Przerwana wędrówkaTekst

Z serii: Sfora #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A może w Kichawie kryło się coś więcej? Zastanawiał się, jakim psem w przyszłości zostanie ta młoda suczka.

— Piękne imię wybrała — mruknął do Belli.

— Owszem — odparła z roztargnieniem Bella. — Wszyscy przecież boimy się cierni.

— Ale też dobrze się nadają do ochrony sfory — zauważył Fuks.

— Hm… — Bella skinęła głową. Widać było, że jest pogrążona we własnym świecie.

— Co się dzieje? — szepnął Fuks.

— Zastanawiam się tylko, jakie imię ja bym wybrała. — Bella zmarszczyła nos z rozmarzeniem. — To znaczy gdybym miała wybór. Nie sądziłam, że będę kiedyś żałować czegoś z mojego życia w obroży, ale…

— Sama mówiłaś: Bella znaczy „piękna” — przypomniał jej Fuks, trącając ją nosem delikatnie. — To dobre imię. I rzeczywiście do ciebie pasuje.

Bella spojrzała na niego melancholijnie.

— Dziękuję, Fuksie — odparła, jednak nadal wydawała się troszkę smutna.

Fuks szukał właśnie innych krzepiących słów, gdy nagle poczuł, że ktoś delikatnie wślizguje się pod jego bok. Liza gorąco pragnęła lepiej się przyjrzeć młodym psom na Księżycowym Futrze, które właśnie zyskały nowe imiona. W jej szeroko otwartych oczach malował się zachwyt.

— Wiesz, Fuksie, bardzo bym chciała mieć kiedyś nowe imię — szepnęła.

Fuksowi ścisnęło się serce. Lizie bardzo się podobało szczenięce imię, które znalazł dla niej Miki, kiedy razem z Fuksem uratowali ją oraz jej rodzeństwo, ale przyszedł już czas na następny krok. Mała Liza wyrastała na wspaniałego, dorosłego psa i zasługiwała na prawdziwe imię.

— Będziesz je miała — zapewnił ją łagodnie. — Jak byś się nazwała?

Liza pokręciła głową.

— Nie mogę ci powiedzieć — wyjaśniła cierpliwie. — Nikomu nie mogę powiedzieć. Dopiero kiedy zajmę miejsce na Księżycowym Futrze, to to oznajmię. Nie będę wiedziała tego na pewno, dopóki Pies Księżyc nie pomoże mi dokonać wyboru.

Fuksa zalała fala czułości wobec Lizy, która — choć wywodziła się z Psów Bojowych — była taka miła i łagodna. I pomyśleć, że niektórzy nadal mają wątpliwości, czy powinna być częścią sfory! — pomyślał i poczuł rozgoryczenie. — Przecież akurat w taką noc…

— Alfo — zabrał głos i pchnął Lizę lekko do przodu, tak że stanęli razem w wolnej przestrzeni pośród członków sfory. — Kiedy Liza będzie mogła odbyć Ceremonię Nadawania Imienia?

Półwilk odwrócił się do nich. Liza się nie wycofała — stała dzielnie, choć niepewnie, z podwiniętym ogonem. Fuks rzucił mu wyzywające spojrzenie.

Ale alfa nie podjął wyzwania.

— Wracaj na miejsce, szczeniaku! — warknął na Lizę. — Nadawanie Imienia się zakończyło, nie pora na to.

Fuks otworzył pysk, by rozpocząć dyskusję, ale zabrakło mu słów. Gdy Liza umknęła i skryła się u jego boku, Fuks zrozumiał, że sposobny moment przeminął.

Na razie.

Świeżo nazwani Zadra i Żuk zeskoczyli ze skały. Obstąpił ich tłum radosnych psów, które lizały ich po głowach i gratulowały im. Ognisty oraz Luna stali przy boku swoich szczeniąt, merdając ogonami z dumy i szczęścia. Zwłaszcza Ognisty wyglądał, jakby miał pęknąć z zachwytu, i z błyskiem w ciemnych oczach patrzył na Żuka.

