RyzykoTekst

Z serii: Briar U #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elle Kennedy

Ryzyko


Tytuł oryginału

The Risk ISBN 978-83-8202-055-7 Copyright © 2019 by Elle Kennedy All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Projekt graficzny okładki Agnieszka Herman Redakcja Adriana Staniszewska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy
Brenna

Moja randka się spóźnia.

Ale nie jestem przecież skończoną suką. Zwykle daję facetom pięć dodatkowych minut. Pięć minut spóźnienia można jeszcze wybaczyć.

Po siedmiu minutach wciąż wykazuję się zrozumieniem, jeśli spóźnieniu towarzyszy telefon lub esemes na ten temat. Na korki trudno czasem poradzić. Mogą cię załatwić.

Po dziesięciu minutach granice mojej cierpliwości zostają naruszone. A jeśli dupek nie dość, że spóźnia się dziesięć minut, to JESZCZE nie dzwoni? Dziękuję, następny proszę. Właśnie wychodzę.

Po piętnastu minutach, cóż, to moja wina. Dlaczego, do cholery, jeszcze siedzę w restauracji?

Albo, w tym przypadku, w zwykłej jadłodajni.

Siedzę w zakątku Della’s, knajpie w stylu lat pięćdziesiątych w Hastings. Hastings jest małym miasteczkiem, które przez następne kilka lat będę nazywać domem, ale na szczęście nie muszę tak nazywać budynku, w którym mieszka mój ojciec. I choć mieszkamy w tym samym mieście, to zanim przeniosłam się na Uniwersytet Briar, jasno powiedziałam tacie, że nie wprowadzę się do niego. Już opuściłam rodzinne gniazdo i nie ma mowy, bym do niego wróciła i skapitulowała, narażając się na jego nadopiekuńczość i okropną kuchnię.

— Skarbie, chcesz jeszcze jedną kawę? — Ubrana w biało-niebieski poliestrowy uniform, kelnerka o kręconych włosach przygląda mi się ze współczuciem. Zbliża się do trzydziestki. Na jej plakietce widnieje imię „Stacy”. Z pewnością wie, że ktoś mnie właśnie wystawił.

— Nie, dzięki. Poproszę tylko rachunek.

Kiedy odchodzi, biorę do ręki telefon i piszę pospiesznie do mojej przyjaciółki, Summer. To wszystko jej wina. Zatem to ona musi stawić czoło mojemu gniewowi.

Ja: Wystawił mnie do wiatru.

Summer odpowiada natychmiast, jakby właśnie czekała na mój raport. W zasadzie można pominąć słowo „jakby”. Z pewnością na niego czekała. Moja przyjaciółka jest bezapelacyjnie wścibska.

Summer: O rany! Nie!

Ja: Tak.

Summer: Co. Za. Fiut. Tak bardzo, bardzo, bardzo mi przykro, Bee.

Ja: E tam. Po części wcale się nie dziwię. To futbolista. Wszys­cy wiedzą, że to zjeby.

Summer: Sądziłam, że Jules jest inny.

Ja: To się myliłaś.

Pojawiają się trzy kropki, co wskazuje, że właśnie pisze odpowiedź, ale ja już wiem, co w niej będzie. Kolejne zawiłe przeprosiny, których nie mam zamiaru czytać. Nie jestem w nastroju. Chcę tylko zapłacić za kawę, wrócić do swojego mieszkanka i zdjąć stanik.

Co za głupek. Nawet umalowałam się dla niego. Tak, może i miała to być zwykła wieczorna randka przy kawie, mimo to zadałam sobie ten trud.

Pochylam głowę, szperając w portfelu w poszukiwaniu drobnych. Kiedy na blat stolika pada cień, zakładam, że właśnie podeszła Stacy z moim rachunkiem.

Błędne założenie.

— Jensen — słyszę przeciągły bezczelny męski głos. — Ktoś cię wystawił, hę?

No nie. Mógłby się teraz pojawić ktokolwiek, z pewnością jednak nie chcę widzieć tego faceta.

Jake Connelly wślizguje się na miejsce naprzeciw mnie, a ja spoglądam na niego podejrzliwie zamiast się uśmiechnąć.

— Co tu robisz? — pytam.

