Bramy strachu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bramy strachu
Bramy strachu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98  19,98 
Bramy strachu
Bramy strachu
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Bramy strachu

Saga

Bramy strachuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1995, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594577

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

BRAMY STRACHU

-Nie potrzebujemy bohaterów - powiedział Odźwierny przy bramie Miasta, patrząc obojętnie na Przybysza w zakurzonym ubraniu.

- Ale ja zgadzam się umrzeć - odpowiedział obcy. Deklaracja nie uczyniła na Odźwiernym żadnego wrażenia, już chciał wyłączyć wizję, tym bardziej, że zbliżała się kawalkada samochodów z zerwanymi dachami, od której dobiegały dźwięki ręcznych CB i krzyki pijanych. W tej chwili samochody zaczęły przemykać po jednym, oszołomione narkotykami dziewczyny leżały przewieszone przez drzwiczki, chłopcy wrzeszczeli przez radia, jednocześnie oglądając rozmówców na ekranach, umieszczonych ponad licznikiem prędkości, wskazującym zawsze kilkadziesiąt kilometrów mniej. Jeździli tak wokół Miasta, nie mogąc się wydostać poza mury, i szaleli. Odźwierny wzruszył ramionami.

-Synalkowie bogaczy, dziewczyny z dobrych domów, niczego im nie brakuje, ja bym mojemu spuścił takie cięgi, że matka by go nie poznała. Czego chcą, do cholery?! -Czy są wolni? - zapytał Przybysz. Odźwierny wzruszył ramionami. -Już ich chyba skomercjalizowali. Był festiwal i sprzedali go telewizji, wybuchły bójki, nie mam pojęcia, kto czego bronił, gdyż Securitas, sprawne, Czarne Mundury...

-Rozumiem - szepnął Przybysz.

-Nie wiem, czemu ci to mówię - usprawiedliwił się Odźwierny, siedząc w swej szklanej klatce tuż obok zapory w bramie, stojącej jak wielka przejrzysta szyba. Nikt nie wiedział, jak wysoko sięgała, dość, że przerwa pomiędzy domami była wypełniona energią, tak tutaj, jak i wszędzie naokoło Miasta, i każdą dziurę zapieczętowano, odgradzając groźny świat zewnętrzny. Odźwierny, wzruszywszy ponownie ramionami, pokiwał głową, a jego wzrok prześliznął się po cholewkach obcego i w oczach zalśniło zaciekawienie, zazdrość, a może i podziw.

-Masz wojskowe buty - głaskał je spojrzeniem - czy przeszedłeś przez tereny objęte wojną? Przybysz nie musiał potwierdzać. Palce Odźwiernego zawisły ponad klawiaturą komputera wejściowego.

-To nie są buty Sprzymierzonych, ale tamtych - zauważył Odźwierny cicho i dopiero wtedy spojrzał w wielkie błękitne oczy obcego patrzące mu w twarz i gdzieś poza nim. Ilu musiałeś zabić?

-Nikogo.

-Chcesz powiedzieć, że dostałeś je w prezencie?

-Tak było.

-I może puścili cię wolno?

-Dlatego mnie widzisz.

-A jak przeszedłeś linię walk?

-Zabrał mnie konwój.

-Pomoc humanitarna nie ma prawa ratować ludzi. Przybysz milczał.

-Może myślisz, że i ja ci pomogę?

- Jak chcesz.

-Ha, ha! - Odźwierny wybuchnął gorzkim śmiechem.

- Sądzisz, że ode mnie zależy cokolwiek, że jestem panem swojej woli i w ogóle człowiekiem?!

-To ty nie znasz świata! Skąd się wziąłeś?

Przybysz stał spokojnie, milcząc.

-Nie jesteś chyba... Nie masz przypadkiem błon pomiędzy palcami?

Przybysz podniósł ramię w geście przysięgi i pokazał dłoń, na której nie było prawie linii oprócz jednej, czerwonej i głębokiej, która przebiegała od przegubu do nasady palców, kończąc się krzyżykiem, tego jednakże Odźwierny nie widział, odniósł tylko wrażenie, że został jakoś szczególnie pozdrowiony.

Wybuchnął nagle długo skrywaną krzywdą.

