Król złodzieiTekst

Z serii: Star Rogue #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król złodziei
Król złodziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Król złodziei
Audio
Król złodziei
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Silniki odrzutowe zapłonęły na krótko, wyrzucając „Autolikosa” z jego stabilnej orbity głębiej w stronę podwójnej studni grawitacyjnej. W pełnym kamuflażu czarne płyty pancerza okrywającego kadłub absorbowały światło niemal w całym spektrum, przez co okręt wyglądał jak skrawek czerni w otaczającej go równie czarnej pustce.

Sondy leciały za okrętem i nieustannie zbierały dostępne dane, po czym przesyłały je do instrumentów pokładowych przy pomocy skupionej wąskiej wiązki laserowej. Każdy strzęp informacji załoga analizowała bardzo dokładnie, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co może się znajdować za horyzontem zakrzywienia czasoprzestrzeni, w której spadali.

Naukowcy i specjaliści byli zbyt zajęci pracą, aby się denerwować, ale wielu innych członków załogi zerkało na wszelkie informacje, jakie dostawali lub jakie wyciekały z laboratoriów, z wyraźnym przestrachem. Wszyscy wiedzieli, że czekanie zawsze jest najgorsze, ale wcale to nie pomagało.

***

– Wyizolowaliśmy sygnał lokalnej gwiazdy. Nareszcie – oznajmił Kamir ze znużeniem zaledwie po trzech godzinach opadania. – Reszta układu powinna być teraz łatwiejsza.

Komandor Li skinęła głową, zajęta pracą przy własnym stanowisku.

– I, jak mi się wydaje, mogę potwierdzić, że anomalia jest przyczyną przygasania światła tej gwiazdy.

– Naprawdę? – Morgan uniósł głowę. – Jak to się dzieje?

– Nowe źródło grawitacji przemieszcza się – wyjaśniła pierwsza. – Przybyło do tego układu dopiero niedawno, a gdy znalazło się bliżej, zaczęło zakrzywiać światło.

U Morgana te słowa wzbudziły niepokój – usiadł wyprostowany w fotelu i na chwilę zapatrzył się w dal.

– Przemieszcza się? – powtórzył z niedowierzaniem.

– Tak, kapitanie. Dwadzieścia lat temu mogło znajdować się w głębokiej przestrzeni kosmicznej, nie tak blisko gwiazdy.

– Czy to coś zmienia, jeśli chodzi o nasze zadanie?

– Bardzo niewiele. Wszystko we wszechświecie się porusza, więc bez dokładniejszych danych to tylko ciekawostka, że obiekt nie pochodzi z tego układu.

– Cudownie – westchnął Morgan. – Mamy chociaż pojęcie, jaki jest zasięg zakrzywienia?

– Śledziliśmy zmiany pola grawitacyjnego. Jeżeli nasze obliczenia są prawidłowe, przejdziemy przez zakrzywienie za godzinę, najwyżej dwie, przy obecnej prędkości – odpowiedziała Daiyu.

Kapitan skinął głową, wypiął się z fotela.

– Więc zwolnijmy załogę mostka, żeby każdy mógł napić się kawy i coś przekąsić. Niech wszyscy wyżsi oficerowie stawią się tutaj za czterdzieści pięć minut.

– Tak jest, kapitanie. – Daiyu wpisała rozkazy. – A pan będzie...?

– W mesie oficerskiej, a potem pewnie w swojej kajucie. Znajdzie mnie pani przez łączność wewnętrzną.

– Oczywiście.

Morgan odepchnął się, chwycił poprzeczkę i przeciąg-nął się do wyjścia.

– Przejmuje pani mostek – rzucił jeszcze.

– Tak jest, kapitanie. Przejmuję mostek.

***

Napięcie na okręcie było niemal namacalne.

Ostatni raz Morgan czuł podobną atmosferę na pokładzie, gdy tropił grupę krążowników pięćdziesiąt kilometrów od Wysp Hawajskich i przez cały czas spodziewał się, że zaraz nastąpi powtórka z Pearl Harbor. Podwodne krążowniki stanowiły wtedy prawdziwe przekleństwo – nie dość, że były prawie nie do wyśledzenia, to jeszcze, chociaż nie dorównywały pod tym względem jednostkom na powierzchni, dysponowały siłą uderzeniową pozwalającą im bez wysiłku zmieść spore miasto z powierzchni ziemi.

Głowice taktyczne zawsze były paskudną bronią.

W końcowym rozrachunku Blok nie posunął się tak daleko, ale więcej niż jedna baza wojskowa zniknęła w krótkim wybuchu powietrza i ognia.

