Kłopotliwe pytaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kłopotliwe pytania
Kłopotliwe pytania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 8,98  7,18 
Kłopotliwe pytania
Kłopotliwe pytania
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
4,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Kłopotliwe pytania

Saga

Kłopotliwe pytaniaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726599794

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dziewczynka i chłopiec szli przez las, trzymając się za ręce. Podążali dróżką wzdłuż bagien, mijali rozłożysty dąb, obrośnięty ciemnymi pnączami bluszczu. Wysokie trawy rosły tu gęstwiną. Stały w nich sztywno wysokie łodygi ostów. Ciernie jałowców dotykały sukienki dziewczynki.

Brązowa woda w bagnach nie poruszała się, a za nimi stała gęsta i szaleńczo splątana ściana zieleni, nieprzenikniona i straszna. Nie wiedząc czemu, dzieci nie chciały patrzeć w tamtą stronę, bo przecież nie znały strachu.

I dzieci nagle usłyszały. Las krzyczał. Gałęzie wygięte jak ramiona w bólu, palce gałęzi posczepiane ze sobą i drżące z przerażenia liście, jak usta, które boją się pewnych słów.

Głośny wrzask wszystkiego, co istnieje, a może raczej czego już nie ma, domagał się uwagi i pamięci. Ostro nawoływały jałowce, głogi i ciernie. Cierpkie słowa wypowiadały krzewy tarniny. Kasztanowce coś mówiły lepkiego, róże szeptały omdlewające i pachnące przysięgi.

Cała przyroda wołała o czymś pierwotnym i strasznym, o krwawym i śmiertelnym, o bólu i nieodgadnionej nadziei, o wykluwaniu się ptaków, o rodzeniu dzieci, o powodziach i więdnących kwiatach.

W ich domu, stojącym na żółtej równinie, na rozległym tarasie czekał dzieci podwieczorek. Taras był odlany z białego marmurablu, krzesełka uplecione z włókien wiklinowca, a galaretka w kubeczkach na stoliku była zielona. Pod ścianą oddzielającą pokoje stały dwie duże donice, w których tkwiły złote pręty, owinięte trójkątnymi blaszkami, lekko dźwięczące, w rytm zakodowanej kompozycji.

Ponieważ dzieci nie zabrały się do pałaszowania podwieczorku, jak zwykle po spacerze, na taras weszła mama. Stąpała lekko w złotych sandałach na brązowych szczupłych stopach. Jej skóra przypominała zamsz, a włosy falę odlaną z kruszcu. Była naprawdę piękna, jak i dzieci, bardzo do niej podobne, owoce kierowanej ewolucji.

- Dlaczego galaretka jest zielona? - zapytał Ejdem.

- Właśnie – dodała Ijwa, rozglądając się po domu. – Tu nie ma takiego koloru, tylko tam. – Wskazała na las.

- Ależ, kochanie, o co ci chodzi? – zapytała mama.

Dziewczynka siedziała ze wzrokiem wbitym w zieloną zawartość kubeczka.

- Byliśmy w lesie.

- Ależ, kochanie, dlaczego? – zapytała mama lekceważąco. - Możecie oczywiście chodzić wszędzie, dzieci są swobodne, ale omijajcie las.

- Dlaczego galaretka jest zielona?

- Taki program, kochanie. Taki program mamy w tym miesiącu. Pobieramy je z głównego rozdzielnika. W przyszłym miesiącu będzie inny.

- Dlaczego galaretka? – dopytywała się Ijwa.

- Ależ, kochanie - zaczęła mama, lecz widząc naburmuszoną minę córeczki, odpowiedziała poważnie. – To syntetyczne jedzenie.

- A czy jest inne?

- Cóż przychodzi ci do głowy, kochanie? Oczywiście, że nie. Dlaczego miałoby być jakiekolwiek inne?

- A czy kiedyś było?

- Kochanie, co to znaczy kiedyś? Mamy tylko dziś, i tak jest pięknie.

