Król złodzieiTekst

Z serii: Star Rogue #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król złodziei
Król złodziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Król złodziei
Audio
Król złodziei
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kapitanie, coś tam jest.

Morgan pochylił się w stronę ekranu. Rzeczywiście, coś było dokładnie tam, gdzie wskazywały wektory Palina, a kapitan był bardzo ciekaw, co to takiego. Obiekt miał rozmiary z grubsza księżyca, może trochę mniejsze, i okrążał szary świat po bardzo ciasnej orbicie.

Kiedy okręt się przybliżył, dane hiperspektralne z czujników pokazały, że obiekt został zbudowany z podobnych składników jak planeta, ale miał dziwaczną orbitę. Ani geostacjonarną, ani pod żadnym względem standardową – satelita szarej planety utrzymywał stałą pozycję, jakby był zakotwiczony.

„To niemożliwe. Niemal natychmiast zacząłby opadać”.

Morgan przyglądał się z zaintrygowaniem i lekkim oburzeniem takiemu pogwałceniu praw fizyki.

– Kapitanie – odezwała się Daiyu z niedowierzaniem, jakby czuła to samo co Morgan – rejestrujemy wąski pływ grawitacyjny. Ten satelita ma własne pole grawitacyjne, które stabilizuje i utrzymuje jego pozycję.

– Nie mogło być inaczej, prawda? – mruknął Morgan z półuśmiechem. – Ale... po co?

– Nie wiem, kapitanie.

– Niech pani znajdzie współrzędne boi wskazanej przez Palina. Chcę się przyjrzeć temu miejscu.

– Tak jest.

***

„Autolikos” wślizgnął się na kurs między planetą a satelitą do początku wektora namierzonego przez transmisję. Po paru minutach na ekranach pojawiły się obrazy w wysokiej rozdzielczości wraz ze stereoskopową i holograficzną kompilacją.

– To wygląda jak pas lądowiska – zauważyła porucznik Mika.

Morgan musiał się zgodzić, chociaż osobiście uważał, że wyglądało to jak pas kosmodromu z filmu science fiction. Pas wznosił się na około trzysta metrów nad okolicą – przypominał piedestał, tyle że cholernie wielki.

– Ile miejsca jest na tym lądowisku?

– Mogłoby przyjąć średniej wielkości jednostkę – odpowiedział Kamir. – Nie taką jak „Autolikos”, oczywiście, ale kilka naszych promów może tam wylądować.

– Chyba nie sugeruje pan, żebyśmy wysłali tam oddział? – oburzyła się Daiyu.

– Zastanawiam się nad tym – przyznał Morgan.

– Jednak ryzyko... – Pierwsza tylko pokręciła głową.

– Jest wysokie, ale spodziewane, biorąc pod uwagę rodzaj naszej misji – zaoponował Morgan. – Zresztą nie powie mi pani, że nie chce się dowiedzieć, co to za układ i w jakim celu, do cholery, powstał.

Daiyu Li musiała przyznać, że owszem, jak najbardziej chciała, naprawdę, naprawdę chciała się dowiedzieć, co to... za konstrukcja.

– Nie powiem. A nawet zgłaszam się na ochotnika do zwiadu, skoro chce pan wysłać oddział na powierzchnię.

– Odmawiam – odrzekł natychmiast Morgan. – Misję poprowadzi major Phillips.

Daiyu skinęła głową ze zrozumieniem.

– Pani może poprowadzić grupę badawczą – dokończył kapitan.

Komandor nie od razu zrozumiała, ale kiedy do niej dotarło, znów skinęła głową, tym razem służbiście.

– Dziękuję, kapitanie.

– Tylko niech pani tam nie zginie – rozkazał Morgan surowo, zaraz jednak odetchnął i trochę się rozluźnił. – I proszę znaleźć choć parę odpowiedzi na nasze pytania.

– Znajdę, kapitanie.

Morgan opuścił fotel.

– Na razie przejmie pani mostek. Chcę osobiście przekazać majorowi Phillipsowi dobrą wiadomość.

– Tak jest, kapitanie. Przejmuję mostek.

