SiódemkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 12

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 19:55

Na skali od jednego do dziesięciu Micki oceniłaby swój ból głowy na mocną dziesiątkę. Był jak połączenie młota udarowego z imadłem, odbierał resztki zdrowych zmysłów. Nie wywołało go ślęczenie przed monitorem i wypatrywanie drobiazgów ani zbyt duża ilość kawy, ani nawet śmieciowe jedzenie. Powodem był Harris.

Prawie dwie godziny. Gdzie on się, do ciężkiej cholery, podziewa?

„Ty tu dowodzisz. Major Nichols wyraził się jasno”.

„Zaraz wracam. Skoczę tylko coś zjeść”.

Pieprzony Harry Pozer.

A ona, głupia, dała się nabrać.

Chyba powinna się o niego martwić. W końcu był „człowiekiem FBI”, którego miała chronić. Gdyby był Carmine’em – albo którymkolwiek z chłopaków z komendy – rzeczywiście przejmowałaby się jego losem. No, ale oni to prawdziwi gliniarze.

Tymczasem ten zrobił sobie wakacje od Hollywood, ot, pokręcić się tu i tam, poopieprzać…

Poza tym, jeśli dał się porwać albo zastrzelić, to nie z jej winy. Przecież wybrał się tylko na drugą stronę ulicy po kanapkę, na litość boską! Niańczyć nie oznacza chyba być przy nim dzień i noc. Miałaby chodzić za nim do sracza? Czuwać przy nim, kiedy śpi?

Oparła głowę na dłoniach i rozmasowała pulsujące skronie. Dlaczego akurat jej się to przytrafiło? Zapracowała na swoją pozycję. Praca nie była dla niej zabawą ani paranormalnym eksperymentem.

Chodzi przecież o jej życie, o karierę.

Cholera jasna, pomyślała. Jeszcze pół godziny i stawiam wydział na nogi.

Ponownie skupiła spojrzenie na ekranie komputera. Przeglądanie nagrań z monitoringu to jeden z najbardziej nużących aspektów śledztwa. Technicy nie mogą tego zrobić, bo nie wiedzą, czego szukać. Robota spada więc na detektywów: trzeba sklejać do kupy pojedyncze klatki, układać oś czasu – z nagrań, które na szczęście mają nadrukowaną datę i godzinę – porównywać ziarniste ujęcia.

Posiedzenie przy komputerze okazało się owocne, mimo że zabrakło drugiej pary oczu. Przez dwie godziny Micki wypatrzyła twarz – niestety, mocno rozmazaną – i pojazd, a także udało jej się częściowo odczytać tablicę rejestracyjną podejrzanego wozu.

No i co, skurczybyki? Zadrzyjcie ze Wściekłym Psem, a Wściekły Pies was pokąsa.

Zapikał telefon. Wiadomość.

Mam go.

Nie rozpoznała numeru. Zmarszczyła czoło i odpisała:

przedstaw sie

Hollywood – przyszła odpowiedź.

Przewróciła oczami. Spodobało mu się przezwisko. Będzie musiała wymyślić coś nowego, na przykład Irytujący Drań.

gdzie jestes

Bourbon.

Bourbon. No jasne. Dwa kroki od miejsca zbrodni. Ulica knajp i klubów ze striptizem.

wracaj

Jest tu morderca Ritchiego. Zanim zdążyła odpisać, dodał jeszcze: Nie żartuję.

skad wiesz

Wiem i już.

I to miało ją pocieszyć? Hollywood, ten cholerny świr, może zrobić coś głupiego. Ma odznakę, kajdanki i broń. Jest niebezpieczny dla siebie samego i dla cywilów.

Wyobraziła sobie, jak aresztuje jakiegoś Bogu ducha winnego prostaczka z prowincji. Nie uniknęliby zarzutów o brutalność policji. Na pewno skończyłoby się pozwem. Wyciekłaby prawda o Harrisie.

