Gra w kościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy Ekkehard zaczął mówić, gdy padły pierwsze, straszne słowa, Otto gwałtownie wstrzymał konia. Wtedy margrabia uniósł lekko głos, wiedząc, iż z uwagi na zgiełk nikt poza Ottonem go nie usłyszy.

— Jedź, panie, jakby się nic nie stało! Jedź!

I Otto ruszył. Był blady, śmiertelnie blady, na skronie wystąpiły mu zimne krople potu. Ekkehard czuł ten pot, niczym pies gończy zwierzynę. Jemu samemu zaciskały się szczęki.

— Nawet jeśli to kłamstwo, panie, pomyśl, że to prawda. Wyobraź sobie, że ten wszeteczny Grek posiadł twoją matkę. Chłopiec staje się mężczyzną nie wtedy, gdy pierwszy raz bierze do ręki miecz, nie wtedy, gdy pierwszy raz bierze do łoża kobietę, ale wtedy, gdy zabij a w duchu swoją matkę.

Margrabia przerwał na chwilę, potrzebował nabrać powietrza, sam nie wierzył, że to mówi. Zaczął, musi skończyć.

— Kochające matki trzymają nas na uwięzi miłością, troską i lękiem o nas. Matki zaborcze trzymają nas na krótkiej smyczy swych własnych ambicji i pragnień. Aby dorosnąć, aby żyć według własnej legendy, trzeba się od matki uwolnić. Zabić jej miłość w sobie.

Ekkehard, najtwardszy z twardych, nie wiedział, co ma jeszcze powiedzieć. Już zaczynał wątpić w sens misji, której się podjął, gdy Otto przerwał trwające wieki milczenie:

— Moja matka nie żyje od sześciu lat. Ja już jestem własną legendą.

X
JESIEŃ 997 R.
GRÓD W SANDOMIERZU

Było jeszcze ciemno, późna noc, może najwcześniejsze rano. Bjornar jechał do Sandomierza tak szybko, że jego ludzie, którzy ledwie kilkanaście dni temu zsiedli z długich łodzi, pokrzykiwali do niego, że chce im odbić tyłki od końskich grzbietów. On śmiał się i krzyczał, odwracając się do nich:

— Nie pożałujecie!

Chciał, aby poznali swego przyszłego wodza właśnie tam, a nie w jego poznańskiej czy gnieźnieńskiej siedzibie. Chciał, aby na powitanie zapolowali z nim na niedźwiedzie w tych zielonych borach, tak gęstych, jak nigdzie indziej, i tak różnych od rodzimych lasów ich ojczystej, skalistej ziemi. Wiózł ich, całą drużynę skandynawskich wojów, do Burizlava jako prezent, kosztowny, męski podarunek od Olava Tryggvasona, króla Norwegii. Bjornar dobrze znał wartość tych stu mężczyzn, ciężkozbrojnych, świetnie wyszkolonych i co najważniejsze — sprawdzonych. Byle kogo nie ośmieliłby się do Burizlava przywieźć, bo książę sam był najdzielniejszym z dzielnych i najtwardszym z twardych. Wśród wojowników Północy Burizlav cieszył się sławą na równi z najznamienitszymi wodzami wikingów; a odkąd rozeszły się wieści, iż sam cesarz Otto sadza Burizlava podczas wojennych narad przy sobie, pyta go o zdanie i wysłuchuje jego rad z uwagą, sława jego wyprzedziła sławę innych wodzów. Tak więc, jeśli dać mu w prezencie wojów, to tylko najlepszych, takich, których brak we własnych szeregach odczuje się boleśnie!

Bjornar wiedział, iż Burizlav uwielbia dwa dobra Północy: wikińskie, długie, najszybsze na świecie łodzie i wikińskich wojowników, o duszach nawet jeśli chrzczonych, to i tak skierowanych ku Odynowi i gotowych w każdej chwili na wejście do Walhalli ze śpiewem na ustach. Takich ludzi mu przywiózł. Nie innych. Król Olav sam ich wybierał spośród szeregów swego wojska, każdego oddzielnie. Jednocześnie, aby ten „podarunek” był w pełni skuteczny, Bjornar wiedział, że oni także muszą pokochać Burizlava. Na razie znali jego sławę, słuchali o nim pieśni i, co pewne, podziwiali. Ale to nie dziewki, którym wystarczy pokazać kunsztownie zdobioną rękojeść miecza, szerokie plecy, pierś rozsadzającą kolczugę czy mocne lędźwie, by piszczały z zachwytu i rozkładały nogi. To prawie setka mężczyzn, którzy na wojnie widzieli już prawie wszystko. I dlatego Bjornar chciał, aby ich pierwsze spotkanie przypadło w czas polowania, w lesie, a nie w dusznych salach książęcych dworów, przy asyście biskupa w sukni do ziemi.