Dzieci chciały jeszcze zadawać pytania, lecz mama kazała im kończyć podwieczorek, przebierać się w kostiumy kąpielowe i biec nad morze. Odwróciła się i przeszła przez szerokie drzwi i swój obszerny i wygodny dom do garderoby. Zostawiła je niezaspokojone i naburmuszone, z głowami ciężkimi od niespodziewanych myśli. Ponieważ nie dotknęły galaretki, kubeczki uznały, że pokarm zrobił się nieświeży i dokonały samodezintegracji.

Tuż za domem stało złote rozkołysane morze. Umieszczone na dnie ekrany pozwalały obserwować pływających. Nie czyniono tak dla bezpieczeństwa, bo w gęstej cieczy nie można było utonąć, lecz dla przyjemności. Dzieci, kąpiąc się, patrzyły na refleksy pojawiające się w płynie. Były to biegające za sobą elipsy. W elipsach kręciły się małe kółka jak oczka.

- Patrz - zawołała dziewczynka, stając w morzu - słyszałyśmy o tym. Mają oczy.

Chłopiec uniósł głowę sponad fali.

- Pędzi na ciebie taka duża elipsa. Otwiera się, zaraz cię pożre! Uciekaj!

- Na ciebie też! Zaraz skoczy ci na plecy i przegryzie ci kark! Broń się!

- Zabiję ją! – Chłopiec odwrócił się gwałtownie i usiłował pochwycić zębami pływający kształt.

Rozpoczęło się dzikie polowanie. Dzieci atakowały ruchome kształty, rzucały się do przodu, by skoczyć falom na kark. Chwytały je rękami za szyje i ściskały z całej siły. Podpływały od strony ich brzuchów i paznokciami orały białą skórę.

Matka obserwowała walkę na podziemnych ekranach. Nie było w zwyczaju, by zajmowała się rozwiązywaniem problemów, zapisała więc obrazy i przesłała je do Centrum, by zajęli się nimi psychologowie i terapeuci. Nie przeczuwała kłopotu, interesowała ją jedynie nadzwyczajna wyobraźnia dzieci, pragnęła, aby dokonano analizy. Należało wszystkie sprawy wyjaśniać i przede wszystkim nazwać, nic przecież nie mogło być bezimienne. Na wszystko trzeba rzucić jasne światło rozumu.

Po kąpieli zamszowa skóra dzieci wyschła szybko pod sztucznym słońcem, nakierowanym na dolinę. Usiadły na ciepłym, czystym piasku, podgrzewanym od spodu i patrzyły przed siebie. Matka wyszła z podziemnych sal i stąpając lekko w złotych sandałach, podeszła do dzieci, zdziwiona ich spokojem.

Podniosły ku niej twarze.

- Dlaczego tu nie ma nikogo? – zapytał Ejdem.

Na wzgórzu stało białe miasto. Były tam prostopadłościenne budowle przykryte kopułami. Ale wokoło, jak okiem sięgnąć, leżała płaszczyzna pokryta kryształkami piasku.

- Jak to nie ma nikogo? - rzekła mama.– My jesteśmy.

- A oprócz nas?

- Czy brakuje ci towarzystwa, kochanie? Mogę zaprosić jakieś dzieci w przyszłym miesiącu.

- Nie mogą przyjść dzisiaj? – zapytała Ijwa.

- Oczywiście, że nie, kochanie. Nikt nie może przyjść nagle, bez zapowiedzi. To trzeba uprzednio ustalić. Poza tym, odległości.

- Dlaczego są odległości i dlaczego wszystko trzeba ustalać? – dopytywała się dziewczynka.

- Brakuje ci spontaniczności, kochanie – powiedziała mama. – Mam więc dla was niespodziankę. Urządzamy piknik.

Widząc zdziwione buzie dzieci, dodała – A teraz, uwaga, transformacja!

Nim zdążyły zareagować, znalazły się na przeciwległym brzegu. Nie potrafiły odgadnąć, jak odbywa się ta przemiana. Tuż przed nimi leżało złociste morze, a powyżej, po prawej ręce wspinało się wzgórze, na którym stało miasto. Po drugiej stronie, za morzem, musiał stać ich dom.

