Za darmo

Zefirek

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mówię zawsze, że w teraźniejszym świecie, jak przeciw zbójom, kij zawsze z sobą nosić trzeba… żeby nie kij, to… to… to… to… te żydy i mieszczany zgubili-by nas do reszty!

W godzinę potém, z tłumu stojącego pod oknami domu, w którym brzmiała muzyka, wyśliznęła się drobna ciemna postać kobieca i, przesunąwszy się przez dziedziniec, stanęła przed drzwiami mieszkania Żyrewiczowéj. Tu, na wschodzie, siedziała Brygida, z łokciem opartym na kolanie i policzkiem w dłoni; przy niéj leżał żółty pies, którego ona od chwili do chwili machinalnie gładziła.

– Cóż – ozwała się krótko i szorstko – czy dość już patrzania?

Mała osóbka usiadła przy niéj.

– Zła jestem – odpowiedziała – na twoję matkę, że wyciągnęła moję mamę na to patrzanie! Zmęczy się tylko, zaziębi się jeszcze broń Boże, a przytém… to ubliżenie… jakoś nie wypada!

– A no! – rzekła Brygida, z właściwym sobie głuchym, stłumionym śmiechem; – ale za to napatrzą się śliczności! A ty, czemu wróciłaś tak prędko? nie ciekawaś?

Rozalia rzuciła ręką.

– Ej nie! czy to ja takie rzeczy widziałam? Czym się mało sama natańcowała, kiedy jeszcze nieboszczyk papa był prezydentem sądu powiatowego… I potém, choć Łopotniki były sprzedane, rodzice kupili tę kamienicę, co to przy Sklepowéj ulicy, na czekoladowy kolor pomalowana, i przez kilka lat jeszcze doskonale bawiono się u nas… Mama chciała wtedy za mąż mię wydać…

– No, to i czemuż nie wydała?

– Ot, nie zdarzyło się nic stosownego. Miałam kilku starających się… ale nic stosownego! Mama nie pozwalała i… sama nie chciałam… Lepiéj wcale nie wyjść za mąż, jak poniżyć się i wyjść niestosownie.

– Aha! – mruknęła Brygida.

– A ty wcale nie chodziłaś patrzéć na te tańce? Czy ty także dużo tańczyłaś wtedy, kiedy rodzice twoi dobrze się jeszcze mieli?

– Bardzo mało – odpowiedziała.

– A dlaczegóż to?

– Dlatego, że matka moja bardzo dużo tańczyła.

Rozalia zachichotała.

– Ależ pani radczyni miała już lat ze czterdzieści, kiedy pan radca umarł?

– To nic; wyglądała na dwadzieścia pięć…

– No, no! ależ zawsze… ty jesteś i teraz bardzo przystojna, a ośm lat temu.

– Do końca ośmnastego roku nosiłam krótkie sukienki i haftowane majteczki, a czy byłam przystojną, albo nie, nikt nie wiedział. Wszyscy widzieli, że mama przystojna…

– No, no! – dziwiła się wciąż Rozalia; – moja mama to znowu zupełnie inna, zupełnie inna… Jak zapamiętać mogę, zawsze już w czepeczku chodziła i okazywała siebie starszą nawet, niżeli była, a tylko o mnie troszczyła się: żebym miała ładne ubranie, żebym dobrze wyglądała, żebym wesoło bawiła się i stosownie za mąż wyszła…

– Toś ty bardzo szczęśliwa! – wtrąciła Brygida.

– Dlaczego, Bryniu?

Nie odpowiedziała, ale Rozalia sama po chwili dodała:

– Toż całe dobro moje na świecie!

Brygida dosłyszała w głosie jéj odgłos smutku i, z większém niż dotąd zajęciem, zwróciła się do towarzyszki.

– Rodzeństwo miałaś?

– Nie; jedynaczką byłam zawsze.

– To i w tém szczęśliwą jesteś.

– A czemuż?

– Bo sto razy lepiéj jest nie miéć, niż tracić!

– Aha! – zawołała Rozalia – wiem, wiem. Pani radczyni wspominała kiedyś, że miała dwóch synków…

– A miała.