A kto by za to wszystko oberwał? Nie on – gdzieżby! – lecz jego zasuwająca jak osioł partnerka.

Wybrała numer komórki Zacha.

Odebrał.

– Niesamowite. Wpadłem na niego, kiedy szedłem po kanapki. Odebrałem wyraźny sygnał. To nasz człowiek.

– Gdzie jesteś?

– W klubie Bourbon Street Hustle.

– Bądź poważny. To klub ze striptizem.

– Nie mój wybór. Poszedłem za podejrzanym.

– Piłeś?

– Ja nie piję.

Powinna była się domyślić. Sądziła, że może choć to ich zbliży. Co gorsza, sama zacznie teraz pić jeszcze więcej – przez niego.

– Nie zbliżaj się do podejrzanego, dopóki się nie zjawię.

– Spokojna głowa. Nikt tu na mnie nie zwraca uwagi.

Złapała kurtkę.

– Jadę.

– Poczekaj. A jeśli będzie chciał wyjść?

– Idź za nim, ale pod żadnym pozorem nie nawiązuj z nim kontaktu. Zrozumiałeś? Niewykluczone, że to jednak nie on. A nawet jeśli on, to bez wsparcia narażasz się na niebezpieczeństwo.

– On, mówię ci. O cholera, muszę kończyć.

Rozłączył się, a Micki serce podeszło do gardła. Wariat jest zdolny do wszystkiego. Wydaje mu się, że kule się go nie imają?

Błyskawicznie znalazła się w aucie. Po drodze wezwała wsparcie.

Klub Bourbon Street Hustle znajdował się pod numerem 410. Kilka lat wcześniej detektyw Stacy Killian – też z Ósemki – przeprowadziła tam tajną akcję skierowaną przeciwko handlarzom narkotyków, która zakończyła się wielką nowoorleańską rozpier­duchą.

Micki skręciła w Bourbon. Od osiemnastej do szóstej rano ulica była wyłączona z ruchu kołowego, z wyjątkiem pojazdów służb. Radiowóz patrolu już stał przed wejściem i migał czerwonym kogutem. Micki przecisnęła się przez tłum imprezowiczów i zaparkowała za kolegami.

Wyszedł jej na spotkanie Joey Petron, porządny gość, dobry glina.

– Zaczekajcie tu – poprosiła go. – W środku znajduje się podejrzany o morderstwo. Mój partner ma go na oku.

– Tak jest, pani detektyw.

Micki weszła do klubu. To było do przewidzenia, że ktoś, kto robi interesy z Martym Mózgowcem, chodzi do takiego lokalu jak Bourbon Street Hustle. Speluna przez wielkie, szemrane „S”.

Nie obiecywała sobie jednak zbyt wiele. To niemożliwe, żeby Harris miał aż takie szczęście.

Pokazała odznakę wykidajle. Ten tylko przewrócił oczami i wpuścił Micki do środka. Kiedy już jej oczy przyzwyczaiły się do światła w klubie, zobaczyła, że choć właściciele przybytku próbowali go jakoś upiększyć – nastrojowe oświetlenie, palmy w doniczkach – to jednak lepiąca się do podeszew podłoga mówiła wszystko.

Witamy w klubie. Brak opłaty za wstęp, ale musisz kupić przynajmniej jednego drinka.

Micki spojrzała na scenę. Tancerka, która zrzucała z siebie strój przypominający mundurek katolickiej szkoły dla dziewcząt, była po czterdziestce. To na poważnie? Żałowała, że nie może przyskrzynić tego, któremu wydaje się, że to stosowne – a co dopiero seksowne – ale cóż, prawo nie sięgało aż tak daleko.

Zauważyła Harrisa. Wychwycił jej wzrok i pokazał brodą na siedzącego przy barze wielkoluda. Ogolona głowa. Tatuaż ze smokiem na karku. Kolczyki.