Connelly jest kapitanem drużyny hokejowej Har­vardu. CZYLI TO WRÓG. Har­vard i Briar rywalizują ze sobą, a tak się składa, że mój ojciec jest głównym trenerem graczy tej ostatniej uczelni. Trenuje zawodników Briar od dziesięciu lat i udało mu się w tym czasie zdobyć trzy mistrzostwa. „Era Jensena” — tak brzmiał nagłówek ostatniego artykułu, który przeczytałam w jednej z gazet Nowej Anglii. Był to zajmujący całą stronę reportaż o tym, jak Briar wymiata w tym sezonie. Niestety, tak samo jak Har­vard, który zawdzięcza wszystko supergwieździe siedzącej właśnie naprzeciwko mnie.

— Byłem przypadkiem w okolicy. — W zielonych niczym las oczach pojawia się błysk rozbawienia.

Ostatnim razem, gdy go widziałam, razem z kolegą z drużyny czaił się na trybunach otaczających lodowisko Briar. Było dla mnie jasne, że przyszli na przeszpiegi. Nieco później skopaliśmy im tyłki podczas meczu. To było bardzo satysfakcjonujące i wynagrodziło nam porażkę we wcześniejszym meczu w tym sezonie.

— Mhm, z pewnością całkiem przypadkiem znalazłeś się w Hastings. Czy nie mieszkasz w Cambridge?

— Co z tego?

— To o godzinę drogi stąd. — Uśmiecham się do niego szyderczo. — Nie wiedziałam, że mam psychofana.

— Przyłapałaś mnie. Jestem twoim psychofanem.

— Pochlebiasz mi, Jake. Minęło już nieco czasu od dnia, gdy ktoś dostał takiego fioła na moim punkcie, żeby przyjechać z innego miasta i mnie śledzić.

Na jego ustach powoli pojawia się uśmiech.

— Słuchaj, bez względu na to, jak jesteś seksowna…

— Ojej, a więc uważasz, że jestem seksowna?

— …nie wydawałbym pieniędzy na benzynę tylko po to, by ktoś mi przepuścił jaja przez maglownicę. Wybacz, że cię rozczarowałem. — Przesuwa ręką po ciemnych włosach. Są teraz nieco krótsze, a na jego szczęce pojawił się cień zarostu.

— Mówisz tak, jakbym się interesowała twoimi jajami — odpowiadam słodko.

— Metaforycznymi jajami. Nie dałabyś sobie rady z prawdziwymi — mówi przeciągle. — Ślicznotko.

Przewracam oczami tak mocno, że niemal naciągam sobie mięsień.

— Serio, Connelly. Czemu tu jesteś?

— Byłem u przyjaciela. Wydawało mi się, że to niezłe miejsce, by kupić kawę przed powrotem do miasta.

— Masz przyjaciela? O rany, co za ulga. Widziałam, że spędzasz czas z kumplami z drużyny, ale zakładałam, że tylko udają, że cię lubią, bo jesteś ich kapitanem.

— Lubią mnie, bo jestem zajebiście fajny — posyła mi kolejny uśmiech.

Aż majtki spadają. Tak kiedyś określiła jego uśmiech Summer. Słowo honoru, ta laska ma niezdrową obsesję na punkcie rzeźbionych rysów twarzy Connelly’ego. Wyrażenia, jakich używa, by go opisać, obejmują: „ocieka seksem, aż jajniki eksplodują”, „pyszności-śliczności” i „uwodziłabym”.

Znamy się z Summer dopiero od kilku miesięcy. Przebycie drogi od kompletnie nieznajomych osób do przyjaciółek od serca zajęło nam mniej więcej, och, trzydzieści sekund. Ta szalona dziewczyna przeniosła się z innego college’u po tym, jak przypadkiem zaprószyła ogień w części domu swojego stowarzyszenia — jak więc mogłabym się w niej nie zakochać? Studiuje na kierunku projektowanie mody, jest niesamowicie zabawna i przekonana, że coś czuję do Jake’a Connelly’ego.

Myli się. Facet wygląda bosko, a na dodatek świetnie gra w hokeja, ale poza lodem niezłe z niego ziółko. Oczywiście, nie jest wyjątkiem. Wielu sportowców ma na swojej liście laski, które zadowalają się: 1) bzykaniem, 2) brakiem wyłączności oraz 3) pojawianiem się natychmiast w dowolnym miejscu, w którym akurat zdarzy im się grać.

