Odyssey One. W samo sednoTekst

Z serii: Odyssey One #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odyssey One. W samo sedno
Odyssey One. W samo sedno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Odyssey One. W samo sedno
Odyssey One. W samo sedno
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM II

W SAMO SEDNO

Przekład Kinga Składanowska

Warszawa 2014

Przekład Kinga Składanowska

Warszawa 2014

Tytuł oryginału: The Heart of Matter: Odyssey One

Text copyright © 2012 Evan Currie

All rights reserved.

Published in the United States by Amazon Publishing, 2012.

This edition made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com.

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: PRESS POINT Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ebup: 978-83-64030-32-1

ISBN mobi: 978-83-64030-33-8

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Wynn Currie, mojej matce, która nigdy nie wątpiła, że odniosę kiedyś sukces w swoich literackich poczynaniach. Bez jej wsparcia nigdy nie udałoby mi się zajść tak daleko. Dziękuję, Wynn.

Część pierwsza Powrót do otchłani

STACJA LIBERTY
Punkt Lagrange’a cztery
Orbita ziemska

Kapitan Eric Stanton Weston szedł zakrzywiającym się korytarzem, który otaczał zewnętrzną stronę olbrzymiej stacji kosmicznej Liberty. Musiał przyznać, że inaczej odczuwał sztucznie wygenerowaną grawitację po czasie, jaki spędził na „Odysei”, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Układu Słonecznego. Większy łuk wierzchniej ściany stacji sprawiał wrażenie bardziej naturalnego, ale po spędzeniu tak długiego czasu na mniejszych, zwrotniejszych habitatach „Odysei” kapitanowi bardziej podobało się odczucie tamtego sztucznego ciążenia, choć swego czasu niemal przyprawiało go o mdłości. Zobaczył tak dużą część kosmosu, że czasami przyłapywał się na myśleniu o Ziemi jak o prowincji, szczególnie w porównaniu z megamiastem, jakie miał okazję oglądać na Ranquil.

Obcy świat – a może wcale nie tak obcy, jak zakładał – był niekwestionowaną główną atrakcją ich ostatniej misji. Eric wolałby tylko, aby okazała się większym sukcesem, lecz biorąc pod uwagę potworności i zniszczenie, jakich byli świadkami w trakcie podróży przez trzy systemy gwiezdne, nie brakowało jej niczego, by stała się „najważniejszym punktem programu”.

Zamiast zwykłego rutynowego rejsu, który miał potwierdzić funkcjonalność stacji dysków „Odysei” oraz innych eksperymentalnych systemów, znaleźli się na trasie prowadzącej przez sam środek wojny, w którą nie zamierzali się mieszać. Eric miał pełną świadomość, że właśnie takie było zdanie większości jego przełożonych. Z drugiej strony, naoglądał się w swojej karierze tyle śmierci, że nie mógł zignorować ludobójstwa, gdy działo się pod samym nosem. Nie miał więc najmniejszych wyrzutów sumienia. Bez względu na to, co widzieli i jakie ponieśli ofiary, był dumny i najzupełniej przekonany, że jego załoga również wyrzutów sumienia nie miała.

Szedł po liniach wpisanych w podłogę, oznaczających różne sektory stacji, obserwując, jak mapa zanika, gdy mijał strefy bezpieczeństwa.

Miał spotkanie z admirał Gracen, dotyczące prawdopodobnie nowych rozkazów dla „Odysei”. Żywił nadzieję, że rozkazy nie były podobne do poprzednich, bo po ukończeniu naprawy okrętu ostatnie trzy tygodnie spędził na doprowadzaniu załogi do stanu używalności. Nadszedł czas, by „Odyseja” znów ruszyła w drogę. Podskórnie wyczuwał, że jego załoga jest coraz bardziej podenerwowana bezczynnym siedzeniem w okręcie, który był najszybszą jednostką zbudowaną kiedykolwiek przez człowieka. Steph niemal non stop sprawdzał, czy nadeszły nowe rozkazy, a Eric sam rozkazał kilku swoim młodszym oficerom, by się trochę uspokoili. No cóż, zobaczyli wszechświat i pragnęli więcej.

