Limonow

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Limonow
Limonow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Limonow
Limonow
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Mam kłopot z połączeniem tych wizerunków: pisarz łobuz, mój dawny znajomy, ścigany partyzant, odpowiedzialny polityk, gwiazda, której celebryckie magazyny poświęcają kilkustronicowe, ociekające słodyczą artykuły... Dochodzę do wniosku, że aby się w tym rozeznać, powinienem spotkać bojowników jego partii, prymitywnych nacboli. Łysole, którzy codziennie wożą mnie w czarnej wołdze do szefa i którzy początkowo trochę mnie przerażali, okazują się miłymi, lecz niezbyt rozmownymi chłopakami, albo to ja mam do nich złe podejście. Wychodząc z konferencji prasowej Kasparowa, zaczepiłem jakąś dziewczynę tylko dlatego, że mi się podobała, i zapytałem, czy jest dziennikarką. Odpowiedziała, że tak, pracuje przy stronie internetowej Partii Narodowo-Bolszewickiej. Śliczna, grzeczna, dobrze ubrana. A była nacbolką.

Dzięki tej uroczej dziewczynie poznałem równie uroczego chłopca — szefa (nielegalnego) sekcji moskiewskiej ugrupowania. Długie włosy związane w kucyk, otwarta, przyjacielska twarz. Nie wygląda na faszystę, raczej na bojownika alterglobalistę albo anarchistę z grupy Tarnac Nine. W mieszkanku na przedmieściu miał płyty Manu Chao, a na ścianach obrazy w stylu Jeana-Michela Basquiata[5], dzieła jego żony.

Pytam:

— Czy twoja żona prowadzi razem z tobą walkę polityczną?

— O, tak — odpowiada. — Zresztą akurat jest w więzieniu. Należała do trzydziestu dziewięciu osób, którym w 2005 roku wytoczono słynny proces, ten śledzony przez Politkowską.

Mówi to z szerokim uśmiechem, pękając z dumy — a to, że akurat on nie siedzi, to nie jego wina, po prostu jemu nie powiezło, nie udało mu się. Może innym razem, jeszcze nic straconego.

Razem idziemy do trybunału dystryktu tagańskiego, gdzie, tak się akurat składa, kilku nacboli staje dziś przed sądem. Maleńka salka, oskarżeni w kajdankach i w klatce, a na trzech ławkach dla publiczności ich kumple, wszyscy z partii. Za kratkami siedzi ich siedmioro — sześciu chłopców o bardzo różnym wyglądzie, od brodatego muzułmańskiego studenta po working class hero w dresie, i jedna, trochę starsza od nich kobieta, czarnowłosa, rozczochrana, blada, dość ładna, w stylu nauczycielki historii o lewackich poglądach, która ręcznie skręca sobie papierosy. Są oskarżeni o chuligaństwo, czyli o bójkę z putinowską młodzieżówką. Wszyscy jej uczestnicy odnieśli lekkie obrażenia. Przesłuchiwani mówią, że tamci, którzy zaczęli, nie są ścigani, że ten proces jest czysto polityczny i że jeśli muszą zapłacić za swoje przekonania, to nie ma sprawy, zapłacą. Obrona podkreśla, że to nie są chuligani, lecz pilni studenci z dobrymi wynikami, że odsiedzieli już rok w areszcie tymczasowym i że to wystarczy. Argument nie przekonuje sędziego. Wyrok dla wszystkich: dwa lata. Policjanci ich wyprowadzają, a oni wychodzą ze śmiechem, wznosząc pięści i krzycząc: do smierti! — „do śmierci”. Kumple patrzą na nich z zazdrością: to bohaterzy.

Istnieją tysiące, być może dziesiątki tysięcy takich jak oni, zbuntowanych przeciwko cynizmowi, który stał się w Rosji religią. Oni otaczają Limonowa prawdziwą czcią. Ten mężczyzna, który mógłby być ich ojcem, a nawet, w wypadku najmłodszych, dziadkiem, wiódł awanturnicze życie, o jakim marzy każdy dwudziestolatek. To żywa legenda, a tym, co sprawia, że wszyscy mają chęć go naśladować, jest jego cool-heroizm, którym wykazał się podczas pobytu w więzieniu. Siedział w Lefortowie, fortecy KGB, w rosyjskiej mitologii zajmującej miejsce godne Alcatraz, był w obozie pracy o najostrzejszym rygorze i nigdy się nie skarżył, nigdy się nie ugiął. Znalazł sposób nie tylko na napisanie siedmiu czy ośmiu książek, ale również na skuteczną pomoc kolegom z celi, którzy w końcu zaczęli widzieć w nim jednocześnie superłotrzyka i świętego. W dniu kiedy wychodził, osadzeni i klawisze pokłócili się, kto będzie niósł mu walizkę.

