Limonow

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Limonow
Limonow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Limonow
Limonow
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tym, co ja uważam za najstraszniejsze, jest okrutny spokój, z jakim Eduard podaje to stwierdzenie. Później spotka kilka postaci nowojorskiego undergroundu, Andy’ego Warhola, ludzi z Factory, beatników, takich jak Allen Ginsberg i Lawrence Ferlinghetti, i choć nie robią na nim zbyt wielkiego wrażenia, przyznaje, że ich nazwiska zapisały się w historii. Zasługują na to, co się o nich mówi, ja też ich znałem. Tymczasem nie został żaden ślad — jak twierdzi Limonow — po smogistach i ich liderze Loni Gubanowie, po Igorze Woroszyłowie, po Wadimie Delone, po Cholinie, Sapgirze i innych, na których temat sporządziłem całe strony notatek, których wam teraz oszczędzę. Przeterminowana awangarda, słoik z zastygłą cieczą, statyści w krótkim rozdziale pełnego przygód życia Eduarda. Utkwili w tym słoiku na zawsze, i to jest smutne.

Ta mieszanka pogardy i zazdrości nie czyni mojego bohatera zbyt sympatycznym, zdaję sobie z tego sprawę. Znam w Moskwie kilka osób, które spotykały go w tamtych czasach i wspominają jako nieznośnego młodzieńca. Przyznają jednak, że był sprawnym krawcem, niezwykle utalentowanym poetą i, na swój sposób, uczciwym facetem. Aroganckim, lecz lojalnym w każdych okolicznościach. Pozbawionym wszelkiej wyrozumiałości, lecz godnym uwagi, ciekawym, a nawet pomocnym. Przecież także gdy twierdził, że jego towarzysz Igor ma rację, mówiąc, że jest przegrany, to jednak przez całą noc nie zważał na nic, tylko go pocieszał. Nawet ci, którzy go nie lubili, opowiadali, że można było na niego liczyć, że nie zostawiał ludzi w potrzebie, że opiekował się nimi, gdy byli chorzy lub nieszczęśliwi, toteż myślę, że liczni samozwańczy przyjaciele rodzaju ludzkiego mający na ustach tylko słowa pełne serdeczności i współczucia są tak naprawdę bardziej egoistyczni i obojętni niż ten chłopiec, który przez całe życie odgrywał rolę „złego”. Jeden szczegół: wyjeżdżając z kraju, zostawił trzydzieści własnoręcznie ułożonych i oprawionych zbiorków i n n y c h p o e t ó w. Bo, jak powiedział przy pewnej okazji, „interesowanie się innymi stanowi element mojego programu”.

4

Zaaklimatyzowali się w Moskwie, napływają zamówienia na spodnie, wiodą hipisowskie, raczej radosne życie. Jednak to, czego obawiała się Anna przed wyjazdem z Charkowa, teraz zaczyna się spełniać: młody łajdak nie zdradza jej, bo wierność stanowi część jego kodeksu moralnego, ale jest pełen uroku, zdrowy, szczęśliwy, a ona jest grubą, zniszczoną, starzejącą się kobietą, którą dopada szaleństwo czające się gdzieś w niej już od dłuższego czasu. Robi mu sceny, ale to nic nowego. Poważniejsze jest to, że odpływa, popada w depresję. Zaczyna się przewracać na ulicach. Pewnego dnia mówi mu: „Zabijesz mnie. Wiem, że mnie zabijesz”.

Zostaje na kilka tygodni zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. W czasie odwiedzin jest często nieprzytomna, otumaniona silnymi środkami uspokajającymi, ale zdarza się, że Eduard zastaje ją przywiązaną do łóżka, ponieważ biła się z innymi osadzonymi — mówi się o osadzonych, nie o chorych, tak bardzo więzienna panuje tam atmosfera.

Po wyjściu ze szpitala Anna wyjeżdża na odpoczynek do dalekich znajomych, którzy mają domek nad morzem, na Łotwie. Eduard odwozi ją, czuwa nad przenosinami, dogaduje się za jej plecami z Dagmar, panią domu, żeby podawała jej lekarstwa. Ojciec Dagmar, stary brodaty malarz o twarzy fauna, proponuje terapię malowaniem. Akwarele powinny ją uspokoić. Dobry pomysł — zgadza się Eduard i wraca sam do Moskwy. W dniu 6 czerwca 1971 roku idzie na imprezę do swojego przyjaciela Sapgira.