Nie miał pojęcia, czy w ogóle poleci na nową wyprawę, jeśli wziąć pod uwagę jego obecny status, wzbudzający „mieszany” szacunek wśród wojskowych, i polityczne realia Konfederacji Północnoamerykańskiej. Niestety, on i większość załogi stali się obecnie czymś, co pozostali określali mianem „oryginałów”. Byli zbyt cenni, zarówno pod względem doświadczenia, jak i politycznym, by ich wyrzucić. Jednakże w szeregach politycznych i wojskowych społeczności narastały pewne negatywne nastroje. Narazili się na niechęć za włączenie Ziemi, przynajmniej w marginalnym stopniu, do większego wszechświata, gdzie śmierć i zniszczenie zdawały się wszechobecne. Teraz musieli radzić sobie już nie tylko z pozaziemskimi mieszkańcami, Kolonistami, ale także z krwiożerczymi i nastawionymi wojowniczo obcymi. Cóż, jeśli ktoś chciał eksplorować kosmos, musiał się liczyć z takim ryzykiem.

– Kapitanie!

Eric zatrzymał się, obejrzał przez ramię i zobaczył młodego mężczyznę, porucznika Waltera Danielsa, idącego w jego kierunku. Zaczekał, aż wojskowy zrównał się z nim, a potem skinął uprzejmie głową.

– Poruczniku.

– Sir. – Porucznik zatrzymał się i zasalutował. – Komandor Roberts przesyła pozdrowienia. Chciał również, bym to panu przekazał.

Eric odpowiedział salutem, a potem przyjął od porucznika kartę pamięci, zastanawiając się, czemu Roberts przysłał chłopaka z tym zadaniem.

– Dziękuję, poruczniku.

– Nie ma problemu, sir – odparł Daniels. – I tak szedłem do pokoju wypoczynkowego.

Eric uśmiechnął się nieznacznie, kiwając głową. To by tłumaczyło, dlaczego Daniels odwalał robotę posłańca – miał dzięki temu kolejną wymówkę, by zobaczyć się z pewną chorąży, pracującą w centrum komunikacyjnym Liberty. Eric nie miał mu tego za złe. W czasach swojej młodości robił głupsze rzeczy i był pewien, że jego oficerowie dowodzący niejeden raz okazali mu sporo wyrozumiałości.

– W porządku. Może pan odejść, poruczniku.

– Dziękuję, sir.

Eric obserwował przez chwilę chłopaka, a potem schował kartę do kieszeni i ruszył przed siebie.

***

Amanda Gracen uniosła wzrok, gdy tylko Weston zjawił się w gabinecie, kiwnąwszy uprzejmie głową na powitanie jej osobistej sekretarce. Przyjrzała się uważnie oficerowi, zanim wskazała krzesło.

– Proszę usiąść, kapitanie.

Eric podszedł bliżej i osunął się na wygodne siedzenie przed biurkiem admirał.

– Słucham, pani admirał.

Gracen zerknęła na dokumenty wywołane na ekran umieszczony pod twardym, plastikowym pulpitem biurka, przesuwając je bezmyślnie szybkimi ruchami palców. Weston zastanawiał się, na co właściwie czekała. A może po prostu nie chciała, by poczuł się zbyt komfortowo? Sam posługiwał się podobną taktyką parę razy, gdy chciał wywrzeć nacisk na podwładnych, a robił tak głównie dlatego, że była to cholernie skuteczna metoda, nawet jeśli wiedziało się, co jest grane. Po chwili admirał znów uniosła wzrok, a potem oparła się wygodniej.

– Cóż, kapitanie, czy posiada pan raport dotyczący kondycji pańskiego okrętu?

Eric zesztywniał odrobinę, a potem skinął głową.

– Tak jest, proszę pani. „Odyseja” została całkowicie naprawiona, a jej załoga w pełni zintegrowana. To najlepsza grupa ludzi, z jaką miałem zaszczyt służyć. Jesteśmy gotowi na dalsze rozkazy.