Fuks zauważył, że na skraju zgromadzenia Promyk bierze oskórowanego królika ofiarnego i zaczyna go grzebać pod grubą wartstwą ziemi. Aż zamrugał z zaskoczenia.

Wiosna zauważyła jego minę i podeszła do niego na chwilę.

— Nie zjemy białego królika — wyjaśniła półgłosem. — Zostawiamy go w darze dla Psa Księżyca oraz Psa Ziemi, żeby zaakceptowali wybór szczeniaków. — Potem odeszła, by długo i mocno lizać Zadrę po uchu.

Fuks chciał włączyć się do ogólnej wesołości, ale zbyt było mu żal Lizy. Suczka przycisnęła się do niego, drobna, zawiedziona.

— Doczekasz się, Lizo. — Polizał ją na pocieszenie.

W tym momencie po twarzy Psa Księżyca przesunęła się inna chmura, która pogrążyła polanę w głębszej ciemności. Był to niejako znak, że ceremonia dobiegła końca, a z gardeł zebranej razem sfory dobył się ostatni, urywany skowyt radości. Włączały się do niego kolejne psy, z bliska i z oddali…

Fuks zamarł. Postawił uszy, zjeżyło mu się futro. To nie są głosy naszej sfory! — przeraził się. Spojrzał w oczy alfy i przeszył go dreszcz zimny jak woda w rzece.

— Cicho! — ryknął półwilk. Zapadła grobowa cisza.

Gardłowe wycie dobiegało teraz z całkiem niewielkiej odległości. Płynęło wśród drzew przerażającym, mrożącym krew w żyłach dźwiękiem.

— Psy Bojowe! — zakwiliła Promyk.

Alfa wskoczył na płaski kamień i obnażył zatrważające kły.

— Słuchajcie — warknął, patrząc w oczy wszystkim członkom sfory po kolei. — Te psy nas nie atakują. Przynajmniej na razie. Dzisiaj jesteśmy bezpieczni, ale są blisko i niemądrze byłoby tu pozostać. Idźcie do swoich legowisk i nie opuszczajcie obozu. Pod żadnym pozorem. — Wykrzywił pysk w grymasie wściekłości, ale Fuks miał wrażenie, że w ryku przywódcy słychać było rezygnację. — Jutro poszukamy nowego obozowiska.

Alfa szybko uciszył pojedyncze warknięcia i słabowite jęki oporu, rzucając gniewne spojrzenie. Każdy z psów, łącznie z Fuksem, rozumiał, że ich przywódca ma słuszność.

Z ciężkim sercem Fuks udał się do własnego legowiska, lecz drogę zastąpił mu niewielki cień. Fuks zatrzymał się zaskoczony, rozpoznawszy Marudę. Nieduży psiak obrócił głowę i pokazał zęby w szyderczym uśmiechu.

— Podobała ci się nasza skromna tradycja, psie z miasta? — Przekrzywił paskudny łeb. — Dla ciebie było to oczywiście coś nowego, prawda? Sam nigdy nie zasłużyłeś na imię z prawdziwego zdarzenia. Dlatego nigdy tak naprawdę nie będziesz psem ze sfory.

Fuks był poirytowany, więc już miał wzgryźć się w ucho Marudy, gdy nagle wskoczyła między nich Bella. Zawarczała groźnie na byłego omegę.

— Tak ci się wydaje? To tylko pokazuje, ile wiesz. Fuks zasłużył na swoje imię!

Przez krótką chwilę Bella i Maruda mierzyli się wzrokiem, potem były omega potrząsnął głową pogardliwie i odszedł chwiejnym krokiem.

— Dzięki — mruknął Fuks do siostry z miotu. — Cieszę się, że to powiedziałaś, chociaż to nieprawda.

— Ależ prawda. — Bella zastrzygła jednym uchem ze zdziwieniem. — Nie pamiętasz? Tego dnia w domu Długonogich, kiedy zdobyłeś imię? Oni ci go nie na­dali — ty wziąłeś to słowo, które wypowiadali, i je sobie zatrzymałeś!