Ściganie tego rodzaju grupy zadaniowej należało do najgorszych obowiązków, jakie podwodny niszczyciel mógł wypełniać. Wiele dni trwała żmudna robota, żeby wytropić choć jeden krążownik, przy świadomości, że jeśli się uda, zaraz potem nastąpi trafienie, ponieważ inny krążownik z eskorty namierzy atakującego. Wiele podwodnych niszczycieli miało na koncie zatopienie krążownika, zwykle jednak była to ostatnia pozycja na liście.

Podobne napięcie Morgan wyczuwał teraz na „Autolikosie”.

Na Ziemi było w obecnym czasie za dużo strachu, tego samego, który zaraził jego okręt. Oczekiwanie było gorsze od tego, co mogło się zdarzyć, na dodatek właśnie to oczekiwanie z pewnością źle wpłynie na skuteczność, gdy będzie jej najbardziej potrzeba.

Morgan ruszył do mesy oficerskiej i wziął kubek kawy. Gdyby miał określić, co jest najgorsze na „Autolikosie”, powiedziałby, że picie kawy. Och, sam napój nie smakował źle, ale picie go z kubka zaprojektowanego dla niemowląt było upokarzające.

Na to jednak nie było rady. Płyny stanowiły przekleństwo nieważkości. Podobnie jak kurz, włosy i wszystkie inne drobiazgi, które mogły polatywać i wpadać do urządzeń, wywołując zakłócenia lub awarie. Zwłaszcza że wpływało to na morale. Na okręcie podwodnym Morgan mógł przynajmniej liczyć na dobrą kawę w normalnym kubku.

„Ale obraz »Autolikosa« i wykres szlaku misji na boku kubka to miły akcent”.

Morgan uśmiechnął się, upił kawy i ruszył wzdłuż okrętu.

Sięgnął do uchwytu, ale zatrzymał się, gdy grupka mężczyzn zdryfowała w jego kierunku. Popychali spore skrzynie, które chyba miały większą masę niż sami tragarze. Morgan usunął się z drogi i skinął głową na powitanie.

– Kapitanie – mruknął jeden. – Niech nam pan nie wejdzie w drogę, sir.

– Nie śpieszę się, pracujcie w spokoju. Ładunek dla jednego z laboratoriów?

– Tak jest, sir. Naukowcy chcieli coś z magazynu. Oby się przydało.

– Z pewnością się przyda.

Kiedy załoganci przepchnęli kratę obok niego, Morgan ponownie złapał uchwyt transportowy i dał się pociągnąć główną arterią okrętu w stronę dziobu.

„Auto” pod wieloma względami był krzyżówką niszczyciela morskiego i okrętu podwodnego, z elementami zapożyczonymi z obu oraz kilkoma dodatkami, które wprowadzono ze względu na rodzaj misji oraz środowisko. Jak na jednostkach podwodnych, główna broń znajdowała się z przodu – torpedy impulsowe, zaawansowany zestaw laserów i superszybkie pociski na wypadek, gdyby starcie przebiegało w bliskim dystansie.

Jak na niszczycielu jednakże stanowiska obrony pokrywały resztę obszaru wokół „Autolikosa”. Okręt został też wyposażony w parę wysuwanych wieżyczek z działami tranzycyjnymi, aby dołożyć do siły rażenia zdolność zwiększania zasięgu starcia.

Mostek umiejscowiono na rufie, przed drugą maszynownią. Stanowił jedyną sekcję okrętu, skąd rozciągał się bezpośredni widok na otoczenie, ale tylko wtedy, gdy nie było żadnego zagrożenia. W trybie walki mostek był wciągany pod osłonę pancernego kadłuba i wszystko wyglądało wtedy jak na łodzi podwodnej.

Morgan kierował się do głównej zbrojowni, wysuniętej najdalej na dziób i przed wszystkie inne ważniejsze sekcje. Większość zbrojowni zajmowały składy amunicji, prawdziwy arsenał metalowych skrzyń czekających na użycie, z generatorami MP i paliwem stałym dla superszybkich rakiet, które mogły zmienić małą planetę w pokiereszowaną kraterami kopię ziemskiego Księżyca.

Na „Auto” znajdowała się oczywiście w pełni automatyczna sekcja ładownicza. Morgan nigdy nie widział jednostki, gdzie amunicja ładowana była ręcznie, chyba że w muzeum marynarki. Co nie znaczyło, że sekcja ta nie potrzebowała wykwalifikowanej załogi do obsługi.

Ludzie w zbrojowni ledwie unieśli oczy, gdy kapitan otworzył drzwi. Byli zbyt zajęci.