Rozdział 7

Morgan nie przywykł do posiadania na pokładzie pełnego oddziału komandosów. Nie byli potrzebni na zwiadowczym okręcie podwodnym. Kapralowi Marines, który polatywał przed kapitanem, udało się wykonać wcale poprawny salut. Kapitan popatrzył uważniej i dopiero wtedy dostrzegł pas, który przytrzymywał mężczyznę w miejscu.

„Tępaki” – kapitan stłumił chichot. „Tylko marines potrafią zadać sobie tyle trudu, żeby wyglądać na żołnierzy”.

Morganowi nigdy nie zależało na tym, żeby wyglądać na żołnierza, choć rozumiał, że czasami jest to konieczne. Co innego być żołnierzem – to uważał za znacznie ważniejsze. W jego naturze nie leżało działanie na pokaz, ale wiedział, że każdy inaczej dbał o morale w swojej jednostce.

– Szukam majora – powiedział kapralowi.

– Sekcja z tyłu, sir.

– Dziękuję, kapralu.

Morgan odbił się od ściany i poszybował we wskazanym kierunku. Dyplomatycznie udał, że nie widzi, jak kapral sięga po komunikator łączności wewnętrznej. Passer nie szanowałby żadnego dowódcy, którego podwładni nie powiadomiliby, że zwierzchnik idzie, jednak chłopak powinien przynajmniej odczekać, aż wzmiankowany zwierzchnik nie będzie tego widział.

Dobrze, że kapitan miał ważniejsze sprawy na głowie, zamierzał jednak porozmawiać o tym z majorem później. Kiedy tępakom pozwoliło się wierzyć, że oficerowie to idioci, nigdy nie kończyło się to dobrze. Niełatwo było tworzyć kruchą iluzję autorytetu.

Morgan zatrzymał się trzy sekcje niżej i zapukał w metalową ścianę, przytrzymując się wolną ręką.

– Wejść.

Major Neil Phillips siedział prosto przy biurku, gdy Morgan wpłynął do gabinetu. Przy regulaminowym, zaaprobowanym przez rząd biurku.

„OK, niektórzy potrafią trzymać się zaleceń do przesady”.

Powstrzymał się od przewracania oczami w obecności majora, ale pozwolił sobie na drażnienie go, ustawiając się ukosem do biurka.

– Kapitanie. – Phillips spojrzał na Morgana. – Co pana sprowadza na tereny marines?

Morgan nieśpiesznie rozejrzał się po starannie urządzonym gabinecie. Książki na półkach z pewnością musiały być przyklejone taśmą. Inne drobiazgi – włącznie z kawaleryjską szablą na ścianie – również. Żadna z tych rzeczy nie miała sensu w środowisku nieważkości. Przecież to wszystko należało zabezpieczyć i przymocować. Morganowi wydawało się to po prostu głupie.

Miał jednak nadzieję, że major nie był tylko pozerem, lecz również człowiekiem akcji.

– Zastanawiam się nad wysłaniem oddziału na księżyc, wokół którego właśnie krążymy – oznajmił Morgan. – Jest tam odpowiednie lądowisko dla promów, wygląda na dobry punkt dostępu z zewnątrz.

Phillips skinął głową.

– Zwiad czy atak?

– Zwiad i zabezpieczenie grupy badawczej. Komandor Daiyu Li będzie dowodziła technikami.

– A misją?

– Pan.

– Proszę o pozwolenie mówienia swobodnie, kapitanie.

– Zezwalam.

– Nie będę kłamał. Nie podoba mi się perspektywa użerania się z jakimkolwiek agentem Bloku, zwłaszcza oficerem.

– Blok, Konfederacja... proszę zapomnieć. – Morgan skrzywił się lekko. – Minie dziesięć lat i nikt nie będzie już pamiętał tamtej wojny. Oprócz paru starych pierników w balkonikach, mało kogo będzie to też obchodzić.

– Ja będę pamiętał.