– Poumierali?

– Pomarnowali się.

– Jakto pomarnowali się?

Po raz to piérwszy dwie sąsiadki tak długo i poufnie rozmawiały ze sobą. Opryskliwa i ponura Brygida skłonniejszą była do kłótni, aniżeli do pogadanek i zwierzeń. Czy w łagodniejsze i bardziéj miękkie usposobienie wprawiał ją Wilczek, który od czasu do czasu, budząc się, podnosił wielki łeb swój i lizał jéj rękę? Z policzkiem opartym na dłoni, i kołysząc się z lekka, opowiadała:

– Raz było u mamy dużo gości, z miasta poprzychodzili, ze wsi poprzyjeżdżali… Konradka, który dwa lata wtedy miał, Niemka do kuchni wniosła i na stole posadziła. W kuchni zamęt, zwyczajnie jak w niebardzo bogatym domu, kiedy wystąpić chcą… ktoś trącił i stół przewrócił się… dziecko do beczki z wodą wpadło…

– Utopiło się! – wykrzyknęła Rozalia.

– Nie, ale dostało gorączki i umarło.

– A drugi?

– Drugi – spalił się.

– Jezus Maria!

– Sukienkę sobie w garderobie przy ogniu zapalił: okropnie męczył się przez dwa tygodnie i umarł. Miał już cztery lata… chłopunio mój najmilszy… pochowali z braciszkiem, szkoda, że i nie ze mną także…

Oczy jéj błyszczały w cieniu, jak dwa ciemne płomienie. W przytłumionym głosie brzmiała gorycz ostra i zawzięta.

– Ja! oho! – kończyła – mnie ani ogień, ani woda, ani łzy nie wzięły… i głowy sobie po śmierci ojca nie rozbiłam, choć ją o ściany tłukłam… Taka to już gruba natura moja…

– Dlaczegóż ty mówisz, że masz grubą naturę? – zaczęła trochę z nieśmiałością Rozalia.

Uczyniła ręką giest niechętny.

– Bo i gruba! – rzekła – ojcowska… Od dzieciństwa lubiłam zawsze cokolwiek robić… byle co… byle nie siedziéć z założonemi rękoma; do muzyki zdolności nie miałam, popędliwa byłam, śmiałam się tak jak ojciec, głośno i z całego serca…

– Ty śmiałaś się! ty, Bryniu! – z najwyższém zdumieniem wykrzyknęła Rozalia.

– Dopóki ojciec żył – odpowiedziała krótko i posępnie.

– Aha! – westchnęła towarzyszka jéj, – co to jednakże takiego, że jak tylko ci ojcowie poumierają, to i matkom i córkom robi się tak ciężko na świecie… tak ciężko… tak źle…

Brygida ze zdziwieniem twarz ku niéj zwróciła.

– No, no! – rzekła – alboż tobie źle? Przepadasz za matką twoją, zamiłowałaś robótki, jak mówi pani prezydentowa, i taka zawsze jesteś wesoła…

Rozalia z razu nie odpowiedziała nic, potém przysunęła się bliżéj do towarzyszki, wzięła rękę jéj, która bez oporu ale sztywnie spoczęła w drobnéj jéj dłoni, i zaledwie dosłyszalnie szepnęła:

– Bryniu! wiész co? wychodź ty za mąż, za tego… wiész… co kocha się w tobie!

Brygida wyrwała rękę i z gniewem zawołała:

– A toż co? zkądże to ty, naprzykład, wiész, że ktokolwiek kocha się we mnie?

– Zkąd… ot zkąd… siedzę zawsze przy oknie i robótkę robię… czasem zerknę na dziedziniec, to i widzę… Przez całą wiosnę widzę, jak ten… no wiész kto… patrzy na ciebie i pomaga ci wodę nosić ze studni, a kiedy do ciebie mówi, to zdaje się, że cały drży…

Brygidę przebiegło także lekkie drżenie.

– Widziałaś? doprawdy? a może ci się tylko tak zdawało? – szorstko, lecz cicho wymówiła.

