ona widzi Sępa.

– A dlaczego nazwała go pani sępem? –rzucił lekko, niby mimochodem, nie odrywając oczu od druczku skierowania. Ale Tara wyczuła, że odpowiedź na to pytanie była dlań ważna.

Spojrzała uważnie na halucynację. Sęp gapił się niby pustym wzrokiem, a ona jak zawsze czuła dziwny dreszcz w krzyżu oraz... motylki w brzuchu. To ją najbardziej wkurzało i deprymowało.

– Bo siedzi jak takie wielkie czarne ptaszysko, łypie na mnie i... jakby czekał...

Psychiatra uniósł głowę. Skulona, wpatrywała się intensywnie niebieskoszarymi oczyma w punkt nad lampą. Na jej drobnej, zmęczonej twarzy widział oznaki stresu, dezorientacji i lęku.

– Czeka na co? – spytał cichym głosem.

– Na moją śmierć. Jak sęp – odparła szeptem.

– Rozumiem – powiedział nagle energicznym, prawie radosnym głosem. Wzdrygnęła się, wracając do rzeczywistości. – Tu jest skierowanie na badania. Dopóki nie będziemy wiedzieli, na czym stoimy, nie wypiszę żadnych leków. Proszę wrócić z badaniami i wtedy zobaczymy.

Wyszła, powłócząc nogami. Gdy tylko zamknęła drzwi, psychiatra wyciągnął komórkę i wystukał numer.

– To ja. Doczekaliśmy się. On miał rację. Pojawiła się akurat u mnie. Niesamowite, co?

– Mówisz o posłańcu?

– Nie, o suflecie z truflami. Obudź się. Musisz powiadomić grupę. Trzeba wszystko zorganizować. I powiadomić Przydu... – zakaszal – no, jego.

– Jeśli masz rację, On już wie – słyszał, jak Lizzie szybko oddycha. – Aż mi trudno uwierzyć. Na Pana naszego... kto to?

– Dziewczyna, dwadzieścia pięć lat, całkiem ładna. Zdezorientowana jak cholera, i wcale jej się nie dziwię.

– Jak go opisuje?

Psychiatra podejrzliwie rozejrzał się po pokoju.

– Duży, czarne skrzydła, upiorne oczy, zawsze siedzi skulony jak ptak na różnych sprzętach jak na grzędzie. Nie odzywa się, zazwyczaj nie reaguje na to, co ona do niego mówi. Tylko się na nią gapi. Pilnuje. Nazwała go sępem, bo ma wrażenie, że...

– ... czeka na jej śmierć.

– Właśnie.

– Gdyby wiedziała, jaką cholerną ma rację...

– Dosyć filozofowania. Jest koniec listopada. Pozostał miesiąc.

Ferenc wyłączył komórkę i uśmiechnął się podekscytowany. Nagle poczuł, jak stonoga w lodowych butach przebiega mu po krzyżu i wstrząsnął nim gwałtowny dreszcz. Rozejrzał się lękliwie, jak zawsze, był sam. To znaczy, nikogo nie widział, ale wiedział, że przecież nie jest sam.

Nikt nigdy nie jest sam.

***

Wiatr był ciepły jak na koniec listopada. Tara rozpięła płaszcz i weszła między drzewa szpitalnego parku. Usiadła Na ławce i wyciągnęła opis badania. Spojrzała w bok. Patrzył na nią z ukosa. Skrzydła lśniły głęboką czernią w blasku słońca. Podsunęła mu kartę.

– Widzisz, to ty – warknęła. – Ten cień w mózgu. 4 centymetry. Nie istniejesz, ale dla mnie, jesteś realny jak cholera.

Jego oczy ześlizgnęły się na kartę. Wyglądało jakby czytał. Zaśmiała się gorzko.

– To ty, tak. Będziesz rósł, aż w końcu usłyszę pienia anielskie. A potem umrę. A ty razem ze mną.

Patrzył na nią i jakby leciutko pokręcił głową.