-Nie mogę cię wpuścić! Brama jest prywatna i patrz, komputer wszystko rejestruje, liczy każdego, kto przechodzi. Program jest tak opracowany, że sam decyduje, kto może przejść, a ty... Wieczorem szef każe sobie przesłać rejestry, nie ruszając się od swego biurka, ba, nie musi nawet nacisnąć klawisza, urządzenie włącza się samo, on nie trudzi się przecież liczeniem obywateli legalnych, osobników drugiej kategorii i tych poza prawem, czyli nędzarzy, bezrobotnych, azylantów. Możesz mieć tatuaż, kość w nosie, pióra w dupie, poruszać się na protezach przytwierdzonych do autobusu, wpuszczę, nie jesteśmy przecież faszystami! O nie! Nikt nie dyskryminuje ludzi z powodu wyglądu i koloru, no, może troszeczkę, nie powinieneś być, w każdym razie, czerwony, ale musisz mieć konto w banku! A ty masz? Masz?! Nędzarzu, głodny skurwysynie, czyhający, by cię wpuścić, byś mógł łasząc się i popatrując w oczy zanurzyć ręce w gównie, by zarobić na talerz zupy. Bo ile jesteś wart? Tyle, ile możesz zarobić. Wszystko przeliczą na pieniądze.

-Kto?

Odźwierny nagle zamilkł z otwartymi ustami, apotem zrobiwszy nieokreślony gest ręką, powiedział.

-Wszyscy. Takie czasy.

-A ty na ile się cenisz? - zapytał Przybysz.

-Dobrze - burknął Odźwierny - wiem, co chcesz przez to powiedzieć. Mogę przecież zawiadomić telewizję - jego ręka wciąż czekająca ponad klawiaturą obniżyła się. – Wpuszczę cię za bramę, ale wyłącznie po to, by z nimi porozmawiać, i jeżeli nie wyrażą zgody, będziesz musiał wyjść.

-Uczynię to.

-Żebym nie musiał cię wyrzucać, bo mam sposoby! Ostrzegam, nie będziesz mógł się pozbierać. – Palce nareszcie uderzyły w klawisze i w zaporze zrobiły się drzwi, lekki, ciemniejszy obrys.

-No, właź! - ponaglił Odźwierny.

Przybysz wcale się nie spieszył stojąc wciąż prosto, nie wyglądało, by zamierzał dać nura do środka, by się dostać do raju obfitości, nowoczesnej techniki i dobrobytu. Tu ciągnęli wszyscy, nawet z najdalszych stron, nie bacząc na trudy, wiele by dali, wszystko, zaparli się własnej rodziny, kraju i religii, by te wartości przehandlować na wideo i samochód, lecz ten obcy zachowywał się wyniośle, jakby to on robił łaskę, i wreszcie pochyliwszy się, bo był nadzwyczaj wysoki, przeszedł przez próg jednym krokiem i stanął tuż za przejrzystą ścianą energii, wcale się do środka nie pchając.

Bramka zaraz została zamknięta i żaden ślad nie pozostał na kryształowym, falującym polu, a obcy wciąż stał w milczeniu wyższy niż inni, bo może jakoś wyniesiony, nie kwapiąc się wcale, by wejść głębiej do Miasta będącego w duchowym stanie twierdzy oblężonej.

Odźwierny nie miał czasu się nim zająć, gdyż na zewnątrz już stali następni, gotowi dać wszystko, swoją krew i swoje oczy. Byli to dwaj czarnowłosi mężczyźni, prawie chłopcy, ich ciała miały kolor o ton zbyt ciemny, o tę odrobinę, która czyni różnicę, bo kiedy jesteś jaśniejszy, wówczas należysz do białych, opalających się na plaży dla bogaczy, a więc stać cię na wakacje i świetnie wyglądasz w ubraniu z białego płótna, kochają cię kobiety, szczególnie gdy założysz kapelusz typu panama, ale ci zbyt długo przebywali na słońcu czy w brzuchu matki i stali się ciemni i podejrzani.

Stali z pochylonymi głowami, ich brudne filcowe kapelusze ocieniały twarze, a poncha w pasy fioletowe i zielone nie przysłaniały braku koszul, lecz gdy Odźwierny na nich warknął, podnieśli szybko głowy i przybliżyli twarze - zbyt brunatne i przeklęte - do przejrzystej szyby, a ich wargi czarne i zwierzęce, jakby psie, rozciągnęły się w triumfującym uśmiechu, odsłaniając trzonowe zęby, żółte i mocno osadzone, a spod poncha zostały wyszarpnięte, jak noże zza paska, dwa duże kawały papieru, wręcz płachty, podklejone plastykiem i niezniszczalne, a na nich były litery w pięknych zawijasach staroświeckiej kaligrafii i widniał u dołu podpis głównego managera, poświadczający autentyczność tych czeków imiennych na

dużą sumę, więc Odźwierny nie mógł nic innego zrobić, jak tylko się skłonić znad klawiatury

i powiedzieć głośno, sorry, mister, yes, mister, bo taka była jego gramatyka, a palce już

mknęły po klawiaturze, rejestrując i otwierając, tym razem całą zaporę, wzdłuż i wszerz, by

zniknęły progi i podarte mokasyny nie rozpruły się o nie jeszcze bardziej.