Morgan nie uśmiechnął się, ale miał ochotę, gdy rozpoznał bosmana zaganiającego do pracy obsługę dział.

„I tak powinno się to robić”.

– Każdy system ma być sprawdzony jeszcze raz – warknął bosman, dryfując na środku pomieszczenia. – Zestawienie, sterowanie ogniem, software i hardware... Cholera, kazałbym wam sprawdzić pieluchy, gdybym wiedział, że jakieś nosicie.

– Bosmanie... – odezwał się Morgan spod drzwi, ponieważ wolał nie przeszkadzać.

Brogan zerknął przez ramię i skinął dowódcy głową.

– Kapitanie.

– Wynajduje im pan zajęcia?

– Bezczynne ręce – odparł Brogan. – Wie pan, jak to jest.

– Owszem. Jak z gotowością do walki?

– Wystarczy, że pan powie słowo.

– Dobrze. – Morgan podryfował do najbliższego stanowiska i przyjrzał mu się uważnie.

Kondensatory laserów były naładowane już w osiemdziesięciu procentach, a włączano je cyklicznie, aby zawsze miały idealną temperaturę do działania, zgodnie z instrukcją utrzymania gotowości bojowej systemów.

– Cóż, muszę przyznać, że zbrojownia jest w dobrych rękach, bosmanie. Niech pan tak trzyma.

– Wie pan, że tak zrobię, kapitanie.

Morgan skinął głową, po czym otworzył ciśnieniowe drzwi i wyszedł.

„Gdyby każdy bosman znał się na robocie tak jak Brogan, nie musiałbym się martwić o morale”.

***

Komandor Li popatrzyła uważnie na skany i porównała różnice częstotliwości. Gdy okręt zbliżał się do źródła grawitacji, paralaksa zmieniała się coraz wyraźniej między wolniejszymi i szybszymi pasmami spektrum.

Fale radiowe i światło widzialne były zakrzywiane bardziej niż promienie rentgenowskie i ultrafiolet. Niestety, tych ostatnich było o wiele mniej, więc porównanie było trudne. Źródło nie wydzielało nic w wyższych częstotliwościach, tego Daiyu była pewna. Gdyby wydzielało, komandor już by to wykryła.

Czujniki rejestrujące pole grawitacyjne na „Autolikosie” ukazywały znaczące różnice między siłą działającą na rufę i na dziób – wystarczające, aby dało się zauważyć charakterystyczny dryf obiektów pozostawionych luzem na mostku. Przesuwały się do przodu, do źródła grawitacji.

 

Okręt miał przekroczyć próg, za którym nie będzie już powrotu na silnikach odrzutowych, i jeżeli „Auto” miałby się wyrwać z pola grawitacyjnego, konieczne stanie się włączenie napędu gwiezdnego. Jednak pozostanie zawsze możliwość, aby ślizgać się wokół na silnikach odrzutowych albo zatrzymać, nie było zatem powodu, żeby od razu podnosić alarm.

Daiyu nadzorowała z ramienia wojska projekt tworzenia napędu zakrzywiającego czasoprzestrzeń. Jej wiedza o falach grawitacji była znacząca, ale jak dotąd komandor nie potrafiła objąć umysłem danych, które przetrawiała.

Nie pasowały do żadnego oczekiwanego schematu, ani dla obiektów naturalnych, ani sztucznych konstrukcji. Nie potrafiła znaleźć w nich sensu.

Gdyby to był napęd zakrzywiający czasoprzestrzeń, powinny się pojawić charakterystyczne kształty fali na dziobie i rufie, które umożliwiały ruch. Tymczasem zakrzywienie, bez wątpienia istniejące, miało kształt kuli.

Prawie idealnej.

W rzeczy samej pojawiło się wyraźne zniekształcenie, które nie mogło być przypadkowe, a zatem zostało zaprojektowane. A Daiyu najbardziej martwiło, że nie potrafi domyślić się celu takiego zabiegu.

– Komandor Li, zaczynamy uzyskiwać obrazy przez pasma promieniowania gamma i rentgenowskiego.

Daiyu uniosła głowę.

– Proszę pokazać.

Renderowane na podstawie danych obrazy wyświetliły się na czarnych iluminatorach – niewyraźne, ale bez wątpienia ujawniające, że przed okrętem coś się znajduje, dokładnie w miejscu, gdzie przewidywano istnienie jakiegoś obiektu.

– Nie jest szczególnie reaktywny na żadnym paśmie, jak widzę – mruknęła Daiyu, ze zmarszczonymi brwiami wpatrzona w obrazy.

