Widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W głowach ich, jak ptaki o niewprawnych do latania skrzydłach, ważyły się tysiączne pytania. Wierzyć – nie wierzyć? Kochać – nie kochać? rozum, czy uczucie? obowiązek, czy swoboda? Poświęcenie, czy egoizm? Uwielbienie, czy szyderstwo? Szczęście dla siebie, czy męczeństwo za dobro świata? Co z tego wszystkiego prawdziwszém jest i wyższém?

– Co prawdziwszém? – pytał chłopiec.

– Co wyższém? – zapytywała dziewczyna.

On przedewszystkiém szukał drogoskazów, ona – skrzydeł. Bywały noce, w których zdawało się im, że już znaleźli to, czego szukali. On naprzykład zadecydował, że rozum jest tak wszechpotężną dźwignią świata, iż uczucie ze spraw i stosunków ludzkich wytrącić może i powinien; lub, że osobiste, jakimbądź kosztem zdobyte, szczęście, może i powinno być jedynym celem człowieczego życia. Jéj znowu żal się robiło zgnębionego uczucia, którego głuche, lecz potężne, zaczyny, czuła może w swéj piersi, a ku męczeństwu, ku wielkiemu jakiemuś męczeństwu, które bucha pod niebo ofiarnym ogniem i dymem, uczuwała nieokreślony pociąg. Sprzeczali się więc z sobą; sprzeczali się czasem zawzięcie, długo, a tak żywo, że chłopiec nazywał dziewczynę sentymentalną i płaczliwą babą, a ona go samolubem i zarozumialcem. Szli jednak spać oboje, uspokojeni i dumni z siebie samych. On, zasypiając, myślał, że wié już, jak myśléć i czynić i ku czemu dążyć w przyszłości; jéj śniło się, że na śnieżnym rumaku leci pod niebo z rycerzem „odważnym i smutnym”, który, wskazując jéj jakąś gwiazdę wielką, mówi: „spłoniesz w niéj, lecz świat zbawisz!”

Nazajutrz jednak zasiadali przy tapczaniku swym, niespokojni znowu, i z pewnym wstydem podnosili na siebie nieśmiałe oczy.

– Wiész? – zaczynał chłopiec – rozmyśliłem się; być może, żem się wczoraj mylił…

A ona odpowiadała z cicha:

– Ja nie wiem; wczoraj zdawało mi się, że najszczęśliwszą byłabym, gdybym kogoś, lub coś, bardzo mocno kochała i gdybym umrzéć mogła za szczęście i dobro ludzkie. Ale dziś… myślę, że chcę czegoś więcéj, niż kochania, i że… oddawanie się na męczeństwo jest, jak tyle innych rzeczy, skutkiem – przesądów.

Chmurnie i w milczeniu patrzali na szpargały swe i świstki, po tapczanie rozrzucone. Julek zrywał się z nizkiego siedzenia swego i ruchem, do którego od dzieciństwa był nawykł, obu dłońmi strzępiąc i w górę podnosząc gęste swe ciemne włosy, wołał:

– Jednakże dla czego to tak? Dla czego my, ja i ty, tak bardzo pragniemy tego, o co inni nie dbają? szukamy tego, o czém inni ani myślą?… dla czego nie żyjemy sobie tak, jak inni? Mój Boże! ten piękny Jaś, naprzykład, koleżka mój, trefi sobie wąsiki, zapieka włosy u fryzyera, umizga się do panienek, tańczy na wieczorkach i – szczęśliwy! Ani dba o to, jak tam ludzie na świecie żyją, co myślą, i jak żyć, w co wierzyć, o co starać się trzeba! Albo Kostuś Wilski… z piątéj klassy wyszedł, na mająteczku ojcowskim siadł, słusznym obywatelem już jest, patrzéć tylko, jak się ożeni, a je… strach! jak najęty! w puchach się wylega i – szczęśliwy!… Albo duży Michał, ten, co to wiész…

– To prawda! to prawda! – przerywała Lusia, u nas to samo: są takie panny, które o niczém więcéj nie myślą i nie mówią, tylko o strojach i o wyjściu za mąż. Ja nie; po głowie chodzi mi wciąż niewiedziéć co… smutno mi niewiedzieć czego i takbym chciała wszystko, wszystko widzieć, a czasem śpiewać… leciéć wysoko i… śpiewać!