Dopiero gdy przeszli ulicą w dół i zniknęli w blasku bijącym od sklepów, w łunie wystaw

sklepowych i polerowanych wysokich klamek, Odźwierny zwrócił się do obcego, jakby nieco

zdziwiony, że on tu jeszcze stoi, bo przecież mógł niepostrzeżenie zrobić jeden krok poza

próg wielkiego sklepu, który wcale nie miał drzwi ani nawet przedniej ściany, lecz zamiast

nich przejrzystą kurtynę ze światła, a tuż za nią stały na podłodze stosy koszyków i piramidy

przedmiotów ułożonych gustownie według kształtów i kolorów po to, by je dowolnie

przerzucać, a cierpliwa obsługa o skórze ciemnej lub białej układała je starannie na powrót.

Obcy nie zrobił tego kroku - choć było to łatwe i dla większości oczywiste - by zyskać azyl,

jako że sklep ochroniłby najważniejszego człowieka na świecie: klienta, nie szkodzi, że bez

pieniędzy i szansy, że da im zarobić, ale niosącego w sobie potencję tysiącach, którzy przyjdą

przez niego zachęceni.

Odźwierny o tym wiedział, godność obcego wzbudziła w nim ulotną refleksję, pomieszaną z

goryczą i podziwem, ale musiał być twardym człowiekiem, gdyż mu za to płacono.

-Stój tutaj! - rzucił rozkaz bez sensu i już łączył się z telewizją.

Taki Odźwierny zna wiele wejść, bramy są przecież wszędzie, więc kiedy kumpel połączył go

ze studiem, „wiesz, stary, zrób mi to”, zobaczył na ekranie uśmiechniętą i śliczną sekretarkę

 

umalowaną jak gwiazda filmowa, piekielnie inteligentną i znającą swój zawód, kiwnął wtedy

na obcego, ten pochylając się wszedł do szklanej dyżurki i ponownie stanął spokojnie przy

drzwiach, jakby te wydarzenia nie jego dotyczyły, poza nim się tocząc.

Złote powieki sekretarki stały nieruchomo, gdy bezwzględny wzrok badał każdy szczegół

twarzy petenta, rejestrując olbrzymie brwi, jak dwa czarne skrzydła i piękny nos, wygięty

subtelnym łukiem.

-Masz krzywą przegrodę nosową - zauważyła rzeczowo, wielka uroda Przybysza nie czyniła

na niej żadnego wrażenia. - Twoja twarz jest zbyt szczupła, powinieneś zapuścić włosy, by

okalały ci policzki, wydadzą się wówczas pełniejsze. Włosy są gęste i wydają się mocne,

podnieś je garścią do góry. Czy mógłbyś na nich zawisnąć?

Nie czekając na odpowiedź opuściła powieki w dół, ku jego ustom. - Czy się malujesz, skoro

masz takie czerwone wargi? Nie? Tak podejrzewałam. Żadnej kultury. Otwórz usta, nie tak

szeroko, rozchyl je lekko. Dobrze, są bardzo wypukłe, ogólnie akceptuję. A co ma znaczyć ta

pionowa zmarszczka obok nich, czy masz wszystkie zęby? - Powieki wciąż się opuszczały. –

Zbyt szczupłe ramiona, żyjesz w ascezie, czy jesteś po prostu niedożywiony? Obniż nieco

spodnie i pokaż brzuch, twój pępek wygląda na autentyczny, urodziłeś się z ziemskiej kobiety,

widzę, że został fachowo zawiązany, mieliście dobrego lekarza, pewnie lepiej powodziło ci

się przed przewrotem. - Złote, zimne powieki wciąż się opuszczały. - Zdejmij spodnie –

powiedziały subtelne usta - odepnij sprzączkę paska, chcę zobaczyć, jak to robisz. Nie spiesz

się tak, nie szarp, kobiety tego nie lubią, odchyl najpierw ten ostry zaczep, zrób to jednym

palcem i patrz mi wtedy w oczy, nie zwracaj uwagi na to, że mam wzrok skierowany gdzie

indziej. Taak, prymitywne. Przytrzymaj spodnie jedną ręką, nieco ukosem, musisz tyle samo

odsłaniać, co zakrywać, właściwie ile masz w zwodzie? No dobrze, nie mów, i tak wiem, to

mój zawód i oni wiedzą, za co mi płacą. Jeżeli chcesz zostać kupiony, musisz więcej wiedzieć

o możliwościach swego ciała.