– Nie, pani komandor – przyznał Kamir. – Obraz powstaje głównie na podstawie tego, co zasłania. Gdybyśmy teraz uruchomili aktywne czujniki, uzyskalibyśmy więcej szczegółów.

– Absolutnie nie. – Daiyu pokręciła głową. – Ten obiekt z pewnością nie jest naturalny, zatem to potencjalnie wroga konstrukcja. Nie będziemy ujawniać, że tu jesteśmy.

– Każdy gatunek tak bardzo zaawansowany technicznie zapewne by już nas namierzył – odpowiedział oschle Kamir.

– „Odysei” udało się pozostać niewykrytą w środku starcia między dwoma wysoko zaawansowanymi gatunkami dzięki technice, która, jak mnie zapewniono, została od tamtego czasu znacząco usprawniona – zaoponowała Daiyu. – Niech się pan nie obawia, że zostaniemy namierzeni. Trzeba się martwić tylko o jedno: kto może nas wykryć i kim lub czym jest.

Kamir skłonił głowę.

– Tak jest, pani komandor.

Jak na razie, konstruowany cyfrowo obraz obiektu nie robił szczególnego wrażenia – przedstawiał kulistą plamę na tle gwiazd z ciemniejszymi obszarami, które odbijały radiację naturalnych źródeł. Nie było to wiele, ale im bardziej „Autolikos” będzie się zbliżał, tym więcej uzyska szczegółów.

To tylko kwestia czasu.

***

– Czego pan słucha?

Mężczyzna w białym kitlu laboratoryjnym na znoszonym ubraniu nie podniósł, a raczej nie spuścił głowy. Unosił się do góry nogami – o ile w nieważkości można tak powiedzieć, bo górę i dół każdy ustalał dla siebie – i lekko pukał się piórem w czoło.

– Doktorze?

Głos, który się odezwał, należał do zmęczonej, ale zaskakująco czujnej kobiety z surowym spojrzeniem i związanymi w ciasny kok włosami. Badaczka spojrzała groźnie na ignorującego ją mężczyznę, a potem odbiła się od podłogi. Kiedy przelatywała blisko, złapała długopis doktora i wyrwała mu z ręki.

Mężczyzna, zaskoczony, wreszcie na nią popatrzył.

– Co?

– Pytałam – warknęła kobieta, gdy wyciągnęła rękę i wyrwała mu słuchawkę z ucha, po czym wyhamowała na suficie nogą i ręką – czego pan słucha?

– Dlaczego od razu pani nie powiedziała? – zdziwił się. – Nie musiałaby mnie pani tak szarpać.

Odebrał długopis i zsunął słuchawki na szyję. Kobieta tylko westchnęła i potarła sobie czoło – najwyraźniej w duchu liczyła do dziesięciu.

– Doktorze Palin... – ton jej głosu oscylował na granicy gróźb karalnych.

– Hmm? Och, to tylko biały szum – odpowiedział, zupełnie nieświadomy nastroju kobiety. – To sygnały z aparatury okrętu zmienione w dźwięk. Najlepiej pracuję, gdy mam tło dźwiękowe.

Doktor Elizabeth Berkley z trudem zdusiła kolejne westchnienie. Musiała znosić Palina od jego wejścia na pokład „Autolikosa” i miała wrażenie, że od tej chwili minęły lata, a przecież poznała tego człowieka mniej niż miesiąc temu.

„I ten dupek ma teczkę o takim poziomie tajności, że nawet nie powinnam wiedzieć o jej istnieniu! Nie do wiary!”

– Doktorze Palin, nie może pan tu stać.

Palin przekrzywił głowę, na jego twarzy odmalowało się niezrozumienie.

– Nie pojmuję, jak mogę stać gdziekolwiek. Na statku panuje nieważkość, jak zapewne pani zauważyła.

Berkley przewróciła oczami.

„Ten człowiek nie może być tak głupi. Nie ma tak głupich ludzi”.

Nikt tak głupi nie zdołałby nawet samodzielnie oddychać, a co dopiero dostać przydział na najbardziej tajną misję, jakiej podjęła się Ziemia.

– Doktorze Palin, chodzi o to, że powinniśmy się przypiąć na czas bieżącej akcji.

– Właśnie zajmuję się akcją.

– Słucha pan szumów – warknęła Berkley. – Może pan to robić również przypięty do fotela.

Palin prychnął.

– Te pasy mnie cisną.

– Mają zapewnić bezpieczeństwo, doktorze.