– Jeżeli tylko to pan będzie pamiętał, stanie się pan jednym z tych starych pierników. Tak to się dzieje na świecie... w Galaktyce, gdzie teraz żyjemy, majorze. A ja muszę wiedzieć, czy może pan wypełnić zadanie.

– Jestem marine, kapitanie – odparł Phillips po chwili. – Wykonam każdą robotę, nawet jeżeli mi się nie podoba.

Morgan skinął głową.

– Dobrze. Proszę przygotować oddział. Niech pan będzie gotów za godzinę do przejścia na prom, jeżeli ostatecznie zdecyduję o wysłaniu zwiadu.

– Tak jest, kapitanie.

Morgan odbił się do wyjścia, ale jeszcze zatrzymał się w progu i zerknął na majora.

– Chciałbym, aby grupa badawcza wróciła w jednym kawałku, majorze...

– Co z moimi ludźmi?

– Oni też. Gdyby mi było potrzebne mięso armatnie, przebrałbym was w czerwone koszule.

Phillips nie wyglądał, jakby zrozumiał.

– Słucham, kapitanie?

– Nieważne, majorze. – Morgan pokręcił głową. – Ale powinien pan odświeżyć sobie klasykę.

– Zajmę się tym natychmiast, gdy tylko wrócę z inwazji na księżyc obcych.

Morgan uśmiechnął się szeroko.

– Doskonałe nastawienie, majorze.

***

Phillips nie ruszył się z miejsca jeszcze przez chwilę po wyjściu kapitana, rozmyślając o krótkim spotkaniu. Było jasne, że Passer należał do tego rodzaju ludzi, którzy nie sprawdziliby się w Marines, ale jak na gościa z floty, wydawał się znośny.

Neilowi nie uśmiechało się pilnowanie grupy techników na obcym świecie, ale chyba tak teraz stały sprawy w Zjednoczonej Flocie Kosmicznej. Z pewnością była to całkowicie nowa Galaktyka, jak powiedział kapitan. Ale oficer Bloku... cóż, to zupełnie inna sprawa.

Phillips nie był głupi. Wiedział, że czasy się zmieniają, i najchętniej pozwoliłby, aby przeminęły obok niego. Świat kiedyś miał dla majora więcej sensu. Była Konfederacja i Blok, dobrzy i źli. Teraz do stawki doszli obcy, a źli stali się dobrzy, na dodatek Ziemia omal nie została pożarta, do jasnej cholery.

Zbyt wiele komplikacji.

Phillips rozpiął pas na udach i poszybował. Po chwili wbił stopy w podłogę. Magnetyczne podeszwy zadźwięczały, gdy przyczepiły się do pokładu, a potem dźwięk zaczął się powtarzać przy każdym kroku, gdy major wychodził z gabinetu.

– Kapralu.

– Tak, majorze? – Podoficer przypłynął ze stanowiska i natychmiast również przybił do podłogi.

– Kto ma wartę?

– Drużyna Bravo, sir.

Phillips zastanowił się.

– Więc Alfa już padła, ale Charlie jest wypoczęta?

– Tak jest, sir.

– Przekaż Charlie, żeby zakładali skafandry. Niech się stawią w hangarze promów z pełnym wyposażeniem bojowym za pół godziny.

– Tak jest!

Kapral zniknął z pola widzenia, tylko odgłos jego magnetycznych butów odbijał się od ścian. Phillips słuchał, dopóki dźwięk nie ucichł, i rozmyślał nad zadaniem, które go czekało. Służba we Flocie Kosmicznej, podobnie jak na okrętach podwodnych, była ochotnicza, ale to nie znaczyło, że wszyscy, którzy służyli, naprawdę chcieli tu być.

 

Czasami idzie się na ochotnika, a czasami jest się wysłanym. Tak to się działo w wojsku.

Oczywiście Phillips zamierzał się wywiązać z zadania – nieważne, czy zgłosił się dobrowolnie, czy został zgłoszony na ochotnika. Zamierzał jednak przy najbliższej okazji odpłacić kapitanowi za uwagę o czerwonych koszulach. Niekiedy słowa trafiały zbyt mocno i o pewnych sprawach nie żartowało się z marines... A przynajmniej nie wtedy, gdy służyli na okręcie kosmicznym.