– Pieprzyć to – warknęła.

– Z kim pani rozmawia? –11-letni chłopiec przyglądał się Tarze. Trzymał za rękę małą dziewczynkę i zerkał z ciekawością na pusty koniec ławki. Dziewczynka też patrzyła w tamto miejsce, ssąc lizaka.

– Nie twój gówniany interes, smarkaczu – burknęła i zawstydziła się.

Spojrzała ze złością na Sępa. To jego wina, że staje się wnerwioną chamką. Sęp patrzył na dzieci. Nagle dziewczynka wyciągnęła w jego stronę lizaka.

– Chciesz? Pycha – wysepleniła.

– No, co ty, Miśka – zachichotał chłopiec. – Komu dajesz lizaka?

– Smutnemu panu w płaszczu z piórek.

Tara zdrętwiała, a jej halucynacja przekrzywiła głowę i pochyliła się ku dziecku. Potem Sęp uniósł głowę i popatrzył poza dziewczynkę. Jego twarz posmutniała. Nie wiedzieć czemu Tara poczuła lęk i gwałtowny sprzeciw.

– Idździe stąd – krzyknęła ostro. – Nie rozmawia się z nieznajomymi, mama was nie nauczyła?

Chłopiec pociągnął siostrę, odeszli szybkim krokiem. Miśka odwróciła się raz i posłała uśmiech pustemu miejscu na ławce.

– Jakim cudem ona cię widzi? –spytała gniewnie Tara.

Sęp odwrócił oczy od dzieci. Tym razem jego wzrok nie był martwy. Płonął, a ogień dotarł do głębi jej trzewi, wzbudzając coś dziwnego, niezwykłego... Nagle od strony ulicy dobiegł pisk opon, głuche uderzenie, krzyki ludzi.

– To nieprawda – wyszeptała Tara. Sęp zamknął oczy.

Zerwała się do biegu. Tłum gapiów otaczał leżące na chodniku ciało dziewczynki. Jej brat stał obok w szoku, z ustami otwartymi w niemym krzyku.

 

– O, słodki Jezu...

Sęp siedział na dachu samochodu, który uderzył dziecko. Po nieruchomej, nieludzko pięknej twarzy spływały dwie czarne łzy.

***

– Nic więcej nie znalazłam – Dejna wyciągnęła z drukarki ostatnią kartkę i ułożyła ją schludnie na kilku innych. – W internecie to chyba wszystko.

Tara, obłożona książkami, nerwowo przerzucała kartki.

– To same bzdury – mruknęła ze zniechęceniem. – Nigdzie nie ma o facetach z piórami, którzy pojawiają się przed śmiercią. Poza tym, ja widzę go od tygodni. Guz nie zabije mnie jeszcze przez wiele lat, tak stwierdzili lekarze, i ja im wierzę.

Zerwała się z podłogi i podeszła do telewizora.

– Powiedz, kim jesteś, a zrobię wszystko – zawołała, patrząc na Sępa. Brak reakcji. – Odezwij się, do jasnej cholery – wrzasnęła z rozpaczą.

Dejna i Tejko spojrzeli po sobie z zakłopotaniem. Tejko nawet odłożył pizzę, co dogłębnie ukazywało bezmiar jego zaniepokojenia.

Dejna podeszła do przyjaciółki i objęła ją. Tara cała drżała.

– Kochanie, uspokój się, wszystko będzie dobrze.

– Nie wiem – szepnęła, wpatrując się w oczy Sępa, choć czuła narastające dziwne uczucie. Zawsze się pojawiało, gdy zbyt długo musiała znosić jego wzrok. – Mam guza, który uciska obszar mózgu odpowiedzialny za widzenie i rozpoznawanie obiektów. To, że widzę coś, co nie istnieje, jest ponoć normalne. Znają takie przypadki. Ale dlaczego ona go widziała? Dlaczego zaraz potem zginęła? To mi nie daje spokoju.

