Miała umrzeć

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Miała umrzeć
Miała umrzeć
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Starzy? – Unoszę się jeszcze wyżej i przenoszę ciężar ciała na przedramiona. Odrzucam głowę do tyłu, szczerzę zęby. – Oni jeszcze nie wiedzą, na co mnie stać. – Ty zresztą też nie, mam ochotę dodać, ale gryzę się w język, bo nie chcę się jej tłumaczyć z czegoś, czego i tak nie zrozumie. – A ty? – pytam Łukasza.

Mój kumpel siada wyprostowany na środku karimaty i wyciąga przed siebie obie dłonie, oglądając je z każdej ze stron z obrzydzeniem, jakby chciał się ich pozbyć. Nawet w tym słabym świetle wyglądają na przepracowane, skóra jest spękana i pewnie szorstka.

– Takie same ma mój stary, wielkie i ciężkie – wzdycha, omiatając mnie nieobecnym spojrzeniem. – Po pijaku rozwala nimi naszą chatę, okłada matkę, a potem mnie za to, że jej bronię. Na końcu rzuca się jeszcze na gliny, które i tak zwijają go do pudła. Na chwilę. Bo prędzej czy później wraca. Zastanawiam się, czy też noszę to w genach. Czy z czasem to się we mnie uwolni. Pytasz, czego chcę od siebie. Zrobię wszystko, żeby nie być takim sukinsynem jak on.

Po raz pierwszy widzę w Łukaszu lęk, wyraźną rysę na twardej powierzchni. Jego ciało jest jak zaciśnięta pięść, która tylko czeka, żeby się otworzyć. Iggy też tę zmianę wyczuwa. Przysuwa się do ramienia Łukasza i kładzie mu głowę na piersi.

– Ten szmaciarz nie dorasta ci do pięt. Kiedyś dostaniesz się do reprezentacji kraju – gładzi jego wypukłe żyły opuszkami palców – a on będzie gnił w pierdlu i stamtąd, z zatęchłej pryczy, będzie cię oglądał w telewizji, jak tymi rękoma do kosza wrzucasz same złote strzały. Jak zwyciężasz.

Po chwili i Iga unosi się z miejsca i siada po turec­ku, przy samym palenisku. Nie pierwszy raz igra z ogniem. To właśnie jej sposób bycia – nacechowany pewnością siebie, a jednak czarujący.

– Krótko i na temat – mówi. – Chcę wywalczyć swoje. Zero kompromisów. Po pierwsze, dostać się do łódzkiej filmówki. Po drugie, zgarniać tylko ważne role. Po trzecie, trzepać z tego niezły hajs. Po czwarte, podróżować i korzystać z życia – w jej głosie nie ma wahania.

Znam Igę, jej determinację i koneksje rodziców, dlatego wiem, że naprawdę ją na to stać.

– A ty? – Nasze oczy zwrócone są w stronę milczącego Kamila. Jego twarz jest rozpalona i ocieka potem.

– Stary, będzie spoko, zaraz to przeczekasz. – Łukasz klepie go po plecach.

I ja czuję, że wchodzę w fazę. Mrowienie skóry, walące w piersiach serce, spięta i rozpalona twarz. W przypływie silnego skurczu ręki łapię Kamila za nadgarstek tak mocno, że wyczuwam i jego puls. Jest jeszcze szybszy niż mój.

– Lina! Rzuć mi ją! – Iga uśmiecha się i kiwa głową. Jest cudownie rześka. – Zrobimy to teraz! Po mojemu!

Jak zawsze w takim momencie, dopadają mnie wątpliwości, a w głowie tłuką się słowa ostrzeżenia. A jeśli tym razem coś pójdzie nie tak? Nie chcę utracić swojej pozycji w grupie, nie wolno mi odmówić, wszystko musi być zgodnie z planem.

Pod nogami Igi ląduje gruby sznur. W jej rękach lina jest jak wijący się wąż – raz się prostuje, raz napręża. A ja wciąż myślę o jednym. To niebezpieczne pragnienie zadowalania innych sprawia, że sama tracę grunt pod nogami. Na chwilę, bo stan poczucia winy nie trwa wiecznie – acodin znieczula w końcu i mnie, uwalniając swoją pierwszą falę optymizmu. Moje mięśnie śpiewają, a przyjemne ciepło rozlewa się w środku, pulsuje i przesuwa się ku górze. To ta chwila, kiedy pozbywam się strachu i staję się nieczuła na ból.