Sapgir, podobnie jak Brusiłowski, to jedna z nielicznych osób z jego otoczenia, które dobrze radzą sobie w życiu. Pisze baśnie pełne niedźwiedzi i rusałek, czytane przez wszystkie dzieci w kraju, ma ładne mieszkanie, daczę i kontakty zarówno w podziemiu, jak i w świecie oficjalnej kultury. Można u niego spotkać braci Michałkowów, Nikitę i Andrieja. Utalentowani reżyserzy, sławni za granicą, lawirują między potulnością a butą równie zwinnie jak ich ojciec, słynny poeta, który między początkiem a schyłkiem swej długiej kariery znajdzie sposób, by tworzyć hymny na cześć i Stalina, i Putina. Eduard nie cierpi Michałkowów, podobnie jak wszystkich innych „spadkobierców”. Wśród przyjaciół Sapgira jest taki jeszcze jeden: Wiktor, wysoko postawiony aparatczyk, działający w kulturze, łysy i elegancki pięćdziesięciolatek, który tego dnia przyjeżdża białym mercedesem i przedstawia towarzystwu swoją nową narzeczoną Jelenę.

Jelena ma dwadzieścia lat. Smukła brunetka w skórzanej mini i w szpilkach — to dziewczyna, jakiej Eduard nigdy jeszcze nie widział „naprawdę”, lecz tylko na okładkach zagranicznych pism, przekazywanych sobie ukradkiem: „Elle” czy „Harper’s Bazaar”. Jest oczarowany. Boi się do niej zbliżyć. Gdy dziewczyna na niego patrzy, pochyla się nad talerzem. To ona go zaczepia, rozbawiona tą nieśmiałością. Kilka tygodni później powie mu, że w swoich białych dżinsach, w czerwonej, rozchełstanej na opalonym torsie koszuli był jedyną naprawdę żywą istotą w tym zbiorowisku sytych, zblazowanych ludzi. Otwierając z hukiem szampana, Eduard tłucze kilka kieliszków z weneckiego szkła, na co ona wybucha śmiechem. To, że jest poetą, nie dziwi jej, poetów tutaj pełno na ulicach, ale gdy zachęcony recytuje swoje wiersze, dziewczyna szeroko otwiera oczy. Ona sama, nakłoniona przez Wiktora, napisała kilka. Są złe, ale Eduard jej tego nie mówi. Nie mówi też, że jej piesek jest groteskowy. Gdy rozmawiają, śmieją się i karmią pudla kawiorem, Wiktor i inni ważniacy w jego wieku porównują swoje osiągnięcia i gratulują sobie hałaśliwie. Gdy wychodzą, Wiktor pyta Jelenę, czy się dobrze bawiła — tonem ojca, który przyszedł po córkę na plac zabaw. Sapgir jest bardziej spostrzegawczy, obserwował dwoje młodych kątem oka. Bierze więc Eduarda na stronę: „Nie wygłupiaj się — mówi. — To nie jest dziewczyna dla ciebie”.