Przyjrzała mu się, przywołując z pamięci ziarnisty obraz z monitoringu. Mężczyzna, którego uchwyciły kamery, miał na głowie bejsbolówkę. I to nie byle jaką, bo z emblematem drużyny Florida Gators – zupełnie nie ma miejscu w krainie Tigersów.

Zmarszczyła brwi. Czy to ich człowiek? Być może. Czy rozpoznałaby go na ulicy wyłącznie po obejrzeniu nagrań? Nie. Ale gdyby spece z laboratorium powiększyli obraz – wtedy pewnie tak.

Może więc Harris jednak miał szczęście.

Harris spojrzał na nią. Pochyliła lekko głowę na znak, że wkraczają do akcji. Cała sztuka polegała na podejściu do podejrzanego bez wywoływania poruszenia. Ostatnie bowiem, czego im było trzeba, to zamieszanie w klubie pełnym turystów.

Swobodnym ruchem rozpięła trzy górne guziki koszuli i rozpuściła włosy. Kiedy spadły jej na ramiona, nastroszyła je zwinnym ruchem, jakby nie robiła w życiu niczego innego.

Plan A: odwrócić uwagę podejrzanego, a gdy ten będzie się gapił na cycki, Hollywood go zakuje.

Próbowała dać znak Harrisowi. Niestety, Zach najwyraźniej zapomniał, kto tu dowodzi. Micki patrzyła z przerażeniem, jak jej partner wyjmuje odznakę i zmierza w kierunku podejrzanego.

Rzuciła się, by mu przeszkodzić. Mężczyzna dostrzegł Harrisa. Wsunął dłoń pod kurtkę, ewidentnie sięgając po broń. Harris był tak zielony, że nawet tego nie zauważył.

– Ręce do góry, Łysolu! – krzyknęła. – Policja!

Obrócił się w jej stronę. Nie wiedziała, czy znajduje się wystarczająco blisko, żeby go zdjąć. Oby, pomyślała i skoczyła.

Uderzyła się o stołek barowy i poczuła ból w boku. Rozprysło się szkło, ludzie zaczęli wrzeszczeć. Natarła na Łysola, popchnęła go do tyłu i razem z nim wylądowała na podłodze.

Aż straciła dech w piersiach. Miała wrażenie, że połamała sobie żebra. Powinna być wdzięczna, że zamiast tego nie oberwała kulki z gnata kaliber czterdzieści pięć, ale była za bardzo wkurzona, żeby o tym myśleć.

Kiedy zniknęły gwiazdy, które przez chwilę widziała przed oczami, uświadomiła sobie, że leży na podejrzanym piersiami na jego twarzy.

– Niezłe balony, glino.

Leciała mu krew. I bardzo dobrze.

– Morda w kubeł.

Micki przewróciła go na bok i wykręciła mu rękę.

– Masz prawo zachować milczenie. – Założyła mu kajdanki na jeden nadgarstek. – Wszystko, co powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie w sądzie. – Założyła i na drugi. – Masz prawo do adwokata. Jeżeli cię nie stać, zostanie ci przydzielony obrońca z urzędu.

Nadciągnęły posiłki. Funkcjonariusz Petron i dwóch jego kolegów. Błysnęły flesze aparatów. Naraz do Micki dotarło, jak to wygląda: Harris, wzór opanowania, stoi z bronią w ręku, wycelowaną w podejrzanego. Natomiast ona klęczy, dosiadając Łysola, z rozpiętej koszuli wylewają się cycki, a na ramiona spływa burza potarganych blond włosów.

Wygląda jak wariatka.

Zeszła z mężczyzny i pomogła mu wstać.

– Czy rozumiesz prawa, które ci odczytałam?

– Czego mi dupę zawracacie? – jęknął. Kolejny gość klubu postanowił zrobić sobie fotkę z bandziorem. – Nic nie zrobiłem, przyjechałem się zabawić w Dzielnicy.