Bjornar kochał Burizlava. Dla niego piastowski książę był uosobieniem władcy. Orła, który wzlatuje ponad swój kraj i widzi ziemię od krańca po kraniec, i co więcej: potrafi skutecznie z tej wiedzy korzystać. Władcom Północy wciąż brakowało umysłów na tyle przenikliwych, by widzieli świat jako całość, a nie jedynie kraj wokół swych stóp.

Uwielbiał w Burizlavie sprzeczności: bezwzględność i serdeczność, szeroki gest i chłodną kalkulację, okrucieństwo i współczucie. Słyszał, iż często nazywa się go „miłosiernym”, ale tego akurat ani nie rozumiał, ani nie widział u swego księcia. Intrygowało go za to jakieś dziwne pęknięcie, rysa w charakterze Burizlava. Nie umiał jej w żaden sposób nazwać, choć widział ją wyraźnie: nagłe zawieszenia w środku gwarnej biesiady, nagłe zmiany nastroju, od śmiechu i śpiewu do pochmurności, do cienia. Ta rysa w jego oczach dodawała Burizlavowi głębi.

Książę leśnych polan wykupił go, jako dziecko, z rąk handlarzy niewolnikami i zabrał na swój dwór. Gdy odkrył skandynawskie korzenie wyzwoleńca, włączył chłopca do młodej, szkolącej się drużyny. Potem zaś wypuścił, jako swego oddanego człowieka, na Wolin, do Jomswikingów. Z najlepszymi najemnikami świata Bjornar pływał dziesięć lat, by wrócić do Burizlava i stać się jego człowiekiem do specjalnych zadań: do misji północnych. Roboty mu nie brakowało. Książę prowadził szeroką politykę na północ i zachód od swego kraju. A Bjornar, który sam cieszył się sławą świetnego wojownika i przyjaciela najmożniejszych skandynawskich rodów, z radością witany był na dworze każdego z nich. Dzięki temu mógł dla Burizlava prowadzić misterną i tajną grę, zgodnie z życzeniem księcia. Teraz też, prócz kosztownego podarunku od króla Olava, wiózł swemu księciu mnóstwo nowin.

Gdy dojechali do grodu, Bjornar kazał wikingom zostać przed bramą, ustawić się w szyku i czekać. Sam wjechał do środka, gdzie Burizlav i jego ludzie już byli gotowi do drogi. Wszędzie płonęły pochodnie. Pięćdziesięciu, na oko, wojów księcia i on sam, przysposobieni do dużego polowania. Przy księciu Zarad, na którego widok Bjornar też się ucieszył. Jest i Jaromir, Rusin! Są Czcibor, Zasław, Wojmir! Niejedno razem przeszli, niejedno wypili! Oczy mu się zaśmiały i poczuł szybsze bicie serca na widok towarzyszy! Och, ale będzie dzisiaj wieczorem uczta, jak się wojowie Burizlava sprzęgną z jego skandynawskimi rodakami!

Już się witali, Bjornar, jak zawsze, klęknął przed księciem, a ten, jak zawsze, podniósł go z kolan, lekko, jakby unosił dziecko, choć przecież Bjornar był wielkim mężczyzną! Uścisnęli się, przykładając ramię do ramienia, tak jak robi się to tylko w drużynie Burizlava, a potem książę przycisnął przyjaciela do piersi i poklepał po plecach, aż zadudniło. Podał go dalej, swoim towarzyszom, i z każdym z nich Bjornar wymienił uściski.

— Przybył do nas Bjornar, ruszamy na niedźwiedzie! — krzyknął książę, wskoczył na konia, a rogi przy bramie zagrały.