Fuks stał bez ruchu, zagubiony. Słowa Belli przywołały wizję — szczenię Długonogich, gorzki zapach — ale kiedy zamazany obraz przeszłości mu umknął, otrząsnął się z ulgą. Instynkt podpowiadał mu, by nie zagłębiał się zbytnio w to wspomnienie, a on z chęcią go usłuchał.

— Pora spać — ziewnął. — Inni mogą sobie dalej świętować, ale ja mam tylko ochotę iść do legowiska. Chodź, Lizo. — Szturchnął młodszego psa. — Też pewnie jesteś zmęczona.

Wiele się tego dnia wydarzyło i pojawiło się aż nazbyt dużo tematów do rozmyślań.

Podreptali do swojego legowiska i padli zmęczeni w blasku księżyca. Liza wtuliła ciepłe ciało w Fuksa i wkrótce zasnęła, oddychając głęboko. Łapy jej drgały, jak gdyby w snach za czymś goniła, i wyrwało się jej ciche warczenie.

Dzisiaj nie musisz uciekać — zwrócił się do niej Fuks w myślach. — Uważaj na siebie, malutka.

Rozdział 4

Fuks przebudził się nagle, dygocząc w ciemności. Resztki snu zniknęły jak kamfora. Kłujący ostrośnieg, wir, śnieżyca i psy atakujące się brutalnie w niekończącej się z pozoru bitwie…

Nawałnica Psów…

Od czasu Wielkiego Warczenia miewał ten sam sen.

Okazało się, że ziąb mu się nie przyśnił. Leżał w przytulnym gniazdku z liści i mchu, ale spoza legowiska dobiegało go wycie wiatru w koronach drzew. Powiew musnął jego ciało. Pies zadrżał i zerwał się.

Miejsce u jego boku, gdzie zasnęła Liza, było puste. Ciepło jej ciała zniknęło.

Liza! Gdzie ona się podziała?

Fuks opuścił się na przednie łapy, wyczołgał spod gałęzi, wyprostował i przeciągnął. Lekkomyślne szczenię na pewno daleko nie zaszło. Przynajmniej nie w środku nocy, kiedy Psy Bojowe dały głos tak blisko, że sfora je usłyszała. Na pewno…

Ze strachu o Lizę futro stanęło mu dęba. Fuks przemykał się przez obozowisko, szerokim łukiem omijając śpiącego alfę. Półwilk spał mocno. Z pyska ściekała mu ślina, a olbrzymie, błoniaste łapy lekko drgały przez sen. Serce waliło Fuksowi jak oszalałe, ale jeśli Liza gdzieś tam była — a tutaj wśród śpiących grupek na polanie nie było jej widać — to on musiał ją znaleźć, i to szybko. Jeżeli alfa się przebudzi i odkryje jej nieobecność, na dobre wyrzuci ją ze sfory. Żadnemu psu nie wolno było okazać takiego nieposłuszeństwa, a co dopiero i bez tego nielubianej Lizie.

Czemu, Lizo? Dlaczego akurat dzisiaj musiałaś zacząć się szwendać? — Ale nawet stawiając sobie to pytanie, Fuks znał odpowiedź. Wykluczenie z Ceremonii Nadawania Imienia głęboko ją dotknęło. — Głupiutki szczeniaczku, alfa da się przekonać! Wkrótce sam zrozumie, że jesteś godna miejsca w sforze.

Ale wpierw Fuks musiał ją znaleźć. Po chwili wahania przekroczył granicę obozowiska. Teraz to już całkiem naruszał rozkazy. Powąchął cicho powietrze i przeszedł po dywanie z suchych liści w stronę krawędzi lasu, starając się nie szeleścić. Powietrze było mroźne, ale pod osłoną jego rześkiej, żywicznej woni wyczuwał ten sam obcy zapach szczenięcia, który wychwycił wcześniej. Nie zwietrzał za bardzo. Fuks zmarszczył brwi. Może to jednak woń Lizy? Przecież chyba się nie pomylił?