 

– Morderstwo Martina Ritchiego – wycedziła.

Obyś tylko był naszym podejrzanym, dodała w myślach.

Rozdział 13

Wtorek, 9 lipca

Godzina 8:28

Kiedy następnego ranka Micki i Zach przyjechali na komendę, w wydziale było nienaturalnie cicho. Zauważyła, że kilka głów odwróciło się w ich stronę, i zmarszczyła czoło. Była zmęczona i rozdrażniona, a do tego na prawym boku miała siniaka wielkości grejpfruta. Nie była w nastroju do żartów i każdy, kto wszedłby jej w drogę, szybko by się o tym przekonał.

Wcześniej razem z Zachem poszli na spotkanie z szefostwem w komendzie głównej. Komendant nie posiadał się ze szczęścia. Nawet agent Parker uśmiechnął się półgębkiem.

Z raportu balistyki wynikało, że kulę wystrzelono z broni zatrzymanego w klubie mężczyzny. Udało się powiększyć klatkę z nagrania z monitoringu, na którym było widać Łysola na miejscu przestępstwa. A po kilku cyfrach z numeru na tablicach zdołano dojść, że samochód zarejestrowano na niejakiego Benito „Mało Rozgarniętego” Alvareza. Był winny, bez dwóch zdań. Dorwali go.

Nie, pomyślała Micki, nie „oni”, lecz „on”, Harris. Wyszedł na Supermana. A ona? Wyglądała w klubie, jak gdyby uprawiała damski wrestling. Brakowało tylko lateksowych gatek…

Widziała na własne oczy. O tak. Bo jakby upokorzenia było mało, jeden z pracowników klubu sfilmował całe zdarzenie smartfonem.

I, jakżeby inaczej, wrzucił nagranie na YouTube.

No, ale nawet te „wygłupy”, jak to ujął komendant, nie zdołały zepsuć dobrego humoru szefowi nowoorleańskiej policji. Dyrektor do spraw public relations obiecał zająć się sprawą i najwyraźniej Howardowi to wystarczyło.

– Świetna robota, proszę państwa – powiedział J.B., wstając. Zaczął klaskać. Dołączył do niego przydupas Buster. – Ekspresowe tempo. Pobiliście chyba rekord. Czysta magia.

Serce Micki mocniej zabiło. Jakim, u diabła, sposobem tych dwóch klaunów poznało prawdziwą tożsamość Zacha?

– Chętnie posłuchamy, jak wam się udało to zrobić. Co nie, Buster?

– No, J.B. Opowiedzcie o mrożących krew w żyłach zwrotach akcji.

Otworzyła usta, żeby ich usadzić, ale uprzedził ją Zach i wybrnął z sytuacji jak rzecznik prasowy rządu z niewygodnego pytania.

– Stara, dobra policyjna robota – oznajmił i ukłonił się. – W hollywoodzkim stylu.

Killian aż zagwizdała. Parę innych osób zachichotało z zadowoleniem.

J.B., nagle rozdrażniony, przeniósł uwagę na Micki.

– A ty, Wściekły Psie? W jaki styl celowałaś? – zapytał i obrócił monitor komputera. Kliknął „play” i Micki ujrzała siebie, jak rzuca się na podejrzanego i we dwoje lądują na podłodze. – WWE SmackDown? Talentu to ci nie brakuje.

Przez talent z pewnością rozumiał piersi wylewające się z koszuli. Przypuszczenia potwierdziły się, kiedy Buster dodał:

– Szycha Benito Alvarez powalony przez Podwójne De.

Cały wydział wybuchł śmiechem.

– Dziewczyno, wyglądasz pierwsza klasa! – zawołała Stacy Killian. – Możesz być z siebie dumna.

– Dzięki, będę. – Miała ochotę „powalić” obu idiotów, i to na amen, ale zachowała zimną krew. – Skończyłeś się wydurniać, J.B.? Bo wstałam lewą nogą i mam deficyt humoru.