-Przyszedłem, aby za was cierpieć - powiedział Przybysz.

-Musi to być jednak dobrze zrobione - odpowiedziała, już odwrócona do wideokomputera, by

połączyć się z szefem; nawet nie powiedziała obcemu, że może podciągnąć spodnie i zapiąć

pasek, wtykając kolec od sprzączki w dziurkę szybkim, niedbałym ruchem mężczyzny, który

się po prostu ubiera.

Ekran w głębi się rozjaśnił, pokazując obszerne studio. Ostre światło reflektorów stojących po

okręgu oświetlało perską otomanę zarzuconą dywanem, na której leżała naga para, mężczyzna

na kobiecie, wsparty łokciami, tuż obok jej piersi odchylonych na boki, o sutkach pokrytych

czerwoną szminką, całował ją tak, by jednocześnie pokazywać język i udawać, że nie dotyka

jej ust starannie umalowanych i lśniących, gdyż błyszczki imitujące ślinę szybko wysychają i

trzeba przerywać zdjęcia na poprawianie makijażu.

Szef stał na środku, olbrzymi mężczyzna z komórkowym wideofonem, zbyt małym i

niknącym w umięśnionej ręce, jego postrzępione szare włosy wichrzyły się wokół głowy niby

szalona aureola z pierza, lecz jakoś żałośnie kończyły się na karku, ujęte w gumę. Stał w

rozkroku w podartych dżinsach, nosząc je jak wszyscy reżyserzy na całym świecie.

Oryginałem i trochę, oczywiście, nieprzystosowanym do społeczeństwa musiał być, gdyż to

się dobrze sprzedawało i tego oczekiwała publiczność, a poza tym, do cholery, klient musi

wiedzieć, z kim ma do czynienia.

Reżyser słuchał relacji sekretarki, popatrując na wideofon, i bez wątpienia właśnie oglądał

film nagrany podczas rozmowy z obcym, odpięcie paska i opuszczenie spodni, przyglądał się

ciału z fachowym skupieniem, kalkulując, co się da zrobić z tego materiału. Trwało to pewną

chwilę, toteż kamerzysta za jego plecami pozwolił sobie zdjąć z uszu słuchawki, a na ten

sygnał chłopak lekko zeskoczył z dziewczyny, wyrzucając z siebie głęboki oddech i

rozluźniając mięśnie. Usiadł na brzegu kanapy i zza oparcia wyciągnął butelkę wody

mineralnej, pił przechylając się do tyłu, mimo to trzymał uda razem, chociaż ich wnętrze i

wszystko, co tam miał, pokrywała dokładnie naciągnięta, niewidoczna folia, zapewniająca

ochronę absolutnie niezbędną w pracy, której warunki nie były łatwe, gdyż światło, żar i kurz

powodowały częste egzemy, a charakteryzatorki szczotkujące tam włosy, pracując na tempo,

często całą dobę, unosiły mu to niedbale, biorąc w dwa palce o ostrych paznokciach,

zadrapania, szczególnie na samym końcu, długo się goiły, tracił więc dniówki i pieniądze.

Zaspokoiwszy pragnienie, wręczył butelkę swojej partnerce, dziewczyna wyjęła z włosów

miniaturowy telefon, wyglądający jak ozdobny klips, i jedną ręką sięgając po wodę, drugą

zacisnęła na czipie, urządzenie natychmiast się włączyło, więc od razu zaczęła wydychać

szeptem pytania, „czy przewinąłeś dziecko, jestem głodna, to się nie skończy przed czwartą

rano, kocham cię.” Wyrzuciwszy z siebie tę depeszę, bo na więcej nie starczyłoby czasu,

przypięła z powrotem aparat przy uchu, który w regularnych odcinkach czasu włączał się na

odbiór, więc w trudnych chwilach zmęczenia wsłuchiwała się w uspokajające sygnały z domu,

oddech śpiącego dziecka i człapanie kapci męża. Potem długo piła, wprawnie wlewając

strumień wody na język, tak by z warg nie spłynęła szminka.