– Jak mamę kocham, nie zdawało mi się! – zawołała Rozalia. – Wiész co? że choć ja na takich ludzi nigdy nie patrzę…

– Na takich! – sarknęła Brygida. – Jacy wy wszyscy jesteście głupi z tymi takimi i owakimi ludźmi! Biedne, jak myszy w pustéj stodole, a ludzi zawsze na takich i owakich dzielicie! Głupstwo na głupstwie jedzie i głupstwo powozi! Z wami wszystkiemi, ile was jest, nie warto nawet rozmawiać… dlatego téż i milczę zawsze, jak zaklęta, a jeżeli czasem usta otworzę, to zaraz żałuję tego… tak jak i teraz…

Chciała wstać i odejść, ale Rozalia przytrzymała ją za suknią i ramię.

– Ot, już i wpadłaś w gniew i kłótni szukasz, ale ja nie chcę kłócić się z tobą… Poczekaj… pogawędzim jeszcze trochę… od serca… Ja ci dobrze życzę… mnie ciebie szkoda, bo choć jestem zawsze taka wesoła, ale mi często niewesoło… Nie chcę mamy martwić i nie okazuję tego, co czuję…

– A cóż ty naprzykład czujesz? – rozbrojona słowami jéj, zapytała Brygida.

– Albo ja wiem! – wahającym się głosem odpowiedziała Rozalia.

Brygida zaśmiała się ironicznie.

– Otóż to; – rzekła – wy wszystkie nie wiecie, co czujecie… Czujecie coś… czujecie… wzdychacie… smutno wam… a same nie wiecie, co i dlaczego. Od najmniejszego dzieciństwa pamiętam te jakieś tęsknoty za czémś… za czémś… te jakieś żale po czémś… po czémś… Za czém? po czém? pfu! zgiń maro, przepadnij! Trzebaż przynajmniéj wiedziéć… Albo te skrzydła złamane i bratnie dusze, to śpiewanie i wzdychanie przy fortepianie, uf! jak mi to wszystko obrzydło… Ale ty, to co innego… ty pewnie masz racyą smucić się, a głupio to tylko bardzo, że nie wiész sama, czego się smucisz…

Umilkła na chwilę, a potém nagłym ruchem obie ręce towarzyszki swéj pochwyciła.

– Słuchaj-no – zaczęła – słuchaj-no! Nie wesoło ci często… smutno… żal, a sama nie wiész dlaczego. Ja ci to wytłómaczę… ja! Nie wesoło ci, bo oprócz staréj matki, która dziś – jutro do grobu pójdzie, nie masz nikogo swego… swego… ktoby ci przyjacielem był, i opiekunem, i sercem przywiązaném, na którém mogła-byś głowę bezpiecznie położyć… Smutno ci, bo widzisz, jak inne kobiety kołyszą i pieszczą swoje dzieci, żyją w swoich domach i garną do tych domów, co mogą, i stroją je, w co mogą, i jak ptaki ścielą gniazda dla siebie i swoich na szczęśliwe jutro, na wygodną starość, na spokojną śmierć… żal ci, bo… bo masz w sercu coś, czego nikomu nie dałaś, bo przychodzą ci do głowy takie wyrazy, których nikomu nie powiedziałaś, bo chciała-byś objąć kogoś mocno i wiedziéć, że jemu z tobą dobrze, miło, szczęśliwie… bo… choć zamiłowałaś robótki i oczy nad nimi wyślepiasz, myślisz sobie czasem, że to są głupstwa, że… zmarnowałaś się!

Mówiąc to, przybliżała coraz do twarzy towarzyszki twarz swą gorącą, wzburzoną, z pałającemi oczyma. Mowa jéj była śpieszna, oddech szybki.

– Cóż? – zapytała po chwili milczenia – cóż? czy nieprawda? czy nie dobrze wytłómaczyłam ci, co i dlaczego czujesz?

Rozalia siedziała z twarzą ukrytą w obu dłoniach. Brygida zaśmiała się, zwykłym sobie, krótkim, wewnętrznym śmiechem.

– Aha – rzekła – widzisz, jak zgadłam.

Po chwili Rozalia, otarłszy chusteczką twarz zwilżoną łzami, wzięła znowu rękę towarzyszki.