Gdy zapytałem samego Limonowa, jak było w więzieniu, najpierw odpowiedział: normalno, co po rosyjsku znaczy „OK, bez problemu, żadnych kłopotów”, a dopiero później opowiedział mi następującą historyjkę:

Z Lefortowa trafił w końcu do obozu w Engelsie nad Wołgą. To modelowa, nowiusieńka placówka, owoc myśli ambitnych architektów. Chętnie pokazuje się ją zagranicznym gościom, by wyciągnęli z tej wizyty odpowiednie wnioski na temat poprawy warunków w ośrodkach penitencjarnych Rosji. Osadzeni w Engelsie nazywają swój obóz eurogułagiem, a Limonow zapewnia, że pomimo licznych udogodnień i najnowszych rozwiązań architektonicznych życie w nim nie jest przyjemniejsze od tego w klasycznych barakach otoczonych drutem kolczastym — jest nawet gorsze. Tak czy inaczej, obozowe umywalki ze stali szczotkowanej, zawieszone nad żeliwnymi rurami, są takie same jak te wiszące w hotelu zaprojektowanym przez Philippe’a Starcka, w którym dzięki uprzejmości swojego amerykańskiego wydawcy zatrzymał się Limonow podczas ostatniego pobytu w Nowym Jorku pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.

To dało mu do myślenia. Żaden z jego towarzyszy niedoli nie był w stanie poczynić podobnego porównania. Żaden z eleganckich gości eleganckiego nowojorskiego hotelu — także nie. Zastanawiał się, czy istniało na świecie wielu ludzi takich jak on, Eduard Limonow, w którego życiowe doświadczenie wpisywały się tak różne światy: świat pospolitego więźnia w obozie pracy przymusowej nad Wołgą i świat modnego pisarza spędzającego czas w otoczeniu projektów Starcka. Nie — do takiego doszedł wniosku — zapewne nie, i poczuł z tego powodu dumę, którą rozumiem i właściwie za sprawą której zapragnąłem napisać tę książkę.

Żyję w kraju spokojnym i chylącym się ku upadkowi, w kraju, gdzie społeczna mobilność jest ograniczona. Przyszedłem na świat w rodzinie mieszczańskiej, w XVI dzielnicy Paryża, należę do „burżujskiej bohemy” z X dzielnicy. Jestem synem wyższego urzędnika i cenionej historyczki, piszę książki, scenariusze, a moja żona jest dziennikarką. Moi rodzice mają letni dom na wyspie Ré, ja chciałbym kupić podobny w departamencie Gard. Nie uważam, że to źle ani że przesądza to o bogactwie życiowego doświadczenia, ale jednak — zarówno z geograficznego, jak i ze społeczno-kulturowego punktu widzenia — nie można powiedzieć, że los rzucił mnie daleko od moich korzeni. I to stwierdzenie odnosi się do większości moich przyjaciół.

A Limonow był rzezimieszkiem na Ukrainie, idolem sowieckiego undergroundu, kloszardem, a potem służącym miliardera na Manhattanie, modnym pisarzem w Paryżu oraz żołnierzem zagubionym gdzieś na Bałkanach. A teraz, w tym kolosalnym postkomunistycznym burdelu, jest starym, charyzmatycznym wodzem partii młodych desperados. On sam postrzega siebie jako herosa, choć można go uznać za skurwiela: i na tym na razie zakończę swój osąd. Ale pomyślałem, rozbawiony anegdotą o umywalkach w obozie, że jego barwne i awanturnicze życie o czymś mówi. Nie tylko o nim, o Limonowie, nie tylko o Rosji, lecz o historii nas wszystkich od zakończenia drugiej wojny światowej.

Tak, opowiada coś, ale co? Piszę tę książkę, żeby się tego dowiedzieć.

I

UKRAINA, 1943–1967

1

Historia zaczyna się latem 1942 roku, w mieście nad Oką. Przed rewolucją i krótko po niej miasto nosiło nazwę Rastiapino, ale w 1929 roku zostało przemianowane na Dzierżyńsk. Nowa nazwa to hołd złożony Feliksowi Dzierżyńskiemu, jednemu z pierwszych bolszewików, założycielowi policji politycznej, która nosiła kolejno nazwy: Czeka, GPU, NKWD, KGB, a dziś — FSB. W tej książce występować będzie pod postacią trzech ostatnich skrótowców z tej budzącej lęk listy, ale Rosjanie, niezależnie od miana obowiązującego w danej epoce, używają nazwy jeszcze bardziej ponurej: organa.