- Zrobimy ognisko- zawołała mama, klaszcząc w dłonie.

Po chwili na kryształkach piasku pojawiły się złociste beleczki, które zrobiły się ciepłe. Ponad nimi zamigotały błękitne światełka.

- Po co robimy ognisko? – zapytał Ejdem. – Przecież jest ciepło. Zawsze ciepło.

- Czy kiedyś było zimno? – dodała swoje pytanie dziewczynka. – I ktoś musiał się ogrzewać przy ognisku?

- Co masz na myśli, mówiąc: kiedyś? – zapytała mama.

- Kiedy nie było słońca, które świeciło nad naszą doliną i kiedy niebo nie było różowe.

- A jakież mogłoby być niebo? – zapytała mama.

Chłopiec pochylił się nad ogniskiem i studiował jego wygląd.

- Z czego jest zrobiony ogień?

- I dlaczego jest niebieski? – zadała swoje pytanie dziewczynka.

- Ogień zawsze był niebieski.

Spojrzały na siebie porozumiewawczo. Nie wierzyły wyjaśnieniom matki.

Matka to odczuła.

- Tak jest dobrze i pięknie. Nie istnieją niepokój i niebezpieczeństwo I wcale nie musimy się troszczyć o czas przeszły. Zadecydowaliśmy, że powinien być zapomniany. Mamy tylko przyszłość. A teraz popatrzcie sobie na zachód słońca. Potem pójdziecie spać.

Słońce zaczęło przygasać. Zrobiło się błękitne, a następnie granatowe. Niebo zaczęło blaknąć, a potem przechodzić wszystkie gamy fioletu. Kiedy zgasło słońce, zamieniając się w czarny punkcik lampy, niebo zamieniło się w purpurową, dymiącą mgłę. Dzieci siedziały osypane purpurowym proszkiem i podziwiały muzykę barw.

- Pięknie, prawda? - zauważyła matka. – I pomyśleć, że kiedyś niebo było czarne, a na nim miliardy srebrnych kropek. I tak co noc, cóż za banał.

- A czym były te kropki?

- Podejrzewam, że nie istniały jeszcze tak doskonałe programy jak teraz. Cóż, wszystko się rozwija w naszych rękach, a i my stajemy się doskonalsi.

- Skąd ty tak wiele wiesz, mamo? – zapytała dziewczynka.

- I wy wkrótce staniecie się mądre. Pójdziemy do Centrum. Tam będzie wielkie święto. Przybędą być może również inne dzieci, jeśli jakieś są, zwoła się je razem, i otrzymacie pigułkę wiedzy. To będzie wasza inicjacja. Dowiecie się tego samego, co inni, niczym nie będziecie się różnić od innych dzieci, jeśli jakieś są, oczywiście. Ta równość zapobiega wielu kłopotom.

- Jakim? Zapytał chłopiec.

- Chciałbyś wszystko wiedzieć od razu. Poczekaj na swoją pigułkę.

- A gdybym chciał wiedzieć już teraz i więcej!

- A po co, kochanie?

- Gdzie mieszkamy? – dopytywał się.- Co jest tam, u góry?

- Są tutaj kopuły takie jak Centrum.

 

- Ile?

- A do czego potrzebna ci dokładna liczba, kochanie? Tam u góry jest klosz, oczywiście.

- A dlaczego?

- Produkujemy energię i klosz chroni nas przed jej zmarnowaniem. Wszystko musimy oszczędzać i wydzielać.

- A gdyby było wszystkiego bardzo dużo? – zapytała dziewczynka.

- Ależ, kochanie, to niemożliwe. Nie zdołamy tyle wyprodukować.

- A gdyby wszystko powstawało samo?

- Jak to, samo?

- Rosłoby jak las.

- Ależ to niemożliwe. Wszystko musimy produkować.

- A skąd się biorą dzieci?

- Tak samo.

- I mamusie również się produkuje? – zapytała dziewczynka.

- Oczywiście.

- Czy ty zawsze byłaś mamusią?

- Tak.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?