Tu wsparła twarz na dłoni i zanuciła:

 
Maj właśnie drzewa i kwiaty rozwijał,
Księżyc w noc cichą świecił roztoczony…
 

Urwała, podniosła głowę i zapytała:

– Dla czego to tak?

Zamyśleni, zasiadają znowu przy tapczaniku na niziutkim stołku, Julek odpowiadał:

– Ot dla czego! takimi już urodziliśmy się… i koniec!

Świat przedstawiał się im zagadkowo, w dwoistéj postaci piekła i raju. Zależało to od wrażeń, któremi téj lub owéj nocy wionęło na nich towarzyszące nocnym pracom ich i zabawom widmo. Julek zrywał się z siedzenia, z zapałem wołając:

– Nie! tak zawsze być nie może! Jest na świecie postęp, możność doskonałości i szczęścia… tylko, jak i co czynić, aby je zdobywać dla siebie i innych?

– Jak i co? – Nakształt echa powtarzało blade dziewczę, z twarzą w zadumie wspartą na dłoni, a gorejącém okiem, wpatrzoném w ciemno-żółte płomyki, które światło lampy krzesało w szybie okna. Płomyki te, których zapytywać się zdawała o słowo zagadek, pracujących w jéj głowie, były – widmami świata.

Wten sposób spędzali oni bardzo często długie zimowe i jesienne noce, głusi już teraz na wiośniane okrzyki kukułki, rozlegające się za zamkniętemi drzwiami małéj bawialni, od czasu do czasu za to drgając nerwowo, gdy uszu ich dolatywały przeszywające a ponure gwizdania nocnych stróżów. Niekiedy późno po północy uczuwali głód. Wtedy Julek nastawiał samowar i wyjmował ze skrzynki swéj odrobinę, przechowywanych tam starannie, herbaty i cukru. Gospodarując, śmieli się czasem do siebie z cicha i ostrożnie, ze spojrzeniami, rzucanemi na drzwi zamknięte. Lecz nieśmiała wesołość ta nie istniała wcale, jeżeli pić mieli herbatę nie z głodu, ale dla odpędzenia snu, który przeszkadzał im w odczytaniu jednéj z podartych książczyn, lub zmiętych szmat dziennika. Dla nasycenia głodu, zarówno jak dla pochwycenia za kraj szaty olśniewającego ich widma, poili się ciemnym mocnym płynem, który w żyły ich wlewał, rozmarzający mózg i wyprężający nerwy, pierwiastek narkotyku.

To téż bywały dnie, w których wyglądali oboje tak, jak gdyby noc im przeszła w ciężkich bólach lub bezpamiętnym szale. Do zwykłéj chmurności ich przybywała chorobliwość i czyniła ich podobnymi do roślin owych, które pod skwarem słońca płoną więdnącą purpurą. Było to tak widoczném i nawet uderzającém, że raz, przy obiedzie, pan Marcelli wpatrzył się w syna obojętnemi zwykle oczyma i z żywością, nigdy prawie nie bywałą, zapytał:

– Co ci to?

– Nic, ojcze! – odpowiedział Julek głosem, pełnym zdziwienia; nie przywykł był bowiem do zapytań ojcowskich.

Pan Marcelli popatrzył z kolei na Lusię i rzekł znowu:

– I téj téż coś być musi.

Potém już nic nie mówił, tylko, po skończonym obiedzie, zamiast udać się do sypialni na zwykły spoczynek, skinął ku żonie, aby usiadła przy nim i zapytał z cicha:

– Co im takiego być może?

Pani Aniela nic wcale nie rozumiała.

– Upatrujesz coś, Marcelli! – rzekła – dzieci są tak, jak zwykle, zdrowe, i uczą się dobrze.

Z powątpiewaniem wstrząsnął głową.

– Nie, nie! Źle bardzo wyglądają oboje, a przytém, czy ty uważasz, że nie śmieją się nigdy, a mówią tak prawie mało, jak ja. Trzeba, Anielko, abyś zwróciła na nich pilną uwagę: co robią? Czém się bawią? Co ich zasmucać, albo co im szkodzić może?

Panią Anielę ogarnął żal wielki i szczery.