Wojna trwa w najlepsze, przemysł ciężki został zdemontowany i z terenów działań wojennych przeniesiony na tyły frontu. Fabryka broni w Dzierżyńsku zatrudnia całą miejscową ludność, mobilizując do jej pilnowania oddziały NKWD. Czasy są bohaterskie i surowe: robotnik, który spóźni się o pięć minut, staje przed sądem wojskowym. To właśnie enkawudziści aresztują, sądzą i w razie potrzeby wykonują wyroki strzałem w potylicę. Pewnej nocy, gdy messerschmitty nadleciały jak błyskawice znad dolnej Wołgi i zrzuciły na miasto kilka bomb, jeden z żołnierzy pełniących wartę przy fabryce oświetlił latarką drogę młodej robotnicy, która, spóźniona, spieszyła do schronu. Ona się potknęła, on podtrzymał ją za ramię. Dostrzegł tatuaż na jej nadgarstku. W ciemności, rozświetlanej łuną pożaru, ich twarze zbliżyły się do siebie. Całują się.

Żołnierz, Wieniamin Sawienko, ma dwadzieścia trzy lata. Pochodzi z rodziny ukraińskich wieśniaków. Jako zręczny elektryk został zwerbowany przez NKWD, które zawsze i wszędzie wybiera najlepszych. Dzięki temu Sawienko nie znalazł się na froncie, jak większość chłopców w jego wieku, lecz został skierowany do pilnowania fabryki broni na tyłach. Jest daleko od domu, ale to w Związku Radzieckim raczej reguła: deportacje, wygnania, masowe wywózki; ludzie bez przerwy są przewożeni, praktycznie nie ma szans, by umrzeć tam, gdzie się przyszło na świat.

Raja Zybin pochodzi z miejscowości Gorki, dawniej Niżny Nowogród, gdzie jej ojciec był dyrektorem restauracji. W Związku Radzieckim nie ma właścicieli czy kierowników restauracji. Są dyrektorzy. To nie jest interes, który się otwiera albo kupuje, lecz stanowisko, na które zostaje się mianowanym, i to niezłe stanowisko. Niestety, ojciec Rai został z niego usunięty za defraudacje i za karę wysłany do batalionu walczącego w okolicach Leningradu, gdzie niedawno zginął. To plama na honorze całej rodziny, a taka plama może zrujnować życie wszystkim jej członkom. To, że synowie nie płacą za zbrodnie ojców, wydaje się nam jedną z podstaw prawa, ale w sowieckiej rzeczywistości nie można się na niej opierać nawet w teorii. Potomkowie trockistów, kułacy — jak nazywa się tu zamożnych wieśniaków — czy beneficjenci przywilejów dawnego reżimu są dziś skazani na życie wygnańców, bez prawa wstępu do drużyn pionierów, na uniwersytet, do Armii Czerwonej, do partii, i mają niewielką szansę, by uniknąć wykluczenia, jeśli wyrzekną się rodziców i wykażą nadgorliwością — w świecie, w którym gorliwość polega na pisaniu donosów na bliźniego. Bezpieka nigdzie nie znalazłaby lepszych pomocników niż ludzie o zbrukanej przeszłości. W wypadku ojca Rai tak się złożyło, że jego śmierć na polu chwały prawdopodobnie nieco pomogła, bo rodzina Zybinów, podobnie jak Sawienków, wyszła bez szwanku z Wielkiego Terroru lat trzydziestych. Prawdopodobnie stanowili zbyt chudy kąsek. Nie zmienia to faktu, że Raja wstydzi się ojca, tak jak wstydzi się tatuażu, który zrobiła sobie, będąc uczennicą technikum. Później będzie próbowała go zlikwidować, skrapiając nadgarstek kwasem solnym. Cierpi, bo nie może nosić sukienek z krótkim rękawem i — choć jest żoną oficera — przypomina prostaczkę.

 