Stał nieruchomo na krawędzi łachy. Tutaj Liza czekała wcześniej na niego i Bellę — można było zacząć w tym miejscu.

I rzeczywiście, kiedy Fuks ześlizgnął się cicho po piasku na znajdującą się dalej polankę, wypatrzył ruchomy kształt. Pies Księżyc wisiał na niebie niżej i nie jaśniał tak mocno, jak podczas ceremonii, ale w chłodnym świetle widać było sylwetkę Lizy. Fuks odetchnął z ulgą.

 

Liza szarpała coś, wsparta na zgiętych łapach i z uniesionym zadem. Fuks już miał ją zawołać, kiedy spostrzegł, jak z krzaków wypada niewielka, ciemna postać. Inny szczeniak! A Liza się z nim bawiła, mocując się żartobliwie o patyk. W zimnym powietrzu wyraźnie było słychać ich przyciszone, przyjazne powarkiwania.

Fuks zrobił krok naprzód, lecz stanął jak wryty.

Mruk!

Brat z miotu Lizy, który odszedł z Kosą, kiedy przyszła do alfy i zażądała zwrotu szczeniąt. Mruk się jednak zmienił — Fuks wyczuwał różnicę w jego zapachu, który stał się ostry i twardy. Szczeniak cuchnął agresją i pewnością siebie. Fuks ledwie go rozpoznał.

Ze złości ścisnęło mu się serce. Ze szczeniąt Psów Bojowych jedynie Mruk chciał, by wzięła go Kosa — został z nią z własnej woli, pomimo że zabiła jego brata z miotu, Zawijasa. Mruk był psem bojowym do szpiku kości!

A co z Lizą? Fuks ryzykował własnym życiem oraz reputacją, aby zatrzymać ją w sforze alfy. Tymczasem ona spotyka się potajemnie ze swoim bojowym bratem. Fuks napiął mięśnie, zeskoczył po zboczu i przeleciał nad zagłębiebiem. Dopadł szczeniaki, zanim zdążyły się zorientować, co się dzieje.

Liza zaskomlała ostrzegawczo, ale było już za późno. Fuks przewrócił ich oboje i łapami docisnął do ziemi. Zastygłe z zaskoczenia szczeniaki leżały na grzbietach i wpatrywały się w niego, ciężko dysząc.

Znacznie urośli, odkąd byli bezradnymi szczeniętami. Mruk, pokonawszy zaskoczenie, wiercił się i warczał, a Liza próbowała się opierać, prężąc się. Wkrótce jednak oba szczeniaki się uspokoiły.

W oczach Mruka gorzały niechęć i agresja. Fuks miał żywo w pamięci, jak szczeniak naraził swoją sforę, prowokując do bójki futrzastego olbrzyma. Wspólnie te bojowe szczenięta niewątpliwie dałyby radę Fuksowi, ale tutaj chodziło o coś więcej niż zwykłą siłę — młode rozumiały to równie dobrze jak Fuks. Jestem w sforze wyżej niż Liza — myślał Fuks — mam też wyższą rangę od Mruka, więc instykt wciąż każe mu się podporządkować. Poczuł wdzięczność za surowe reguły hierarchii. Dzięki niej psom udawało się przetrwać.

Milczenie trwało, aż Fuks zyskał pewność, że szczeniaki zaakceptowały jego autorytet. Wreszcie się cofnął, wypuścił je i przysiadł.

— Co tu się dzieje? — warknął.

Liza obróciła się na brzuch, opuściła łeb na łapy i poczołgała do przodu. Mruk był tuż za nią. Krzywił się i prężył zaczepnie.

— Ten szczenięcy zapach, który czuliśmy wczoraj — warknął Fuks do Lizy — to był Mruk, prawda?

Skinęła głową żałośnie.

— Tak. Przepraszam, Fuksie. Nie mogłam nie przyjść. Śniło mi się…

Starszy pies fuknął niedowierzająco.

— Śniło ci się?

— Tak. — Popatrzyła mu w oczy nieco pewniej. — Nie pytaj jak, ale byłam pewna, że jeśli tu przyjdę, znajdę Mruka. Wiedziałam to ze snu.