Ręce Igi są sprawne i szybkie, a przede wszystkim doświadczone. Zarzucają Łukaszowi pętlę na szyję i ciągną go ku górze, przejmując nad nim kontrolę. Prowadzony wzdłuż krawędzi dachu chłopak jest jak ufny szczeniak na ciasnej smyczy, człapiący za nią krok w krok. Wiem, dokąd idą. Spadzisty fragment dachu, z którego rozciąga się widok na załamujące się na morzu fale, to miejsce nazywane przez nas „punktem zero”. To tam wykonujemy wszystkie wyzwania. Pierwszy na wyszczerbionych dachówkach kuca Łukasz, tuż za nim jest Iga. Potem podchodzę ja, za mną Kamil. Wtedy gra zaczyna się na dobre.

Trzymając linę ściśle przy szyi Łukasza, jedną ręką Iga przyciąga go do siebie, drugą wplata mu we włosy. Są jak kat i ofiara. Jej ciało jest naprężone i gotowe, a jego skurczone i wygięte pod ostrym kątem. Z głową odrzuconą do tyłu, Łukasz wlepia wzrok w niebo nabrzmiałe od srebrzystego światła. I ja robię to samo. W tej chwili to moja jedyna ucieczka przed tym, co nieuchronne. Kiedy wracam na ziemię, lina żłobi już na skórze Łukasza swoje grube wgłębienie – poziomą czerwoną linię biegnącą wzdłuż szyi.

– Gotowy? – głos Igi huczy na wietrze.

Łukasz kiwa głową.

Wraz z pierwszym zaciskiem pętli na szyi z jego ust wydobywa się charkot. Potem kolejny. I jeszcze jeden poprzedzony coraz mocniejszym zaciągnięciem liny. Wokół nas unosi się zapach morza i potu.

Chwilę ciszy przerywa kolejny krzyk przechodzący w jęk i ptasi śpiew.

– Iga, już wystarczy! – Chwytam ją za ramię i próbuję odciągnąć.

Poirytowana, jednym ruchem zrzuca z siebie moją rękę.

– Co ty, kurwa, robisz?!

A potem zaciska pętlę jeszcze raz.

LENA

18 lipca 2019 r.

Drewniana podłoga i ciche skrzypnięcia desek w każdej chwili mogą mnie wydać. Są teraz jak zdrajca i mój najgorszy wróg. Nie pozostawiają mi wyboru. By przemknąć niezauważona, skradam się po pokoju jeszcze ciszej, na palcach. Mam nieodparte wrażenie, że robię coś naprawdę złego, że ktoś obserwuje mnie z ukrycia. Poczucie winy jest przytłaczające, a każdy mój krok to zwiastun czekającej mnie kary. I tak w kółko, przez kolejne sekundy. Mimo to idę dalej. Zaciągnięte rolety nie wpuszczają do pokoju światła, ale jasna smuga kładąca się piętro niżej na podłodze w korytarzu wyznacza mi dalszą drogę. Dzięki niej wiem, że zaczęło świtać. Trę powieki piekące ze zmęczenia i od płaczu. Oblizuję spierzchnięte wargi. Przez tych kilkanaście godzin nie miałam kropli wody w ustach, nie zmrużyłam oka.

Ze szczytu schodów widzę uchylone drzwi wejściowe otwierające mi drogę do ucieczki. Dzieli mnie od nich dziesięć stopni i niewielki przedsionek służący za garderobę. A więc to naprawdę może się udać. Stawiam pierwszy krok, trzymając się kurczowo poręczy.

– Zostań!

Oglądam się za siebie, zastanawiając się, skąd dobiega ten cichy głos przywołujący mnie do porządku. Ale zawisa tylko w próżni, tuż nad moją głową. Nikogo tam nie ma.

Krok drugi.

– Nie wolno ci wychodzić! Nie wolno wychodzić! Wychodzić! Wychodzić!

Ktoś, ten sam niewidzialny ktoś, szepcze mi natarczywie przez ramię. To groźba czy tylko zakaz? Nie słucham go. Stawiam kolejny krok, nogi mam jak z waty.

Krok trzeci.

– Pamiętaj!

Chcę się odszczeknąć albo spytać: „O czym mam, do cholery, pamiętać?”, ale milczę i idę naprzód, wiedząc, że jeśli się zatrzymam, to nie ruszę już z miejsca.