Ciąża Rai zbiega się — niemal co do dnia — z oblężeniem Stalingradu. Spłodzony podczas koszmarnego maja 1942 roku, w czasie najbardziej dotkliwych porażek, Eduard przychodzi na świat 22 lutego 1943 roku, dwadzieścia dni po tym, jak skapitulowały wojska Rzeszy pod Stalingradem i los Armii Czerwonej się odmienił. Często będzie słyszał, że jest dzieckiem zwycięstwa i że narodziłby się w świecie niewolników, gdyby jego rodacy — mężczyźni i kobiety — nie poświęcili życia, by zagrodzić wrogowi drogę do miasta noszącego imię Stalina. Wiele złego ludzie będą później mówić o Stalinie, będą nazywać go tyranem, z upodobaniem będą rozpamiętywać zaprowadzony przez niego terror. Ale dla pokolenia Eduarda pozostanie on najwybitniejszym wodzem narodów Związku Radzieckiego, który był przy nich w najtragiczniejszym momencie historii, który był pogromcą nazistów, mężczyzną zdolnym do czynu godnego opisania przez Plutarcha: Niemcy uwięzili jego syna, porucznika Jakowa Dżugaszwilego, pod Stalingradem zaś Rosjanie wzięli do niewoli feldmarszałka Paulusa, jednego z największych wodzów armii III Rzeszy. Gdy wysokie dowództwo niemieckie zaproponowało wymianę, Stalin odpowiedział z wyższością, że nie zamienia feldmarszałków na zwykłych poruczników. Jakow popełnił samobójstwo, rzucając się na otaczający obóz drut kolczasty pod napięciem.

Z wczesnego dzieciństwa Eduarda pochodzą dwie anegdoty. Pierwszą, rozczulającą, uwielbia jego ojciec: opowiada o niemowlęciu ułożonym, z braku kołyski, w skrzynce po pociskach, ssącym zamiast smoczka ogon śledzia i uśmiechającym się błogo.

— Mołodiec! — krzyczy Wieniamin. — Zuch! Wszędzie będzie mu dobrze!

Drugą anegdotę, mniej uroczą, opowiada Raja. Wyszła z domu z maleńkim dzieckiem na plecach, akurat gdy Luftwaffe rozpoczęła bombardowanie. Schroniła się w piwnicy z dziesiątką współobywateli, jedni byli przerażeni, inni apatyczni. Ziemia i ściany drżą, ludzie, nasłuchując, próbują określić, jak daleko spadają bomby i które budynki rujnują. Mały Eduard zaczyna płakać, zwracając uwagę, a później wywołując gniew faceta, który świszczącym głosem wyjaśnia, że szwaby znają ultranowoczesne metody wykrywania żywych celów, mają sondy nakierowane na najwyższe dźwięki, i że przez płacz niemowlęcia mogą wszyscy zginąć. Tak skutecznie podżega innych, że wyrzucają Raję z piwnicy, i kobieta musi pod gradem bomb szukać innego schronienia. Oszalała z wściekłości, mówi sobie i swojemu dziecku, że wszystko, co opowiadają o wzajemnej pomocy, solidarności, braterstwie, to bujdy.

„Prawda, nie zapomnij o tym nigdy, Ediczka, prawda jest taka, że ludzie to tchórze i łajdaki i że zabiją cię, jeśli nie będziesz gotów uderzyć pierwszy”.

2

Tuż po wojnie na miasta mówi się „skupiska ludności”. Młoda rodzina Sawienków, zdana na łaskę i niełaskę przydziałów, które nigdy nie są jej wyborem, wiedzie życie koszarowo-barakowe w coraz to nowych skupiskach ludności nad Wołgą, zanim w lutym 1947 roku osiądzie na stałe w Charkowie na Ukrainie. Charków to duży ośrodek przemysłowy i z tego powodu Niemcy i Rosjanie ostro o niego walczyli — zdobywali go, odbijali sobie, okupowali kolejno i masakrowali mieszkańców, tak że pod koniec wojny z miasta pozostał tylko stos gruzów. Konstruktywistyczny betonowy gmach przy ulicy Armii Czerwonej, w którym schronili się oficerowie NKWD i ich rodziny — określane mianem „osób na utrzymaniu” — góruje nad czymś, co kiedyś było imponującym dworcem głównym, a dziś jest stosem kamieni, cegieł i metalu, opasanym płotem, którego granice zakazano przekraczać, bo w gruzach, poza trupami niemieckich żołnierzy, zalegają miny i granaty. Jednemu małemu chłopcu już urwało rękę. Nie zważając na to, bandy urwisów, a wśród nich i Eduard, urządzają sobie eskapady po ruinach w poszukiwaniu nabojów. Wysypują proch na szyny tramwajowe, co wywołuje trzaski, rozbłyski, a raz nawet spowodowało wykolejenie tramwaju, które przeszło do legendy. Ci najstarsi wieczorami opowiadają przerażające historie: o duchach nieżywych szwabów, które nawiedzają ruiny i zaczajają się na ryzykantów; o stołówkowych kotłach, na których dnie można się natknąć na dziecięce palce; o kanibalach i handlu ludzkim mięsem. To czas głodu, ludzie żywią się chlebem, ziemniakami i kaszą gryczaną, która pojawia się podczas każdego posiłku na stołach biednych Rosjan, a czasem też u zamożnych Francuzów, takich jak ja. Pochlebiam sobie, że potrafię dobrze ją przyrządzać. Kiełbasa to luksus, Eduard przepada za nią i marzy, że gdy dorośnie, zostanie rzeźnikiem. Nie ma psów, nie ma kotów, nie ma zwierząt domowych — zresztą zaraz by je zjedzono, szczurów natomiast jest aż nadto. Dwadzieścia milionów Rosjan zginęło podczas wojny, lecz tyle samo zmaga się z czasem powojennym, nie mając dachu nad głową. Większość dzieci nie ma ojców, większość żyjących jeszcze mężczyzn to inwalidzi. Na każdym kroku mija się ludzi bezrękich, jednonogich, beznogich. Wszędzie widać bandy dzieciaków puszczonych samopas — dzieci, których rodzice zginęli na wojnie lub jako wrogowie ludu, dzieci wygłodniałych, dzieci-złodziei, dzieci-zabójców, dzieci-dzikusów, które grasują całymi hordami. To z ich powodu próg wiekowy odpowiedzialności karnej, łącznie z karą śmierci, został obniżony do dwunastu lat.