W oczach admirał Gracen rozbłysło coś, co Eric nie do końca umiał nazwać. Być może rozbawienie, ale nie miał pewności. Kiwnęła głową, słysząc jego odpowiedź, a potem dotknęła palcem ekranu i otworzyła kolejny plik. Eric żałował, że nie widzi tego, co ona, ale pulpit admirał został zaprojektowany tak, by mógł z niego czytać wyłącznie użytkownik.

– Śledziłeś przebieg rozmów dyplomatycznych ambasadora? – spytała po chwili.

„Ambasador”, starszy Corasc, został wyznaczony przez swoich ludzi do negocjowania traktatu z Ziemią po zaciekłej walce, jaką „Odyseja” stoczyła przeciwko Drasinom, jak nazywali ich Koloniści. Myśl technologiczna obu kultur za bardzo się od siebie oddaliła, przez co „Odyseja” miała przewagę w postaci skomplikowanej broni i jednocześnie była żałośnie słabo wyposażona, jeśli chodziło o użycie brutalnej siły.

Od tamtego czasu spędził wiele nieprzespanych nocy na wyobrażaniu sobie, czego mogłaby dokonać ziemska technologia, gdyby miała dostęp do tej czystej energii. Wiele ograniczeń, z powodu których cierpiał okręt, miało związek z brakiem mocy.

Weston pokręcił w odpowiedzi głową. Nie miał czasu zapoznać się z mało znaczącymi projektami, przez które „Odyseja” była zmuszona przejść.

– Obawiam się, że nie, proszę pani. Byłem dość zajęty.

Uśmiech pani admirał powiedział Ericowi, że doskonale wiedziała, co takiego robił, ale to była już całkiem inna sprawa.

– Szkoda. Mógłbyś je uznać za całkiem interesujące – powiedziała, kończąc temat.

– Na pewno – odparł, zachowując neutralny ton.

– Niestety – ciągnęła dalej pani admirał – z większości tej technologii nie będziemy mogli korzystać jeszcze przez kilka następnych lat… – Urwała, a potem błyskawicznie podjęła wątek. – Wliczając w to systemy zasilania.

Eric momentalnie zesztywniał na krześle. To była ostatnia rzecz, jaką chciał usłyszeć.

– Słucham?

– Koloniści, przepraszam, Priminae, jak sami siebie nazywają – powiedziała Gracen – używają systemów zasilania całkowicie różniących się od naszych. Obawiam się, że nie odkryliśmy jeszcze sposobu na wytworzenie energii elektrycznej przy ich użyciu. A przynajmniej nie w takim stopniu, aby się to opłacało.

 

Na twarzy Erica pojawił się grymas. Powinien wcześniej o tym pomyśleć.

– Nasi konstruktorzy pracują nad całkiem nową bronią i projektami okrętów, lecz w najbliższej przyszłości nie będziemy korzystać z tych zasobów.

Eric westchnął.

– Rozumiem.

– Mimo to nie możemy powiedzieć, że nie wyszło z tego nic dobrego. – Usta pani admirał wygięły się w półuśmiechu. – Weźmy chociaż przykład technologii medycznej, która pomimo braku kompatybilności z naszymi własnymi systemami działa całkiem sprawnie. Zaczęliśmy już wcielać w życie wiele technik, które służą naszemu centrum medycznemu na Liberty, i jak na razie rezultaty są całkiem zadowalające.

Eric bezwiednie kiwnął głową, w jakimś ciemnym zakamarku swojego umysłu opłakując utratę całej tej mocy. Dopiero wtedy uderzył go sens ich rozmowy. Zmarszczył brwi.

– Proszę wybaczyć, pani admirał – powiedział po chwili namysłu – ale czy udało nam się dojść do porozumienia ze starszyzną Kolonistów?

Admirał Gracen uśmiechnęła się, tym razem szerzej.

– Owszem.

Eric znów skinął głową. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Wiedział, że starszy Corasc był odrobinę sfrustrowany tempem ziemskiej polityki, ale prawdę mówiąc, Koloniści również sprawiali wrażenie wiecznych fatalistów. Praktycznie pod każdym względem.