Bjornar pokierował swoim wierzchowcem tak, by być tuż przy Burizlavie. Gdy przejechali przez bramę, uderzył ich blask pochodni, trzymanych przez ustawioną w szpaler po obu stronach przejazdu drużynę.

Na dany przez niego znak krzyknęli „Burizlav!” na powitanie. Książę, nie wstrzymując konia, odwrócił się do Bjornara. Pytał uniesieniem brwi.

— Przywiozłem ci prezent od króla Olava!

Twarz Piasta w jednej chwili się rozpromieniła. W świetle pochodni widać było, jak mu lśnią oczy i zęby. Przejechał wolno wzdłuż szeregu, pozdrawiając każdego z nich skinieniem głowy. Zawrócił i przywitał wojów w przeciwległym szeregu. Wikingowie stali, trzymając konie za uzdy, patrząc na Burizlava z ciekawością, ale i napięciem. W tym czasie Zarad, niezauważony, szybko cofnął się do grodu, przywołał swego zaufanego człowieka i powierzył mu błyskawiczną misję: podwoić ilość miodu i dziewczyn zamówionych na wieczór!

Cały dzień uganiali się po lesie, strzelali do dzików i jeleni, roznosili puszczę na kopytach koni. Tropy niedźwiedzi znaleźli i postanowili zapolować na nie nazajutrz. Przed zmierzchem wrócili do grodu. Książę zaprosił wszystkich na ucztę.

Największa z sal sandomierskiego grodu z ledwością pomieściła półtora setki mężczyzn. Do stołu zasiedli bez broni, to dobry, przewidujący zwyczaj. Zmęczeni szybko odzyskali werwę po pierwszych łykach słynnego, piastowskiego miodu, gęstego, słodkiego i mocnego. Książę chciał poznać imiona swych nowych drużynników i z każdym z nich wymienić się rogiem i uściskiem. Dobrze, że po ojcu odziedziczył głowę mocną i ponad innych odporną na działanie trunków. Jego towarzysze poszli za księciem i po chwili już pił każdy z każdym. Sala drżała od śmiechu, okrzyków i wymienianych wzajem imion.

Wysoki Halvard pił z ciemnookim Zaradem, niski, przysadzisty Duri o nieco szalonych oczach i zaplecionej w warkocze brodzie ściskał się z Czciborem, smukłym łucznikiem przybocznej straży księcia. Jasnowłosy Terje i płowowłosy Radomir, tęgi Brynjar, najlepszy w rzucie toporem, i oszczepnik książęcy Sulimir. Chrapliwa, gardłowa mowa Skandynawów i szeleszcząca, śpiewna w barwie Słowian. W większości rozumieli się, bo wśród drużynników Burizlava każdy był już na niejednej dalekiej wyprawie i podstawowe słowa, takie jak: bij , stój, ruszaj, szybciej, kryj oraz wszelkie nazwy broni — były im znane w każdym z możliwych języków. Z łatwością dogadywali się ze słowiańskimi plemionami, bez problemów z wojskami margrabiów wszystkich marchii, spokojnie rozumieli komunikaty wojskowe także w łacińskim języku, choć w tym ostatnim brzmiały one co najmniej mało wiarygodnie. Nie zawsze wiedzieli, czy to jeszcze modły, czy już rozkazy! Teraz jednak z radością jedni i drudzy uczyli się nowych słów, przepij ając je obficie miodem, przegryzając mięsem.

Książę miał do pogadania z Bjornarem. Nie chciał jednak opuszczać swej cudownie rozmnożonej, wielonarodowej kompanii. Nakazał więc tylko odsunąć się najbliżej siedzącym, tak aby mogli spokojnie rozmawiać, nie słuchani przez nikogo. To ostatnie było najłatwiejsze. Wikingowie mieli wśród siebie skalda i ten zaczął już śpiewać pieśni, mężczyźni skupieni wokół niego słuchali, inni rozmawiali hałaśliwie, a nad wszystkim dominowała rytmiczna powtarzalność głośno wykrzykiwanych toastów i śmiechu.

 

— Byłeś w Roskilde, u mojej siostry?

— Byłem, Burizlav, i na dworze Swena u Świętosławy, i byłem u Olava w Aaslo.

— Dobrze, więc masz dla mnie wieści z dwóch przeciwnych frontów!