Mały chłopiec podziwia ojca. Lubi patrzeć, jak w sobotnie wieczory czyści i smaruje służbową broń, jak wkłada mundur, i jest najszczęśliwszy na świecie, gdy może wypastować mu buty. Zanurza rękę w cholewie aż po ramię, starannie rozprowadza pastę, na każdym etapie operacji używa specjalnych szczotek i szmatek — wszystkich tych narzędzi, które gdy Wieniamin rusza w delegację, zajmują pół jego walizki, a które syn odwija, zawija, konserwuje w oczekiwaniu na ten chwalebny dzień, gdy będzie miał takie same. Jedyni mężczyźni, którzy według niego są godni tego miana, to wojskowi, jedyne dzieci, z jakimi chce się spotykać, to dzieci żołnierzy. Zresztą nie zna innych: rodziny oficerów i podoficerów mieszkające w budynku NKWD przy ulicy Armii Czerwonej obracają się tylko we własnym wąskim gronie i mają w niewielkim poważaniu cywilów — te stękające i niezdyscyplinowane kreatury, które bez uprzedzenia zatrzymują się pośrodku chodnika, zmuszając żołnierza do zboczenia z obranej drogi. A żołnierz chodzi krokiem przepisowym, równym i energicznym: sześć kilometrów na godzinę. Eduard do końca swoich dni będzie maszerował w ten sposób.

Na ulicy Armii Czerwonej dzieci usypia się opowieściami o wojnie, której Rosjanie nie nazywają, tak jak my, drugą wojną światową, lecz Wielką Wojną Ojczyźnianą, i ich sny pełne są osuwających się okopów, nieżywych koni, towarzyszy broni, którym głowy pourywały wybuchy pocisków armatnich. Te historie zachwycają Eduarda. A jednak dostrzega, że gdy matka mu je opowiada, ojciec wydaje się zakłopotany. Nigdy nie ma mowy o nim i o jego czynach, zawsze tylko o dokonaniach wuja, brata Rai, i chłopiec nie śmie zapytać: „A ty, tato? Ty też poszedłeś na wojnę? Biłeś się?”.

Nie, tata się nie bił. Większości mężczyzn w jego wieku śmierć zaglądała w oczy. Wojna — napisze później jego syn — przygryzła ich swymi zębami niczym monetę z niepewnego źródła. Nie ugięli się i teraz wiedzą, że odlano ich ze szczerego kruszcu. A jego ojciec — nie. Ojcu śmierć nie zajrzała w oczy. Spędził wojnę na tyłach frontu i żona rzadko przepuszcza okazję, żeby mu o tym przypomnieć.

Jest twarda, zadufana w sobie, niechętna wszelkiej czułostkowości. Zawsze staje po stronie przeciwników syna. Gdy ktoś go pobije, nie współczuje mu, lecz gratuluje napastnikowi: chce, żeby z chłopca wyrósł mężczyzna, a nie jakaś baba. Jednym z pierwszych wspomnień Eduarda jest choroba, którą przeszedł w wieku pięciu lat. Poważne zapalenie ucha. Z uszu wyciekała mu ropa, przez kilka tygodni był głuchy. W drodze do przychodni, do której zaprowadziła go matka, trzeba było przejść przez tory. Eduard widział nadjeżdżający pociąg, dym, szybki ruch, potwora z czarnej stali, lecz go nie słyszał, i nagle poczuł niedorzeczną obawę, że matka chce go wrzucić pod koła lokomotywy. Zaczął krzyczeć: „Mamo! Mamo kochana! Proszę, nie rzucaj mnie pod koła!”. W swojej opowieści kładzie nacisk na słowo „proszę”, jak gdyby tylko ten zwrot grzecznościowy odwiódł matkę od okrutnego planu.