W początkach lata Wiktor jedzie do Polski z cyklem wykładów na temat ważnej misji sztuki socjalistycznej i przyjaźni między narodami. Eduard ma szczęście: jego przyjaciele wyjeżdżają na daczę i powierzają mu opiekę nad swoim trzypokojowym mieszkaniem w centrum. To Jelena z ciekawości idzie z nim do łóżka, a nie on z nią, i ten pierwszy raz nie wypada jakoś szczególnie. Później Eduard nadrobi zaległości, ale jako dwudziestosiedmiolatek nie może pochwalić się bogatym życiem erotycznym: po randkach w Saltowie nastąpiło sześć lat monogamii z kobietą, która niezbyt go podniecała, była raczej ostatnią deską ratunku aniżeli kochanką. Jelena jest dla niego jak kosmitka. Ma szczupłe, wspaniałe ciało, niewiarygodnie gładką skórę, bez jednej nierówności, bez jednego zaczerwienienia, bez jednej fałdki. Marzył o takim przez całe życie, nie mając pewności, czy w ogóle istnieje. Teraz, gdy trzyma ją w ramionach, pragnie, żeby do niego należała, żeby już nigdy nie była z nikim, tylko z nim. Niestety, szybko dociera do niego, że Jelena widzi to wszystko inaczej. Wykorzystała nieobecność Wiktora, żeby przespać się z muskularnym, energicznym chłopakiem, nieśmiałym i bezczelnym jednocześnie, ale w środowisku, w którym żyje, sypianie z kimś nie niesie z sobą żadnych konsekwencji. Tu właściwie wszyscy sypiają z wszystkimi, a młody poeta — i Jelena nie widzi powodu, by to ukrywać — nie jest jedynym, który jej się podoba. Ma jeszcze na oku aktora zbliżonego do tych uprzywilejowanych kręgów, w których pija się szampana i jeździ mercedesami.

Przez następne dni Jelena nie daje znaku życia. Eduard się zadręcza, nie może wytrzymać i któregoś wieczoru do niej idzie. Dzwoni z bijącym sercem. Nie ma nikogo. Postanawia zaczekać na schodach. Latem blok przedstawicieli nomenklatury jest wyludniony, żaden podejrzliwy sąsiad nie pyta go, co tu robi. Mijają godzina, dwie, cała noc. Eduard zasypia, budzi się czasem z czołem opartym o kolana. Tuż przed świtem słyszy śmiech Jeleny w holu, trzy piętra niżej. Odpowiada jej śmiech mężczyzny.

Eduard ukrywa się piętro wyżej. Widać stąd, jak winda się zatrzymuje i Jelena wychodzi, ciągle się śmiejąc, ze znanym aktorem, który całuje ją w usta, a potem razem wchodzą do mieszkania. Eduard cierpi, ma wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu tak nie cierpiał. Jedynym remedium na taki ból jest dla chłopaka z Saltowa coś, czego nie zrobił dziesięć lat wcześniej ze Swietą i tym skurwielem Szurikiem: zabije ich, ją i jej gacha. Zawsze nosi przy sobie nóż. Wyjmuje go, schodzi piętro niżej, ponownie dzwoni. Żadnej odpowiedzi. Chyba jeszcze nie zdążyli zacząć się pieprzyć. Dzwoni, a potem wali w drzwi mocno, złowrogo, jak KGB, gdy przychodzi nocą aresztować ludzi. Choć czasy nie są już tak krwawe jak dawniej, Jelenę ogarnia strach. Eduard słyszy, jak idzie z głębi mieszkania. Łamiącym się głosem pyta:

— Kto tam?

— Eddy?

Uspokojona, zaczyna się śmiać.

— Wiesz, która godzina? Zwariowałeś!

Nie chce go wpuścić, prosi, żeby sobie poszedł, najpierw grzecznie, potem już stanowczo. Ale to jeszcze nie koniec! Eduard na schodach podcina sobie żyły. Trzeba otworzyć, żeby się nim zająć. W kuchni, do której go przenieśli, piesek ze smakiem zlizuje krew z jego nadgarstka.

Każda inna zerwałaby z nim natychmiast. Ale nie Jelena. Nie tyle przeraziła ją ta scena, ile zaimponowała jej miłość, jaką darzy ją młody poeta. W jej środowisku ludzie nie umieją tak kochać: dziko, nieustępliwie. On traktuje wszystko zbyt poważnie, ale w porównaniu z nim wszyscy inni, których zna, wydają się letni. W dodatku gdy minęły pierwsze emocje, Edik okazuje się świetnym kochankiem i przez całe lato pieprzą się we wszystkich pozycjach, we wszystkie otwory — wkrótce będzie czekać na ich schadzki tak niecierpliwie jak on. Gdy Wiktor wraca z objazdu po Polsce, spotykają się w mieszkaniu, w którym Eduard podlewa rośliny. Latem w Moskwie panują potworne upały. Spędzają nago całe popołudnia, biorą razem prysznic, podniecają się, oglądając w lustrze swoje ciała — jego opalone, a jej — bardzo blade. Pod koniec sierpnia właściciele mieszkania wracają z daczy i trzeba ustąpić im miejsca. Ale Eduard znów ma szczęście: koleżanka chce podnająć swój pokój wielkości dziewięciu metrów kwadratowych, a to zbyt wartościowa rzecz, by ryzykować, że je straci, kiedy przeprowadzi się gdzie indziej. Pokój jest oddalony o pięć minut drogi od mieszkania Jeleny i Wiktora, po drugiej stronie klasztoru nowodziewiczego. Eduard uznaje to za znak od losu i gdy Anna wraca z Łotwy, robi coś, czym zwykle się brzydzi: kłamie. Mówi, że ich pokój sprzed wakacji jest już zajęty, że czekając na coś lepszego, śpi na kanapie u przyjaciół, którzy nie mogą jej ugościć, i że znalazł jej tymczasowo miejsce na innej kanapie u innych przyjaciół.