Ale ja nie należę do tego grona. Nie mówię, że nie lubię się zabawić, ale punkty 2 i 3 są dla mnie poza dyskusją.

Nie muszę też wspominać, że ojciec obdarłby mnie ze skóry, gdybym kiedykolwiek umówiła się na randkę Z WROGIEM. Tata i trener Jake’a, Daryl Pedersen, od lat toczą ze sobą wojnę. Według słów mojego taty trener Pedersen składa szatanowi niemowlęta w ofierze, a w wolnym czasie uprawia czarną magię.

— Mam wielu przyjaciół — dodaje Connelly. Wzrusza ramionami. — A wśród nich jest jeden bardzo mi bliski, który uczy się w Briar.

— Wydaje mi się, że kiedy ktoś przechwala się swoimi przyjaciółmi, zwykle nie ma ani jednego. Taka kompensacja, wiesz? — Uśmiecham się niewinnie.

— Przynajmniej nikt mnie nie wystawił.

Mój uśmiech blednie.

— Nikt mnie nie wystawił — kłamię. Niestety, kelnerka wybiera tę chwilę, by podejść do boksu i mnie zdekonspirować.

— Udało ci się! — Widzę w jej oczach ulgę na widok Jake’a. Po niej pojawia się błysk podziwu, gdy taksuje go wzrokiem. — Zaczynałyśmy się już martwić.

My? Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ktoś przygląda się mojemu upokorzeniu.

— Na drogach jest ślisko — odpowiada jej Jake, kiwając głową w kierunku frontowych okien knajpki. Strumyki wilgoci płyną po zaparowanych szybach. Przez moment cienka błyskawica rozświetla ciemne niebo. — Trzeba zachować szczególną ostrożność, gdy jedzie się w deszczu, prawda?

 

Kelnerka gorliwie przytakuje.

— Na ulicach robi się naprawdę mokro podczas opadów.

Doprawdy, Kapitanie Oczywista Oczywistość? Od deszczu robi się mokro. Niech ktoś zwoła komitet przyznający Nagrodę Nobla.

Usta Jake’a drżą.

— Czy mam podać coś do picia? — pyta kelnerka.

Rzucam mu ostrzegawcze spojrzenie.

Odpowiada mi szyderczym uśmiechem, a potem obraca się do niej i puszcza oko.

— Z chęcią napiję się kawy… — mruży oczy, by przeczytać jej imię na plakietce — …Stacy. I poproszę o dolewkę dla pani jako rekompensatę za spóźnienie na randkę.

— Nie chcę dolewki i nie jesteśmy tu na randce — warczę.

Stacy mruga, zdezorientowana.

— Och? Ale…

— To szpieg z Har­vardu, którego wysłano tu, by wykradł tajemnice Briar. Nie zabawiaj go, Stacy. To wróg.

— Co za dramatyzm — chichocze Jake. — Nie zwracaj na nią uwagi, Stace. Wścieka się, bo się spóźniłem. Poprosimy dwie kawy i jakieś ciasto. Kawałek… — Wędruje spojrzeniem do szklanych pojemników na głównej ladzie. — O kurczę, nie mogę się zdecydować. Wszystko tu wygląda tak smakowicie.

— Tak jak ty — mruczy Stacy bez tchu.

— Co takiego? — pyta Jake, ale lekki uśmiech zdradza, że wyraźnie usłyszał, co powiedziała.

Kelnerka rumieni się.

— Och, hm, mówiłam, że zostało już tylko ciasto brzoskwiniowe i pekanowe.

— Hmm. — Jake oblizuje dolną wargę. To tak niedorzecznie seksowny ruch. Wszystko w nim jest seksowne. I dlatego go nienawidzę. — Wiesz co? Poprosimy po jednym kawałku każdego z nich. Podzielimy się nimi z moją dziewczyną.

— Z pewnością nie — odpowiadam radośnie, ale Stacy już pędzi, by przygotować ciasto dla Króla Connelly’ego.

Niech to szlag.

— Słuchaj, o ile wielką radość sprawia mi omawianie tego, jak fatalną macie drużynę, to jestem zbyt zmęczona, by dziś wieczorem cię krytykować. — Próbuję zwalczyć zmęczenie, ale mój głos je zdradza. — Chcę wrócić do domu.