– Proszę, doktor Berkley... – zaśmiał się Palin. – Przestudiowałem system napędu. Dopóki jesteśmy na okręcie, pozostajemy bezpieczni w bańce nieważkości. Nie ma znaczenia, czy ten obiekt przyśpieszy, wyhamuje, czy nawet w coś uderzy i zakręci się trochę. Jesteśmy chronieni.

– Och, doprawdy? – zapytała oschle Berkley, po czym uniosła długopis przed twarzą Palina.

Wskazała nim w kierunku mężczyzny, po czym cofnęła rękę, gdy już zaczął zezować na skuwkę. Kiedy otwierał usta, Berkley puściła długopis, a ten spadł prosto i dźgnął czysto w środek czoła Palina.

– Au! – jęknął mężczyzna, bardziej zaskoczony niż zraniony. Chwycił długopis i przyjrzał mu się, jakby przedmiot dogłębnie i fundamentalnie go zdradził. – Jak?

– Znajdujemy się w rozprzestrzeniającym się polu grawitacyjnym z ekstremalnie zróżnicowanymi pływami. Niech pan przypnie swój durny tyłek, zanim tak pana kopnę, że wyleci pan z laboratorium i będzie się odbijał jak piłka przez cały główny korytarz okrętu aż do dziobu.

Palin przyglądał jej się przez chwilę, a potem bez słowa złapał pasy i przypiął się do fotela.

Berkley uśmiechnęła się do niego jak anioł, wyciągnęła rękę, założyła mu na uszy słuchawki i poklepała lekko po głowie.

– Dobry chłopiec. Zostań.

Palin patrzył, jak kobieta oddala się od niego w powolnych susach i skokach w bardzo niskiej grawitacji panującej na okręcie.

„Zatęskniłam za kierowaniem swoim laboratorium”.

***

Komandor Li zmarszczyła brwi, gdy popatrzyła na nowe dane. Gdy „Autolikos” zbliżył się do anomalii, niewspółmierność w zakrzywieniu czasoprzestrzeni, jaką wywoływał tajemniczy obiekt, stawała się coraz bardziej wyraźna w elektromagnetycznym spektrum.

„Żeby tak się działo, zmienione fale grawitacyjne muszą mieć niewiarygodnie niską częstotliwość”.

Wiedziała, że naturalne fale grawitacyjne miały bardzo wysokie częstotliwości – o amplitudzie dziesiątek, jeśli nie setek lat świetlnych i więcej. Wytworzenie fali o niższej częstotliwości wymagało całkiem nieźle zaawansowanej technologii. Naukowcy Bloku przez dziesięciolecia próbowali tego dokonać w ramach prac nad napędem gwiezdnym, który obecnie znajdował się na „Autolikosie”. Wymagało to ostrożnych manipulacji polami, jak również uginania miejscowej czasoprzestrzeni oraz paru efektów kwantowych, aby kontrolować proces, a i tak napęd „Auto” był ledwie stabilny.

Tylko odrobina więcej mocy do silnika, trochę większa masa do odepchnięcia, cokolwiek, co nadwyręży nieco bardziej cały układ i... wszystko się zapadnie. Cholera, musiało się zapaść. Weston i kapitan Sun wykorzystali tę słabość jako przewagę i zmienili „Weifanga” w jednorazową superbroń.

Jednak ta anomalia miała milion razy większą masę niż „Autolikos” czy „Weifang”. Aby kontrolować i zakrzywiać przestrzeń na takim poziomie... szczerze mówiąc, Daiyu wolała nawet nie myśleć o poziomie technicznego wyrafinowania, jakiego to wymagało.

– Mamy lepszy obraz obiektu, pani komandor.

– Na mój ekran.

– Tak jest.

Ekran zamigotał. Ukazał się zaśnieżony obraz, na którym widoczne było więcej sztucznych i rozmazanych plam niż wyraźnych pól, ale Daiyu i tak wytrzeszczyła oczy, gdy przyjrzała się bliżej.

– Na przodków... – wyszeptała, po czym szybko sięgnęła do przycisku włączającego system łączności wewnętrznej okrętu. – Kapitan jest proszony na mostek.

Rozdział 6

– Raport? – rzucił Morgan, gdy tylko zajął fotel stanowiska dowodzenia i przeciągnął pasy przez ramiona.

– Przechodzimy do końca zakrzywienia, które soczewkuje spektrum elektromagnetyczne – odpowiedziała komandor Li. – Jednak wyczyściłam parę obrazów w wyższych frekwencjach. Musi pan to zobaczyć.

– Proszę pokazać. – Kapitan poprawił ekran, żeby lepiej widzieć.

Daiyu skinęła głową i przesłała pliki na stanowisko dowódcy machnięciem ręki.