Krok czwarty.

– Musisz!

Krok piąty.

– Proszę!

Krok szósty.

– Bądź cicho!

Puszczam poręcz i zatykam uszy, ale on próbuje udaremnić moje nieudolne próby ucieczki. Zamiast zamilknąć, głos tylko nakręca się coraz bardziej.

Przyspieszam.

Krok siódmy.

– To tylko taka gra!

Krok ósmy.

– Kocham cię!

Pękam. Wypowiedziane z prawdziwą czułością i troską słowa nadają moim krokom koślawy rytm. Potykam się o własne stopy dokładnie wtedy, kiedy dociera do mnie, że ją znam, tę szepczącą mi do ucha dziewczynę. I że ja też ją kocham.

Krok dziewiąty i dziesiąty.

Upadam jak długa. Jestem tylko ja i pogrążony w ciszy dom.

Leżę na kremowym dywanie, z twarzą wciśniętą w grubą warstwę puszystej wełny.

Chwilowe oszołomienie przechodzi w popłoch i ostatni zryw woli walki. Wstaję i wypadam na zewnątrz, byle dalej stąd. Pierwsze tej zimy płatki śniegu, połyskliwe i lekkie, dryfują w powietrzu i opadają mi na twarz. Nad sobą mam ciężkie chmury, pod gołą stopą kępki zamarzniętej trawy i oblodzone płyty chodnikowe, których dotkliwe zimno przeszywa mnie aż do szpiku kości. Naciągam koszulę nocną za ko­lana, aż do stóp, by dzięki temu dostarczyć ciału choć namiastkę ciepła. Wtedy je zauważam. Nieregularne i wciąż jeszcze wilgotne smugi kwitną na mojej koszuli jak wiosenne kwiaty po ulewnym deszczu. Ale nie mają w sobie nic radosnego. Nawet nadruk małej cheer­leaderki zalany jest wielką brunatną plamą. Zanurzam w niej palec, w tym skręconym ze sznurka fioletowym pomponiku. To, co na nim znajduję, wygląda jak krew. By się jej pozbyć, szarpię się z ubraniem, a raczej szamoczę jak uwięzione w klatce zwierzę. Ale efekt jest jeszcze gorszy, tym bardziej że znajduję ją też we włosach, pod stopami, w zgięciu kolana. Gorączkowo szukam śladów otarć, skaleczeń, czegokolwiek, by sprawdzić, czy krew wypływa ze mnie.

Ale nie, nie jestem ranna. Ta ulotna chwila ulgi przechodzi w paraliżującą mnie świadomość, gdy tylko sobie przypominam, co się stało. Otwieram usta, ale nie jestem w stanie wydobyć z nich żadnego dźwięku.

Szarpnięcie w prawym barku wyrywa mnie z tamtej chwili szybko i bezboleśnie. Czyżby? Otwieram oczy.

– Znów miałaś ten sam koszmar?

Nad sobą mam zatroskaną twarz Filipa. Ma na sobie błękitną koszulę. W przeciwieństwie do mnie roztacza wokół siebie zapach dobrego snu. W rękach trzyma tacę z parującą filiżanką kawy i dwoma podpieczonymi na tosterze rogalikami. Są tak nierealne, jak ten uwolniony przed chwilą koszmar.

– Co się stało? – pytam i ocieram spocone czoło wierzchem dłoni.

– Waliłaś pięściami przez sen i krzyczałaś. Zrzuciłaś też z siebie kołdrę. Powinnaś pójść do specjalisty. To już trzeci raz w tym miesiącu.

Skotłowana pościel faktycznie leży na podłodze, a wciśnięte w kąt łóżka, skopane prześcieradło przypomina zdeptany rulon. A więc znów to samo.

 

– Pomyślę o tym. Wychodzisz już? – pytam, bo chcę odegnać tamte myśli.

Filip kiwa głową, odstawiając tacę na stolik nocny. Z biurka zabiera stertę papierów starannie włożonych w przegródki swojej aktówki.

– Przepraszam za wczoraj. Trochę mnie poniosło. Ale nie pozwolę żadnym natarczywym typom kręcić się wokół ciebie. Chcesz o tym teraz pogadać?

Potrząsam głową.

– Ani teraz, ani później.

– Między nami na pewno okej?