— Jeszcze nie. — W lekko szyderczym tonie, którym do mnie przemawia, pojawia się poważniejsza nuta. — Nie przyjechałem do Hastings ze względu na ciebie, ale skoro już pijemy razem kawę…

— Wbrew mojej woli — wtrącam.

— … jest coś, co musimy omówić.

— Och, naprawdę? — Czuję zaciekawienie, choć wcale tego nie chcę. Pokrywam je więc sarkazmem: — Już się nie mogę doczekać, żeby to usłyszeć.

Jake splata dłonie na blacie stołu. Ma wielkie ręce. Naprawdę wielkie. Mam prawdziwą obsesję na punkcie męskich dłoni. Jeśli są za małe, od razu mnie odstręczają. Gdy są za duże i mięsiste, trochę się ich obawiam. Ale Connelly został pobłogosławiony cudowną parą rąk. Ma długie, ale nie kościste palce. Wnętrza jego dłoni są wielkie i silne, ale nie mięsiste. Dostrzegam czyste paznokcie, ale dwie kostki palców są czerwone i popękane, pewnie od bójki na lodzie. Nie widzę czubków jego palców, ale założę się, że są na nich zrogowacenia.

Uwielbiam to uczucie, gdy takie zrogowacenia dotykają mojej nagiej skóry, pieszcząc sutek…

Fuj. Nie ma mowy. Nie mogę sobie pozwolić na tak pikantne myśli w pobliżu tego faceta.

— Chcę, żebyś trzymała się z dala od mojego zawodnika. — Choć Connelly podkreśla te słowa, ukazując zęby, nie można nazwać tego grymasu uśmiechem. Jest zbyt dziki.

— Którego? — Obydwoje jednak wiemy, o kim mowa. Mogę policzyć na palcu jednej ręki, z iloma graczami z Har­vardu się zabawiałam.

Spotkałam Josha McCarthy’ego jakiś czas temu na imprezie Har­vardu, na którą zaciągnęła mnie Summer. Dostał spazmów, kiedy się dowiedział, że jestem córką Chada Jensena, ale potem zrozumiał swój błąd, przeprosił za pośrednictwem mediów społecznościowych i jeszcze kilka razy się spotkaliśmy. McCarthy jest śliczny, ale niezbyt mądry, nadaje się więc świetnie na seksprzyjaciela. Ponieważ mieszka w Bostonie, nie ma szans, by tłamsił mnie swoimi uczuciami albo zjawiał się bez zapowiedzi u moich drzwi.

Oczywiście, nie zapowiada się to na dłuższy związek. Kryje się za tym coś więcej niż zwykła obawa dziewcząt: „ojciec mnie zabije”. Prawda jest taka, że McCarthy mnie nie podnieca. Poza tym nie potrafi posługiwać się sarkazmem i staje się nieco nudny, gdy nie trzyma języka w moich ustach.

— Mówię poważnie, Jensen. Nie chcę, żebyś kręciła się koło McCarthy’ego.

— Boże, Niedźwiedzia Mamusiu, schowaj pazurki. To nic poważnego.

— Nic poważnego — powtarza. To nie pytanie, ale szyderstwo, bo mi nie wierzy.

— Tak, nic poważnego. Czy mam kazać Siri wytłumaczyć ci, co to znaczy? Nic poważnego oznacza, że nie przywiązuję do tego wagi. Nic a nic.

— Z jego strony wygląda to inaczej.

Przewracam oczami.

— Cóż, w jego przypadku tak, w moim nie.

Mimo to zabolała mnie szczera ocena Jake’a. On widzi wszystko inaczej.

O rany. Mam nadzieję, że to nieprawda. Tak, McCarthy wysyła mi sporo wiadomości, ale staram się na nie nie odpowiadać, chyba że mają seksualny podtekst. Nawet nie odpowiadam „LOL”, kiedy wysyła mi link z zabawnym filmem, bo nie chcę go zwodzić.

Ale… może nie postawiłam sprawy tak jasno, jak mi się wydaje? Może on nie wie, że to tylko coś przelotnego?

— Mam już dość patrzenia, jak snuje się niczym szalejący z miłości szczeniak. — Jake potrząsa głową z gniewem. — Za bardzo przeżywa wasz związek, a to odciąga jego uwagę od treningów.

— Zapytam raz jeszcze: dlaczego to ma być mój problem?

— Jesteśmy w samym środku rozgrywek konferencyjnych. Wiem, co robisz, Jensen, i musisz przestać.