— Mam, Burizlav. — Bjornar nie mógł się nacieszyć widokiem swego księcia, ale wiedział, że najpierw ma wobec niego obowiązki. — Świętosława urodziła Swenowi już dwóch synów, to wiesz: Haralda i Kanuta. Teraz jest znów brzemienna, mówiła, iż spodziewa się rozwiązania wiosną. Martwi się jednak o swego syna z pierwszego małżeństwa, Olafa. Chłopak został w szwedzkiej Uppsali praktycznie sam. Wychowany w wierze chrześcijańskiej, dzisiaj otoczony przez możnych, trzymających się nie krzyża, lecz wiary przodków.

— Ja też o nim myślę. Zadbam o siostrzeńca, o tym później. Co w Roskilde? Dalej!

— Swen spiskuje z Obodrytami, to jest pewne. Chce mieć w nich przedpole, w razie gdyby uderzali na niego Sasi. Boi się, czy wały Danewirke obronią go przed ewentualnym atakiem z ich strony.

— Jak by nie kombinował tyle z Obodrytami, to by się tak nie musiał bać Sasów! Mów dalej!

Bjornar nie zdążył spokojnie przełknąć miodu, roześmiał się, że Burizlav popędza go, jak zawsze.

— Swen pokłócił się z Olavem Tryggvasonem, ale to wiemy i bez niego. Podarunek Olava, jaki ci przywiozłem, jest właśnie w związku z tym sporem. Gorzej, że przeciw Tryggvasonowi Swen spiskuje z Jomswikingami, i to jest akurat pewne, bo nim przypłynąłem do ciebie, zajrzałem do Jomsborga, pogadałem tu i tam. Swen chce ich namówić na wyprawę przeciw niemu.

— Skurczybyk! Duński knur! Bydlę nienażarte! Wziął moją siostrę, a wraz z nią jej i jej pierwszego syna tron szwedzki! Teraz ogląda się na tron norweski Olava!

— Tak to wygląda. Duński, jak powiadasz, knur chce zostać królem całej Północy, aż po wyspy Lofockie, gdzie słońce latem nie zachodzi!

— Muszę mocniej wejść do Uppsali, Bjornarze. Muszę zadbać o siostrzeńca, a w każdym razie nadwątlić wpływy Swena w tym rejonie. Źle się złożyło, że jak Świętosława szczęśliwie owdowiała od szwedzkiego Eryka, nie porozumiałem się z Olavem Tryggvasonem w porę. Gdybym siostrę wydał za niego, mielibyśmy tron szwedzki i norweski w ręku. Moja siostra była kluczem do Skandynawii i ten knur, Swen, to wyczuł. Byłem zajęty wojną z Obodrytami, spotkaniem z Ottonem, a on szybko zajął się moją siostrą! Szybko zrobił jej dzieci, bo wiedział, że tym ją do siebie przywiąże.

Bjornar podał księciu miód, nie po to, by go uspokajać w słusznym gniewie, bo uwielbiał, gdy książę się wściekał, ale by osłodzić mu choćby tę jedną chwilę, rozjaśnić umysł. Znał go dobrze i wiedział, iż Burizlav znajdzie wyjście. Już je widział, bo pytał o nowiny od Olava.

— Olav dobrze sobie radzi. Tron norweski objął ledwie dwa lata temu, ale siedzi na nim mocno. Opozycję wyrżnął przy okazji dość krwawego, jak pamiętasz, chrztu jarlów Trondelagu.

Burizlav się roześmiał. Nawracanie pogan w wydaniu jego norweskiego przyjaciela, Olava, to było rzeczywiście widowisko, o którym długo opowiadano na sąsiednich dworach. Olav, przed własnym chrztem jeden z najsłynniejszych wikingów, po zakrojonej szeroko akcji chrystianizacyjnej okrył się jeszcze większą sławą. Choć co niektórzy duchowni, mniej zaznajomieni ze zwyczajami Północy, kreślili znak krzyża na wspomnienie wyczynów Olava. W skrócie wyglądało to tak: chrzest albo śmierć, hostia lub miecz. Znane też były jego „próby węża”, gdy wkładał opornym róg głęboko w gardło, wpuszczał do rogu jadowitego węża i podpalał. Gad, uciekając przed swądem palonego rogu, wpełzał do otwartego na siłę gardła i wgryzał się nieszczęśnikowi we wnętrzności. Tak wyglądał, między innymi, chrzest słynnego Rauda, wodza z dalekiej Północy.