„Jeżeli natrafimy na obcych, wiem przynajmniej, jakie plotki mają rozpuszczać podoficerowie”.

***

– Major powiedział, żeby zakładać skafandry! – ryknął kapral Danvers, gdy tylko wszedł do sali przypominającej wnętrze baraku. – Kapitan chce, żeby oddział zwiadowczo-strażniczy był gotów do zrzutu bojowego za trzydzieści minut.

Marines z drużyny Charlie właśnie zaczęli dzienną zmianę. Żadnemu nawet nie drgnęła powieka, gdy Danvers rzucił bombę.

Sierżant pierwszy ruszył do szafki i zaczął zakładać mundur, co w nieważkości nie było łatwe. Elegancko to nie wyglądało, ale sierżant wyraźnie miał wprawę.

– Dopiero co wstaliśmy, kapralu – warknął, wbijając ramię w rękaw kombinezonu i przytrzymując się ściany. – Na co, do cholery, wlecieliśmy, że staremu potrzebny zrzut?

– Jakiś obcy księżyc – odparł Danvers. – Nie znam szczegółów, ale wiem, że kapitan chce oddział dla zabezpieczenia.

– Och, szlag, człowieku – mruknął niechętnie kapral Ian Pierce. – To znaczy, że wysyła nas jako niańki.

– Przywyknij, Pierce – powiedział mu sierżant. – Jak kapitan mówi, że niańczymy, to niańczymy.

– Jasne, wiem, wiem.

Reszta drużyny zakładała kombinezony i słuchała bez słowa. Pierce był samozwańczym rzecznikiem grupy. Z doświadczeń Danversa wynikało, że każdy oddział miał przynajmniej jednego takiego pyskacza.

– Kto będzie porucznikiem na tej misji?

Danvers uniósł wzrok na ciche pytanie. Szeregowy McMillan był wyznaczonym strzelcem w oddziale. Zwykle przemawiał jego karabin, strzelec w ogólności zaś milczał. McMillan był nieco starszy od reszty grupy, a większość drużyny Charlie słuchała go pomimo najniższej szarży.

– Nie wyznaczono jeszcze porucznika. Pewnie dostaniecie jakiegoś młodszego na tę wycieczkę.

– Jaja sobie robisz? Zrzut bojowy na obcy księżyc z bandą jajogłowych do niańczenia i dostaniemy jakiegoś niedorobionego głupka na dowódcę? – Pierce rzucił ręcznik w akcie, który lepiej wypadłby w środowisku grawitacji. A że grawitacji nie było, przepocony kawałek tkaniny poszybował łukiem, o włos mijając dwóch członków drużyny, którzy zrobili uniki. Ręcznik uderzył w ścianę i tam został.

– Misją dowodzi major – stwierdził Danvers spokojnie. – Dlatego podejrzewam, że wyznaczy na zastępcę jakiegoś młodego. Wiecie, że lubi sprawdzić ich w akcji, zanim powierzy im dowództwo jakiejś misji taktycznej.

– Dość marudzenia – wtrącił sierżant. – Mamy być w skafandrach, więc ruszać tyłki!

Pięciu członków drużyny nie zawahało się ani sekundy. Kiedy sierżant warknął, skoczyli do drzwi, poszybowali w lewo i złapali za uchwyty transportujące do zbrojowni. Sierżant zerknął jeszcze na Danversa.

– Wiesz coś więcej?

– Nikt nie wie więcej, sierżancie – przyznał kapral. – Właśnie dlatego tam lecicie.

– No to po prostu, cholera, pięknie – mruknął sierżant, po czym odbił się od podłogi i pomknął na korytarz, aby ruszyć za podwładnymi.

***

„Autolikos” miał trzy promy bojowe jako uzupełnienie wyposażenia, opancerzone i uzbrojone wersje zwykłych deltoskrzydłych lądowników tak lubianych przez flotę i siły powietrzne. Ten prom został jednak zaprojektowany dla marines, więc miał parę udogodnień, jak na przykład obicia foteli.