 

Mógłby z nią porozmawiać, powiedzieć jej, że zakochał się w kimś innym. Powinien tak zrobić, kłamstwo mu ciąży, ale nie ma śmiałości. Boi się jej reakcji, jej szaleństwa, boi się, że ją zniszczy. Anna wygląda całkiem nieźle, jest odprężona, lato nad Bałtykiem najwyraźniej dobrze jej zrobiło. Jednak Eduard uważa, że się zmieniła, i to nie tylko dlatego, że czuje się lepiej. To wrażenie potwierdza się, gdy idą do łóżka: jej gesty nie są takie jak dawniej. Choć jest zakochany w innej, nie daje mu to spokoju. Rano, gdy Anna jeszcze śpi, Eduard przeszukuje jej walizkę i trafia na zeszyt, w którym prowadziła dziennik. Pisze w nim o przyrodzie, o morzu, o kwiatach, o nowym, malarskim powołaniu i na marginesie jednej ze stron przyznaje się do szalonej namiętności, jaką odczuwa wobec ojca Dagmar, starego brodatego malarza o twarzy fauna. Eduard jest wstrząśnięty, szaleje z zazdrości. Anna wstaje i krząta się po pokoju. Jaka spokojna jest ta kłamczucha, ta niewierna kobieta! Zachowuje się, jakby miała czyste sumienie!

Eduard nie zdradza się ze swoim odkryciem, ale przekonuje Annę, żeby wróciła na jakiś czas do Charkowa, dopóki on nie znajdzie pokoju odpowiedniego dla nich dwojga. Następnego dnia odprowadza ją na dworzec, ani na chwilę nie przestając myśleć o jej tłustym ciele, w które wchodzi stary gruzłowaty malarz. Wcale nie uspokaja go myśl, że sam posiadł drobne, piękne ciało bogatej dziewczyny. Zresztą wie też dobrze, że go nie posiadł, że Jelena używa go tak jak sama chce, nie przejmując się Eduardem. A on cierpi. Kupuje Annie prowiant na drogę, znajduje jej wygodne miejsce. W zasadzie ma to być tylko krótkie rozstanie, ale Eduard wie, że tak naprawdę to koniec. Anna nie wróci do Moskwy.

Przez całą jesień zżera go namiętność do Jeleny. Chodzą na długie spacery po cmentarzu Nowodziewiczym, miejscu literackich pielgrzymek miłośników Czechowa i innych dziewiętnastowiecznych brodaczy. Jelena, ponieważ kocha poetę, sądzi, że dobrze robi, popadając nad ich grobami w zadumę, a on ją wtedy tak słodko szokuje, gdy łapie ją za tyłek. On, gładkolicy, młody i żywy, nie lubi ani literackich pielgrzymek, ani dziewiętnastowiecznych brodaczy. Piesek, który pił jego krew, drobi za nimi krok w krok i piszczy, gdy się pieprzą w jednoosobowym łóżku w jego pokoiku w komunałce. Babuszka z sąsiedniego pokoju swawolnie puszcza do nich oczko. „Od razu widać — mówi do Eduarda — że ona nie jest z twojego świata, ale widać też, że ty masz sporo w gaciach. Pewnie robisz jej rzeczy, o których istnieniu jej bogaci koledzy nawet nie słyszeli”. Eduard lubi tę babuszkę, lubi siebie w roli robola z dużym fiutem, który doprowadza księżniczkę do spazmów szalonej rozkoszy, i myśli o chorych z zazdrości absztyfikantach z wielkiego świata. Wszyscy się w niej kochają, ale ona kocha jego i to dla niego zimą postanawia rzucić Wiktora. To z nim bierze ślub w cerkwi. To z nim chce żyć skromnie w jednym pokoiku i od czasu do czasu w pożyczonych mieszkaniach.