Fuks zamrugał, nie wiedząc, jak zareagować. Czy Liza kłamała? Zmyśla, żeby się wyłgać z tarapatów?

Ale ja też miałem dziwne sny.

Przypomniał sobie ostrośnieg przecinający powietrze oraz własne przerażenie, gdy patrzył, jak Nawałnica Psów szaleje i nasyca zamarzniętą ziemię krwią…

Ale to co innego. Liza twierdzi, że we śnie dowiedziała się, co ma zrobić!

— Mówi prawdę — burknął Mruk ze złością. — Ja miałem taki sam sen. I wymknąłem się od swojej sfory, więc czemu ona miałaby postąpić inaczej?

Fuksa oburzyły krnąbrne słowa szczeniaka i powróciło do niego bolesne wspomnienie. Mały Zawijas, taki nieśmiały, cichy i bezbronny, tak bardzo chciał zostać z Fuksem w sforze alfy. Fuks go zawiódł — wszyscy go zawiedli. A teraz…

— Zawijas nie żyje — zaatakował Lizę okrutnie. — Zapomniałaś, jak zginął? Mruk się do tego przyczynił. Są takie psy, z którymi lepiej się nie zadawać, Lizo. Nawet jeśli łączą nas z nimi więzy krwi.

Mruk wystąpił krok naprzód i obnażył zęby. Ogon chodził mu z emocji.

— Nie zabiłem brata!

— Ale byłeś przy jego śmierci — wytknął ostro Fuks.

— Tak, ale to nie moje kły zbroczyła krew. Nie ponoszę za to odpowiedzialności!

— A zrobiłeś coś, żeby go ocalić?! Próbowałeś chociaż powstrzymać Kosę?

Mruk umilkł i spuścił łeb. Z gardła dobył się słaby skowyt wstydu.

— Nic — skwitował Fuks. — Nie zrobiłeś nic, żeby mu pomóc, prawda, Mruku?

Mruk podniósł głowę gwałtownie. Jego lśniące oczy przybrały jeszcze bardziej buńczuczny wyraz i warknął zimno:

— Już się tak nie nazywam. Teraz jestem Kieł.

Fuks widział, jak Liza posmutniała, słysząc tę nowinę. Następny szczeniak dorobił się prawdziwego miana — pomyślał posępnie. — Biedna Liza.

Zapadło milczenie. Fuks wpatrywał się w Mruka. Widział, że uszy młodego psa były dziwnie zniekształcone, porwane i pokaleczone, tak że sterczały do góry i miały poszarpane krawędzie. Ale jak…?

Wybałuszył oczy, kiedy zrozumiał. Uszy Mruka w prymitywny sposób naśladowały wygląd uszu innych Psów Bojowych. Tym bestiom uszy równiutko poprzycinali ich Długonodzy. Uszom Mruka taką formę brutalnie nadały zęby Kosy czy kogoś innego. Wzorują się na tym, co robili Długonodzy! — uświadomił sobie Fuks. Przeszył go zimny dreszcz. Ależ to musiało boleć. Może przytrzymywali na siłę szczeniaka, żeby się nie ruszał… Jak jego sfora mogła być aż tak okrutna? Fuks zadygotał bezwiednie.

Czy Kosa posunie się do wszystkiego?

Pies poczuł, jak wzbiera w nim litość wobec Mruka — nie, Kła — a gniew ustępuje.

— Co ci się stało w uszy, Kle? — zapytał delikatnie. Kieł odwrócił wzrok.

— To sprawa osobista — odparł ponuro. — Sprawa mojej sfory.

— Okaleczenie kogoś z własnej sfory? Moim zdaniem to sprawa każdego psa. — Fuks zbliżył się do szczeniaka, ale Kieł potrząsnął rannymi uszami i warknął cicho.

— Mówiłem ci. — Kłapnął zębami. — To dla sfory. Taka tradycja.

Fuks westchnął i pokręcił głową.