Morgan uniósł brew, gdy przyglądał się obrazowi.

– Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że to nie zwiastuje nic dobrego?

Obraz był niemal sferyczny. A obiekt duży. Bardzo duży. Paralaksa, na którą patrzył kapitan, wskazywała, że obiekt jest większy od sporego księżyca, większy nawet niż wiele małych planet. Morgan sprawdził odczyty spektroskopowe, ale okazały się bezużyteczne. Efekt soczewkowania całkowicie zakłócał dane, które mogliby odbierać z hiperspektralnych czujników.

– No cóż. Jeżeli to planeta, musi się składać w całości z tej pani ciemnej materii – stwierdził Morgan. – Nic innego nie może tak soczewkować światła, jak tutaj.

Daiyu zerknęła na niego z zaskoczeniem.

Kapitan tylko się roześmiał.

– Niech pani nie robi takiej miny. Przeczytałem, co należy, zanim przyjąłem to zadanie. A przynajmniej nauczyłem się terminologii.

– Oczywiście, kapitanie. Przepraszam. Po prostu nie odniosłam wrażenia, że rozumiał pan wcześniejszą rozmowę na ten temat.

– Nie musiałem dorzucać swoich trzech groszy. Nie miałem nic do dodania – przyznał Morgan. – A ten obiekt nie może mieć dość dużej masy, żeby soczewkować całe spektrum elektromagnetyczne.

– Nie w przypadku normalnej materii – zgodziła się Daiyu. – Jednak oboje wiemy, że istnieją inne sposoby zakrzywiania czasoprzestrzeni.

– Racja, ale soczewkowanie jest tutaj niemal doskonałe. Co, jak mi się wydaje, oznacza, że to nie fala napędowa. – Kapitan zerknął na dane.

– Tak, ale coś kształtuje fale, kapitanie. To nie jest naturalna formacja. Po pierwsze, fala jest wyraźnie za krótka w częstotliwości, żeby ją uznać za naturalną... a po drugie, obliczyliśmy, że masa jest znacząco mniejsza niż masa gwiazdy.

Te słowa sprawiły, że Morgan oderwał wzrok od ekranu.

– Niemożliwe, żeby coś tak małego zakrzywiało światło tak skutecznie.

– Naturalnie, że nie – zapewniła Daiyu. – Proszę jednak pamiętać, co panu powiedziałam: nasz napęd też może zakrzywiać światło. A przecież też mamy masę znacząco mniejszą niż masa gwiazdy, z czym pan się na pewno zgodzi.

– Rzeczywiście – przyznał Morgan. Skarcił się w duchu, że zapomniał o tym, co mu powiedziała pierwsza oficer.

– Mniejsza długość fali, która pozwala na praktyczny napęd, bardziej skutecznie zakrzywia również światło.

– Ale to nie napęd? – upewnił się Morgan.

– Nie w tej konfiguracji.

– Więc co to, u diabła, jest?

Rozległ się alarm. Komandor Li spojrzała na swoje odczyty, zanim odwróciła się od stanowiska.

– Myślę, kapitanie, że wkrótce będziemy mogli się przekonać. Przeszliśmy przez zakrzywienie.

– Ekrany dziobowe – rozkazał Morgan. – Zbiórka na stanowiskach. Niech wszyscy będą gotowi do działania.

– Tak jest, kapitanie – rozległy się potwierdzenia na całym mostku.

Na ekranie obraz pozostał zniekształcony przez soczewkujący obiekt jeszcze kilka sekund, w czasie których „Autolikos” przebijał się przez falę grawitacyjną, a potem widok szybko się wyostrzył. Zapadła cisza jak makiem zasiał, gdy wszyscy tylko patrzyli – nikt nie umiał znaleźć odpowiednich słów na przyczynę prowadzonych właśnie działań.

 

O ile można tak powiedzieć, była to ciemna planeta. Nie czarna, bardziej szarobura. I nazbyt regularna, aby ludzkiemu oku wydawała się naturalna.

– Kapitanie, mamy dane hiperspektralne z obiektu.

– Mów.

Kamir zmarszczył brwi, spojrzał na instrumenty, po czym potrząsnął głową.

– Dziwne, sir. Żadnej atmosfery, o której warto wspominać. Powierzchnia jest metaliczna. Mam dopasowanie w bazie danych, ale powyżej mojego poziomu dostępu.

– Prześlij do mnie.

Morgan popatrzył na dane, a potem wprowadził swój kod dostępu i szybko przeczytał streszczenie pliku. Sprawdził liczby.