— Olav wie, że prędzej czy później Swen duński wystąpi przeciw niemu. Dlatego pragnie sprzymierzyć się z tobą. Dlatego przysłał ci ten, jak widać, dość już rozpity, podarunek!

Rzeczywiście, część wojów leżała już z głowami na ławach. Najtwardsi pozostali i nie zwalniali tempa. Tych drugich było więcej. Burizlav i Bjornar stuknęli się kubkami.

— Sojusz między Dunami, Obodrytami i wikingami z Jomsborga nie jest mi na rękę. Nie podoba mi się, gdy ktoś z sąsiadów aż tak się wzmacnia. Uruchomię Jaksę, on swoich ludzi i zaczniemy podkopywać tę miłość między Swenem a Obodrytami. Co do Jomswikingów, to liczę na ciebie, Bjornarze. Chyba masz tam jeszcze dość przyjaciół?

— Mam. Na nasze szczęście Jomswikingowie to najemnicy. Dużo kosztują, ale nie lubią mieszać się do czystej polityki. Ich wódz Sigvald woli srebro od sławy.

Książę już wybiegał myślami w przyszłość.

— Muszę się wzmocnić na morzu.

— To także kazała przekazać ci twoja siostra, Świętosława. Kazała ci powiedzieć wyraźnie, że masz zadbać o flotę. Przysłała też dla ciebie kilku szkutników, których „niechcący” podebrała swemu mężowi ze stoczni Fribrødre na wyspie Falster. Nie muszę dodawać, że jest wśród nich najlepszy z budowniczych łodzi Swena.

— Siostra!... Kocham ją! Wypij my jej zdrowie!

Wypili. Świętosława była ulubienicą ich ojca, Mieszka. Dobrawa, ich czeska matka, zaklinała i prosiła, a Mieszko uparcie zabierał córkę wszędzie ze sobą. Zupełnie jakby była synem. Bolesław był zżyty z siostrą, oboje krążyli w dzieciństwie między Poznaniem, Gnieznem, Ostrowem Lednickim, Gieczem i Grzybowem. Ojciec trzymał ich blisko siebie, bo chciał osobiście wprowadzać dzieci w tajniki władzy. Kiedy byli mali, przysięgli sobie wierność, jak mąż i żona. Dziecięce zabawy w ślub i wojnę. Wyobrażali sobie, iż są królem i królową i oboje rządzą całym światem. Tymczasem to jej, nie jemu, udało się szybciej. On wciąż jest księciem, wielkiego kraju, ale księciem. Walczy o koronę. Ona dzięki pierwszemu małżeństwu została królową Szwecji, dzięki drugiemu królową Danii.

— Jak jej pozycja na dworze męża? Czy ten knur ją kocha?

— Czy kocha? Nie wiem. Nie pytałem go... — roześmiał się Bjornar.

— Wiem, wiem. Słyszałem, że na jego dworze kobiety dzielą się na te, które już rżnął, i na te, które są jeszcze na to zbyt młode...

— Nie w tym rzecz. Jasne jest, iż poślubił Świętosławę gwałtem. Wbrew jej woli. Ale on ją szanuje, bo szanuje i uwielbia ciebie. Brał ją, chcąc mieć ciebie za szwagra.

— I tron szwedzki w prezencie!

— To też, może przede wszystkim. Ale ty jesteś ważną częścią jego planu. Próbował podpytywać mnie, nie on sam, ale jeden z jego najbliższych zauszników, czy „Burizlav, potężny konung Windlandii, gniewa się jeszcze na konunga Danów?”.

— Boją się mojego sojuszu z cesarzem Ottonem, i tyle!

— Podziwiają cię. Dlatego Świętosławie niczego w Roskilde nie zabraknie. Zrobił jej trójkę dzieci i bardzo się z tym spieszył, by to nie było tylko jedno; bał się najwyraźniej, iż jedno dziecko nie przytrzymałoby jej przy nim, gdyby dostała od ciebie przyzwolenie na rozwód. Wiesz co? On się jej trochę boi. Ona ma ostry język i nie przebiera w słowach. Do alkowy nie wpuścić go nie może, bo weźmie ją choćby gwałtem. Ale widzę, że coraz częściej jej słucha.