Spotkał kiedyś dwoje należących do typu walczących–na–śmierć–i–życie istot, które utożsamiał generalnie z ludźmi, ale byli oni wojskowymi w mniejszym bądź większym stopniu. Corasc z pewnością wykazywał się większą cierpliwością niż zazwyczaj. Przez trzy miesiące po przybyciu do Układu Słonecznego brał udział w niekończącej się paradzie obiadów i państwowych przyjęć w nadziei zdobycia jakiejkolwiek pomocy, która przydałaby się jego ludziom w walce przeciwko Drasinom.

Trzy miesiące to dość długi okres w każdej wojnie, szczególnie w obliczu ludobójczej fali, jakiej musieli stawić czoła Koloniści. Eric doskonale rozumiał frustrację członka starszyzny.

Spojrzał na admirał Gracen.

– Co to za umowa?

– Dostarczymy im doradców terenowych w postaci oddziałów Zielonych Beretów – wyjaśniła Gracen – oraz specyfikacje techniczne dotyczące pancerzy adaptacyjnych i systemów laserowych. Nie otrzymają jednak wykazów danych technicznych napędów skokowych ani koordynat Układu Słonecznego.

Eric kiwnął głową, zgadzając się w obu kwestiach.

Napęd skokowy z pewnością był asem w rękawie ziemskich wojsk. Umożliwiał natychmiastowe podróże na odległość sięgającą aż trzydziestu lat świetlnych. A nawet dalej, gdyby można generować do tego wystarczającą ilość mocy.

Ponadto, w obecnej sytuacji, dokładnego położenia Układu Słonecznego nie można było przehandlować za jakąkolwiek cenę. Eric nie był pewien, czy wróg miał jakiś sposób na wyciągnięcie tego od Kolonistów, ale trzymanie się na uboczu stanowiło o wiele lepsze wyjście. A przynajmniej do czasu, gdy flota marynarki i system obronny nie zostaną przywrócone.

Jednakże zrealizowanie nawet tej umowy oznaczało wysłanie „Odysei” na następną misję. Eric zmrużył oczy, rozważając ten pomysł. Nie żeby sprzeciwiał się kolejnemu zadaniu. Wiedział, że jego załoga z radością przyjmie te wieści, jednak w tym momencie „Odyseja” była jedynym okrętem o skumulowanej sile rażenia w całym Układzie Słonecznym.

– Kiedy w takim razie wracamy na Ranquil? – spytał na tyle swobodnym tonem, na ile go było stać.

– Za dwa tygodnie – odparła admirał. – W tym czasie twoja załoga będzie mogła skorzystać z przepustek.

– Dziękuję. Na pewno to docenią – powiedział, w dalszym ciągu myśląc o lokalnym systemie obronnym. – Pani admirał… jeżeli Drasinowie zaatakują podczas nieobecności „Odysei”…

– To mało prawdopodobne, chyba że udało im się podjąć trop na podstawie twoich śladów zostawionych w przestrzeni kosmicznej – odparła Gracen. – Jeśli jednak do tego dojdzie, będziemy przygotowani.

Eric nie powiedział już ani słowa, ale nie dlatego, że się nie zgadzał, tylko dlatego, że nie był taki pewien tego przygotowania.

– „Normandia” i „Enterprise” – ciągnęła Gracen – są, jak sam wiesz, w trakcie budowy. W ciągu następnych dwóch tygodni osiągną minimalny status operacyjnej sprawności, choć będą potrzebować jeszcze miesiąca, aby normalnie funkcjonować. Co więcej, Rosjanie rozpoczęli budowę „Gagarina”. Jest niszczycielem, którego planowali pierwotnie użyć jako podłoża testowego dla nowych projektów oraz by „pomachać swoją flagą” w nowym wyścigu o podbój przestrzeni kosmicznej.

Związek Sowiecki, powołany jako efekt rozpadu Bloku Wschodniego, w dalszym ciągu był dość osłabiony po paskudnym laniu, jakie spuścili mu Chińczycy. Biorąc pod uwagę fakt, że siły Sowietów zostały zmiażdżone przez nowoczesne i zmodernizowane wojska w trakcie wojny, radzili sobie całkiem nieźle.