– No nie wiem. Myślę, że powinniśmy jeszcze raz obejrzeć sobie ciebie i twojego nowego chłopaka, Benito, w akcji.

– Odczepcie się już, co? – wtrącił Zach. – Mick ocaliła mi tyłek.

W wydziale zapadła grobowa cisza. Micki spojrzała wściekła na Zacha. Inne kobiety, słabe kobiety, potrzebowały, żeby je bronić. Ale nie ona. Już miała poinformować o tym Zacha, kiedy major Nichols wystawił głowę z gabinetu.

– Dare, Harris. Do mnie.

Zrównała krok z Harrisem i zatrzymała go przed drzwiami szefa.

– Nigdy więcej tego nie rób – syknęła. – Narobiłeś mi wstydu.

Popatrzył na nią zaskoczony.

– Wstawiłem się za partnerką. Od kiedy to coś złego?

– Od zawsze. Przez ciebie wyszłam na słabeusza. Potrafię o siebie zadbać. Ani ty, ani nikt inny nie musi się za mną „wstawiać”, żeby uratować mnie, mój honor, czy co tam chciałeś ocalić. Jasne?

– Jasne – odparł kwaśno.

Major ponaglił ich gestem.

– Nie mam całego dnia.

Kiedy usiedli, złożył dłonie na biurku i popatrzył najpierw na Micki, potem na Zacha.

– Gratuluję. Obojgu.

– Dziękujemy, panie majorze – odparli unisono.

– Dokładnie takiej współpracy od ciebie oczekiwaliśmy, Harris – powiedział. – A ty – zwrócił się do Micki – jak się czujesz?

Była przygotowana raczej na ochrzan.

– Boli mnie w boku, ale poza tym śpiewająco.

– Cieszę się. – Odchrząknął. – Pora na złe wieści. Nagranie z aresztowania rozeszło się po sieci.

– Tak, J.B. i Buster już mi to uświadomili. – Zerknęła na Zacha. – Poradzę sobie z nimi i ze wszystkimi, którzy mają z tym jakiś problem. Bez niczyjej pomocy.

Nie wiedziała, czy Nichols wyczuł napięcie między nią a Harrisem, ale nawet jeśli, to nie skomentował tego.

– Przede wszystkim miałaś co…?

– Chronić Harrisa. Za wszelką cenę.

Przez oblicze majora przemknął uśmiech.

– Właśnie. Za wszelką cenę. Sytuacja w klubie podpada pod tę kategorię. Gratuluję. – Zwrócił się do Zacha. – Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia.

– Całkowicie ufam detektyw Dare.

– A nie widać! Dare idzie przodem, ty za nią. Robisz to swoje abrakadabra, a potem wkracza ona i zajmuje się prawdziwą policyjną robotą.

– Tak, szefie, ale…

– Nie jesteś gliną. Dociera to do ciebie?

– Pragnę zauważyć, że odznaka i broń świadczą co innego – odciął się Zach.

Nichols zrobił się czerwony jak burak i zerwał się na nogi.

– Zachowałeś się lekkomyślnie w trakcie aresztowania i naraziłeś siebie oraz partnerkę na niebezpieczeństwo. To niedopuszczalne.

– Zrozumiałem, panie majorze.

Ale Nichols jeszcze nie skończył.

– Dare doskonale wie, jak wykonywać swoją pracę. Gdybyś robił, co do ciebie należy i nie wtrącał się, zaobrączkowałaby Alvareza bez całego tego burdelu.

Zach wydawał się niewzruszony opieprzem.

– Zrozumiałem, panie majorze – powtórzył. – Od zera do bohatera, jasne. – Wysunął telefon z kieszeni i łypnął na wyświetlacz. – Przepraszam, ale muszę odebrać.

Nie czekając na pozwolenie, wstał i wyszedł z gabinetu.