Obraz studia nagle zniknął, gdyż reżyser podjął decyzję i natychmiast wyłączył wizję,

płaci się za każdą milisekundę na antenie, co komputer dokładnie wylicza, a Odźwierny i obcy

zobaczyli na ekranie wideofonu obraz nie dla ich oczu przeznaczony: piękna sekretarka

rozmawiała z człowiekiem stojącym przy drzwiach jej biura, tłumacząc dobitnie jakąś sprawę,

tak jakby odganiała natręta broniąc stanowiska telewizji, w istocie rzeczy nieuczciwego, lecz

jej twarz pozostawała nieruchoma i nie wyrażała gniewu, kobieta była rzeczowa, gdyż nie

mogła sobie pozwolić na ujawnianie uczuć przy załatwianiu biznesu, co wymagało spokoju, a

poza tym niecierpliwym skrzywieniem twarzy nie wolno było niszczyć urody stanowiącej

wymierny atut w utrzymaniu pracy i zarobków. Gdy stwierdziła, że jest na wizji, nacisnęła

guzik i twarz petenta pokryła mgła, czyniąc go nierozpoznawa1nym, a ona powiedziała

szybko - Stwierdziliśmy, że może być z ciebie materiał. Jeżeli znajdzie się sponsor, zrobimy

przedstawienie. - Wejdź do Miasta na trzy dni - i natychmiast się wyłączyła.

Skinąwszy głową piekielnie zajętemu Odźwiernemu, który nawet nie miał czasu odwrócić

głowy, Przybysz odszedł i nie spiesząc się, kroczył pewnie ulicą w dół, jakby wiedział,

dokąd zmierza, a przecież nie mógł znać Miasta.

-Drzwi są otwarte - rzekł głośno Przybysz, stając na progu.

Z ciemnej głębi mieszkania wybiegła kobieta i zatrzymała się przed nim, przełykając ślinę ze

strachu. Drobna, w krótkich szortach do połowy opalonych ud, bosa, w luźnej koszulce na

gołą skórę, zupełnie bezbronna i chuda, postawiła jedną stopę na drugiej i pocierała nią

nerwowo, dysząc, co ma zrobić, bała się, och, jak strasznie. Bez szans wobec mężczyzny,

zaskoczona jak ptak, bo taki mówi, „nic ci nie zrobię, tylko nie krzycz” i potem torturuje

długo i bez potrzeby, dla samej radości męczenia, a może i z wściekłości, że ona trzyma w

domu tylko parę groszy na bieżące wydatki, i kiedy wreszcie tak się podnieci swym

okrucieństwem, że już może tękobietę zgwałcić, nie przynosi mu to wcale ulgi, więc musi ją

zamęczyć, choć to tylko powiększy jego szał.

Ale ten stojący przed progiem milczał i zdołałaby nawet zatrzasnąć drzwi, ale to mogłoby go

rozjuszyć, więc jej stopa ocierała się tylko coraz szybciej o drugą w przerażeniu.

-Może zamek się zepsuł - rzekł łagodnie.

-Kazałam wstawić nowy.

Przełknęła znowu ślinę i nieposłuszną stopę przycisnęła z tyłu nogi. Jeszcze nie była pewna

intencji obcego. Ale odważyła się przenieść wzrok na drzwi i wyprostowanym palcem

nacisnęła zaczep, schował się, lecz zaraz wyskoczył. Zrobiła to jeszcze raz i potem

wielokrotnie coraz szybciej.

-Popsuł się, jak to! A dali mi gwarancję! Wszystko jest takie tandetne! Marne, słabe i

oszukane! - Wzdychała ciężko, jakby to zdarzenie było ostatnim w paśmie przeciwności. –

Wszystko ciągle się psuje, ponawiam reperacje, to kosztuje majątek i wciąż mnie zajmują te

głupstwa.

-Wystarczy torba z narzędziami... - I dwie męskie ręce - uzupełniła, unosząc ramiona w geście

poddania się. Miała wyjątkowo małe dłonie, pokryte skórą jak bibułka.

-Mogę to naprawić.

Musiałaby wezwać ekipę, tak nazywano faceta z kostka mi części wymiennych w torbie, który

musiałby pofatygować się i przyjechać, co tylko klienci uznawali za oczywiste, i doliczyłby

sobie za dojazd, co uważała za nadużycie, gdyż ten rodzaj pracy wymagał chodzenia po

domach, ale w tych czasach nawet lekarze podnosili stawki za brudzenie rąk krwią; w dodatku

czekałaby wiele godzin, a może nawet do następnego dnia. Typ zabłociłby dywan, paliłby

tanie papierosy i może by się do niej zalecał, nie czując obecności mężczyzny w mieszkaniu.

Wiedziała o tym, właśnie tak się działo, w tych dniach upadku i degradacji.