Gdybym była na serio zaangażowana w nasz związek, to pewnie podąsałabym się trochę, zarzucając mu zbytnią impulsywność, a potem wspaniałomyślnie wsunęłabym mu język w usta. Tymczasem w odpowiedzi rzucam mu tylko blady uśmiech.

– Może poświętujemy tylko we dwoje, kiedy wrócę. Powinienem być po szóstej.

Filip pracuje w dużej firmie informatycznej, na dziesiątym piętrze szklanego biurowca w Gdańsku. Zwykle zjawia się w pracy pierwszy, do domu wychodzi ostatni. Choć nie podzielam jego pasji, to doceniam jego oddanie pracy. Nie musimy przebywać ze sobą zbyt często – a to kolejny atut tej sytuacji.

– Okej – odpowiadam bez entuzjazmu, zwlekając się z łóżka. – Przygotuję coś do jedzenia, a potem możemy wyskoczyć na miasto.

– Jakie masz plany na dziś?

– Poleniuchuję jeszcze chwilę, a potem pójdę do pracowni. Dziękuję za to! – Wskazuję na filiżankę, pociągam łyk gorącej kawy. – Wiesz, jak postawić mnie na nogi. – Ja, w przeciwieństwie do skrupulatnego i uporządkowanego Filipa, potrafię się zapamiętać w pracy do tego stopnia, że tracę poczucie czasu. Bywało, że nie spałam po kilka dni, zarywając w pracowni kolejne nocki. Pracownia to co prawda zatęchła piwniczka bez okien w naszej kamienicy, ale to tam na razie realizuję swoje pomysły. Moje drugie zajęcie, etat nauczycielki plastyki w podstawówce na obrzeżach Gdyni, trzyma mój plan dnia w ryzach. Mnie też, dzięki Bogu. Ale na najbliższe dwa tygodnie zaplanowałam urlop. Mam zamiar zagnieździć się w pracowni i w ciemni wywoływać fotki w poszukiwaniu nowych inspiracji. Po cichu liczę też, że pozytywny odbiór moich prac zaprocentuje po wernisażu kolejnymi zleceniami. Naprawdę chciałabym móc się także w ten sposób utrzymywać.

Po wyjściu Filipa zostaję sama pogrążona w ciszy i myślach. Raz po raz wkrada się w nie dźwięk esemesa z kolejnymi gratulacjami. O tym właśnie marzyłam, o docenieniu i wsparciu, ale dziś nie potrafię się z nich w pełni cieszyć, bo wczorajszy incydent wciąż siedzi we mnie jak cierń.

Może to przez poczucie braku tożsamości, może przez moją skłonność do kompulsywnego ryzyka albo zwykłą ciekawość, tak czy inaczej, zmieniam plany. Ubieram się, biorę kluczyki i wychodzę.

Właśnie wybiła dziewiąta, a to znaczy, że jestem za wcześnie. Na saksofonistę w przebraniu klauna będę raczej musiała poczekać. O tak wczesnej porze plaża powinna jeszcze być pusta, ale okazuje się, że jest inaczej. W powietrzu wyraźnie daje się wyczuć zadowolenie i beztroskę. Z pewnej odległości przyglądam się wesołemu przemarszowi przez Monciak. Roześmiani turyści wloką ze sobą dzieci, taszczą parawany, koce, dmuchane materace. Mijam Grand Hotel i kieruję się w stronę wejścia na molo. Ta jedyna wskazówka, którą dostałam od klauna, jest dość enigmatyczna. Im bliżej jestem celu, tym tłum coraz bardziej rzednie, zamiast gęstnieć, co szybko tłumaczę konkurencyjną dla molo atrakcją – to pewnie kolejny breakdance’owy pokaz przy skwerze Bowiena, niewielkim parku oddalonym o kilka kroków od sopockiej latarni. Teraz to w tę stronę odbijają niektórzy turyści, skupiając się wokół coraz większego zbiegowiska. Zaciekawiona kieruję się w jego stronę.

Zza mijanej przeze mnie restauracji wyłaniają się jak zły omen kolejne szczegóły. Nieopodal otaczających park lip stoi karetka, tuż za nią policyjny radiowóz. Pierwsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy, to „napad”. W takim miejscu nie brakuje złodziei i rabusiów wykorzystujących naiwność bogatych, ale mało czujnych turystów. Tylko że, gdzieś pod skórą, a może przez ten cholerny sen, czuję, że chodzi o coś znacznie gorszego – o topielca albo śmiertelne pobicie. Od poznania prawdy dzielą mnie cztery rzędy gapiów, policyjne taśmy i kilku pilnujących porządku funkcjonariuszy. Ku ogólnemu oburzeniu przedzieram się przez tłum, ocierając się o lepkie i spocone ciała. Ktoś gromi mnie wzrokiem, ktoś inny każe mi się nie pchać. Mam ich głęboko w dupie. Po chwili udaje mi się przedostać do pierwszego rzędu.