— Dureń. Ma nadzieję, że przez słowa mojej siostry dobierze się do moich planów.

— Pewnie i tak. Ale Świętosława zawsze wie, co chce powiedzieć, a czego nie chce. To twoja krew, Burizlav!

— No dobra. Nie wypuszczę cię z powrotem, nim nie ustalę dokładnie, co dalej zrobić ze Swenem, a co z Olavem.

— Nie musiałbyś wcale mnie wypuszczać, książę...

Spojrzeli na siebie, Bolesław uśmiechnął się do towarzysza. Lubił jego twardy, nordycki akcent, którego Bjornar nie wyzbył się przez lata spędzone na jego dworze. Lubił jego lotność. I lubił mieć go przy sobie w walce. A jutrzejsze polowanie na niedźwiedzie było przecież jak mała wojna. Chwilę patrzyli sobie w oczy. Bolesław spytał:

— Masz coś jeszcze dla mnie?

Bjornar się zawahał. Ale odpowiedział:

— Mam...

— Daj teraz.

— Nie wiem, czy nie wypiliśmy za dużo... Grzyby nie lubią miodu...

Bolesław, nie spuszczając z oczu Bjornara, wyjął niewielki nóż, z którym nie rozstawał się nawet podczas snu. Błyskawicznie wyrzucił ostrze w górę. Nóż poleciał wysoko i spadł prosto w podstawioną przez księcia pochwę.

— Ja nie wypiłem za dużo, jak widzisz — szepnął do Bjornara.

— Wybacz, książę, to tylko dlatego, że troszczę się o ciebie. Jutro...

— Właśnie dlatego chcę te grzyby. Chcę, abyśmy jutro polowali jak ludzie-niedźwiedzie.

Bjornar chciał tego samego. Chciał poczuć w sobie znów ten nieporównywalny do niczego szał bojowy, ekstazę, jaką dać mogą nordyckie grzyby. Nie pierwszy raz przywoził je dla Burizlava. Któż zresztą zasługiwał na ich używanie bardziej niż on, „potężny konung Windlandii”! Wikingowie nie stosowali ich często, były zastrzeżone dla elitarnych wojowników i nie tak łatwo było je zdobyć. Po ich zjedzeniu wojowie wpadali w rodzaj transu, świętego szału, bitewnej ekstazy. Ich ciała robiły się nieczułe na ból, a serce nie znało lęku. Berserkowie, bo tak ich nazywano, byli śmiertelnymi narzędziami dla swoich wrogów. Nie do przecenienia w bitwie, ale każdy rozsądny wódz dbał, by ich liczba w jego wojsku nie była zbyt duża. Berserk owładnięty szałem zabij ał, ale nie czując bólu i strachu przed wrogiem, mógł też własną armię narazić na niebezpieczeństwo; poza tym zwyczajowo nie odpowiadał za własne czyny, co w regularnym wojsku było nie do przyjęcia.

Polowanie to jeszcze inna sprawa. Polujący berserk zamieniał się w zwierzę, na które się zasadzał, by potem pokonać je, jak równy równemu. To było jak rytuał.

Raz, jeden raz Bjornar i Burizlav polowali na wilki w ten sposób. To było dawno, tuż po tym, jak zmarł książę Mieszko. Uczcili poprzez to rytualne polowanie objęcie tronu przez Burizlava. Bjornar zawsze ma gorące dreszcze na wspomnienie tamtego lasu, tamtych wilków. Nie wszystko pamięta, właściwie nie pamięta nic, prócz pojedynczych scen. Ogień i mgła. On i Burizlav, nadzy. Biegną po lesie, ich oddechy są głośne, chrapliwe. Potem wycie wilków, a może ich własne wycie? Smak sierści. Woń potu. Smak ciepłej krwi. Nic więcej nie jest w stanie wydobyć z pamięci.

Tak, pragnie tego. Choć ostatki rozsądku podpowiadają mu, że ruszyć w ekstazie na niedźwiedzie to więcej niż ryzykowny pomysł. Ale nie sprzeciwi się księciu. W niczym. Nigdy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?