Stała wzdychając i nie mogąc się zdecydować, już nie patrzyła na obcego ze strachem, nie

czynił wrogich gestów, nawet nie zamierzał wejść, może po prostu szukał pracy, pewnie tak

było. Nagle z głębi mieszkania odezwał się dźwięk wideofonu. Zareagowała jak podcięta

batem, rzuciła wzrokiem na zamek i na człowieka, drzwi by się nie zatrzasnęły, on stał, jakby

czekał, aż pozwoli sobie pomóc, dźwięk wydawał się natarczywy, otwierała usta, by coś

powiedzieć, jakieś „nie skrzywdź mnie, błagam, widzisz, jestem ukresu” i ten dzwonek,

dzwonek.

-Słuchaj, od tego zależy... - niepewnie spojrzała w stronę szafki z narzędziami, oddychając

wciąż ciężko i szybko, dłużej nie mogła czekać, zakręciła się na bosej pięcie i wchłonął

ją ciemny przedpokój.

Wyszukiwał odpowiednie narzędzia spośród stosu różnych przedmiotów, czyniąc to

niespiesznie i tak, aby nie 1ałasować. Po tamtej stronie wideofonu padło kilka twardych zdań i

aż tu dobiegał go ciężki oddech kobiety, która łapała powietrze wciąż szybciej, jak tonąca.

Nie zapłacicie! - krzyknęła. -Mamy umowę.

Po kilku sekundach milczenia, gdy dano jej leniwie wzgardliwą odpowiedź, wybuchła

oburzeniem. - Przecież daliście słowo, wykonałam dla was pracę.

Zamarł z narzędziem w ręku, jakby bojąc się zagłębić ostrze w miękkiej materii plastyku, by

wydobyć na wierzch bezbronne wnętrzności urządzenia.

-Zmieniliście profil?! Tak po prostu.

Musi jednak to zrobić, bo gdy ona skończy rozmowę, poczuje się oszukana i w jeszcze

większym zagrożeniu. Aż tu dobiegał jej oddech tak szybki, jakby biła ramionami o

powierzchnię wody, tonąc. Trwało to chwilę, aż nagle umilkła. Nikt z nią nie rozmawiał, była

sama.

Zamek tkwił wbity mocno W plastyk, zaczepiony pazurkami, tylko jego powierzchnia była

biała i ślepa, nie dochodziły do niej sygnały ze sterującego komputera, gdzieś i jakoś przerwał

się krwiobieg impulsów. Trzymał teraz urządzenie na dłoni, małe i bezbronne jak wyjęte serce

i patrząc na nie, nasłuchiwał, a potem poszedł poprzez milczenie.

Siedziała na dywanie ze skrzyżowanymi nogami, położywszy dłonie na kolanach palcami do

środka i patrzyła sztywno przed siebie jak Japończyk przygotowujący się do seppuku. Na

dywanie stała otwarta butelka alkoholu, ledwo napoczęta, piła wprost z niej. Niewiele

potrzebowała.

-Napij się - powiedziała - a potem możesz mnie zabić. Tak będzie lepiej.

Naprzeciwko, na niskim stoliku stał olbrzymi komputer, w głębi pustego ekranu uwięzło

 

odbicie twarzy, jak jej dusza i życie. Obok stał stelaż z biblioteką twardych dysków w

srebrnych kopertach i jeden skaner, wciąż włączony i odczytujący gazety, a modem

nieustannie przyjmował informacje z całego świata, rejestrator liczył impulsy jak uderzenia

serca. Tu był mózg tej kobiety i nerwy, które łączyły ją ze światem.

Położył tam popsuty zamek, jakby to było jej martwe serce.

-Czy tak musisz? - wskazał na pracujące urządzenia.

-Mam odłączyć tlen? Potrzebuję go coraz więcej, aby biec w tym wyścigu.

-Już ledwo dyszysz.

-Ale nie mogę zwolnić, gdyż będą mnie potrącać i popychać, przewrócą i zatratują.

-Dosyć przecież zdobyłaś.

-Ledwo utrzymuję się na powierzchni. Muszę walczyć, by się nie zdeklasować i nie spaść z

drabiny na twarz. Od kiedy nie mamy państwa, ludziom jest trudniej, wszędzie są granice,

a człowieka nic nie chroni.

-Ktoś cię oszukał.

-Nie pierwszy raz - podniosła ku niemu twarz, zagryzając usta. a potem sięgnęła po butelkę

i uniósłszy do ust, upiła łyk, westchnęła ciężko, wyrzucając z siebie powietrze, by poczuć

ulgę.