Major popatrzył za nim osłupiały, z taką miną, że Micki o mało nie wybuchła śmiechem. Zachowanie Harrisa zdumiewało go tak samo jak ją. Mógł krzyczeć, grozić, błagać, a Harris i tak robił, co mu się żywnie podobało.

Rozdział 14

Wtorek, 9 lipca

Godzina 10:15

Zach zaczekał na Micki przed gabinetem majora. Dzwonił Parker. Sprawdził Angel Gomez w bazach danych i okazało się, że jest czysta jak łza, nigdy w życiu nie dostała nawet mandatu za złe parkowanie. Pracuje w kanapkarni Teddy’s Po-Boys.

Zatem kolejny przystanek: lokal u Teddy’ego. Z Micki albo bez niej.

Wolałby z nią. W końcu byli partnerami. Poza tym, jak elegancko zauważył Nichols, była od niego lepsza w policyjnej robocie.

Tyle że zabranie jej ze sobą wymagałoby wtajemniczenia ją w sprawę Angel Gomez. Najpewniej będzie ostro wnerwiona.

Wyszła z gabinetu szefa, zobaczyła Zacha i zatrzymała się. Lekko zmarszczyła czoło.

– Co jest grane?

– O co ci chodzi?

– Proszę cię. Masz to wypisane na twarzy.

Trafiony zatopiony.

– Słyszałaś o knajpce u Teddy’ego? To w dzielnicy biznesowej.

– Owszem. Ale nigdy tam nie byłam. A co?

– Mam trop. Musimy złożyć im wizytę – powiedział i ruszył przed siebie.

– Trop, Hollywood? – Dogoniła go. – Przecież nie prowadzimy żadnej sprawy.

– Ale możemy zacząć. Wyjaśnię po drodze.

Przez całą drogę do samochodu milczeli. Kiedy wsiedli do taurusa, Zach włączył klimatyzację, a Micki usiadła tak, by móc spojrzeć partnerowi w oczy.

– Lepiej zacznij się spowiadać, Harris. Bo szlag mnie trafi, jeśli zaraz tego nie zrobisz.

– Nie powiedziałem ci wszystkiego. O mieszkaniu Ritchiego.

Zaczęła na zmianę miotać przekleństwa i zachowywać się tak, jakby ze złości nie mogła wydusić z siebie słowa. Niezwykłe połączenie, zręczne i komiczne zarazem. Zach z trudem opanował śmiech.

– Skończyłaś? – spytał po chwili.

– Dopiero się rozkręcam.

Mimo to mówił dalej:

– Te dokumenty, które znaleźliśmy w sejfie u Ritchiego. Jeden z nich okazał się wyjątkowy.

To przykuło jej uwagę.

– Co to znaczy?

Zach włączył silnik i wyjechał z miejsca parkingowego.

– Energia, która doprowadziła mnie z miejsca zbrodni do hotelu, była związana z tym dokumentem.

– Nie z pozostałymi?

– Nie.

– Nadal nie wiem, co to oznacza.

– Prawdę mówiąc, ja też nie za bardzo.

– Tak, jasne.

Zignorował sarkazm w jej głosie.

– Wiem natomiast, że muszę odnaleźć Angel Gomez.

– Tę, na którą jest dowód?

– Tak. Myślę, że ma kłopoty.

– Czy telefon, który odebrałeś u Nicholsa, miał z tym związek?

– Dzwonił Parker. Sprawdził ją w bazach.

Zmrużyła oczy.

– I wyskoczyła mu kanapkarnia Teddy’ego. Dziewczyna tam pracuje?

– Zgadza się.

Wzięła pełen napięcia oddech.

– Poszedłeś z tym najpierw do Parkera. Dlaczego?

– Byliśmy trochę zajęci.

– Nie chciałeś mi zaufać.

– Uznałem, że nie zrozumiesz.

– Ale teraz już rozumiem? Proszę cię!

