Za darmo

Zagadka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ze szczerą czułością w chmurnych oczach patrzała na tę różową, złotowłosą towarzyszkę, prawie dziecko w porównaniu z nią, kobietą dojrzałą na trudnych drogach pracy i na wyżynach natchnień artystycznych. Kilka lat tylko różnicy wieku, ale takich, że do szczętu starły z niej barwy wiośniane. Chód i postawy miała pomimowoli wzorowane na tych posągach, z których oczy jej nieraz napawały się pięknem; pomimowolna też glorya talentu i sławy zdawała się unosić nad śmiałą gęstwiną ciemnych pierścieni jej włosów. Czoło, po którem myśl skupiająca się nad zadaniami życia i sztuki przeciągnęła cienką brózdę, jak nitkę z ciemnego pasma, pochylając nad czołem towarzyszki, do „śniegu w polocie” podobnem, zapytywała, mówiła, wywoływała wspomnienia miejsc i chwil, które były im wspólne. Dość długo dwa ich głosy z brzmieniem zupełnie różnem mieszały się z sobą w szybkich i nieraz jednoczesnych pytaniach i odpowiedziach, aż jeden z nich, kryształowy zwykle, teraz trochę stłumiony, przemówił:

– Gdy miałam tu wejść, dwa razy zapytałaś głośno: czy to pan, panie Bohdanie? Kto to ten pan Bohdan, którego przyjścia oczekujesz, Janiu?

– Pan Bohdan Olski…

Głos kryształowy ciszej niż zwykle zapytał:

– Ten autor?

– Tak… Nie znasz go naturalnie.

Chwilę trwało milczenie.

– A ty, Janiu, znasz go zblizka?

Artystka, w jednej ze swych posągowych postaw, uśmiechała się.

– Czy go znam zblizka? Jest to, Cecylko – mój narzeczony!

Przy tych słowach z chmury, zalegającej głębię jej źrenic, wystrzelił promień jasny i gorący. Przeobraziła się; stanęła cała w łunie radości.

– Od kilku miesięcy jesteśmy zaręczeni. Tej zimy poznaliśmy się z sobą i w kilka dni potem już wiedziałam, że się stanie. Oboje mamy usposobienia wrażliwe, przytem, zbliżyły nas odrazu wspólności umysłowe, artystyczne… Ślub weźmiemy w jesieni i zaraz potem wyjedziemy na czas jakiś zagranicę na studya… On i ja, potrzebujemy zarówno uczyć się jeszcze, wzrastać, na skrzydłach nauki i pracy wzlatywać coraz wyżej – ad astra! We dwoje lot szczęśliwy…

Urwała i zawołała.

– Jakież dziwne światło rzuca na ciebie ta zielona draperya! Wyglądasz tak, jakbyś miała zemdleć! Nie chcę cię widzieć taką. Poczekaj chwilę na ciąg dalszy mego poematu… Usunę tę draperye.

Wspięła się na ładnie wyrzeźbioną drabinkę i z ramionami wysoko podniesionemi usuwała z nad głowy towarzyszki fałdzistą materyę, która pod smugą zachodzącego słońca rzucała refleksy światła zielonawego. Cecylia zaś na szerokiej otomanie mocno skrzyżowane ramiona przyciskała do serca, które „wierzyło we wszechprzestrzenność i wiekuistość błękitów”.

Janina stała przed nią zaniepokojona.

– Nie! to nie draperya temu winna! Jesteś blada i zmieniona…

– Jestem trochę chora. Przyjechałam tu właśnie dlatego… aby lekarzy… Nie zważaj na to! Już przechodzi… przeszło…

Sięgnęła do pudełka z cukierkami, stojącego tuż obok na małym stoliczku.

– Więc czujesz się bardzo szczęśliwą?

Uczuła sama rękę swą ujętą w giętkie, nerwowe dłonie artystki.

– Pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak wygląda szczęście. Cudnie wygląda ono, Cecylko! Zdaje się, że teraz dopiero, odkąd się z niem spotkałam, uczułam wartość życia… Przedtem, było ono tylko obowiązkiem, teraz jest… taką radością! Po raz pierwszy zrozumiałam wyrazy: radość życia. Bo ty wiesz: nie urodziłam się tak jak inne w gnieździe wysłanem puchami, które co wiosny sypią się z topoli, ani mnie w kołysce usypiały śpiewy słowicze.

Z kamienną zadumą w oczach, Cecylia rzekła:

– Wiem. To prawda.

– Dzieciństwo moje było ubogie i srogie. Wzrastałam i żyłam pośród ludzi obcych, a potem, gdy uczułam w sobie szelesty skrzydeł mego anioła, tego anioła piękna, który rwał mnie w krainy podsłoneczne, ileż cierpienia, tęsknoty, walk… Z chłodem i głodem ciała i duszy, z twardością serc ludzkich, ze srogością sądów ludzkich, ze zwątpieniami o zdolnościach własnych, z omdleniami własnego ducha walczyłam, zanim zdołałam światło, które było we mnie, rozniecić nieco silnie, nieco trwale…

– Tak. Wiem. To prawda.