-Będę cyniczna, gdy powiem, że oszustwo jest wkalkulowane w ten system, rekin pożera

rybkę, to jedyne prawo.

-Ale to cię boli.

-Nie zgadzam się na ten świat.

-A powinnaś?

-Tak, żeby przetrwać. lm szybciej to zrobię, tym będzie mniej bolało.

-A jeśli nie podołasz?

-Muszę. Właściwie, działanie agencji można zracjonalizować. Dali ogłoszenie, wykonałam

dla nich pracę, skorzystali z niej, lecz nie zapłacili, gdyż przedsiębiorstwo sprzedano, a więc

nie ma pracodawcy, który mnie wyzyskał. Proste, czemu ja nie wpadłam na pomysł, by kogoś

w taki sposób zatrudnić.

-Jesteś uczciwa.

-Jak zdechła ryba srebrnym brzuchem w górę. - Nagle szarpnął nią szloch, kilka krótkich

spazmów, lecz oczy pozostały suche.

-Szybko się upiłam. To dlatego, że nic dziś nie jadłam.

-Nie jesteś chyba tak biedna, by głodować.

-Otyłość to znak rozpoznawczy nędzarzy lub stresowców, otyły i tak zaklasyfikowany nie

masz szans na utrzymanie się w swej sferze społecznej i łubudu, w dół - kiwnęła się do przodu

i byłaby może upadła, gdyby jej nie podtrzymał.

Objął ramionami i podniósłszy bez wysiłku, zaniósł na łóżko pod oknem, właściwie materac

na podłodze, nigdy nie zwijany, gdyż szkoda było czasu niepoświęconego na pracę.

Zaczęła chichotać jak pijana. - Nie masz pojęcia, ilu mężczyznom musiałam dawać dupy,

to bardzo śmieszne.

-Nie kochałaś nikogo?

-Nie - powiedziała twardo i przytomnie i zamilkła, czując jego język w swoich ustach,

a później mokre piersi. Wydawało się jej, że światło w brzuchu zostało zapalone, „jaki

odważny”, myślała, „musiał kochać tysiąc kobiet, jakże mu sprostam” i zaczęła się starać,

to było zachłanne i głodne, duże ręce oplecione wokół bioder, czuła się tak bardzo kobietą,

a nie narzędziem, „jesteś najważniejsza”, usłyszała szept, „staram się dla ciebie”, więc i ona

dawała z siebie wszystko, to było właśnie tak, jak powinno, jak największa miłość świata,

tylko dawanie się drugiemu, i to przynosiło radość i szczęście, na świecie nie istniał już

egoizm, lecz tylko powierzenie siebie w największym zaufaniu i naturalności, odczuwanie

i pasja, jaka niewielu pozwoliła się domyślać swego istnienia, a tylko jednemu lub dwojgu

przeżyć.

Żadne z nich nie mówiło o miłości, nie istniały słowa, obywali się bez mowy i pojęć, aż nagle

ten mężczyzna, tak jej się wydało, przestał istnieć, zamieniając się w światło, leżało w niej

złotymi warstwami niby równoległe, mocno świecące pasma, lekko wypukłe. Zobaczyła jego

wysoką postać, był nagi i patrzyła z daleka, choć był tuż, stał wysoko, choć leżał na niej, nie

miał niczego pod stopami, choć opierał się na jej ciele, właściwie nie dostrzegła przedtem, jak

wygląda, rozebrali się od razu, nie pamiętała tego i nie wiedziała, co robi, nie z powodu

alkoholu, lecz jakiegoś innego, więc nie znała tego ciała, ale teraz oglądała je z odległości i

nieco z dołu, ten mężczyzna stał na tle nieba, prawe ramię miał wyciągnięte w górę, trzymał

łuk, a lewą ręką napinał cięciwę, odciągając ją mocnej ku piersi, a ona się prężyła, nie drżąc

wcale, był boskim łucznikiem z brodą uniesioną w niebo i lekko puścił palcami tę strunę,

a strzała, której wcale nie widziała, pewnie poszybowała w słońce, któreś z nich krzyczało:

„nie skrzywdziłem cię, nie, powiedz”, nie mogła odpowiedzieć, roztopiona w świetle,

nie istniała wcale. Sen, potem sen, który po raz pierwszy wżyciu nie był bratem śmierci,

lecz spokojną ciemnością.