Wygrał. Wszyscy mu zazdroszczą. Środowisko podziemia, gdzie nikt wcześniej nie widział równie pięknej i zadbanej kobiety, bogacze, którym bezczelny poeta w białych dżinsach podwędził księżniczkę. Jelena i on przez kilka sezonów są parą królewską moskiewskiej bohemy. Jeżeli w latach siedemdziesiątych, w breżniewowskiej szarudze, było coś, co można było nazwać sowieckim glamour, to oni byli jego uosobieniem. Zachowało się zdjęcie, na którym widać go, jak stoi, długowłosy, triumfujący, ubrany w coś, co nazywa swoją „kurtką bohatera narodowego”, patchwork ze stu czternastu kolorowych łat, własnoręcznie uszyty, a u jego stóp — Jelena, naga, przepiękna, smukła, o małych, lekkich piersiach, których widok doprowadzał go do szaleństwa. Tę fotografię miał przy sobie przez całe życie, wszędzie ją woził, naklejał na ścianach, niczym ikonę, w każdym ze swoich obozowisk. To zdjęcie jest jego talizmanem. Przypomina mu, że cokolwiek się stanie, jakkolwiek nisko upadnie, to dawniej był właśnie takim mężczyzną. Miał właśnie tę kobietę.

5

Równoległe żywoty sławnych mężów. Aleksander Sołżenicyn i Eduard Limonow wyjechali z kraju wiosną 1974 roku, ale wyjazd pierwszego odbił się w świecie szerszym echem niż wyjazd drugiego. Od czasu upadku Chruszczowa ciągnął się otwarty konflikt między władzą a prorokiem z Riazania, który był uważany za najważniejszego pisarza swoich czasów i z tego powodu jego dzieła objęto zakazem publikacji — typowo radziecka sprzeczność. Niewiele znam równie pięknych historii jak biografia tego średniowiecznego pustelnika, wieśniaka, który wyszedł cało z choroby nowotworowej i z obozów i żył w przekonaniu, że ujrzy za życia triumf prawdy, bo kłamcy się boją, a on nie. Ten człowiek, w momencie gdy jego koledzy głosują nad wykluczeniem go ze Związku Pisarzy, z takiego między innymi powodu, że „nie można znaleźć w jego dziełach tematu koleżeństwa między pisarzami”, potrafi odpowiedzieć spokojnie: „Oficjalną literaturę, czasopisma, wydane powieści uznaję raz na zawsze za niebyłe. Nie chodzi o to, że na tej niwie nie mogą wyrastać talenty (bo jest ich trochę), ale na pewno na niej więdną. Ta niwa nie jest dobra, ponieważ przyzwala na n i e m ó w i e n i e fundamentalnej prawdy, tej, która rzuca się w oczy, i nie potrzeba do tego literatury”. Fundamentalna prawda to oczywiście istnienie Gułagu. To także fakt, że Gułag istniał przed Stalinem i istnieje po nim, że nie jest chorobą radzieckiego ustroju, lecz jego istotą, a nawet jego celem. Sołżenicyn spędził dziesięć lat na potajemnym zbieraniu wspomnień dwustu dwudziestu siedmiu byłych zeków. Utrwalał je swoim drobnym pismem, zakopywał rękopisy, przerzucał je na Zachód w postaci mikrofilmów i tak wzniósł ten monument, Archipelag Gułag, który wychodzi we Francji i w Stanach Zjednoczonych na początku 1974 roku i jest czytany w Radio-Liberté (RWE).