– O mój Marcelli! – zawołała – zdaje się, jakbyś nie wierzył, że Julek jest całém szczęściem mojém, i że dla téj biednéj dziewczynki także robię wszystko co mogę i powinnam. Nieustannie przecie są one pod okiem mojém. Pilnuję ich, karmię, jak mogę najlepiéj, przestrzegam, do nauki napędzam, oszywam, własnemi rękoma ubieram, gdy wychodzą z domu. Cóż więcéj nad to uczynić mogę?

Uśmiechała się mówiąc to, ze zwyczaju, dla złagodzenia słów swych, które się jéj wydawały zbyt ostremi; lecz usta jéj drżały z żalu, a błękitne zmęczone oczy zachodziły łzami.

– Może zanadto męczą się nauką? – z cicha zauważył pan Marcelli.

Pani Aniela spojrzała na męża z za łez, ale ze szczególną powagą i ze szczególną téż posępnością wymówiła.

– Marcelli! ty wiesz, ty sam najlepiéj wiész, jak ciężkiém jest życie – bez nauki.

Spojrzał na nią, zdziwiony może powagą i niemą surowością jéj głosu, a dostrzegłszy na téj łagodnej twarzy, która dotąd same tylko dla niego miała uśmiechy, bolesne wzruszenie, w milczeniu już pocałował jéj rękę, wziął czapkę ze srebrną gwiazdką i wyszedł na miasto. Skierował się wprost ku hotelowi Wszech-Krajów i po chwili wchodził do oszklonéj izdebki szwajcara.

Otocki, podnosząc głowę z nad ksiąg rachunkowych, uprzejmie, lecz z pewnym odcieniem trwogi, powitał przybyłego:

– Gość z pana rzadki. Czy tam czasem, broń Boże, co z Lusią…

– Właściwie, – siadając na stołku zaczął pan Marcelli, – właściwie nic nowego, ale… ale chciałem zapytać pana, czyś pan nie zauważał we wnuczce swéj i w synie moim także czegoś… czegoś… czy ja wiem? Ja, panie, bardzo jestem zajęty, trochę zmęczony i rzadko bywam w domu. Nie wiem, co to jest i dla czego, ale jakoś oni nie są tak, jak być powinny. Niby chorzy… smutni czegoś ciągle i wyglądają tak, jakby nie dziećmi byli…

Umilkł. Otocki patrzał na niego wzrokiem pojętnym i bardzo smutnym.

– Nie powiedziałeś mi pan nic nowego, – zaczął po chwili, – syna pana znam niewiele; ale Lusia… złota dziewczynka moja, biedna!

– Dla czego? – z niejaką żywością zapytał pan Marcelli.

Pod długim, białym wąsem, gorzki uśmiech przebiegł usta odźwiernego.

– Powiem tak, jak pan, – ozwał się z cicha – czy ja wiem? Jestem bardzo zajęty, trochę zmęczony i… rzadko ją widuję. Państwo macie syna przy sobie, a zgadnąć nie możecie, co mu jest. Cóż ja? Przychodzi ona do mnie, od czasu do czasu pomiędzy lekcyami a uczeniem się lekcyi, na chwilę… widzę, że blade, że mi źle rośnie, że smutna i skryta, a otworzyć przed sobą jéj serca nie mam sposobu. Czasem zrażam ją nawet trochę, bywam ponury, w pewne szczególniéj rocznice moje; a jéj-by trzeba kogoś pobłażliwego i wesołego, kogoś, coby młode myśli jéj i uczucia rozumiał i podzielał. Zresztą, na wszystko, panie, na wszystko czasu trzeba, a ja go nie mam nic. Pełnię gorliwie swoje i nie swoje, byleby tylko trzymać się tu i ją wychować…

Skończył i pochylił głowę nizko z wyrazem zgnębienia, z którym w szczególny sposób sprzeczał się energiczny, gwałtowny nawet, ruch ręki, targającéj białego wąsa.

Prosty i sztywny Ryżyński podniósł się z siedzenia. Szwajcar wstał także, a gdy przez dość długą chwilę stali naprzeciw siebie, z niemém jakby pytaniem patrząc sobie w twarze, światło gazowego płomyka błyskało, drgało i śmiało się w pozłacanych i posrebrzanych guzikach ich ubrania.