– Może i zgadłaś – szepnęła – zdaje się, że doprawdy zgadłaś… Takie już widać nasze serce, że potrzebujemy w kimś kochać się… Ja kochałam się dwa razy w życiu: raz za dobrych jeszcze czasów, i to dawna bardzo historya; drugi raz, niedawno… powiem ci nawet pod sekretem w kim, ale nikomu nie powiész? Ot, w Stasiu Żyrewiczu… ach, jak ja się w nim kochałam parę lat temu… potém wyperswadowałam sobie, ale żal został…

 

– Znowu głupstwo! – szepnęła Brygida.

Rozalia nie dosłyszała szeptu tego i mówiła daléj:

– Ale o mnie niéma co i mówić. Moje wszystko już przeszło i zresztą ja, jeżeli nie wyszłam za mąż, to dlatego, że nic stosownego nie zdarzyło się, a niestosownie wyjść było-by dla mnie z ubliżeniem… Mama wpoiła we mnie zasady odpowiednie urodzeniu memu, i żebym nawet dziś o lat dwadzieścia odmłodniała, nie rozminęła-bym się z niemi za nic w świecie… żeby tam nie wiem co… Ty, co innego; twój ojciec był urzędnikiem, twoja matka jest córką urzędnika, dla ciebie, dajmy na to, że niezupełnie stosownie, ale zawsze z mniejszém ubliżeniem wyjść za takiego…

Urwała i, bliżéj jeszcze przysuwając się, szepnęła:

– Wiész co? że on nawet przystojny…

– On musi być… bardzo dobry – w zamyśleniu wymówiła Brygida.

– Czy już oświadczył się tobie? powiédz-no, powiédz, koteczko!

Aż drżała z ciekawości.

– Oświadczył się.

– Kiedy? kiedy?

– Dziś w południe… spotkaliśmy się w mieście, kiedy bieliznę do magla niosłam.

– Jakże to było? złociutka moja! jakże to było? co on ci mówił? co ty jemu…

– Już ja tobie pewnie opowiadać tego nie będę – porywczo odfuknęła Brygida; po chwili milczenia dodała:

– Domek swój ma… w Młynowie…

– To o sześć mil ztąd… takie małe miasteczko… a długoż on tu będzie jeszcze?…

– Do jesieni, póki roboty około kamienicy nie skończą się. Przy domku jest kawał placu i spory ogród…

– Oho! – zadziwiła się Rozalia.

– Stara matka z nim mieszka… staruszka, jak on mówi, siwiuteńka jak gołąbka. Dwie krowy trzymają, konia, ptactwo rozmaite i trochę nawet różnego zboża sieją.

– No, to i dostatek sobie jest.

– Jak na taki stan, to dostatek.

– Ogrody-byś sadziła i usiewała.

– O, jakbym sadziła i usiewała! Silna jestem i taką pracę najlepiéj lubię… swoje zresztą! Co to jest drzewko jakieś zasadzić… rośnie to co roku wyżéj… człowiek robi się starszym i drzewo coraz wyższe… własną ręką posadzone, niby własne dziecko! Albo zwierzęta swoje miéć… ja Wilczka tak lubię, choć on nie mój… Karmiła-bym, doglądała-bym i pieściła… wszystko było-by u mnie wypasione, zdrowe, szczęśliwe… A mieszkanie! żeby nie wiem jak ubogie, jakby mi nikt nieporządków nie robił, czyste było-by i śliczniutkie, jak raik. Fortepianów nie trzeba, ani kanapek, Bóg wie jakich, ani żadnych kwiatków, do kożuchów przypinanych. Ubogo, to ubogo, ale czysto i zieloności w domu powinno być dużo, aby zimową porą wesoło było…

Rozmarzyła się. Głos jéj stał się pełnym uśmiechów.

– Czy on umié czytać? – nagle zapytała Rozalia.

– Umié; widziałam w kościele, jak na książce do nabożeństwa modlił się.

– A pisać umié?

– Nie wiem.

– Aj, aj, aj! – jęknęła Rozalia – coby na to pani radczyni powiedziała.