Jak na ironię, przysporzyło im to wielu korzyści od strony ekonomicznej. Od końca dwudziestego wieku zmagali się z problemem znalezienia dla siebie jakiegoś punktu zaczepienia w świecie, który błyskawicznie pozostawiał ich w tyle. Wojna zmusiła rozproszone narody do stawienia czoła wrogowi i włożenia ogromnego wysiłku w osiągnięcie wspólnego celu.

Od końca wojny Związek robił znaczące postępy w odzyskaniu władzy na Ziemi, a „Gagarin” był dla nich wielkim powodem do dumy.

– Blok – powiedziała Gracen z lekkim grymasem – jest w trakcie prac konstrukcyjnych nad „Mao Tse Tungiem”, który ma stanowić dodatek do ich frachtowców i uzbrojonych wahadłowców, więc będziemy dobrze chronieni.

Eric uznał, że to faktycznie dość dobra ochrona, nawet jeśli „Mao” nie posiadał odpowiednich środków, by odeprzeć atak laserowy Drasinów. Jeśli jednak uda im się ich przechytrzyć taktycznie, przynajmniej będą mieli wyrównane środki obronne. Oczywiście o ile dorzucą do tego siłę rażenia istniejących już środków obronnych orbity.

Mimo to niewielka grupka okrętów jako jedyna linia obrony dla Konfederacji i całej planety była dla Westona nie do przyjęcia. Potrzebowali floty oraz systemów energetycznych, by zrównać się z Drasinami. Równowaga sił wraz z technologią Konfederacji pozwoliłyby spać spokojniej.

Oczywiście podstawowe informacje dotyczące wroga w niczym by nie zaszkodziły.

– Tak jest, pani admirał – powiedział na głos. – Powiadomię załogę i rozpocznę przygotowania.

Gracen skinęła głową.

– Mam nadzieję, że twoje nazwisko również znajdzie się na liście osób wysyłanych na przepustkę, kapitanie.

– Tak, proszę pani – odparł Eric, choć tak naprawdę wcale o tym nie myślał. Dowodzenie okrętem cieszyło go, a najbardziej wtedy, gdy nie unosili się bezczynnie na orbicie geosynchronicznej nad Waszyngtonem.

– Świetnie. Może pan odejść.

TYMCZASOWA AMBASADA KOLONIALNA
Dystrykt Waszyngton
Konfederacja Północnoamerykańska

Człowiek znany mieszkańcom Ziemi jako starszy Corasc był jednocześnie podekscytowany i rozdrażniony, gdy spoglądał z góry na prowincjonalne miasto, w którym on i jego ludzie zostali zakwaterowani.

„Ten cały Waszyngton jest całkiem interesujący, ale zarazem bardziej prymitywny niż domostwa Priminae. Czuje się tutaj echo minionych wieków, którego doświadczyłem jedynie w Mons Systema”.

Na pierwszy rzut oka porównywanie tak małego miasta do metropolii Mons Systema wydawało się całkowitym absurdem, ale coś w tutejszej atmosferze przemawiało do niego. Odkrył w pewnej chwili, że podziwia charakter tego miejsca, choć miało zaledwie kilkusetletnią historię.

Mimo to, jeśli nie rozwiążą w końcu problemów związanych z komunikacją, nie będzie się dziwił, jeśli któregoś dnia to wszystko wyleci w powietrze. Nie znajdował wymówki dla faktu, że jak na miejsce o tak ograniczonej populacji, miasto było potwornie zatłoczone o pewnych porach.

Kiedy w trakcie pierwszego tygodnia w nowym świecie dowiedział się, jak niewielu ludzi zamieszkuje Waszyngton, nie potrafił w to uwierzyć. Mons Systema posiadała populację ponad pięćdziesiąt razy większą, a mimo to człowiek – jeśli chciał – mógł z łatwością przeżyć całe życie bez kontaktu z innymi.

Waszyngton był osobliwą mieszanką starannie zaprojektowanej architektury, charakteryzującej się dość imponującym stylem artystycznym, oraz organicznej zieleni miejskiej, którą normalnie można było podziwiać jedynie w ruinach pomiędzy koloniami. Zupełnie jakby ktoś zaprojektował miasto wyłącznie dla garstki osób i nie wziął pod uwagę, że może się ich tu osiedlić znacznie więcej.