– Tara, spójrz na to – zawołał podniecony Tejko.

Na ekranie komputera mężczyzna, wyglądający na śmiertelnie chorego, maluje obraz. Obok na poręczy krzesła, jak na grzędzie, siedzi ptakopodobny facet otulony czarnymi piórami.

– Co to jest? – Tara podskoczyła do ekranu. – Co to jest?

– Obraz z kolekcji jakiegoś Waltera.. Salezego. – Tejko, mrużąc oczy, odczytał podpis. – Jest mail do facia. Brak nazwiska malarza.

– Pisz list – rozkazała i drgnęła gwałtownie. Sęp, siedzący przed chwilą na telewizorze, przycupnął teraz na brzegu biurka i zaglądał w monitor. A gdy znów spojrzał na Tarę, poczuła w brzuchu tańczące motyle.

To chyba chore pożądać halucynacji? Znów będzie miała mokre sny, w których Sęp otacza ją skrzydłami, a ona umiera z rozkoszy.

***

– To obraz Giorgio Meriniego. Jedyny, jaki nadaje się do oglądania. Rzadko kto słyszał jego nazwisko, tylko tacy jak ja. Ale ten obraz musiał malować duszą.

Salezy, niski, drobny, przypominał nieco Nikifora. W jego drewnianym domku czuć było kotami. Największy, rudy, usadowił się na kolanach Tary, niewiele mniejszy, nie zważając na przerażoną miną Tejka, ocierał się o jego nogi.

Gospodarz nalał do filiżanek przepysznej kawy. Popijali, patrząc na stuletni obraz wiszący na ścianie pokoju.

– To autoportret – ciągnął Salezy. – Namalował go w nocy. Rano znaleziono go martwego z paletą i pędzlem w ręku. Na blacie stołu napis: umieram, Azrael już przybył. I tu się mylił. – Upił łyk kawy i sięgnął po szarlotkę Dejny, którą przywieźli jako gościniec. – Pyszne ciasto, pyszne – zamruczał.

– Nie rozumiem – Dejna uniosła brwi. – W czym się mylił?

Walter Salezy ożywił się.

– Otóż w starych księgach alchemicznych jest napisane, że Azrael, anioł śmierci, ukazuje się ludziom tuż przed ich śmiercią. Ale on wcale nie przybywa. Zawsze jest przy nas. Gdy stajemy jedną nogą po Tamtej stronie, zaczynamy go widzieć.

Popatrzyli po sobie. Tara rzuciła okiem na Sępa, zdającego się teraz roztaczać nad nią opiekę ze starej komody, i przełknęła ślinę.

– A co, kiedy ktoś widzi go przez wiele dni?

Salezy nie krył zainteresowania.

– Wiele dni? I wcale nie zanosi się na śmierć?

– No, załóżmy, że ten ktoś jest chory, powiedzmy, ma guza w mózgu, ale może żyć jeszcze przez wiele lat, bo to guz niezłośliwy. Tyle że nieoperacyjny.

Staruszek powoli odstawił filiżankę, wstał i zaczął grzebać w stosach książek leżących pod ścianami.

– Gdzieś o tym czytałem – mruknął.

Z wielkiej, zakurzonej księgi wyciągnął żółty pergamin.

– To stara kopia starożytnego tekstu – wyjaśnił. – Napisano tu, że człowiek, który widzi anioła śmierci, chociaż nie nadszedł jego czas, może wykorzystać swoją śmierć, by dotrzeć na Drugą Stronę i... – popatrzył na trójkę przyjaciół z nieodgadnionym wyrazem twarzy – zmierzyć się z Bogiem.

– Nie rozumiem – Tara poczuła szybkie bicie serca. – Co to znaczy?

Salezy wzruszył chudymi ramionami i podszedł do szafy. Gdy ją otworzył, zobaczyli nowiutki komputer, drukarkę i skaner. Włożył pergamin do skanera.