— Co muszę przestać?

— Przestań wodzić za nos McCarthy’ego. Powiedz mu, że nie jesteś zainteresowana i nie umawiaj się już z nim. Koniec, ­kropka.

Wydymam szyderczo wargi.

— Och, tatusiu, jaki ty jesteś surowy.

— Nie jestem twoim tatusiem. — Znów się krzywi. — Ale mogę nim zostać, jeśli chcesz.

— Obrzydliwe. Nie będę mówić do ciebie „tatusiu” w łóżku.

Kiedy te słowa padają z moich ust, właśnie wraca Stacy, dowodząc, że jest mistrzynią w pojawianiu się w niewłaściwej chwili.

Kelnerka gubi krok, a taca, którą niesie, niebezpiecznie się chwieje. Sztućce pobrzękują. Cała sztywnieję na myśl, że zaraz popłynie mi po twarzy wrząca kawa niesiona przez Stacy. Ale kelnerka szybko odzyskuje równowagę.

— Kawa i ciasto! — ogłasza radośnie, jakby niczego nie słyszała.

— Dziękuję, Stacy — mówi Jake z wdziękiem. — Wybacz język mojej towarzyszki. Teraz rozumiesz, czemu tak rzadko zabieram ją w miejsca publiczne.

Policzki Stacy płoną z zażenowania, gdy oddala się szybkim krokiem.

— Naruszyłaś jej delikatną psychikę, opowiadając swoje sprośne fantazje — informuje mnie Jake i wgryza się w ciasto.

— Wybacz, tatusiu.

Parska śmiechem, mając ciasto w ustach, aż pluje okruchami. Unosi serwetkę.

— Nie wolno ci nazywać mnie tak w miejscu publicznym. — W jego zielonych oczach pojawia się figlarny błysk. — Zachowaj to na później.

Drugi kawałek ciasta — pekanowego, jak sądzę — leży przede mną nietknięty. Zamiast niego sięgam po kawę. Potrzebuję kolejnej dawki kofeiny, by wyostrzyć zmysły. Nie podoba mi się to, że siedzę tu z Connellym. A jeśli ktoś nas zobaczy?

— Może zachowam to dla McCarthy’ego — odpowiadam.

— Nie. Nie zrobisz tego. — Przełyka kolejny kęs ciasta. — Zrywasz z nim, pamiętasz?

Dobra, naprawdę musi przestać mi rozkazywać w kwestii mojego życia seksualnego, jakby miał prawo o nim decydować.

— Nie będziesz podejmował decyzji za mnie. Jeśli mam ochotę umawiać się z McCarthym, to będę się z nim umawiać. Jeśli nie będę tego chciała, to przestanę.

— Świetnie. — Przeżuwa powoli ciasto, a potem je przełyka. — Chcesz się umawiać na randki z McCarthym?

— Na randki? Nie.

— To dobrze, świetnie się rozumiemy.

Wydymam usta i powoli biorę łyk kawy.

— Hmm, chyba mi się nie podoba to świetne porozumienie z tobą. Może zmienię zdanie w kwestii dalszych randek… Powinnam mu zaproponować, by został moim chłopakiem. Nie wiesz, gdzie mogłabym kupić pierścionek zaręczynowy?

Jake łamie widelcem płatek kruszonki.

— Nie zmieniłaś zdania. Straciłaś zainteresowanie nim pięć minut po tym, jak go zdobyłaś. Istnieją tylko dwa powody, dla których wciąż z nim sypiasz — albo się nudzisz, albo próbujesz nas sabotować.

— Doprawdy?

— Tak. Nic nie jest w stanie zatrzymać na dłużej twojej uwagi. A ja znam McCarthy’ego — to dobry chłopak. Zabawny, uroczy, ale ta sytuacja działa na jego niekorzyść. „Uroczy” nie pasuje do takiej kobiety jak ty.

— I znów wracamy do tego samego tematu. Sądzisz, że dobrze mnie znasz.

— Wiem, że jesteś córką Chada Jensena. Wiem, że wykorzystasz każdą okazję, by namieszać w głowach moim zawodnikom. Wiem, że najprawdopodobniej za parę tygodni zagramy przeciwko Briar w finale konferencji, a zwycięzca tego meczu automatycznie wejdzie do rozgrywek krajowych…

— To automatyczne wejście będzie należeć do nas — oponuję.