Jurij Andropow, który w tym czasie przejmuje kierownictwo nad KGB, szybko zdaje sobie sprawę, że ta bomba jest dla reżimu groźniejsza niż cały amerykański arsenał jądrowy, i proponuje pilne zebranie Politbiura. Raport ze spotkania kryzysowego został podany do wiadomości publicznej w 1992 roku, gdy Jelcyn odtajnił archiwa. To prawdziwy dramat, który zasługiwałby na odegranie na scenie. Breżniew, już wówczas nie bardzo przytomny, nie widzi zagrożenia. Zgadza się, rzecz jasna, że należy skrytykować jako burżujską propagandę ten atak „na wszystko, co mamy najświętszego”, ale koniec końców zostawić tak, jak jest: sprawa przycichnie, jak przycichły protesty przeciwko inwazji na Czechosłowację. Podgorny, przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR, nie podziela tego poglądu. Pieniąc się z wściekłości, wrzeszczy, że ustrój zmiękł do tego stopnia, iż nikt nie bierze nawet pod uwagę najrozsądniejszego rozwiązania: kula w łeb i koniec. W Chile jakoś nie mają z tym problemu, owszem, za Stalina trochę się z tym przesadzało, ale teraz popadamy w drugą skrajność. Bardziej dyplomatyczny Kosygin proponuje zesłanie autora za krąg polarny. Można sobie wyobrazić, jak w trakcie tej tyrady Andropow wzdycha, wznosi oczy do nieba, a gdy wreszcie zabiera głos, mówi: „Wszystko ładnie, pięknie, ale moi drodzy przyjaciele, jest już za późno. Kulę w łeb należało mu władować dziesięć lat temu, teraz przygląda się nam cały świat. Sołżenicynowi włos nie może spaść z głowy! Nie, jedyne, co możemy zrobić, to wydalić go z kraju”.

Wszystko jest wielkie w losie Sołżenicyna, który dwa dni po tym posiedzeniu został wsadzony siłą do samolotu lecącego do Frankfurtu, gdzie Willy Brandt podjął go niczym głowę państwa. Jego wydalenie pokazuje jednak — i to słusznie martwiło wściekłego Podgornego — że radziecki ustrój stracił siłę i upodobanie w tym, by przerażać, że teraz szczerzy zęby bez przekonania i zamiast niepokornych prześladować, woli ich wydalać z ojczyzny, niech wieszają się gdzie indziej. Gdzie indziej, czyli w Izraelu. Wówczas w ZSRR hojnie rozdawano paszporty tym, którzy obierali ów kierunek. By taki dokument otrzymać, należało w zasadzie być Żydem, ale władze nie były pod tym względem zbyt skrupulatne i miały skłonność uznawać każdego zapiekłego pieniacza za Żyda — co czyniło kandydaturę Limonowa możliwą do przyjęcia.

Gdy go spytałem o okoliczności wyjazdu, opowiedział o wezwaniu na Łubiankę, do moskiewskiej siedziby KGB. Był to gmach najbardziej ponury ze wszystkich, do którego wchodziło się, nie mając pewności, czy się go kiedyś opuści. Każda wzmianka o nim sprawiała, że ludzie bledli. Oprócz Limonowa. Twierdzi, że przyszedł tam z rękoma w kieszeniach, niemalże pogwizdując, w końcu była to również firma jego ojca, a funcjonariusze nie byli aż tak źli, jak odmalowywali ich dysydenci. To byli dobrotliwi, wiecznie przysypiający urzędnicy. Dobry dowcip wystarczył, by ich ujarzmić. Opowiada też, że dzięki koledze poznał ni mniej, ni więcej tylko córkę — kolega z nią studiował — Andropowa, zresztą dość ładną dziewczynę. Rozśmieszał ją przez cały wieczór, trochę ją podrywał, a w końcu zlecił jej pewne zadanie. Czy mogłaby przekonać kochanego tatusia, by rzucił okiem na dokumenty poety Sawienki — Limonowa? Mała z godnością podjęła się tego zadania i kilka dni później wróciła z takim podsumowaniem: „Element antyspołeczny, zagorzały przeciwnik ZSRR”— ale skąd mamy wiedzieć, czy była to prawda, czy tylko sobie z niego kpiła?