Corasc westchnął, odstawiając drinka i zastanawiając się nad obecną sytuacją świata leżącego poza granicami tego niewielkiego miasta.

Udało im się w końcu dojść do porozumienia z tutejszą ludnością, dzięki któremu zostaną zaopatrzeni w broń i technologie obronne zdolne ochronić Ranquil oraz inne światy istniejące nadal w koloniach. Lub raczej otrzymają nie tyle konkretny towar, co koncept i projekty, jak się domyślał. Od momentu swojego przyjazdu zdążył odkryć, że technologia tej „Ziemi” miała dość specyficzną naturę.

Podążyli inną drogą niż Priminae, rozwijając technologię i sztuczki, których nigdy nie zastosowano w koloniach, jednak większość z nich była absurdalnie wręcz przestarzała. W dalszym ciągu rozszczepiali i łączyli atomy w celu wytworzenia źródła mocy. W najlepszym razie marginalnego źródła, stosowanego w ludzkich przedsięwzięciach. Naturalnie, łączenie wiązań atomowych było niesłychanie spektakularne na poziomie gwiezdnym, jednak nie można cenić czegoś, co działało wyłącznie w skali planety czy statku.

Mimo to udało im się osiągnąć więcej, niż sądził. Corasc doskonale wiedział, że właśnie tego potrzebowali jego ludzie.

Spojrzał w niebo, wiedząc, że wkrótce nadejdzie czas powrotu do domu.

Starszy Priminae żywił tylko nadzieję, że nadal istnieje dom, do którego można wrócić.

***

Komandor Stephen Michaels czekał na ithan Millę Chans w gabinecie przygotowanym dla starszego i jego dwóch pomocnic. Uznał, że pokój jest całkiem przyjemny. Nie wiedział jednak, jak postrzegali go Priminae. Mieli zupełnie inne pojęcie o planowaniu przestrzeni. Steph słyszał, że Milla oraz starszy wyrazili pewne zaskoczenie tym, jak mało przemyślana była architektura Dystryktu. Ich miasta były zupełnie inne, rozplanowane co do najmniejszego szczegółu. Może z gabinetem było podobnie?

Zastanawiał się, czy informacje mówiące o tym, że wyruszają wkrótce w podróż, są prawdziwe. Miał taką nadzieję, choć z drugiej strony wiedział, że jeśli tak, to pewnie niedługo znajdą się z powrotem w ogniu walki. Ludzie Milli byli w trudnym położeniu, a Stephen odkrył, że lubi tych, których spotkał. Bardzo mu się nie podobało, gdy ludzie, których lubił, obrywali.

Mogli wyruszyć w rejs jedynie wtedy, gdy ich przełożeni i politycy dojdą do porozumienia ze starszym. Liczył, że tak będzie.

– Stephen?

Potrząsnął głową, pozbywając się tych myśli, i uśmiechnął się, gdy Milla stanęła w drzwiach prowadzących do pomieszczeń administracyjnych i stref mieszkalnych.

– Dzień dobry, ithan Chans.

Uśmiechnęła się, prawdopodobnie z powodu jego formalnego tonu, zwłaszcza że już dawno zaprzestali używania tytułów. Wyglądała jednak na nieco skonfundowaną.

– Dlaczego tu jesteś?

– Cóż, mówiłem ci, że jeśli dostanę urlop, pokażę ci miasto – odparł, a potem wzruszył ramionami. – Właśnie go dostałem.

OKRĘT KONFEDERACJI PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKIEJ „ODYSEJA”
Orbita geosynchroniczna
Ziemia

– Stop! Stop! Stop! – wrzasnął sierżant sztabowy Max Greene, wymachując rękami w kierunku toczącego się powoli holownika, ciągnącego wielką skrzynię do luku ładowniczego „Odysei”. – Zatrzymać się!