Brygida sposępniała znowu…

– Otóż to! – rzekła krótko i z goryczą dodała; – gruszki na wierzbie!

Rozalia zerwała się.

– Aj! – zawołała – ja tu zagadałam się, a mama tam… pójdę, zobaczę, może już chce do domu wracać! O! jak pięknie walca grają!

Dźwięki rzewnego walca oddaloném echem dochodziły do ciemnego kąta dziedzińca.

– Zaczekaj, zaczekaj – przytrzymując towarzyszkę za suknią, zawołała Brygida; – chciałam ciebie zapytać się… ty umiész sny tłómaczyć. Śniły mi się dziś paciorki, takie różnokolorowe… przesypywałam je, a potém nizałam na nitkę… co to znaczy?

– Paciorki – z zamyśleniem odrzekła Rozalia… – różnokolorowe paciorki… Żebyś perły śniła, same tylko białe perły, to była-by wesołość, tańce, czy coś takiego… ale paciorki różnokolorowe to łzy… jak amen w pacierzu, łzy… A mnie śniło się wczoraj, że czesałam się przed lustrem i miałam dużo siwych włosów… obudziwszy się, myślę sobie: zmartwienie jakieś będzie… Ot i jak raz: Staś był dziś u was, a u nas nie był… tak mię to zabolało, że ledwie przed mamą od łez wstrzymałam się… Ale co tam z mamą?… adieu… do widzenia…

Odbiegła szybko, a Brygida wymówiła do siebie:

– Łzy wyśniłam… o łzy! to ze wszystkiego na świecie najpewniejsze…

Mówiąc to, wstała i miała już wejść do mieszkania, gdy o parę kroków za nią ozwał się głos męzki:

– Dobry wieczór, panno Brygido!

W zmroku zarysowała się postać urodziwego mężczyzny, w mieszczańskiém ubraniu, złożoném z grubego surduta i wysokich butów. Z twarzy widać było tylko długie i bujne wąsy.

– Dobry wieczór – odpowiedziała i na progu mieszkania, plecami o ścianę oparta, stanęła.

Przybyły zbliżył się jeszcze i stanął u samych wschodków.

– Niech panna Brygida nie gniewa się – zaczął – że o takiéj późnéj porze przyszedłem… Posłyszałem, że na dziedzińcu gwarno i pomyślałem, że może panią jeszcze spotkam.

Milczała.

– Strasznie mi smutno i niecierpliwie koło serca – mówił daléj – tak-bym chciał wiedziéć, czy panna Brygida nie gniewa się na mnie za to, com pani tam… dziś powiedział… Czy nie obraziłem czasem…

Milczała jeszcze chwilę, a potém dziwnie łagodnym i poważnym głosem odpowiedziała:

– Ja panu jestem bardzo wdzięczną…

Uczynił ruch pełen radości i razem zdziwienia.

– Za co tu wdzięczność! Ja na pannę Brygidę od dwóch miesięcy co dzień patrzę i najpiérw zacząłem panią bardzo szanować i cenić… a potém takie mię kochanie wzięło…

Ona tym samym co wprzódy głosem, wymówiła:

– Ja panu wdzięczną jestem… bo to piérwszy raz w mojém życiu…

– To niechże się pani zdecyduje! poco zwlekać! – zawołał; – ja gotów do ołtarza choćby jutro…

Wstrząsnęła przecząco głową.

– Nie mogę jeszcze – odpowiedziała.

Milczał chwilę.

– No, rozumiem, rozumiem – rzekł; – matkę przygotować trzeba i uprosić, a do tego i saméj przyzwyczaić się do myśli, że pańska córka z takim, jak ja…

– Nie! nie! – zawołała gwałtownie.

On zrozumiał snadź, że krótkim wykrzyknikiem zaprzeczała temu, iż jéj oswajać się trzeba było z myślą o takim, jak on, człowieku. Wziął rękę jéj i zamknął ją w obu swych dłoniach.

– Rozumiem – rzekł – dziękuję. Nie będę nastawał, ani pytał się o nic. Będę czekał. Wszystko jedno… muszę jeszcze ze dwa miesiące w Ongrodzie przebyć, dopóki kamienicy nie skończę… podjąłem się i robotników aż do jesieni nająłem… Będę cierpliwie czekał.