– Zrobiliśmy spore postępy, wiesz, między nami, w niecałe dwadzieścia cztery godziny.

– To jest po prostu… po prostu porąbane. Pod wieloma względami. Nie potrafię nawet… Nieważne.

– Kapuję. – Skręcił w St. Charles. Uśmiechnął się do Micki. – Co poradzisz? Nie możesz się ode mnie uwolnić.

– Niestety, masz cholerną rację – mruknęła, po czym pokazała palcem. – Lokal Teddy’ego po lewej. Zaparkuj przy hydrancie.

Tak zrobił i kilka chwil później wchodzili razem do restauracji. Zadzwonił dzwonek nad drzwiami, na co stojący za ladą wielki facet w białym fartuchu głośno ich przywitał. Przyszli po śniadaniowym oblężeniu i przed lunchową ofensywą. Garstka klientów kanapkarni wyglądała na turystów.

Podeszli do lady.

– Dzień dobry – odezwał się Zach z promiennym uśmiechem na ustach. – Jak pan się dziś miewa?

– Znakomicie – odparł mężczyzna i wyjął dwa jadłospisy. – Przy bufecie, przy stoliku czy na wynos?

– Żadne z powyższych – powiedział Zach, wciąż z uśmiechem. – Policja. Detektywi Harris i Dare.

Mężczyzna obejrzał odznaki i pokiwał głową.

– Jak mogę państwu pomóc?

– Jest pan kierownikiem?

– Właścicielem. Teddy to ja. – Uśmiechnął się i poklepał po wydatnym brzuchu. – Chodząca reklama zakładu.

Zach odwzajemnił uśmiech.

– Wspaniale tu pachnie. Nie mogę się doczekać, aż spróbuję jedzenia.

– Bardzo dziękuję. Ale o co chodzi?

– Szukamy jednej z pańskich pracownic. Nazywa się Angel Gomez.

– Angel? Ma kłopoty?

– Nic nam o tym nie wiadomo. Ale boimy się, że coś jej się mogło stać. Znaleźliśmy jej dowód tożsamości wśród rzeczy należących do zamordowanego handlarza narkotyków.

Brzęk tłuczonych talerzy za ich plecami. Zach odwrócił się na pięcie. Szczupła, zbyt mocno umalowana blondynka zastygła w bezruchu i patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami, osadzonymi w nagle pobladłej twarzy. Na podłodze u jej stóp leżała rozbita, porozrzucana zawartość tacy z jedzeniem i napojami.

Bingo.

– Fran! – zawołał właściciel, wychodząc zza lady. – Ocknij się!

Zach podszedł i zaczął pomagać zbierać potłuczoną zastawę. Chwycił kobietę za rękę, kiedy sięgnęła po wyjątkowo ostry kawałek szkła.

– Ja to wezmę.

Strach. O Angel. Poczucie winy. Żal.

Puścił jej rękę i położył szkło na tacy.

– Lepiej, żeby nie rozcięła pani sobie dłoni – powiedział i posłał jej pełen współczucia uśmiech.

Zarumieniła się.

– Dziękuję.

Kiedy skończyli zbierać potłuczoną zastawę, Zach zaniósł tacę do kuchni. Zauważył, że w korytarzu wisi zegar kontrolny i stoi rząd zamykanych na klucz szafek. Postawił tacę obok zlewu i wrócił na salę. Właściciel kończył zmywać podłogę.

 

– Przepraszam za to – powiedział zdenerwowany. – Pytaliście o Angel. Nie widziałem jej od zeszłego tygodnia. Ostatni raz przyszła do pracy w piątek. W niedzielę mamy zamknięte, a w poniedziałek już się nie zjawiła.

– Próbował pan się z nią skontaktować?

– Fran poszła do hotelu, w którym Angel mieszkała. Wypytała ludzi, ale nikt nic nie wiedział. No więc zatrudniłem kogoś innego.

– A rodzina?