– Nie pasuje dokładnie, ale blisko – stwierdził wreszcie. – „Odyseja” namierzyła okręty z podobnymi kompozytami i stopami, gdy natrafiła na megastrukturę Drasinów.

– Myślałam, że Drasinowie nie używają stopów metali, lecz preferują kompozyty na bazie minerałów – zdziwiła się Daiyu.

– To prawda. A Priminae wolą ceramikę – potwierdził Morgan.

Komandor Li nie potrzebowała wiele czasu, żeby zrozumieć, co znaczy to stwierdzenie, a kiedy to do niej dotarło, otworzyła szerzej oczy.

– Konfederacja nie wspomniała w raportach o jeszcze jednym obcym gatunku...

– Owszem, wspomnieliśmy – poprawił Morgan. – Tyle że informacja miała bardzo wysoki poziom dostępu, tylko dla najwyższych dowódców.

Daiyu zamilkła na chwilę, żeby to przemyśleć. Zapewne wiadomość nie powinna jej tak bardzo zaskoczyć, ale i tak kobieta czuła niepokój. Priminae to jedno, Drasinowie coś zupełnie innego, ale ukrywać przed wszystkimi istnienie trzeciej rasy?

– Dobrze – mruknęła. – Zatem to konstrukcja tej trzeciej grupy, tak?

– Możliwe – odparł Morgan. – Nie pasuje dokładnie, ale wyraźnie widać podobieństwa.

Daiyu przyjęła to, chociaż nie była zadowolona. Planeta czy też struktura, do której się zbliżali, najwyraźniej powstała sztucznie, więc nawet ułamkowa wiedza o jej twórcach miała kluczowe znaczenie. A fakt utajnienia danych wcale się pierwszej oficer nie podobał.

Morgan jednak przeszedł już do innych kwestii.

– Proszę zacząć dokładne badania, przekazać mi streszczenie raportu i szukać czegoś, czego moglibyśmy użyć jako znacznika. Czymkolwiek jest ten obiekt, ktoś zadał sobie bardzo wiele trudu, żeby go zbudować i ustawić. Dowiedzmy się, po co.

– Tak jest, kapitanie.

***

„Autolikos” wślizgnął się na ciasną orbitę wokół ciemnostalowej planety i zaczął ją badać, używając włącznie systemów pasywnych, gdy spiralą okrążał przedziwny świat. Jego powierzchnię znaczyły wyraźne zagłębienia, lecz głębokie najwyżej na metry. Wzór, jaki tworzyły, nie wyglądał na język ani cokolwiek, co można by odszyfrować, ale też tworzone przez nie znaki nie sprawiały wrażenia jedynie łączeń konstrukcyjnych.

– Kapitanie?

– Tak, poruczniku? – Morgan nie odrywał wzroku od raportu z ostatnich hiperspektralnych analiz.

Porucznik Kamir spędził więcej czasu, niż należało, na wpatrywaniu się gniewnie w te same raporty, ale teraz umysł miał zajęty czymś innym.

– Gdy przedostaliśmy się przez zakrzywienie soczewkujące fale elektromagnetyczne wokół tej planety, zaczęliśmy odbierać krótkie modulowane sygnały radiowe. Palin z sekcji nasłuchu i łączności pracuje nad tłumaczeniem.

Morgan spojrzał na podwładnego z niedowierzaniem.

– Tłumaczeniem? Znamy język?

Kamir wzruszył ramionami i skrzywił się sceptycznie.

– Palin tak twierdzi. Szczerze mówiąc, kapitanie, normalnie nie zawracałbym panu tym głowy, przynajmniej jeszcze nie teraz, ale Palin był kierownikiem departamentu badań zajmujących się przekładem języka Priminae i brał udział w pierwszej misji „Odysei”.

Morgan musiał przyznać, że jest trochę pod wrażeniem. Ten człowiek miał naprawdę imponujące kwalifikacje. Pozostawało zatem tylko jedno pytanie:

– Dlaczego ktoś taki jest na „Autolikosie”?

Kamir ściągnął usta i westchnął.

– Z dwóch powodów, sir. Po pierwsze, zgłosił się na ochotnika. Po drugie... Gdy się czyta między wierszami jego biogramu, można się domyślić, że nikt inny nie chciał go przyjąć.

Morgan skrzywił się ponuro.

– Tak źle?

– Bardzo trudny przypadek, sir – potwierdził porucznik.

– Świetnie. Proszę mnie przynajmniej zapewnić, że ten człowiek jest tak dobry, jak wskazuje opis jego kwalifikacji.

– Trzy czwarte jego teczki zostało ocenzurowane dla mojego poziomu dostępu, kapitanie – stwierdził Kamir. – Z tego, co zostało, wyróżnia się tylko jedno zdanie.