— Lizo — rzekł łagodnie. — Dlaczego ryzykowałaś wszystkim, żeby tu przyjść? Nawet życiem! Wiesz, do czego zdolna jest Kosa. I alfa też. Jeżeli alfa się dowie… — Zaczerpnął tchu, wyobrażając sobie możliwe następstwa. — Brat zawsze lekkomyślnie igrał z ogniem, ale nie ty! Lizo, dlaczego?

Młoda suczka popatrzyła na niego, zamrugała, ale nie zdążyła się odezwać, bo na szczeniaki padł wielki cień i nagle zrobiło się zimniej.

Spośród drzew wyłoniła się smukła sylwetka. Fuksowi prawie stanęło serce, gdy rozpoznał migoczące oczy i lśniące, umięśnione ciało.

Kosa!

Zęby rozbłysły w świetle gwiazd. Kosa sunęła do przodu, nie spuszczając oczu z Fuksa.

— Kieł, do mnie — zawarczała.

Fuks by się nie zdziwił, gdyby szczeniak zaoponował — zawsze kwestionował wydawane mu rozkazy — ale Kieł natychmiast spuścił łeb i przemknął z podwiniętym ogonem do boku Kosy. Suczka zamachnęła się łapą. Z boku szczeniaka trysnęła krew, młody zaskomlał i się zatoczył.

— Precz mi z oczu — syknęła, a Kieł, utykając żałośnie, skierował się do jakiegoś tymczasowego obozu, który założyły Psy Bojowe. Ani razu nie obejrzał się na Lizę.

Na polanie zapanowała cisza, chociaż Fuks był pewien, że Kosa słyszy, jak łomocze mu serce.

— Psie z miasta — warknęła jedwabistym tonem. — Masz coś, co należy do mnie.

Fuks przekrzywił głowę i westchnął, licząc, że wyda jej się spokojny. Miał nadzieję, że Kosa nie czuje woni jego strachu.

— Liza nie należy do ciebie, Koso. Nie jest twoim zwierzątkiem w obroży.

Kosa znieruchomiała. Potem uniosła tylną nogę i podrapała się znacząco po uchu.

— Chyba się przesłyszałam. Lepiej powtórz. Innymi słowami.

— Szczeniak to nie jest czyjaś własność. Ani twoja, ani żadnego psa. Liza sama dokonała wyboru — chce żyć z naszą sforą. — Fuksowi zaschło w pysku, jakby lizał zakurzoną skałę. — Twoje zdanie w tej kwestii się nie liczy, Koso. Nie jesteś nawet Psią Mamą Lizy.

— Jestem czymś więcej, niż jej Psia Mama. Jestem jej prawdziwą alfą!

— Ale ona już nie jest szczeniakiem ssącym mleko! — Ciekawość Fuksa wygrała z ostrożnością. Naprawdę chciał wiedzieć. — Koso, dlaczego? Dlaczego tak bardzo chcesz ich mieć?

Błąd! Pojął to, jak tylko usłyszał gardłowy syk Kosy. Opuściła go cała odwaga i przypadł do ziemi w bezruchu. Skoczyła na niego z rozdziawioną szczęką i błyskającymi zębami.

Sam nie dam rady z nią walczyć! Psie Ziemio, mam już do ciebie iść? — wyły jego myśli.

Fuks wzdygnął się, nastawiając się na rozdzierającą mękę zadaną przez kły i pazury. Zamiast tego jednak ujrzał, jak niewielki, rozmazany kształt rzuca się na Kosę. Alfa zaskomlała z bólu i przewróciła się na bok. Oszołomiony Fuks wytrzeszczył oczy na młodą Lizę, która ściskała tylną łapę Kosy ostrymi jak igły zębami, wgryzając się zawzięcie. Rana broczyła krwią, a pysk Kosy zastygł w wyrazie szoku.

Zaskoczona Liza puściła Kosę, jak gdyby właśnie sobie uświadomiła, co robi.

— Uciekaj! — szczeknął do niej Fuks.