Jednak o przewadze klasy Miedzianogłowych świadczyło przede wszystkim uzbrojenie, niezależne reaktory i generatory masy przeciwnej oraz przede wszystkim o niebo większa siła ognia.

Prom wyznaczony na misję stał na rusztowaniu w pozycji do startu, czyli dziobem w „dół”, o ile można tak powiedzieć w środowisku nieważkości. Pozostałe dwa, ściśnięte jak sardynki w puszce, wisiały na końcu hangaru.

Piloci siedzieli już w „Miedzianogłowym 1” i kończyli sprawdzać systemy, gdy pojawił się zespół badawczy z komandor Li. Naukowcy otrzymali standardowe skafandry marynarki. Poruszając się niezdarnie w nieważkości, umieszczali skrzynie z wyposażeniem w wahadłowcu, a potem przypinali się do foteli.

Marines czekali na badaczy na pokładzie, już spakowani i zapięci. Ciemnozielone skafandry wyglądały jak elementy promu, a wrażenie takie jeszcze mocniej podkreślało to, że żaden z komandosów nawet nie drgnął, gdy badacze się przypinali.

– Wyglądają jak stado kulawych żab kuśtykających wokół stawu – zachichotał Pierce w szyfrowanym łączu, gdy przyglądał się, jak technicy floty i badacze próbują się usadowić.

Marines obserwowali to przez wzmocniony wirtualnie obraz na swoich wyświetlaczach, dzięki którym mieli przewagę nad resztą – wydawało się, że nawet nie patrzą, podczas gdy mogli dostrzec choćby westchnienie. Nie podobało się to innym, podczas gdy dla marines był to świetny żart.

– Kulawe żaby to jedyny powód, dla którego wasza zielona paczka w ogóle dołączyła do tej wyprawy – zabrzmiał na szyfrowanej częstotliwości chłodny damski głos. – Lepiej, żebyście tak dobrze skupili się na swojej pracy, jak one na swojej.

Oczywiście cały dowcip dla marines wyglądał świetnie tylko wtedy, gdy osoby, którym się przyglądali, nie miały dostępu do zabezpieczonego łącza.

Major Phillips wychylił się z fotela obserwatora przy pilotach. Nie spuścił jeszcze przesłony na hełmie, więc wszyscy mogli zobaczyć jego niezadowolony wyraz twarzy.

– Dość tego ględzenia – powiedział, po czym spojrzał na kobietę, która się odezwała. – Proszę wybaczyć moim marines, komandor Li.

– Dobrzy żołnierze zawsze tacy są – odpowiedziała Daiyu lekko. – Wielkim żołnierzom los często przypomina, że nie są tak dobrzy, jak im się wydaje.

Sierżant parsknął, a potem zaczął się cicho śmiać, zanim jego połączenie zostało wyłączone. Major Phillips spojrzał groźnie na pozostałych, może nieco zbyt groźnie, ale musiał sobie powetować, że nie może otwarcie skrzywić się na pierwszą oficer.

Daiyu zostawiła komandosów majorowi, a sama zajęła się sprawdzaniem, czy jej zespół jest dobrze przypięty.

– Mostek właśnie się odezwał – oznajmiła komandor porucznik Grant, pilot promu. – Możemy startować, gdy tylko będziemy gotowi. Wszyscy zapięli pasy?

Oficer pokładowy przeszedł między rzędami ludzi i wyposażenia, sprawdzając mocowania. Wślizgnął się potem na swój fotel i naciągnął pasy, po czym skinął głową pierwszej pilot.

– Gotowi do lotu, Katie.

– Świetnie. – Kathryn Grant odwróciła się do panelu sterowania, po czym włączyła połączenie z okrętem. – Tu „Miedzianogłowy 1” do kontroli lotów „Autolikosa”.

– Masz pozwolenie na start, „Miedzianogłowy 1”.

– Tu „Miedzianogłowy 1”, gotowi do startu. Przesuńcie nas na pozycję.

– Przyjęte, „Miedzianogłowy 1”. Pozostać w gotowości.