Gdy trzydzieści lat później spotykałem go w Paryżu, Eduard chętnie mówił o tym, że jego ojciec był enkawudzistą, bo to zawsze psuło atmosferę. Gdy już się tym nacieszył, zaczynał z nas kpić: „Przestańcie wyobrażać sobie jakiś film grozy, mój ojciec był kimś takim jak żandarm, nikim więcej”.

Nikim więcej, naprawdę?

Tuż po rewolucji październikowej, w trakcie wojny domowej, Trocki, jeden z twórców Armii Czerwonej, był zmuszony rekrutować do niej ludzi pochodzących z dawnego wojska carskiego, żołnierzy zawodowych, specjalistów od broni, ale „specjalistów burżujskich”, i w związku z tym niezbyt godnych zaufania. Aby ich kontrolować, kontrasygnować ich rozkazy, wykańczać ich, gdy się stawiali, Dzierżyński powołał korpus komisarzy politycznych. I tak narodziła się zasada „podwójnej administracji”, oparta na idei, zgodnie z którą do wypełnienia jakiegokolwiek zadania potrzeba co najmniej dwóch ludzi: tego, który je wypełnia, i tego, który upewnia się, że ten pierwszy wypełnia je zgodnie z wymogami marksizmu-leninizmu. Z wojska zasada ta rozprzestrzeniła się na całe społeczeństwo i z czasem okazało się, że potrzeba trzeciego człowieka do pilnowania drugiego, czwartego do pilnowania trzeciego i tak dalej.

Wieniamin Sawienko jest skromnym trybikiem w tym paranoicznym mechanizmie. Jego zadania to pilnowanie, kontrolowanie, pisanie raportów. To się nie musi wiązać — i tu Eduard ma rację — z aktami straszliwej przemocy. Wiemy już, że jako zwykły szeregowiec NKWD sterczał jak słup przed fabryką. Awansowany w czasach pokoju do skromnego stopnia podporucznika, pełni funkcję naczkłuba, czyli, w wolnym tłumaczeniu, „szefa klubu”, co zważywszy na otoczenie, wiąże się z zapewnianiem rozrywek i życia kulturalnego żołnierzom. Organizuje na przykład wieczorki taneczne z okazji Dnia Armii Czerwonej i Marynarki Wojennej. Ta rola mu odpowiada: gra na gitarze, lubi śpiewać, na swój sposób gustuje w rzeczach wyrafinowanych. Maluje sobie nawet paznokcie bezbarwnym lakierem. Prawdziwy dandys z tego podporucznika Sawienki. Mógłby — jak wiele lat później stwierdza jego syn — wieść ciekawsze życie, gdyby miał odwagę uwolnić się spod władzy swojej żony.

Clubbing w wersji NKWD, w którym Wieniamin całkiem dobrze się sprawdził, nie trwa niestety długo. Miejsce zostaje zajęte przez niejakiego kapitana Lewitina, który nawet o tym nie wiedząc, staje się zaprzysięgłym wrogiem Sawienki i główną postacią w osobistej mitologii Eduarda — symbolem intryganta, pracującego mniej niż ty, lecz odnoszącego większy sukces, którego tupet i bezczelny fart poniżają cię, i to nie tylko w oczach przełożonych, lecz również — co jest jeszcze gorsze — przed rodziną. Do tego stopnia, że twój syn, choć lojalnie, tak jak reszta bliskich, okazuje Lewitinowi pogardę, nie może — i ma to sobie za złe — przestać w głębi duszy myśleć, że jego ojciec jest trochę służbistą, trochę frajerem i że syn Lewitina ma jednak szczęście. Później Eduard rozwinie teorię, zgodnie z którą każdy ma w swoim życiu takiego kapitana Lewitina. W tej książce Lewitin Limonowa wkrótce pojawi się pod postacią Josifa Brodskiego.

3

Eduard ma dziesięć lat, gdy 5 marca 1953 roku umiera Stalin. Rodzice Limonowa i ludzie z ich pokolenia spędzili w cieniu wodza całe życie. Na wszystkie pytania, jakie sobie zadawali, on miał gotową odpowiedź, lakoniczną i szorstką, niepozostawiającą miejsca na wątpliwości. Pamiętają dni przerażenia i żałoby, które nastąpiły po niemieckim ataku w 1941 roku, i dzień, w którym on wyrwał się z przygnębienia i przemówił przez radio. Zwracając się do kobiet i mężczyzn ze swego narodu, nie nazywał ich „towarzyszami”, lecz „swoimi przyjaciółmi”. „Moi przyjaciele” — te słowa, takie proste, takie znajome. Już zapomniano, jak są serdeczne, a wtedy, w czasie przeogromnej katastrofy, znów pieściły duszę, były dla Rosjan tak ważne, jak dla nas słowa Churchilla i de Gaulle’a. Teraz cały kraj nosi żałobę po człowieku, który je wypowiedział. Uczniowie płaczą, bo nie mogą oddać za niego swojego życia. Eduard płacze jak inni.