Oboje obrócili się i czmychnęli. Fuks słyszał, jak Kosa przedziera się za nimi przez podszycie. Napędzało go przerażenie, a Liza deptała mu po piętach, ale po nierównych odgłosach kroków Kosy zorientował się, że alfa Psów Bojowych kuleje. Rana zadana przez młodą suczkę ją spowalniała.

Może się nam uda!

Na granicy obozowiska Fuks ostatkiem sił skoczył przed siebie. Poturlał się i wpadł między legowiska, dysząc z ulgą, bo za sobą zobaczył pędzącą Lizę. Podniósł się z trudem ma cztery łapy i obrócił, ale nie słyszał trzasku gałęzi. Kosa zatrzymała się poza terytorium alfy, lecz pośród cienistych drzew Fuks widział złowieszczy błysk jej oczu.

Zaatakuje? Mimo że jednym szczeknięciem mogę postawić sforę na nogi? — zastanawiał się niepewny.

— Jeszcze wrócę! — Jej rozjuszony ryk poniósł się echem wśród ciszy. Potem Kosa obróciła się i odeszła pomiędzy drzewa, nie oglądając się za siebie. Z oddali dobiegło ujadanie jej sfory, wściekłe jak groźna furia ich przywódczyni. Skąd wiedzą? — dziwił się, czując, jak strach mrozi mu krew w żyłach. — Skąd zawsze wiedzą?

Dało się słyszeć mamrotanie i skomlenie, bo psy ze sfory zaczęły się budzić, nadstawiając uszu na wycie Psów Bojowych.

— Co? Co się dzieje? — zawarczał donośnie Ognisty.

— Czuję Psy Bojowe! I krew! — zakwiliła Promyk.

Cała sfora zerwała się na równe nogi. Zaspane psy podbiegły do Fuksa, mrugając, warcząc i zawodząc.

Lizę pochłonął tłum innych psów i mignęło mu jedynie, jak unika bezmyślnych łap kręcących się dookoła towarzyszy. W końcu udało jej się przecisnąć do Fuksa i usłyszał, jak mamrocze mu do ucha przeprosiny:

— Tak bardzo mi przykro, Fuksie. — Potem zagłuszyły ją zatroskane głosy.

— Fuksie, co się stało? — szczeknęła Strzała.

— Co na Psa Ziemi… — jęknęła Werwa.

— Czy to była Kosa? — piszczała z przerażenia Promyk.

— Cisza! Zamknąć się wszyscy! — Głęboki ryk alfy uciszył wszystkich. Z gorejącymi oczami półwilk przedarł się przez ciżbę.

Kiedy zapadło milczenie, Fuks zdążył jeszcze szepnąć do Lizy:

— Nie odzywaj się.

A potem stanął nad nim alfa, szczerząc groźnie zęby.

— Co się stało? — warknął.

Fuks spuścił głowę.

— Usłyszałem jakiś dźwięk, alfo. Uznałem, że to pewnie nic takiego, ale na wszelki wypadek poszedłem sprawdzić obrzeża i odkryłem, że Kosa zakrada się w pobliże obozowiska.

Fuks cierpiał katusze, czekając dłuższą chwilę, aż alfa przemówi. Wzrok miał wbity w ziemię — nie śmiał patrzeć na Lizę, żeby jej nie zdradzić — czuł jednak, jak spojrzenie przywódcy wierci mu dziurę w czaszce.

Wtedy alfa syknął chrapliwie:

— Już prawie świta. Szykujcie się wszyscy. Zreorganizujemy się i ruszamy. Już!

Fuks drżał na całym ciele. Alfa odszedł tak, jak przyszedł, a po chwili dołączyła do niego Słodka. Elegancka chartka rzuciła Fuksowi spojrzenie pełne namysłu, po czym obróciła się do swojego przywódcy i szepnęła mu coś na ucho.

Ze zgrozy Fuksowi kotłowało się w żołądku. Nie mogłem im nic powiedzieć o Lizie ani o tym, że potajemnie spotkała się z Mrukiem. Alfa by ją wyrzucił. Albo zabił. Obym nie pożałował tej decyzji — przekonywał siebie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?