Zautomatyzowany holownik natychmiast stanął w miejscu, mrugając światłami. Greene spojrzał na olbrzymią skrzynię, a potem obrzucił morderczym wzrokiem drzwi włazu, przez które miał zamiar wtoczyć się holownik.

– No dobra, kto spieprzył parametry załadowcze tej skrzynki? – spytał donośnym głosem po przejrzeniu dokumentów. – Nie ma opcji, żeby to coś zmieściło się w drzwiach pieprzonej zbrojowni!

„Stary, dobry Greene” – pomyślał major Brinks, obserwując rozwój sytuacji. „Energiczny, spostrzegawczy i nieco szorstki”. Podszedł bliżej i spytał:

– Stało się coś, sierżancie?

Greene obejrzał się przez ramię i zesztywniał.

– Sir, ktoś musiał przykleić złą nalepkę na tego bydlaka. Holownik próbował wstawić go do ładowni… To nie może tutaj zostać.

Brinks zmierzył skrzynię zaciekawionym spojrzeniem, a potem wyjął z ręki sierżanta czytnik interferencji częstotliwości radiowych i przeskanował ją.

 

– Już sprawdzałem, sir. Pokazuje, że to…

– Zbroja z napędem, EXO-12. – Brinks zmarszczył brwi.

– Tak – odparł Greene. – Niech pan spojrzy na liczbę sztuk.

Brinks zerknął na ekran czytnika, a jego brwi wystrzeliły w górę.

– Tylko jedna? W czymś TAKIM?

– Jak już mówiłem, majorze, ktoś spieprzył specyfikację. – Greene pokręcił głową. – Będziemy musieli ponownie sprawdzić cały ładunek.

– To nie będzie konieczne, sierżancie.

Brinks i Greene odwrócili się i zobaczyli mężczyznę z naszywkami porucznika człapiącego w ich stronę. Sprawiał wrażenie, jakby uwierały go buty.

– Wie pan coś o tym, poruczniku? – spytał Brinks, taksując wzrokiem młodego człowieka. Dzieciak miał na sobie ciemnozielony uniform identyfikujący go jako członka brygady okrętów szturmowych.

– Crowley, sir – odparł porucznik z gorliwym wyrazem twarzy. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. – Jackson Crowley, majorze.

– Poruczniku Crowley. – Brinks kiwnął głową, a potem powtórzył pytanie: – Co pan o tym wie?

– To tylko skafander z napędem, tak jak jest na nalepce, majorze – odparł Jackson z uśmiechem.

– Gówno prawda – prychnął Greene.

Brinks rzucił sierżantowi piorunujące spojrzenie, a potem odwrócił się do Crowleya.

– Poruczniku, w tej skrzyni spokojnie zmieściłoby się dwanaście skafandrów.

Młody człowiek uśmiechnął się z manierą dzieciaka obnoszącego się ze swoją nową zabawką.

– W takim razie chyba nikt nie wysłał panu specyfikacji, sir… Spodoba się to panu…

Podszedł do skrzyni, a potem zwrócił się bezpośrednio do holownika.

– Opuść skrzynię tutaj, a potem zwolnij zatrzaski, proszę.

Brinks usłyszał, jak Greene znów prycha pod nosem. Wiedział, że sierżant uważał za zabawne, gdy ktoś okazywał uprzejmość maszynie, ale zignorował go. Był ciekaw, o co tu właściwie chodziło.

Holownik odstawił skrzynię na dół. Magnetyczne kleszcze przymocowały ją do podłogi z głośnym hukiem. Maszyna odsunęła się i obróciła widłami tak, by móc je wsunąć pod zatrzaski zamontowane na szczycie skrzyni. Wystarczył niewielki obrót i pociągnięcie, by je otworzyć. Porucznik Crowley błyskawicznie złapał przód skrzyni, który uniósł się w powietrze. Opuścił ją w dół i pozwolił, by sama przytwierdziła się do połogi metalowymi zaciskami.

Z Greene’em u boku Brinks podszedł bliżej, by zajrzeć do środka.

– Niech to szlag – mruknął Greene.