Teraz ona szepnęła:

– Dziękuję.

Chciała odebrać mu rękę swoję, ale on jéj nie puścił i, z lekka głaszcząc ją dłonią, mówił z cicha:

– Dobra rączka! kochana rączka… silna i pracy niewstydząca się… żeby to ona mogła być moją… żebym ją mógł mojéj siwéj gołąbeczce w stare ręce włożyć i powiedziéć: „przywiozłem tobie, matko, synową!… masz, czego tak żądałaś… i wnuki będą…

Tym razem coś, jakby łkanie, ozwało się w piersi kobiety, nieruchomo wciąż pod ścianą domu stojącéj, a ręka jéj, ta „dobra i pracy się nie wstydząca ręka”, objęła dłoń mężczyzny silnym i długim uściskiem.

– Dobranoc! do widzenia! – szepnęła szybko i znikła w ciemnych sionkach mieszkania.

Kiedy światło roznieconéj przez nią lampki na twarz jéj upadło, poznać można było, jak silnie i do głębi była wzruszoną. Wzruszenie to szczególny blask nadało jéj piękności. Wielkie, czarne oczy jéj gorzały z za łez, krucze włosy opadały na wypogodzone, promieniejące czoło.

Była szanowaną i kochaną. Głowę podnosiła dumnym ruchem, a usta jéj, purpurą zaszłe, rozwierały się w pełnym czułości i słodyczy uśmiechu.

W dobrą godzinę potém pani Emma, wracając do domu, znalazła córkę swą, siedzącą przy lampce i pilnie zajętą naprawianiem jéj bielizny. Zdyszana i nadzwyczaj ożywiona, zdjęła szal i mantylkę, i zaczęła prędkim krokiem przebiegać pokój. Przytém, z żywemi giestami i rozbłysłym wzrokiem, mówiła:

– Śliczny wieczorek! mówię ci, śliczny! Jacy to mili ludzie, ci Roliccy! jak umieją gości przyjmować! U nas nawet, za życia nieboszczyka ojca twego, lepiéj już nie bywało. Oświetlenie w salonach bardzo dostateczne, lokaje ciągle coś roznoszą… to herbatę, to cukry, to owoce bardzo ładne… doskonałe… ach! ja lubię owoce! doskonałe owoce roznosili… Sama Rolicka, ubrana z wielkim gustem, w czarnéj aksamitnéj sukni pod szyję, a inne panie po większéj części dekoltowane i w kwiatach… W jadalnéj sali jeden kąt ubrany kwitnącemi roślinami, które prześlicznie pachną…

Nie podnosząc oczu znad roboty, Brygida ozwała się:

– Czy mama przez zamknięte okno zapach ten czuła?

Nie dosłyszała ironii w głosie córki, a nawet słów jéj nie zrozumiała.

– Co? – zapytała z roztargnieniem, – co mówisz?

I, nie czekając odpowiedzi, znowu mówić zaczęła.

Opowiadała, że Staś Żyrewicz ślicznie tańczył, do tańca brał najczęściéj marszałkówny Korzyckie, które były ubrane w różowych tarlatanach, a raz usiadł przy oknie, spostrzegł twarz jéj za szybą i serdecznie mrugnął ku niéj na powitanie. Zdaje się nawet, że powiedział z cicha: „dobry wieczór stryjeneczce!”, ale nie była zupełnie pewną, i bardzo, bardzo chciała-by wiedzieć, czy powiedział to naprawdę, czy téż tak jéj się tylko wydawało.

Nożyczki Brygidy z wielkim stukiem upadły na ziemię. Brzęk ich wyrwał panią Emmę z powodzi rozkosznych wspomnień. Stanęła pośrodku pokoju.

– A ty… ani na moment nie poszłaś popatrzéć? – zapytała.

– Nie, mamo, ani na moment, – coraz zawzięciéj szyjąc, krótko odpowiedziała.

– Dlaczego?

– Bo to, co się dzieje w domu pana Rolickiego, wcale nie zajmuje mię i nie bawi.