Obudziła się rano, może o czwartej, i patrzyła jak spał, lekko rozchylone różowe wargi

i pionowa zmarszczka pomiędzy brwiami. Leżał w dziwnej pozycji, na boku, z ramionami

podniesionymi ponad głową i skrzyżowanymi w nadgarstkach tak, jakby były związane

sznurem, obie dłonie zaciśnięte w pięści, bronił się przed czymś, nogi podwinięte, jakby

klęczał, lecz głowa uniesiona, nie poddał się wcale, mimo różowej wyściółki ust, wilgotnej i

zupełnie bezbronnej, wydało się jej nagle, że ktoś biczuje jego plecy, zadając mu torturę,

a on to wytrzyma, pod powiekami gałki oczne poruszyły się w wielkim cierpieniu i obróciły

w górę, w niebo, jakby tam szukały odpowiedzi i uzasadnienia.

Wideofon zadzwonił, więc zerwała się szybko i naga przebiegła przez pokój, krusząc stopami

ogłoszenia o pracę, której wciąż miała za mało, by się utrzymać na powierzchni. Były to

najtańsze gazety, z grubego żółtego papironu, więc kruche i się łamały, a po trzech dniach

ulegały samoistnej dezintegracji, zamieniając się w kurz, ale jej maszyna do sprzątania

świeciła nowością, stojąc w kącie. Należało pracować, by znaleźć swą wielką szansę: zostać

zauważonym przez znaczące przedsiębiorstwa, agencje, które mogłyby kupić jej talent

i umysł, a także nabyć potencję komputera i zawartość twardych dysków w srebrnych

kopertach, mieszczących wszystkie informacje świata, nieustannie spływające niebieską

strugą elektronów.

Teraz jej bose stopy kruszyły gazety leżące na podłodze, przełamując na pół słowa

„wykwalifikowany” albo „z dobrą prezencją”. Stanęła przed ekranem wideofonu nie myśląc

o nagości, lecz jedynie o fryzurze, uniosła ramiona do głowy, splatając na czubku węzeł i nie

była ubrana nawet we włosy.

Na ekranie widziała studio, na środku podłogi stał reżyser w kurtce ze śliskiej czarnej skóry,

zapięty pod szyję i gładko lśniący, w olbrzymiej dłoni trzymał wideofon komórkowy, zakres

na cały świat, krótka antena sterczała nieprzyzwoicie na tle pustej kozetki, z której ściągnięto

perski kilim i nie leżały już na niej ciała, brzydkie i zwiędłe mimo szminek, dochodziła 4.15.

Obrzucił ją spojrzeniem i głęboko osadzone oczy, ukryte gdzieś pod brwiami i niewidoczne,

jeszcze ściemniały na widok skóry mokrej od potu i wrzącej od snu i tego, co się przedtem

poruszało wewnątrz jej ciała. Nie powiedział nic, widząc szczegóły z wprawą i to było jawne,

że ma przed sobą kobietę ulegającą szaleństwu i powolną mężczyźnie we wszystkich jego

pragnieniach. Milczał chwilę i wtedy postanowił, bo może pot tamtego mężczyzny, jeszcze

klejący się do ud, doszedł do jego nozdrzy i zapragnął dobiec do niej na czterech łapach, więc

nic nie mówił przez chwilę, gdy zawijała włosy.

Znała go, oczywiście, jak wszyscy, był potężny, nie tylko ciałem i wiedział, że jest ziemski

i odrażający, a ta kobieta byłaby dla niego tylko na jeden raz i nawet nie wziąłby jej do

restauracji, zdawał sobie z tego sprawę, była z niższej niż on sfery, Pętała się po

przedpokojach telewizji, zasypując wszystkich ofertami, czekając, by ją przedstawiono komuś

znaczącemu, miała talent, pewnie, takich kobiet wiele otrzymano w spadku po czasach, kiedy

wykształcenie było za darmo, więc postanowił ją kupić od razu, nie płacąc ze swego portfela.

-Otwieramy ci kredyt.

-W jakiej wysokości?

-Na ile się cenisz?

-Aż tyle nie masz - powiedziała ostro, choć nie powinna.

-Bądź rozsądna.

-Co kupujesz?

-Scenariusz przedstawienia.

-Na temat?

-Wędrowny siłacz sprzedaje swoje mięśnie.

-To nie jest problem, lecz fakt.

-Ostra jesteś.

-Podbijam po prostu kredyt.

Pomyślał, że może zabierze ją jednak do restauracji i może to być nawet „Palace”.

-Ale on chce umrzeć za nasze pieniądze.

-Załatwicie to legalnie?

-Nie twoja sprawa.

-Termin? – zapytała, przygryzając palec wskazujący, dotykała końca językiem, trzymając go

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?