Ciszę chwilę potem przerwało drżenie i łomot, gdy prom bojowy zadrżał i zaczął się przesuwać do śluzy w dnie okrętu. Przejście przez śluzę trwało dziesięć minut, zanim ładownia się otworzyła na przestrzeń kosmiczną, a klamry puściły.

Prom odpadł od „Autolikosa” w otwarty kosmos, a Grant skorygowała jego pozycję przy nieznacznej pomocy silników manewrowych. Za oknami dziobowymi pojawiła się krzywizna księżyca, a „Miedzianogłowy”, wytracając prędkość, zaczął schodzić z orbity.

– Tu „Miedzianogłowy 1”, oderwaliśmy się. Wszystkie systemy sprawne, grawitacja rośnie zgodnie z przewidywaniami. Jesteśmy gotowi do lotu.

– Przyjęte, „Miedzianogłowy 1”. Wypuszczamy sondy, żeby szły za wami.

– Widzę je. No to do dzieła. – Grant odpaliła generatory MP i opuściła dziób promu.

Bliźniacze reaktory rozbłysły i „Miedzianogłowy” zaczął przyśpieszać, oddalając się od „Autolikosa” i kierując na powierzchnię obcego księżyca.

***

Zazwyczaj lądowanie na planecie łączy się z wyszukiwaniem dogodnego okna atmosferycznego, radzeniem sobie z turbulencjami i gwałtownymi zmianami temperatury oraz różnego rodzaju innymi czynnikami. Kiedy jednak świat, na którym się ląduje, nie ma atmosfery, trzeba się tylko zająć czystą balistyką.

Grant mogłaby przeliczyć kurs w pamięci, nawet gdyby leciała na przysłowiowych drzwiach od stodoły, więc to przyziemienie było dla niej jak bułka z masłem. „Miedzianogłowy” zbliżył się gładko po łuku, zniżył do powierzchni, jak się zdawało, skonstruowanej ze stopów metali i w ciągu kilku minut na horyzoncie ukazała się wieża z platformą.

– Cel lądowania widoczny – zameldowała Grant. – Jak dotąd czysto. Żadnych oznak istnienia broni mogącej nam zagrozić.

Pochyliła się, wpisała liczby do komputera lądownika.

– Mamy czyste podejście. Nick, przygotuj systemy lądowania do odpalenia.

– Robi się, Katie.

Pilot cofnęła się na oparcie, a potem spojrzała przez ramię.

– Wylądujemy za dziesięć minut, majorze.

Phillips skinął głową.

– Dziękuję, komandor Grant.

Włączył zabezpieczone pasmo łączności marines i zwrócił się do drużyny:

– Słyszeliście, co pani powiedziała. Dziesięć minut do lądowania.

Potem pałeczkę przejął sierżant.

– Spinać poślady, panowie. Hurra, mamy robotę do wykonania.

– Hurra, sierżancie!

Nikt z personelu floty nawet nie wiedział, że marines właśnie zagrzewają się do działania.

***

Grant okrążyła wieżę, utrzymując dziób „Miedzianogłowego” wyżej, gdy przyglądała się lądowisku. Wszystko wyglądało jak najbardziej normalnie, biorąc pod uwagę, że patrzyła na platformę wznoszącą się nad całkowicie pustą powierzchnią kuli metalu, która unosiła się w przestrzeni kosmicznej. Grant kusiło, żeby zrobić jeszcze parę okrążeń, ale nic nowego się nie pokazało, więc uznała, że może wylądować.

„Miedzianogłowy” opadł na platformę w rozbłysku silników rakietowych. Podwozie zamortyzowało ciężar promu i ugięło się tylko lekko, gdy Grant utrzymywała generatory masy przeciwnej w pełnej mocy na wypadek, gdyby miała się gwałtownie oderwać i uciec.

– Zielone światło, Nick.

– Przyjąłem, Katie. – Drugi pilot przesunął przełącznik.

Światło z tyłu zmieniło kolor z czerwonego na zielony, gdy zaczęła opadać tylna rampa, a marines ustawili się do wyjścia. W opancerzonych serwoskafandrach zajęli pozycje obronne na lądowisku, podczas gdy technicy i badacze przystąpili do rozładowywania swojego sprzętu.