 

Wówczas jest jeszcze grzecznym małym chłopcem, wrażliwym, nieco rachitycznym malcem, który kocha ojca i drży przed matką, i stanowi dla obojga powód do dumy. Delegat rady pionierów w swojej klasie, którego nazwisko co roku figuruje na tablicy honorowej, jak przystało na syna oficera. Dużo czyta. Jego ulubieni autorzy to Aleksander Dumas i Juliusz Verne, bardzo popularni w Związku Radzieckim. Ten rys sprawia, że moje i jego dzieciństwo, tak od siebie różne, mają jednak jakieś punkty wspólne. Ja też, podobnie jak on, wzorowałem się na trzech muszkieterach i hrabim Monte Christo. Marzyłem, że zostanę traperem, podróżnikiem odkrywcą, marynarzem — a dokładniej — harpunnikiem, takim jak Ned Land, grany przez Kirka Douglasa w filmie 20 000 mil podmorskiej żeglugi. Wciśnięty w prążkowany kostium kąpielowy podkreślający jego mięśnie, wytatuowany, wygadany, pewny siebie, przewyższał sprawnością fizyczną profesora Aronnaksa, a nawet posępnego kapitana Nemo. Te trzy postaci można było łatwo rozszyfrować: mędrzec, buntownik i człowiek czynu, który był również człowiekiem z ludu, i gdyby to zależało tylko ode mnie, chciałbym być tym ostatnim. Ale ode mnie nie zależało. Rodzice szybko dali mi do zrozumienia, że raczej nie będę harpunnikiem — lepiej zostać uczonym (nie pamiętam, czy trzecia opcja, buntownik, była wówczas omawiana), tym bardziej że byłem krótkowidzem. Spróbujcie polować na wieloryby w okularach!

Musiałem zacząć je nosić w wieku ośmiu lat. Eduard też, ale cierpiał z tego powodu bardziej niż ja. Bo ta ułomność nie zamykała mu drogi do jakiejś chimerycznej kariery, lecz do tej, do której rzeczywiście był przeznaczony. Okulista, który go zbadał, nie pozostawił rodzicom zbyt dużej nadziei: z tak słabym wzrokiem ich syn miał nikłe szanse na powołanie do wojska.

Ta diagnoza jest dla niego tragedią. Nigdy nie brał pod uwagę innej kariery niż oficerska, a teraz dowiaduje się, że nie zostanie powołany nawet do służby zasadniczej, co skazuje go na bycie kimś, kim od dziecka nauczył się pogardzać: cywilem.

I prawdopodobnie stałby się nim, gdyby blok dla oficerów NKWD nie został zburzony, jego mieszkańcy — rozproszeni, a Sawienkowie przeniesieni na nowe osiedle Saltow, na dalekie peryferie Charkowa. Saltow to przecinające się pod kątem prostym ulice, których z braku czasu i pieniędzy nie wyasfaltowano, i betonowe, czteropiętrowe sześciany bloków, świeżo wybudowane, a już zniszczone. Żyją w nich robotnicy trzech fabryk, nazwanych kolejno: Turbina, Tłok oraz Sierp i Młot. Jesteśmy w Związku Radzieckim, gdzie bycie proletariuszem w zasadzie nikomu nie przynosi ujmy, a jednak większość mężczyzn z Saltowa to alkoholicy i analfabeci, gros ich dzieci rzuca szkołę w wieku piętnastu lat, by pracować w fabryce lub — co częstsze — szlajać się po ulicach, upijać i walić po mordach. Nie ma możliwości, nawet w tym bezklasowym społeczeństwie, by Sawienkowie nie uznali tego wygnania za coś innego niż degradację społeczną. Raja od pierwszego dnia gorzko żałuje ulicy Armii Czerwonej, kręgu oficerów, dumnych, że przynależą do jednej kasty, książek, którymi się wymieniano, tych wieczorów, gdy w rozpiętych kurtkach od mundurów i w białych koszulach mężowie obtańcowywali swoje młode żony w rytm fokstrotów i tang z płyt skonfiskowanych w Niemczech. Zarzuca Wieniamina pretensjami, stawia mu za przykład zaradniejszych kolegów, którzy awansowali o dwa, trzy stopnie, w czasie gdy on żmudnie przechodził od podporucznika do porucznika, i dostali przydziały na prawdziwe mieszkania w centrum, gdy tymczasem oni muszą gnieździć się w trójkę w jednym pokoju, na tym ohydnym przedmieściu, gdzie nikt nie czyta i nie tańczy fokstrota, gdzie dystyngowana kobieta nie może sobie z nikim porozmawiać i gdzie po każdym deszczu ulice toną w czarniawym błocie. Nie posuwa się do tego, by mówić, że zrobiłaby lepiej, wychodząc za kapitana Lewitina, ale myśli o tym intensywnie, a mały Eduard, który dotąd tak podziwiał ojca, jego oficerki, mundur i pistolet, teraz zaczyna odczuwać wobec niego litość. Uważa, że jest zbyt uczciwy i trochę gamoniowaty. Nowi koledzy młodego Limonowa to nie żadni oficerscy synowie, lecz dzieciaki roboli, a te spośród nich, które mu się podobają, nie chcą być robolami jak rodzice, tylko chuliganami. Ta klasa ludzi — podobnie jak wojsko — ma swój kodeks postępowania, wartości i moralność, które go pociągają. Nie chce być podobny do ojca, gdy dorośnie. Nie chce żyć uczciwie i trochę gamoniowato. Chce żyć swobodnie i niebezpiecznie. Jak prawdziwy mężczyzna.