Wewnątrz znajdował się największy „skafander”, jaki Brinks kiedykolwiek widział, a widział niemal wszystko, co zostało dotychczas wyprodukowane. „Zbroja” była wysoka na dwanaście stóp i wyglądała jak wyrwana prosto z kiepskiego filmidła science fiction.

– Poruczniku, nie jestem w nastroju do żartów – warknął poirytowany Brinks.

Widywał już podobne jednostki, choć o wiele mniejsze niż ta, a nawet przetestował w przeszłości kilka z nich. Wszystkie poległy sromotnie w starciu z minimalnymi standardami pola bitwy, ponieważ były zbyt pokraczne i niezdarne. Właśnie dlatego to mniejsze zbroje z napędem zyskały na popularności.

– To nie jest żart, majorze – odparł Jackson.

– Poruczniku, znam się co nieco na zbrojach. A ta z pewnością zaliczy glebę, jak tylko trafi w nią pierwszy pocisk – powiedział z przekonaniem Brinks.

– Ależ nie, sir – upierał się Jackson, kręcąc głową. – Ta działa w oparciu o SIN. Proszę mi zaufać, majorze. Jest gotowa do użycia na polu bitwy.

– SIN? – wymamrotał Greene. – Czym, do cholery, jest SIN?

– Przepraszam, sierżancie – odparł Crowley – ale to poufne dane…

– Synu, powiedz nam, co to jest, do diabła! – warknął Brinks.

Porucznik przełknął ślinę, a potem skinął głową.

– Tak jest, sir. SIN to system indukcji nerwowej. Ten sam, którego używają Archanioły i…

– Kurwa mać! – eksplodował Greene. – Mamy sobie wbijać pieprzone igły w nasze pieprzone karki? Czyś ty oszalał? Czy my wyglądamy jak ta banda popaprańców…

– Sierżancie – przerwał mu Brinks. Lubił Greene’a, ale facet musiał wiedzieć, że są pewne granice.

– Ale, panie majorze…

– Dość tego – powiedział Brinks, a potem przyjrzał się skafandrowi. – Nikt z naszych nie zdążył jeszcze zweryfikować tego systemu.

– Owszem, zdążył. – Crowley poklepał skrzynię. – Ten tutaj to moje dziecko, więc sierżant nie musi się już obawiać igieł wbitych w szyję.

Brinks spojrzał na porucznika, a potem przeskanował czytnikiem jego blaszkę identyfikacyjną. Pobieżne przejrzenie akt wystarczyło, by wiedział o nim wszystko.

– Poruczniku, czy kiedykolwiek braliście udział w akcji?

– No cóż… Nie, sir. Zaciągnąłem się dopiero po wojnie – przyznał Crowley. – Ale ukończyłem pełne szkolenie i mam certyfikat…

– Dlaczego po prostu nie dali nam paru czołgów? – spytał Greene. – Nie potrzebujemy tego szajsu.

– Czołgi są zbyt trudne w obsłudze – odparł natychmiast Crowley.

– A to coś niby nie jest?

– Nie, sierżancie, nie jest – powiedział Crowley gładkim tonem. – Większość podstawowych technologii zastosowanych w tym maleństwie wyprzedza czołgi o kilka tysięcy lat. Prosta hydraulika. Jeśli będziesz się z tym dobrze obchodził, pochodzi bez żadnych usterek przez setki lat. A to są jedynie największe ruchome części… Jego system operacyjny jest jednym z najlepszych i najlepiej chronionych…

– Ta, jasne – mruknął Greene, taksując olbrzyma wzrokiem i kręcąc głową. – Pole bitwy niczego nie traktuje ulgowo, dzieciaku.

Brinks przyjrzał się skafandrowi czujnym okiem, a potem potrząsnął głową.

– To twoja trumna, Crowley. Czy mógłbyś wyjąć to ustrojstwo ze skrzyni i… Do diabła, sierżancie, pokaż mu, gdzie może to coś schować.

– Jasne – burknął Greene pod nosem. – Połowa tutejszych żołnierzy będzie zrywać boki ze śmiechu na widok tego żelastwa.

„Możliwe” – pomyślał cierpko Brinks. „Z ciebie również mogą się śmiać. Oczywiście nie prosto w twarz”.