– Czysto – zameldował Pierce ze stanowiska przy jedynym obiekcie godnym odnotowania w najbliższym otoczeniu, czyli wielkiej ścianie wystającej z płyty. Na środku ściany znajdowały się prostokątne drzwi. Wyglądały na za duże dla ludzi, ale było to jedyne przejście, jakie udało się znaleźć, więc rozmiar niewiele znaczył. – Rany, to miejsce jest naprawdę straszne...

– Wystarczy, Pierce – warknął sierżant. – Daruj sobie emocjonalne komentarze.

– Przepraszam, sierżancie.

Podoficer tylko mruknął, chociaż w duchu zgadzał się z kapralem. Krajobraz wyglądał jak z jakiegoś apokaliptycznego koszmaru robotów. Nic, tylko gładki szary metal jak okiem sięgnąć, oprócz lądowiska, na którym stali przy „Miedzianogłowym”.

Marines ustawili się wokół promu, a personel floty i technicy wypakowali wyposażenie.

Komandor Li pozwoliła im działać bez mikrozarządzania z jej strony. Ten zespół znał się wystarczająco dobrze na swojej pracy. Daiyu odeszła trochę dalej od grupy, sprawdzając lokalną grawitację. Była nieco mniejsza niż na Ziemi, ale znacząco większa niż na Księżycu. Poruszanie okazało się łatwe i wygodne, choć ruchy dawały większe przyśpieszenie niż to, do którego Li już przywykła.

„Widok gwiazd jest tutaj wspaniały” – pomyślała, gdy spojrzała w niebo. Zdawała sobie sprawę, że zapewne wszystkie znajdowały się w innych miejscach, niż powinny, ze względu na zakrzywienie, ale i tak wyglądały wspaniale – brak atmosfery sprawiał, że nic nie przyćmiewało ich blasku, jedynie poświata z lamp „Miedzianogłowego”.

Po nacieszeniu się widokiem gwiazd przeniosła wzrok na jedyny miejscowy punkt orientacyjny. W ścianie na końcu lądowiska znajdowały się wielkie drzwi. Miejsce wyglądało dziwnie znajomo.

 

„Mam przemożne wrażenie, że widziałam to kiedyś w Pekinie” – pomyślała Daiyu, uważnie rozglądając się po lądowisku. „Mniejsze, owszem, ale prawie identyczne. Wygląda jak coś, co moglibyśmy sami zbudować”.

Myśl nieco ją zmroziła, ale wolała nie zastanawiać się nad tą odruchową reakcją – miała ważniejsze sprawy na głowie. Komandor Li skupiła się i zdusiła dręczące odczucia.

– Wiecie, sierżancie – odezwał się McMillan na paśmie zastrzeżonym dla marines – to miejsce przypomina budynek zarządu jakiejś korporacji. Wydaje się, jakby zaprojektowali je ludzie.

Oczywiście niektórzy nie mieli z tym problemów.

– A co wy wiecie o architekturze, szeregowy? – prychnął sierżant. – Martwcie się lepiej o bezpieczeństwo.

– W zasięgu stu kilometrów nie podejdzie nic, czego byśmy nie wykryli, sierżancie.

Daiyu przestała ich słuchać. Podeszła do drzwi i zaczęła szukać czegoś, co przypominałoby klamkę albo jakiś interfejs czy panel. Była tylko odrobinę zaskoczona, że kiedy się zbliżyła, wyświetlił się przed nią hologram. Interfejs, zdecydowała i wyciągnęła rękę, żeby go dotknąć.

– Och, komandor Li... – głos majora Phillipsa wyrwał Daiyu z zamyślenia. Mężczyzna położył jej dłoń na ramieniu i zmusił, aby cofnęła rękę. – Wolałbym, aby pozwoliła nam pani zabezpieczyć teren, zanim zacznie się bawić tutejszymi zabawkami.