Był to szept zaledwie dosłyszalny, lecz jednocześnie wzięła z pudełka drugi cukierek, a gdy oczy jej zachodziły mgłą wilgotną, gryźć go zaczęła w perłowych zębach i głośniej rzekła:

– Nikt w świecie nie jest godniejszym szczęścia nad ciebie.

– Nie wiem; to wiem tylko, że je mam w sercu i w głowie, w snach i na jawie, gdy oczy otwieram na dzień wschodzący i gdy zamykam je do snu z myślą błogosławiącą świat, za wielkie dobra, które są na nim. To, widzisz, taka tęcza, z barwami przez samą rękę Bożą malowanemi na niebie ludzkiego serca. Jest w niej gorące złoto upojeń płomiennych, świeża zieleń nadziei, królewska purpura wspólnego panowania nad krainą ideałów, lecz nadewszystko, nad wszystkie barwy tęcz serdecznych głębszy, czystszy, rzadszy, droższy, szafir ufności bezgranicznej…

Oczy błękitne, które „nigdy dotąd nie widziały grzechów świata”, podniosły się na mówiącą, ciągle pod mglistą zasłoną kamiennie zadumane.

– Ufasz mu bardzo, Janiu?

– O, więcej, niż sumieniu własnemu, niż rozumowi własnemu, niż całej samej sobie. Po raz pierwszy w życiu ufam tak bez granic czyjejś prawości i miłości.

Usta, z których koralowego kielicha „wychodziły hymny uwielbienia dla wszystkiego, co istnieje”, drgnęły uśmiechem, od którego pobladł koral ich kielicha.

– Ależ, Cecylko, znowu pobladłaś silniej! Skąd to chorowanie tobie, wiośnie? Może ci dać trochę wina?

– Dobrze, Janiu. Daj mi trochę wina.

Przez kilka minut pozostała samą i wtedy z serca jej, które „jak jutrzenka, nic dotąd nie wiedziało, nad jakim dniem wschodzi”, podniosła się ku oczom łkająca fala łez; ale mocno przyciśnięte powiekami oczy, zwycięsko zwróciły ją sercu, po którem rozlała się, jak mętny opar ziemski po błękitnem niebie. Wkrótce obok pudełka z cukierkami stał na stoliczku kieliszek z blado-złotym płynem, a dwie kobiety na otomanie, pełnej poduszek, rozmawiały znowu.

– Muszę ci opowiedzieć, jak się to stało. Znaliśmy się już może od tygodnia, gdy raz spotkałam go wypadkiem na ulicy i dalej poszliśmy już razem. Ja szłam po sprawunki malarskie, on niósł do którejś wielkiej gazety rękopis, ale zapomnieliśmy o tem i z ulicy w ulicę szliśmy, nie wiedząc dokąd idziemy, aż znaleźliśmy się w dzielnicy miasta, której jeszcze nie znałam, a którą on znał dobrze…

Cecylia przerwała.

– Może w tej, gdzie są takie stare domy, z przedsionkami ciemnymi i taki stary kościół?

– Tak, tak! Czy tam byłaś kiedy?

– Byłam.

– Bohdan mówi prześlicznie. Cóż chcesz? poeta! Zasłuchałam się, zapomniałam o lecących jak błyskawica godzinach. Drogę zastąpił nam jakiś ogród…

– Z mnóstwem kwitnących jaśminów?

– Nie; było to w zimie. Jaśminy nie kwitły, ale na drzewach i krzewach, jak rzeźbione marmury, leżały wielkie płaty śniegu i śnieg migocący miliardem iskier zaściełał ziemię. Powietrze lekko mroźne, jak kryształ przejrzyste przepajało złoto słoneczne. Usiedliśmy w tym ogrodzie, aby trochę odpocząć i naraz jemu i mnie jednocześnie wydało się, że to taki sen dziwny, który przeniósł nas pomiędzy marmury, stojące w złocie słonecznem, na kobierzec, z którego mrugały ku nam, wyraźnie ku nam mrugały, miliardy brylantowych oczu. Wtedy powiedział, ze mnie kocha…

Cecylia cicho rzekła:

– Bywają czasem na świecie cudne sny!

I wzniosła na towarzyszkę oczy, z których patrzała wielka – litość.

– Takie masz w tej chwili dobre, rozrzewnione oczy! Kochane oczy, które jeszcze takiego snu nie miały, lecz mieć go będą, wkrótce. Moje oczy długo patrzyły w same chmury, to też łatwo im zajść chmurami. Jakiś obłoczek powstał na moich błękitach, jakiś kamyczek wpadł mi do szczęścia… Drobne to, zaledwie pochwytne, jednak… Powiem ci, jak mówię wszystko. Bohdan na początku wiosny zrobił dość długą wycieczkę w głąb kraju, kędyś tam w okolice niedalekie od waszych. Czegoś tam poszukiwał, coś chciał zobaczyć, zwyczajnie jak bywa z autorami. Wracając, przywiózł z sobą jakieś zmartwienie, nie wiem jakie, ale widzę, że je ma w sobie. Ukrywa i to mnie boli. Naturalnie, że to coś ze spraw majątkowych, albo pisarskich… jakieś niepowodzenie pieniężne, czy wielka trudność pisarska, ale coś jest, co go niepokoi i boli… Są chwile, w których staje się niespokojny, milczący, czasem gorzki…