Na rozpromienioną twarz wdowy spłynął cień niezadowolenia.

– Otóż to! – z mniejszą niż zwykle łagodnością wyrzekła, – otóż to i bieda, że ciebie nic szlachetniéjszego, nic… wyższego nie zajmuje!

– Poco mi ta wyższość! – siląc się widocznie na spokój, odpowiedziała Brygida; – ja ani z tymi ludźmi, którzy tam byli, ani tak, jak oni, nigdy żyć nie będę…

– Bo sama nie chcesz, a przynajmniéj tak postępujesz, jak-byś gwałtem zamknąć sobie chciała wejście do lepszego świata! z żalem, zmieszanym z gniewem, wykrzyknęła Żyrewiczowa; – dobrze nawet, że się o tém zgadało, bo taką mam zawsze skłopotaną głowę, że zapomniała-bym ci może powiedziéć… Muszę powiedziéć ci to, co zresztą tysiąc już razy mówiłam, że takie trzewiki, jak ty nosisz, są okropne, obrzydliwe, nieprzyzwoite, i że w nich wyglądasz prawdziwie na prostą dziewkę.

Brygida milczała. Spojrzenie jéj tylko mimowoli jakby posunęło się ku małéj nóżce matki, która, w niezbyt wykwintny, ale cienki, zgrabny bucik obuta, wysuwała się z pod falbanek, okalający brzeg jéj sukni. Pomyślała może, iż gdyby ona nie nosiła grubych, prostych, ciężkich trzewików, matka jéj nie posiadała-by może lekkich i zgrabnych. Nie powiedziała jednak tego. Żyrewiczowa z coraz żywszemi giestami mówiła daléj:

– Alboż te krzyki i kłótnie z Panną Rozalią… czy to piękne? jest to przecież obywatelska córka, i przeciwnie, powinna-byś przyjaźnić się z nią, toby cię może z jakimkolwiek porządnym domem poznajomiła… w lepszy świat-by cię wprowadziła… one choć zbiedniały, ale trochę jeszcze dawnych stosunków mają. I w ogóle zresztą, głos tak podnosić, jest rzeczą bardzo nieprzyzwoitą, szczególniéj dla kobiety… martwisz mię tylko i nic więcéj!

Brygida milczała.

– Nigdy nie miałam pociechy z ciebie… – mówiła daléj Żyrewiczowa, – byłaś zawsze upartą, zimną, skrytą, nie lubiłaś tego, co mnie było najmilsze… nie dzieliłaś ani moich tęsknot i żalów, ani moich marzeń i przyjemności… Nieszczęśliwą jestem, że w córce rodzonéj bratniéj duszy nie spotkałam!

Brygida milczała. Matka jéj, wzburzona bardzo, przeszła się parę razy po pokoju i, jakby postanowiła wypowiedziéć dnia tego wszystko, co jéj leżało na sercu, zaczęła znowu:

– Masz naturę ojca. Ojciec twój był także…

Tym razem robota zsunęła się z kolan Brygidy, a ona sama podniosła twarz, oblaną gorącym rumieńcem, z oczyma, które sypały iskry.

– Mamo, – zawołała, splatając ręce, – nic o ojcu! proszę cię, mamo! o mnie wszystko, co chcesz; ale o ojcu… nic złego!

Żyrewiczowa zmieszała się bardzo.

– Zkąd-że wiész, że ja cokolwiek złego o ojcu twoim powiedziéć chciałam? Kiedyż to ja o nim źle mówię? Ojciec twój dobry był… najlepszy w świecie… i choć usposobienia nasze nie zgadzały się z sobą zupełnie, kochał mnie i uwielbiał. Ja mu téż byłam wierną i przywiązaną żoną; a jak przywiązaną, widziałaś to przecież sama…

– Tak, – zwolna wymówiła Brygida, – mama bardzo po ojcu płakała…

– A widzisz! o, jak płakałam! i teraz jeszcze, przy każdém wspomnieniu o nim, płaczę…

Istotnie, w oczach jéj kręciły się łzy. Usiadła na kanapce i zaczęła rozczesywać swoje ufryzowane nioby.