— Chcę, by moi chłopcy zachowali bystrość i skupili się na grze. Wszyscy twierdzą, że twój tata to szczery i uczciwy człowiek. Miałem nadzieję, że to samo można powiedzieć o jego córce. — Cmoka językiem z dezaprobatą. — A tu proszę, prowadzisz gierki z biednym, uroczym McCarthym.

— Nie prowadzę żadnych gierek — odpowiadam zirytowana. — Czasem się zabawiamy. Nic więcej. W przeciwieństwie do tego, co sądzisz, podejmuję decyzje, które nie mają nic wspólnego z moim ojcem ani jego drużyną.

— Cóż, decyzje, które ja podejmuję, służą mojej drużynie — odpowiada. — I chcę, żebyś trzymała się z daleka od moich chłopców. — Przełyka kolejny kawałek ciasta. — Cholera, jest świetne. Chcesz trochę? — wyciąga do mnie widelec.

— Wolałabym umrzeć, niż włożyć ten widelec do ust.

Śmieje się tylko.

— Chcę spróbować pekanowego placka. Masz coś przeciwko?

Wpatruję się w niego.

— To ty je zamówiłeś.

— O rany, ale jesteś dziś drażliwa, słonko. Chyba też bym taki był, gdyby mnie wystawiono.

— Nikt mnie nie wystawił.

— Jak ma na imię i gdzie mieszka? Chcesz, żebym go trochę potarmosił?

Zagryzam zęby.

Connelly bierze kawałek leżącego przede mną nietkniętego ciasta.

— Jasny gwint, to jest jeszcze lepsze. Mmm. Och, jakie to dobre.

I nagle kapitan drużyny hokejowej Har­vardu jęczy i chrząka z rozkoszy, jakby odgrywał jakąś scenę z American Pie. Staram się powstrzymać reakcję, ale ten zdradziecki punkt między moimi nogami ma inny zamiar. Słysząc seksowne dźwięki wydawane przez Jake’a Connelly’ego, czuję dzikie łaskotanie.

— Czy mogę już iść? — warczę. Zaraz, czekajcie chwilę. Czemu pytam go o pozwolenie? Nikt mnie tu nie trzyma jako zakładnika. Nie powiem, że czuję się nieco rozbawiona sytuacją, ale ten facet właśnie oskarżył mnie, że sypiam z jego kumplami, by zniszczyć szanse Har­vardu na pokonanie Briar.

Kocham swoją drużynę, ale nie aż tak bardzo.

— Pewnie. Idź, jeśli chcesz. Napisz jednak najpierw do McCarthye’go, że z wami koniec.

— Wybacz, Jakey. Nie będę wykonywać twoich rozkazów.

— Teraz już tak. McCarthy musi mieć wolną głowę podczas meczu. Skończ z nim.

Zadzieram brodę, by okazać mu swój upór. Tak, muszę wyjaśnić sprawy z Joshem. Sądziłam, że wystarczająco jasno dałam mu do zrozumienia, że nasze spotkania mają niezobowiązujący charakter, ale najwyraźniej odczytał to zupełnie inaczej, skoro kapitan jego drużyny określa stan Josha słowami: „szaleje z miłości”.

Nie chcę jednak dawać Connelly’emu satysfakcji, że się z nim sprzymierzyłam. Taka jestem podła.

— Nie będę robić tego, co mi każesz — powtarzam, wkładając pięciodolarowy banknot pod na wpół opróżniony kubek. To powinno wystarczyć na rachunek, napiwek Stacy i udrękę emocjonalną, na jaką została narażona dziś wieczór. — Zrobię z McCarthym, co zechcę. Może od razu do niego zadzwonię.

Jake mruży oczy.

— Zawsze sprawiasz tyle kłopotów?

— Tak. — Z uśmiechem wyślizguję się z boksu i zakładam skórzaną kurtkę. — Jedź ostrożnie do Bostonu, Connelly. Mówią, że drogi stają się naprawdę mokre, kiedy pada.

Śmieje się cicho.

Zapinam suwak kurtki, a potem pochylam się i zbliżam usta na kilka centymetrów od jego ucha. — Och, wiesz co, Jakey? — Przysięgłabym, że słyszę, jak oddech więźnie mu w gardle. — Upewnię się, że masz zarezerwowane miejsce za ławką Briar podczas mistrzostw Frozen Four.