Od razu skupiam wzrok na podłużnym wgłębieniu w klombie obsadzonym różanecznikami. Złamane główki kwiatów, zwieszone gałązki i porozkładane między nimi tabliczki wskazują na ślady zabezpieczone przez policję. Swoją wielkością wgłębienie idealnie pasuje do kształtu ludzkiego ciała. Kalkuluję w myślach przypuszczalny wzrost i wagę ofiary, ale to i tak na nic. Na miejscu pracuje kilku funkcjonariuszy. Nad klombem zawisa zgarbiona sylwetka mężczyzny, chyba technika, który fotografuje miejsce zdarzenia. Inny glina, pomrukując gardłowo, niecierpliwym tonem poleca odsunąć się od taśmy. Zgrzyt przesuwanych drzwi odwraca moją uwagę. Dopiero wtedy zauważam, że w głębi parku, w jednej z bocznych alejek, zaparkowany jest kolejny samochód – czarna furgonetka ze złotym logo zakładu pogrzebowego. Jej tylne drzwi uchylają się na krótko, ale tyle wystarczy mi, by dostrzec w środku czarną, wybrzuszoną płachtę okrywającą nosze. Domyślam się, co może być pod spodem.

Moja wyobraźnia zaczyna mówić własnym językiem, a ja gorączkowo szukam kolejnych dowodów. Natrafiam tylko na jeden, ale on mówi mi już wszystko.

O fontannę oparty jest lśniący, zadbany saksofon. Obok niego stoi tabliczka z numerem „11”.

Na ten widok poranna kawa podchodzi mi do przełyku, w którym czuję nagły skurcz. Zakrywam usta, by zatrzymać wzbierającą w gardle gorycz, i tylko jakimś cudem udaje mi się nie zwymiotować.

Kiedy wydostaję się z tłumu, by ochłonąć, dostrzegam stojącego nieopodal furgonetki funkcjonariusza z notatnikiem w ręku. Kiwa głową i zapełnia kolejne karty. Biorę głęboki uspokajający oddech i przesuwam się wzdłuż barierki, ale pełny widok na ten fragment parku blokuje mi policyjny radiowóz. Gliniarz nie jest sam. Jego rozmówca raz pojawia się, chwilę później znika. Jest nim wciśnięty w przybrudzony kubraczek niski facet w zaparowanych okularach. Na stopach ma groteskowe czerwone trzewiki zakończone szpiczastym czubkiem. W ręku trzyma wypełnioną po brzegi plastikową torbę. Dobiega siedemdziesiątki i wygląda na poruszonego. Kiedy się odwraca, zauważam, że na kapturze nosi naszywkę z adresem strony internetowej www.sopockikrasnal.net. To tłumaczy jego strój.

Stoję zbyt daleko, by słyszeć, o czym rozmawiają, ale język jego ciała mówi mi, że gość jest albo świadkiem, albo odkrył ciało. Wciskam się w metalowe barierki, by móc podsłuchać ich rozmowę.

– Mniej więcej około siódmej. Zawsze umawiamy się tutaj na fajkę, zanim zaczniemy pracę – mówi krasnal, drepcząc nerwowo w miejscu. Jego głos jest bezbarwny i matowy.

Policjant kiwa głową, ale nie słyszę, o co pyta. Cholernie żałuję, że nie potrafię czytać z ruchu warg.

– Jedziemy na jednym wózku. Pan rozumie – odpowiada krasnal. – Branża rozrywkowa to trudny kawałek chleba, szczególnie tu, gdzie konkurencja jest ogromna. I nie każdy reaguje na nas dobrze. Są tacy, co z uśmiechem wrzucą grosik, ale są też tacy, co spluną i wyzwą od najgorszych. Od darmozjadów, od żebraków. Od nieudaczników. A my pracujemy uczciwie. On gra, ja fotografuję się z turystami. Pan rozumie. Co z tego, że na ulicy? Że wrzucają mi do skarbonki, a jemu do futerału? Z Benjaminem polubiliśmy się od razu, znamy się już z pięć lat. Mamy podobne spojrzenie na świat i życie. No i podobne trudne doświadczenia. Tylko że on po tym wszystkim, przez co przeszedł, jest inny niż ja, nadal ma w sobie optymizm. Dzięki niemu zacząłem wierzyć, że i mnie kiedyś będzie lepiej.