– Nic mi o niej nie wiadomo. Porozmawiajcie lepiej z Fran. Przyjaźniła się z Angel.

– Nie zgłosił pan zaginięcia?

– Na policji? – Pokręcił głową. – Nie. Pracownicy przychodzą i odchodzą. Jeśli rezygnują, robią to tak, że rzucają fartuchem w czasie największego ruchu albo po prostu się nie zjawiają. Taka branża. Angel… – zamilkł, jakby zbierał myśli – …miła dziewczyna. Ale dziwna. Zawsze miałem wrażenie, że myślami jest gdzie indziej.

– Czy w takim razie możemy porozmawiać z Fran? – spytała Micki.

– Oczywiście, nie ma sprawy. – Przywołał kelnerkę. – Państwo chcą ci zadać kilka pytań o Angel.

– Okej – odparła Fran. Wyglądała na niespokojną.

– Słyszała pani, że rozmawiamy o Angel.

– Tak. – Wytarła dłonie o fartuch. Zach zwrócił uwagę, że się trzęsły.

– I że znaleźliśmy jej dowód przy martwym dilerze. – Pokiwała głową. – Chcemy się upewnić, że nic jej nie jest. Słyszała pani nazwisko Martin Ritchie?

Zastanowiła się, po czym pokręciła głową.

– Kiedy ostatni raz widziała pani Angel?

– W piątek. Po pracy poszłyśmy na imprezę. W śródmieściu. Na kampusie Tulane’a.

– Proszę opowiedzieć, jak wyglądał ten wieczór.

– Nie ma o czym opowiadać. Poszłyśmy na imprezę, poznałam kogoś, a kiedy wróciłam, jej już nie było.

– Pytała pani, dokąd poszła?

Pokiwała głową.

– Nikt nic nie wiedział. Parę osób zauważyło, jak wychodziła.

Zach spojrzał na Mick. Tak, jej też coraz mniej się to podobało.

– Nie przejęłam się.

– Dlaczego?

– Bo Angel taka jest. Zachowuje się… inaczej niż wszyscy. Pomyślałam, że może się na mnie obraziła. Bo namówiłam ją na imprezę, a potem zostawiłam. To nie było fajne. Zwłaszcza że miała urodziny.

– Urodziny?

Skinęła głową. Po jej minie było widać, jak bardzo żałuje, że nie postąpiła inaczej.

– Kiepsko się z tym czuję.

To ten żal, który odebrał, kiedy dotknął jej ręki.

– Teddy powiedział, że poszła pani do niej.

– Tak, wynajmuje pokój niedaleko Tulane’a. Byłam tam, nikt jej nie widział. Ci ludzie nie byli zbyt przyjemni.

– A samochód? – spytała Mick. – Albo telefon?

– Oszczędzała na wóz. I nie miała komórki. – Wzruszyła ramionami. – Mówiłam, że jest inna.

– Uczyła się?

Fran zaprzeczyła.

– Miała rodzinę?

– Raczej nie. Nigdy o niej nie wspominała.

– Ma tu jakąś szafkę albo coś takiego?

– Tak, ale… tam nic nie ma.

– Możemy zajrzeć?

– Jeśli Teddy pozwoli.

Pozwolił. Kilka chwil później Zach wpatrywał się w pustą metalową szafkę. Zwyczajna, zamykana na klucz, taka jak w szkołach.

Nic. Nawet szumu. Przesunął dłonią po wnętrzu, potem po drzwiczkach. Ciągle nic.

Odwrócił się do Fran i się uśmiechnął.

– Proszę powiedzieć, jak nazywa się to miejsce, w którym Angel wynajmuje pokój.

– Tulane Courtyard Lodge.

– Dziękujemy, Fran. – Zapisał na kartce kontakt do siebie i wręczył ją dziewczynie. – Proszę do mnie zadzwonić, jeśli Angel się odezwie, dobrze?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?