Decydujący krok w tym kierunku robi w dniu, w którym bije się z chłopakiem z klasy, grubym Jurą z Syberii. Choć tak naprawdę nie bije się z Jurą, tylko Jura tłucze go na kwaśne jabłko. Ktoś prowadzi Eduarda do domu — jest ogłuszony i posiniaczony. Wierna zasadom wojskowego stoicyzmu matka nie użala się nad nim, nie pociesza, przyznaje rację Jurze. I bardzo dobrze, myśli Eduard. Bo tego dnia jego życie się zmienia. Zrozumiał rzecz najważniejszą. Otóż istnieją dwa gatunki ludzi: ci, których można bić, i ci, których bić nie wolno — i nie chodzi tu o najsilniejszych czy najlepiej wyćwiczonych, lecz o takich, którzy są g o t o w i z a b i ć. W tym cała tajemnica, jedyna, i grzeczny mały Eduard postanawia przejść do drugiego obozu. Staje się mężczyzną, którego inni nie atakują, bo wiedzą, że jest zdolny zabić.

Wieniamin, odkąd przestał być szefem klubu, jeździ często na kilkutygodniowe „misje”. Na czym one polegają? Dokładnie nie wiadomo. Eduard, który zaczyna żyć własnym życiem, nie interesuje się tym zbytnio, ale gdy pewnego dnia Raja mówi mu, że ma być na kolacji, ponieważ ojciec wraca z Syberii, chłopak wpada na pomysł, by wyjść mu na spotkanie.

Zgodnie z nawykiem, którego nigdy się nie pozbył, przychodzi na dworzec przed czasem. Czeka. Wreszcie przyjeżdża pociąg relacji Władywostok–Kijów. Pasażerowie wysiadają, ruszają w stronę wyjścia. Eduard ustawił się tak, że widzi każdego, ale Wieniamin się nie pojawia. Chłopak dopytuje się, prosi o potwierdzenie godziny przyjazdu — co do której można się pomylić, ponieważ Władywostok i Leningrad dzieli kilka stref czasowych, a na wszystkich dworcach odjazdy i przyjazdy pociągów są podawane według czasu moskiewskiego. Podróżni sami obliczają różnicę — i ta zasada obowiązuje do dziś. Zawiedziony Eduard włóczy się wzdłuż torów, z jednego peronu na drugi, w zgiełku, pod ogromnym szklanym dachem dworca. Dostaje burę od okutanych w chustki i obutych w gumofilce staruszek, które próbują sprzedać podróżnym ogórki i borówki z wiader. Przechodzi przez tory w zajezdni, dociera do sektora przeznaczonego na rozładunek frachtu. Tam, w odległym kącie dworca, pomiędzy dwoma stojącymi konwojami, natyka się na taki oto spektakl: cywile o nieprzytomnych twarzach, w kajdankach, schodzą z platformy wagonu towarowego, a żołnierze w kapotach, z bagnetami na karabinach, wpychają ich bez ceregieli do czarnej ciężarówki bez szyb. Operacją dowodzi jeden oficer. W ręce trzyma plik papierów, przypiętych do podkładki metalowym klipsem. Druga dłoń spoczywa na kaburze pistoletu. Bezbarwnym głosem wyczytuje nazwiska.