– Nie wiem. Zrobię ksero. Może się wam przyda. To po hebrajsku, znajdźcie tłumacza.

– Co wiadomo o Azraelu? – spytała Dejna, przywołując dłonią krążące wokół koty, ale uciekały, sycząc. – Przeklęte zwierzaki.

Salezy zawołał koty i smutno westchnął.

– Azrael to anioł śmierci, który składa pocałunek na ustach umierającego, by zabrać jego duszę w zaświaty. Odprowadza ku światłu lub ciemności. Tyle mówią źródła oficjalne.

– A nieoficjalne?

– Hm. Magiczne teksty ostrzegają, że Azrael promieniuje nieodpartym urokiem. Jest piękny i urzekający, ale nie wolno go dotykać, bo ponoć będzie się chciało zatopić w jego ramionach. Śmierć może być pożądana i pociągająca, gdyż jest wyzwoleniem, powrotem do domu, do tego, czym ludzie są naprawdę, częścią Boga. Każdy, kto poczuł pocałunek Śmierci i wrócił – jak ci po śmierci klinicznej – tęskni. Chce znów pocałować Śmierć.

Zapanowała cisza. Dejna i Tejko obserwowali Tarę, która rozświetlonym wzrokiem wpatrywała się w puste miejsce nad komodą. Salezy podążył za ich spojrzeniem i błysk zrozumienia rozjaśnił jego twarz.

– Ale Azrael jest jeden – powiedział Tejko, przerywając ciszę. – Jak może być przy każdym człowieku?

– Nie wiem. Może Azrael to nazwa, że tak powiem, funkcji. Każdy człowiek ma ponoć swojego Azraela, który zna godzinę końca i pilnuje, by wypełniła się o czasie.

Tara w końcu oderwała wzrok od Sępa.

– Co to znaczy, zmierzyć się z Bogiem? – zapytała Salezego.

– Nie wiem – odparł staruszek, rzucając nerwowym spojrzeniem na komodę. – Ale na końcu tego tekstu – podał jej ksero pergaminu – jest pewne zdanie, które zawsze mnie intrygowało i niepokoiło: Polem bitwy między dobrem a złem jest zawsze umysł człowieka. To, że jest wyróżnione większymi literami oznacza, że jest bardzo ważne.

– To zrozumiałe – powiedziała Dejna. – To my wybieramy, którą drogą chcemy pójść.

– To prawda – przytaknął. – Ale mnie niepokoi, że jest ono zamieszczone tuż pod słowami o przejściu na Tamtą Stronę i zmierzeniu się z Bogiem. – Popatrzył z napięciem na Tarę. – Wydaje mi się, że te słowa powinny zapaść w pamięć głęboko, i nigdy nie zostać zapomniane.

Salezy odprowadził gości do samochodu i patrzył jak odjeżdżają. Zamyślonym gestem potarł nos, westchnął, podreptał do telefonu. Czekając na połączenie, nerwowo przytupywał.

– To ja – powiedział, usłyszawszy znajome burknięcie. – Nigdy się nie domyślisz, kto właśnie u mnie był. Przepowiednia zaczyna się sprawdzać.

***

Nastrój w samochodzie był dziwaczny. Jakby znajdowali się jeszcze w świecie bajek o aniołach i klątwach, podczas gdy za oknami auta przemykały zwyczajne widoki realnego świata. Tara machinalnie gładziła ksero manuskryptu. Dejna prowadziła, a Tejko siedział, wpatrując się w przednią szybę.

– On siedzi obok ciebie? – spytał znienacka.

– Nie, na dachu.

– Jak myślisz, nasze też siedzą obok niego?

Tara wyobraziła sobie trzy Sępy siedzące na dachu renaulta, mijające inne samochody z jednym bądź kilkoma Sępami na dachach. Ten widok wydał jej się tak zabawny, że parsknęła śmiechem. Nagle w jakiś sposób wszystkim przeszła ochota do śmiechu.