– Czyli jakie?

– „Zna się na swojej robocie. E. Weston”. – Kamir zachichotał.

Morgan przewrócił oczami. Kapitan Weston zasłynął jako taktyczny geniusz, ale wyraźnie niezbyt dobrze radził sobie z przekazywaniem użytecznych informacji.

– Sprawdzę potem jego teczkę, ale na razie mogę dostać streszczenie?

– Tak jest, kapitanie. – Kamir pochylił się do konsoli, aby przesłać pliki.

Morgan otworzył folder, zerkając przy okazji na postęp dopływu danych z czujników pasywnych. Jak powiedział Kamir, arkusze były zaczernione, ale kiedy kapitan wpisał swój kod dostępu, szybko się rozjaśniły.

„Geniusz językowy, w rzeczy samej”. Morgan rozpoznał wczesne prace, w których brał udział Palin. Co więcej, Passer sam do paru z nich zdobył materiały podczas misji. W czasie wojny często używano okrętów podwodnych do przechwycenia zakodowanych transmisji, a Blok miał wtedy imponujące szyfry. Morgan nie słyszał nigdy, jak zostały złamane, ale wiele informacji wywiadu pochodziło właśnie z tych misji. A teraz okazało się, że jeden z kluczowych specjalistów od tamtych działań jest na pokładzie „Autolikosa”.

„Niedobrze tylko, że ten człowiek to primadonna”.

Plik wypełniały osobiste raporty, które przedstawiały Palina jako co najmniej gwiazdę naukowej estrady z mocnymi cechami szalonego naukowca. Morgan zanotował sobie w pamięci, że koniecznie trzeba sprawdzić przydzielonego do sekcji podoficera, czy potrafi w razie czego spacyfikować Palina, gdyby naukowiec posunął się za daleko. Nie ma mowy, żeby podobne nonsensy znosić na tak małym okręcie jak „Autolikos”.

Westchnąwszy, otworzył raport Palina na temat zabłąkanych sygnałów elektromagnetycznych, które naukowiec podobno odszyfrował. Morgan już po lekturze wstępu był pod wrażeniem.

„Zna się na swojej robocie. Westonowi należy się kopniak w tyłek, jeżeli dla niego to znaczy »zna się na robocie«”.

Palin już podzielił sygnały według kategorii i znaczenia, wraz z szacowanym prawdopodobieństwem poprawności przekładu i przypuszczalnego pochodzenia. Większość danych nie odbiegała od tego, co można było znaleźć wokół zaawansowanego świata. Wyglądały głównie na wskazówki nawigacyjne lub inne, istotne, ale mało poznawcze dane.

Lecz jeden sygnał był szczególny – prawdopodobnie stanowił wiązkę naprowadzającą.

Nie to jednak było interesujące. Nie, tak naprawdę interesujące było, skąd dochodził sygnał tej boi.

„Albo dokąd, jak przypuszczam”.

Morgan zanotował wektory włącznie z sygnałem i popatrzył na porucznik Mikę przy sterze.

– Andrea.

– Tak, kapitanie? – Porucznik podniosła głowę i odwróciła się od stanowiska.

– Dostosuj nasz kierunek do współrzędnych, które ci wyślę. Potrzebna mi ostrożna orbita zbliżeniowa.

– Tak jest, kapitanie. Proszę dać mi chwilę na przeliczenie. – Porucznik przyjrzała się przesłanym liczbom.

Morgan skinął głową i nie naciskał. Mieli czas i szczerze powiedziawszy, ważniejsze było, by zrobić wszystko poprawnie niż pośpiesznie. Każde użycie silników odrzutowych stanowiło ryzyko, gdy okręt znajdował się na orbicie wokół planety zdolnej do wytwarzania i kształtowania fal grawitacyjnych, więc im mniej „Auto” zwracał na siebie uwagę, tym lepiej.

Obliczenia zajęły parę minut, ale Andrea wykonała swoją pracę naprawdę szybko. Morgan nie mógł wymagać więcej.

– Kurs przygotowany, kapitanie.

– Wykonaj, ale ostrożnie.

– Tak jest, kapitanie. Nieznaczna zmiana kursu, silniki odrzutowe na jedną czwartą... żadnej grawitacji.

Obraz na ekranach zmienił się, gdy dziób „Autolikosa” zaczął się przemieszczać i wspiął wyżej od planety. Morgan usłyszał wrzaski z laboratorium naukowego, ale w tej chwili bardziej interesowała go boja, którą wychwycił Palin, niż powierzchnia szarej planety.