Pewne jest to, że w przeciwieństwie do innych elementów antyspołecznych i antysowieckich, takich jak Brodski czy Sołżenicyn, których należało wyrzucić za drzwi siłą i którzy daliby sobie rękę uciąć, byleby tylko nie opuszczać ojczystej ziemi i języka, Eduard i Jelena m i e l i o c h o t ę wyemigrować. On — ponieważ, zgodnie ze schematem, który już trochę znamy, był przekonany, że w ciągu siedmiu lat zatoczył krąg w moskiewskim podziemiu, podobnie jak w ciągu siedmiu poprzednich lat w środowisku charkowskich dekadentów. Jelena — ponieważ miała głowę nafaszerowaną artykułami z zagranicznych czasopism o gwiazdach, o sławnych modelkach i myślała: „Dlaczego nie ja?”.

Przyprowadzała czasem Eduarda do pewnej bardzo starej damy, która była ciotką jednej z jej przyjaciółek i nazywała się Lila (Lili) Brik. „To żywa legenda”, mówiła Jelena z szacunkiem. Lila była w młodości muzą Majakowskiego. Jej siostra została, jako Elsa Triolet, muzą Aragona. Dla Eduarda było zagadką, w jaki sposób te pulchne i brzydkie kobiety zdołały schwytać w swoje sidła mężczyzn takiego kalibru.

Nudziły go te wizyty. Jedyną żywą legendą, która go interesuje, jest on sam i nie lubi ani przeszłości, ani tych mieszkań, tak typowych dla starej rosyjskiej inteligencji, pełnych książek i obrazów, samowarów, dywanów i przysypanych kurzem lekarstw na stolikach nocnych. Jemu odpowiadają krzesło i materac — co już i tak jest luksusem. Na wsi wystarczy gruby płaszcz. Jednakże Jelena nalegała, bo lubiła sławnych ludzi, poza tym osiemdziesięcioletnia Lila nieludzko wręcz się jej przypochlebiała. Bez przerwy zachwycała się jej urodą — niech tylko się pokaże, a cały Zachód padnie do jej stóp. Jeżeli pojadą do Paryża, niech odwiedzą Aragona, a jeżeli do Nowego Jorku — jej starą przyjaciółkę Tatianę, która również swego czasu była kochanką Majakowskiego, a dziś rządzi socjetą Manhattanu. Podczas każdej z ich wizyt Lila pokazywała Jelenie ciężką i piękną bransoletę ze srebra, którą podarował jej Majakowski. Okręcając ją i przesuwając wokół starego, suchego nadgarstka, uśmiechała się do dziewczyny: „To ty ją będziesz nosić, gołąbeczko, po mojej śmierci. Dam ci ją dzień przed twoim wyjazdem”.

Nam, ludziom, którzy latają samolotami, gdy tylko mają na to ochotę, trudno jest zrozumieć, że dla radzieckiego obywatela słowo „emigracja” oznaczało podróż w jedną stronę. Trudno nam zrozumieć słowa mocne jak cios siekierą: „na zawsze”. I nie piszę tu o odszczepieńcach, artystach pokroju Nuriejewa czy Barysznikowa, którzy skorzystali z zagranicznego tournée, by poprosić o azyl polityczny. O takich jak oni mawiano na Zachodzie, że „wybrali wolność”, a na łamach „Prawdy” nazywano ich zdrajcami ojczyzny. Piszę o ludziach, którzy emigrowali legalnie. Stało się to możliwe, choć wciąż było trudne, w latach siedemdziesiątych, ale ktoś, kto składał wniosek o paszport, wiedział, że jeśli wyjazd dojdzie do skutku, nigdy nie będzie mógł wrócić. Nawet z wizytą, nawet na krótko, nawet po to, by ucałować umierającą matkę. To dawało do myślenia, dlatego tak niewielu chciało wyjeżdżać i władza miała tego pełną świadomość, otwierając ów wentyl bezpieczeństwa.