Benjamin jest. Benjamin ma. Nieustannie czas teraźniejszy. Sposób, w jaki ten człowiek wyraża się o stygnącym w czarnym worku koledze, znowu przyprawia mnie o mdłości.

– Dlaczego tu, dlaczego w tak ustronnym miejscu? – pyta mundurowy. Stoi wciąż w tej samej pozycji – sztywny, wyprostowany i zupełnie niewzruszony.

– Krasnal i klaun ze szlugiem w ustach? No co pan… – Mężczyzna rzuca policjantowi zdziwione spojrzenie. – To byłoby zawodowe samobójstwo. Przychodziliśmy w to miejsce, bo wcześnie rano nikogo w parku jeszcze nie ma. Zamienialiśmy słowo i potem każdy szedł w swoją stronę, tak było zwykle. Ale, tak jak już mówiłem, nie zastałem go tu dzisiaj. Nie zauważyłbym go nawet leżącego w tych krzakach, gdyby nie saksofon. Stał oparty o fontannę. Benjamin nigdy się z nim nie rozstawał. Był jak przyspawany do jego piersi identyfikator. Wiedziałem, że skoro instrument tu jest, to i on musi być, że nie odszedł bez niego tak po prostu. Dlatego zacząłem szukać. Resztę pan już zapisał. – Krótkim, pulchnym palcem krasnal wskazał na notatnik.

Glina znowu burczy coś pod nosem, a ja nic nie słyszę.

– Tak, teraz w noclegowni przy Janka Wiśniewskiego. Od dwóch miesięcy. Wcześniej mieszkał pod osiemnastym na Wincentego Pola – odpowiada krasnal.

Po tej wymianie zdań obaj mężczyźni odchodzą na bok, więc nie udaje mi się już niczego usłyszeć. Kilka minut później przesłuchanie dobiega końca, a krasnal opuszcza teren policyjnych działań tylnym wyjściem. By go dogonić, obiegam zebrany przy miejscu zbrodni tłumek.

– Przepraszam! – krzyczę za nim.

Kiedy odwraca się w moją stronę, w jego wilgotnych oczach czai się przerażenie. Tak jakby we mnie spodziewał się odnaleźć rysy zabójcy swojego kumpla.

– Widziałam, że rozmawiał pan z policją o tym, co tutaj dziś zaszło.

Krasnal gwałtownie robi krok do tyłu.

– Kim pani jest?

– Lena Skalska. – Wyciągam w jego stronę wyprostowaną dłoń, ale on nie podaje mi swojej. – Proszę się nie bać. Nie jestem wścibską reporterką i nie szukam sensacji. Miałam dzisiaj spotkać się na molo z saksofonistą przebranym za klauna. Czy tamten człowiek… Czy to był on?

Krasnal niechętnie kiwa głową i głęboko wzdycha. Woń jego nieświeżego oddechu unosi się między nami niczym kwaśna mgła.

– Przykro mi. Naprawdę. Rozmawiałam z nim wczoraj na wernisażu moich prac.

– Nic o tym nie wiem – mówi mężczyzna krótko i odwraca się ode mnie. Ale nie rusza się z miejsca.

– Pomyślałam, że może mógłby mi pan…

– Nie, nie mógłbym. Mam dość przesłuchań na dziś. Niech pani lepiej powie policji, co wie. Przepraszam, ale właśnie straciłem przyjaciela. – Choć stoi zwrócony do mnie plecami, widzę, że ociera policzek rękawem. – Proszę dać mi spokój.

W tej chwili rozumiem go aż za dobrze. Swoją żałobę noszę w sercu od prawie dwudziestu pięciu lat. Zdarza się, że ona tak naprawdę nigdy nie mija. Dlatego pozwalam mu odejść. Z kieszeni wydobywam telefon i w jedno z pustych okienek kalendarza wpisuję dwa adresy podane gliniarzowi przez krasnala.

Wincentego Pola 18.

Noclegownia przy Janka Wiśniewskiego.

Przesuwam palcem po ekranie i zamykam okienko ze swoim nowym planem na jutro.