– Wszystko widzą, wszystko słyszą, wszystko zapamiętują – szepnęła. Nie widziała Azraela, ale czuła jego obecność. Mogłaby z zamkniętymi oczyma znajdować miejsca, w którym kucał. I miała coraz silniejszą ochotę, by podejść i schować się w jego ramionach. Z każdym dniem trudniej się było powstrzymać.

– A ja nie wierzę – powiedziała Dejna stanowczo. – To nie ma nic wspólnego z Bogiem i śmiercią. Musi być inne wytłumaczenie.

– Dlaczego?

– Bo ja nie wierzę w Tamtą Stronę. A nie lubię się mylić.

– Tak, to rzeczywiście przekonujący dowód – parsknął Tejko.

***

Ferenc nie znosił wizyt Przydupasa. Oczywiście nie pokazywał tego po sobie, nie byłoby to mądre, ale czuł się przy nim dziwnie, jakby się stawał mało znaczącym robakiem. Przydupas – który kazał na siebie mówić Namiestnik – niby był uprzejmy, ale każda głoska ociekała złośliwością i poczuciem wyższości.

– Przesadzasz – mruknęła Lizzie, gdy się jej zwierzył. – Jest śliski, ale żebym się od razu czuła mało ważna jak jakiś robal, to nie. A poza tym, nie myślałabym o nim w ten sposób. To imię jest raczej obraźliwe. Pan czyta w myślach.

Ferenc skurczył się w sobie, serce dziwnie zabolało i przez moment przez jego myśl przebiegło, że chyba nie zrobi interesu życia – ale zaraz udał, że wcale tak naprawdę nie pomyślał, że to jakaś zabłąkana obca myśl wpadła mu przypadkiem do mózgu, nie, Panie, nigdy bym nie wątpił...

I wtedy właśnie w kącie zamigotało i złośliwy uśmiech Przydupasa niemal skręcił kiszki psychiatry falą nagłego lęku. Na pierwszy rzut oka wysłannik Pana nie powinien wzbudzać lęku czy przerażenia. Ot, zwykły, niewysoki facecik w sztuczkowym garniturze (Lizzie powiedziała kiedyś, że facet jeśli chodzi o modę, to zatrzymał się na początku zeszłego stulecia), wyglądający jak zadowolony z siebie urzędnik. Tylko spojrzenie czarnych oczu było nieludzkie, wywołujące dreszcze. I głos, który niekiedy brzmiał jak z głębokiej studni huczącej echem – a czasem płasko jak w słuchawce mono. Nie sposób było nie uwierzyć, kiedy mówił, że jest wysłannikiem Pana, Jego Namiestnikiem, głosem i megafonem.

– Czas nagli – powiedział uprzejmie Namiestnik. – Pan chce wiedzieć, czemu jeszcze nie wszystko gotowe.

Lizzie powolnym ruchem zakryła kocem piersi. Ferenc podejrzewał, że chętnie sprawdziłaby przydatność Namiestnika w łóżku, ale ten nigdy nie wydawał się nią zainteresowany.

– Jutro dostaniemy klucze – powiedziała, uśmiechając się jak kotka w rui. – Wszystko będzie gotowe, ludzie są przygotowani, by zdjąć tę dwójkę, pozostanie tylko ściągnąć dziewczynę i zmusić ją, by wykonała to, co należy. Ja nie widzę sposobu. To nie jest typ samobójczyni.

– Ty się tym nie martw, kobieto – powiedział wyniośle Namiestnik Pana. – To moje zadanie.

***

Najgorsze święta w jej życiu. Nie powiedziała rodzicom o guzie, ani tym bardziej o Sępie. Udawała, że jest szczęśliwa, że cieszy ją choinka i stos prezentów. Ale jej życie, świat wokół stawały się coraz mniej rzeczywiste. Traciły realność na korzyść Azraela. Odcinała się od ludzi, godzinami siedziała, gadając do niego i wmawiając sobie, że on ją słucha. Że rozumie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?