 

Ostatnie dni przed wyjazdem były bolesne. Śmiech z przyjacielem, chwile spędzone pod lipą, jazda ruchomymi schodami stacji metra Kropotkinskaja pomiędzy rzędami lamp i wyjście na świeże powietrze, wprost na kioski kwiaciarek, w zapach moskiewskiej wiosny. Wszystko, co robili tysiące razy, nie zwracając na to uwagi, teraz wydarzało się po raz ostatni i odkrywali to z pewnym osłupieniem. Każda cząstka tego znajomego świata stanie się wkrótce nieosiągalna. Będzie wspomnieniem, kartą, którą przewrócą, by już nigdy jej nie przeczytać, powodem nieuleczalnej nostalgii. Porzucić to życie, które znało się od dziecka, by zacząć inne, po którym oczekuje się tak wiele, lecz nie wie się o nim nic — to było jak śmierć. A ci, którzy zostawali, albo ich przeklinali, albo silili się na radość, podobnie jak ludzie religijni, gdy towarzyszą bliskim w drodze ku bramom do lepszego świata. Czy powinni się cieszyć, bo oni będą szczęśliwsi tam niż tutaj? A może płakać, bo już nigdy ich nie spotkają? Wątpliwości skłaniały do picia. Często te pożegnalne spotkania przeradzały się w zapoje, tak wariackie, że kandydaci na emigrantów trzeźwieli, zdezorientowani, dopiero po odlocie samolotu. Następnego lotu nie było, drzwi się zatrzaskiwały, by już nigdy więcej się nie otworzyć. I nie pozostawało już nic innego jak picie, nie wiadomo, czy po to, by zalać rozpacz, na którą już teraz nie było żadnego lekarstwa, czy, jak powtarzali kumple pomiędzy jedną sójką w bok a drugą, z wdzięczności, że ich to ominęło. „Tu jest nam lepiej, nie? Jesteśmy razem. W domu”.

Choć Eduard jest mało sentymentalny, choć mocno wierzył w świetlaną przyszłość, jaka czekała Jelenę i jego w Ameryce, to musiał czuć wewnętrzne rozdarcie. Podejrzewam, że pojechał z Jeleną pożegnać się z jej rodziną — to także byli wojskowi, lecz znacznie wyżsi rangą niż jego ojciec. I wiem, że Jelena pojechała z nim pociągiem do Charkowa, gdzie poznała nie tylko Wieniamina i Raję — zdumionych zuchwałością syna, przerażonych, że go stracą — ale także Annę, która dowiedziawszy się od sąsiadów o krótkiej wizycie swojego byłego konkubenta, stawiła się u Sawienków i odegrała scenę histerii godną najlepszej rosyjskiej tradycji podszytej dostojewszczyzną. Rzucała się do stóp uroczej młodej kobiety, która zabrała jej młodego łajdaka, całowała jej ręce, płacząc i powtarzając, że jest piękna, że jest dobra, że jest szlachetna, że jest ulubienicą Boga i aniołów i że ona, Anna Mojsiejewna, biedna, gruba, brzydka Żydówka, jest zgubiona i niegodna dotykać nawet rąbka jej sukienki. Nie chcąc być gorsza i być może przypominając sobie maniery Nastazji Filipowny z Idioty, Jelena podniosła nieszczęsną, ucałowała ją z emfazą, na koniec zaś teatralnym gestem zdjęła z palca pierścionek z brylantem, który dostała od rodziny, i uparła się, by dać go Annie na pamiątkę. A gdy egzaltacja sięgnęła zenitu, krzyknęła: „Módl się za mnie, droga, droga duszo! Obiecaj, że będziesz się za mnie modlić!”.

W pociągu, gdy malały na peronie biedne pochylone sylwetki jego rodziców, którzy powiewali chusteczkami, pewni, że nigdy już nie ujrzą swojego jedynaka, Eduard pomyślał, że skoro Jelena pozwoliła sobie na luksus obdarowania pięknym klejnotem tej wariatki Anny, to liczy na jakiś inny, jeszcze piękniejszy. Dzień przed wyjazdem poszli się pożegnać z Lilą Brik, i ta stara jędza, owszem, dała im obiecane listy polecające („Polecam ci — pisała do swojej byłej rywalki Tatiany — dwoje cudownych dzieci. Zaopiekuj się nimi. Bądź ich dobrą wróżką”), ale po raz pierwszy nie miała na ręku swojej bransolety i przez całą wizytę nie wspomniała o niej słowem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?