– Ma pan technika komputerowego ze specjalizacją ksenocybernetyczną? – zapytała ironicznie. – Bo jeżeli nie, podejrzewam, że nie uda się panu tego zabezpieczyć.

Major spojrzał groźnie, ale nie bardzo mógł zaprzeczyć, więc Daiyu odwróciła się do projekcji. Ponownie wyciągnęła rękę i dotknęła hologramu. I znowu niezbyt była zaskoczona, gdy okazało się, że to interfejs dotykowy. Na Ziemi używano innych, rzecz jasna, głównie opartych na projekcji akustycznej, ale to nie była Ziemia.

– Doktorze Palin – zawołała – co pan może o tym powiedzieć?

Jedna z postaci w skafandrze floty obróciła się i poruszając się z trudem, dotarła do Li. Daiyu włączyła pasmo ogólne łączności z doktorem, które wcześniej zamknęła, ponieważ ją strasznie denerwowały prowadzone na nim rozmowy.

– O rany, to interesujące – wymamrotał Palin, przyglądając się symbolom na hologramie.

– To język Priminae?

– Nie, z pewnością nie – stwierdził doktor. – Widzę podobieństwa, ale jestem przekonany, że to pismo o wiele starsze niż Priminae.

– Ale Priminae są kulturą kolonizacyjną już od pięćdziesięciu tysięcy lat, doktorze – zauważyła Daiyu. – Nie wiemy nawet, ile czasu rozwijali się, zanim zaczęli kolonizować obecne światy.

– Pewnie długo, jak przypuszczam – odparł Palin, nie odrywając wzroku od projekcji. – Ta technologia przypomina ich starsze urządzenia, przynajmniej z tego, co rozumiem. Już jej jednak nie używają.

– Świetnie. Może pan coś z tego odczytać?

– Nie – odpowiedział Palin lekko. – Ale mogę powiedzieć pani o tym parę słów.

– Na przykład?

– To projekt człowieka – stwierdził doktor. – Do użytku przez gatunek dwunożny o wzroście między pięć a siedem stóp, z dwoma głównymi kończynami do czynności precyzyjnych...

– Z dwoma rękami – podpowiedziała oschle Daiyu.

– Tak, właśnie. – Machnął dłonią, wciąż przyglądając się hologramowi. – To interfejs. Zaprojektowany tak, aby łatwo go było zrozumieć i użyć... zatem...

Przeciągnął ostatnią sylabę, a potem po prostu podniósł rękę i dotknął jednego z symboli.

Drzwi nieoczekiwanie się otworzyły.

Komandor Daiyu spodziewała się niemal, że marines zastrzelą doktora, ale na szczęście się powstrzymali. Pierwsza oficer nie lubiła naukowca, jednak był najlepszym lingwistą, jakiego miała.

– Nigdy więcej tego nie rób! – warknął sierżant, chwyciwszy Palina pod ramię. Marines przebiegli obok nich. – Masz nas uprzedzić, zanim ruszysz to gówno, zrozumiano?

– Hę? – Palin wydawał się zmieszany i zaskoczony. – Mówił pan coś? Przepraszam, jestem zajęty analizą swoich nagrań interfejsu.

Sierżant odepchnął doktora, wyraźnie zdegustowany, po czym opuścił strzelbę i ruszył za swoim oddziałem przez drzwi.

– Wygląda, że czysto! – zawołał Pierce, zataczając półkola lufą swojej broni.

Major Phillips złapał dwóch marines.

– Wy dwaj zostaniecie przy ludziach z floty. Odpowiadacie za ich bezpieczeństwo.

– Tak jest, sir.

Phillips zajrzał do pomieszczenia za drzwiami, ale zatrzymał się w progu obok komandor Daiyu. – Co pani sądzi? Winda?

– Prawdopodobnie.

– Zjeżdżamy? – zapytał, chociaż domyślał się odpowiedzi.

– Gdy tylko dostaniemy pozwolenie kapitana, jak najbardziej, jedziemy.

– Nadzwyczajnie – stwierdził major ironicznie, po czym odetchnął głęboko w system wentylacji swojego pancernego skafandra.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?