– Ojciec twój, – mówiła, – był popędliwy, gniewał się często, a gdy rozgniewał się, mógł i grubiaństwo nawet powiedziéć… Ale mnie nigdy to nie spotkało. Rozzbrajałam go łagodnością charakteru mego. Krzyczy, bywało, fuka, pięścią w stół bije, a potém popatrzy na mnie i zaczyna przepraszać, w ręce i w kolana mię całować. „U ciebie, – mówi, – oczy, jak u gołąbka… Kiedy widzę, że taka zalękniona stoisz i milczysz, taka mię litość jakaś ogarnia, że i gniew przechodzi! ” I wszystkim zawsze mówił: „Takiéj mnie żony trzeba było, jak mój zefirek! Z inną, która-by mnie rozdrażniała, mógł-bym co niedobrego popełnić. ” W ostatnich szczególniéj latach żyliśmy z sobą w wielkiéj zgodzie… on przyzwyczaił się do moich gustów, ja wiedziałam już, jak postępować, aby go do gniewu nie przyprowadzać… to téż, gdy umierał, ostatnie spojrzenie i słowo jego było dla mnie…

 

– To prawda! – szepnęła Brygida.

Żyrewiczowa otarła łzy z oczu, i przednie pasma z lekka siwiejących swych włosów, zaczęła na szpilki podwójne zakręcać.

– Moja mamo, – szyjąc wciąż, ozwała się po chwili Brygida, – mam do mamy jednę prośbę.

– Cóż to takiego, czego chcesz?

– Niech mi mama powié, czy… pan Stanisław akuratnie wypłaca procent od pieniędzy, u mamy pożyczonych?

– Cóż-to znowu za pytanie? zkąd-że ci to przyszło do głowy? O niczém nigdy nie myślisz, tylko o takich poziomych…

– Chciałam dziś pójść na rynek, żeby trochę zapasów w dzień targowy kupić, i… w szufladzie znalazłam już tylko dwa złote.

Żyrewiczowa zarumieniła się.

– I ztąd wniosłaś zapewne, że Staś jest nieakuratnym i nieuczciwym. O, ty skłonna jesteś do podéjrzeń! Wszyscy dla ciebie są czarni, a szczególniéj przyjaciele twojéj matki. Otóż widzisz, jak omyliłaś się… Był dzisiaj i wypłacił, co do grosza wypłacił…

Poskoczywszy do komody, wyjęła z niéj i pokazała córce kilka wartościowych papierków. Nie przedstawiały one przecież wcale procentu wypłaconego, ale cząstkę kapitału, którą wdowa, z uczynionéj Stanisławowi ogólnéj pożyczki, dla siebie zachowała. Brygida podniosła głowę i popatrzała na ukazywane jéj pieniądze. Była widocznie zadowoloną.

– To dobrze, – rzekła, – kapitał mamy jest więc bezpiecznie ulokowany.

– Dlaczegóż mówisz, że to mój kapitał. Słyszałaś przecie, jak ojciec, umierając, powiedział: „Dla ciebie Zefirku i dla Bryni.”

– O, nie! o, nie! – zawołała Brygida, – to jest majątek mamy… mamy jednéj. Chciałam tylko wiedziéć, czy on pewnie ulokowany!

Żyrewiczowa nie odgadywała wcale znaczenia i celu zapytań córki, ale rozzbrojona słowami jéj, mówić zaczęła:

– Ależ pewnie, najpewniéj! najbezpieczniéj! Cóż ty sobie myślisz o Stasiu? on przecież ma majątek, Żyrewicze… rodzinny majątek familii Żyrewiczów… obywatelem jest, a teraz to najlepiéj lokować kapitały na majątkach obywatelskich… Zresztą, on taki dobry, szlachetny… duszę ma najwznioślejszą w świecie, a ze mną łączy go przyjaźń, oparta na braterstwie usposobień, na… na… czémś takiém… takiém… Ty masz jakieś uprzedzenie do Stasia, i ja ci to mam bardzo za złe. Jedyny to krewny ojca twego, który nas odwiedza… a żebyś widziała, jak ślicznie dziś na tym wieczorze u Rolickich wyglądał… duszka chłopiec!