 

– Więc – zaczął jeszcze Ryżyński – więc pan nic nam nie radzisz… i nic dla wnuczki swéj nie zdecydujesz się uczynić, tak, jak ja namyślić się nie mogę, co zrobić dla syna…

Uginając się, jakby pod ciężarem pytań tych, Otocki padł na krzesło i, czoło ukrywszy w dłoniach, zawołał:

– Co ja mam, co ja mogę uczynić dla niéj?

Potém podniósł głowę i wznosząc wysoko oczy, jakby tam w górze oblicza lub wizerunku czyjegoś szukał, ciężkim szeptem wymówił:

– Romku! biedny mój Romku! co ja dla dziecka twego zrobić więcéj mogę!

Pani Aniela daleko mniéj od obu mężczyzn brała do serca złe wyglądanie syna i wychowanki. O północy, rzucając zaoszczędzoną złotówkę do skarbonki Julka, rzekła do męża:

– Daremnie martwisz się, Marcelli, a widzę, że martwisz się, bo nawet gazeta rozerwać cię dziś nie mogła. Dzieci pracują i dla tego pewnie są czasem mizerne i trochę jakby zmęczone. Inaczéj przecież być nie może? A tyż nie pracujesz przez całe życie, jak wół w pługu? I ja także nie próżnuję; a jednak, ot, dożyliśmy lat naszych. Zresztą, za rok już Julek skończy gimnazyum… potém pięć lat tylko uniwersytetu i będzie z niego – człowiek. Zostanie doktorem, będzie miał praktykę ogromną i, choć bez pracy pewnie się nie obejdzie i wtedy, to jednak wcale go ona tak męczyć nie będzie. Odpocznie sobie… a kto wié? może i my przy nim odpoczniemy trochę.

Przy ostatnich słowach zgasiła lampkę, a w minutę potém już chrapała. Czy pan Marcelli był uspokojony temi słowami? nie wiadomo. To tylko pewna, że w najbliższą niedzielę nie poszedł do kolegów na proferansa, ale wieczór cały przesiedział z żoną i synem, usiłując zawiązać z tym ostatnim rozmowę, która nie szła jakoś. Po prostu nie przywykli byli przestawać z sobą. Zamieniali się krótkiemi zapytaniami i odpowiedziami, przy czém ojciec wydawał się zmieszanym, a syn znudzonym. Skończyło się na tém, że Julek przyniósł z kuchenki książkę jakąś w szaréj oprawie, z wypadającemi kartami i czytać ją zaczął. Pan Marcelli wyciągnął po książkę długą swą, bladą rękę.

– Co to czytasz, Julku? – zapytał.

– Socyologią – odparł chłopak, z miną człowieka, który, wymawiając słowo jakieś, pewnym jest, że go słuchacze nie rozumieją. Jakoż pan Marcelli nie zupełnie jasne miał pojęcie o znaczeniu słowa: socyologia. Przytém książka była niemiecka i przedstawiała dlań zbiór niepojętych a dziwacznie wyglądających gzygzaków. Odsunął téż ją ku synowi ruchem zdradzającym zniechęcenie i, zamyśliwszy się, ponuro patrzał w ziemię. Pani Aniela, która w niedzielne wieczory nie oddawała się szyciu i cerowaniu, myjąc w kuchence szklanki i składając starannie bieliznę stołową, gwarzyła z siedzącą na tapczaniku sąsiadką o cenach mięsa i jaj, o straszném błocie, które zrana zalegało rynek, o wzrastającéj drożyźnie obuwia. Lusia wieczór ten, jak i najczęściéj wieczory niedzielne, przepędzała u dziadka. Tym razem znalazła go w usposobieniu takiém, jakie zawsze sprawiało na niéj przykre wrażenie. Mówił mało, i albo szklannym wzrokiem patrzał w przestrzeń, albo wpatrywał się w nią bystro i smutnie. Takim widywała go dotąd tylko w pewne dnie roku, o których wiedziała, że są rocznicami, przywodzącemi mu przed pamięć szczególniéj wesołe lub bolesne wypadki jego życia. Dziś jednak nie opowiadał jéj, jak zwykle w dniach podobnych bywało, ani o godzinie, w któréj otrzymał tam… tam daleko… wieść o jego śmierci, ani o pięknym Otoku, ani o swéj długiéj podróży… Nie była to więc rocznica żadna. Jednak, po półgodzinnéj nieobecności, w czasie któréj przyjmował przybyłych z pociągu gości, wróciwszy do izdebki i siadając przy biurku, nagle trochę zapytał:

– Czegoś ty taka mizerna? i czemu nic nie mówisz do mnie? Jeżeli chora jesteś, albo ci brak czego… możesz przecie powiedziéć mi o tém, a ja… jabym ci nieba chciał przychylić… Cóż?…

– Nie jestem chora i niczego mi nie brak – odpowiedziała.

Rzucił się na krześle gniewnie trochę.

– Skryta jesteś – zaczął, lecz urwał nagle, jakby mu surowe wyrazy, do niéj skierowane, przez usta przejść nie mogły. Natomiast wpatrzył się w nią znowu bystro i mówił:

– Jesteś sierotą, bo choć masz mnie, cóż ja? tyle tylko, że cię żywić i jaką-taką edukacyę dawać ci mogę. Wielu téż rzeczy i fizycznie i moralnie braknąć ci musi. Dla tego, dziecko moje, udawaj się jak najczęściéj do Ojca sierot wszystkich… módl się…

Tu urwał nagle, bo po drobnych ustach dziewczyny przeleciał szybko powstrzymywany uśmiech.. Zerwał się z krzesła, otworzył usta, jakby dla wypowiedzenia gwałtownego jakiegoś słowa; lecz, powściągając się, podniósł w górę ramiona i drżącemi rękoma zaczął poprawiać, zwiększać i umniejszać płomyk gazowy. Walczył widocznie z gniewném uniesieniem, od którego pierś mu dyszała mocno, a srebrne guziki granatowego surduta podnosiły się i opadały szybko. Nie; z dzieckiem „biednego Romka”, z tą jedyną gwiazdą oczu swoich, obejść się źle nie mógł, nie chciał… To téż zaprzestał roboty około gazowego różka i usiadł na stołku swym; wtedy dopiéro, gdy się uspokoił nieco, targając zlekka wąsa, głosem, w którym drżał z razu tłumiony jeszcze gniew, a który potém stawał się monotonnym i gdérliwym, upominać ją zaczął o zapominanie modlitwy, o tracenie wiary religijnéj, o czytanie złych książek, które dzieciom przewracają w głowach… Ona słuchała w milczeniu, w zwyczajnéj sobie zadumanéj postawie, cierpliwie i pokornie z pozoru, lecz od chwili do chwili nieruchome jéj rysy oblewał gorący rumieniec, a z ciemnych źrenic strzelały szyderskie błyski. Widać było, że burzyła się wewnątrz. On tego nie spostrzegał, i jak gniew jego przeszedł w gdéranie, tak stopniowo to ostatnie stopiło się w rozrzewnieniu. Pochwycił za obie ręce i, przyciągając ją ku sobie, zapytał:

– Nie gniewasz się, że tak gdéram na ciebie? Kochasz trochę twego starego, nieznośnego dziadka?

Być może, iż, gdy silném ramieniem wiotką kibić jéj przyciskał do swéj piersi, uczuła, jak pod liberyjnym surdutem serce jego uderzało mocno i gorąco; być może, iż przez głowę przemknęła jéj myśl, że dla niéj to, dla niéj tylko, przyoblókł się on w surdut ten, taki twardy i brzydki, jak niewola i służalstwo; bo gdy, patrząc w twarz jéj, powtórzył pytanie:

– Czy kochasz trochę twego starego, nieznośnego dziadka?

Podniosła powieki, wymówiła:

– Bardzo, bardzo! – i ze łzami na rzęsach, ramiona swe zarzuciła mu na szyję.

Wtedy, z krzykiem radości, porwał ją w objęcia, posadził, jak małe dziecię, na swych kolanach, i okrywając ją pocałunkami, mówić, raczéj szeptać, zaczął:

– Dziecko moje! może ja i wiem, czego tobie potrzeba! Potrzeba tobie do oddychania zdrowego, świeżego powietrza, przestrzeni do biegania, drzew i kwiatów, któreby odświeżyły młode twe oczy, wpatrujące się ciągle w czarne litery książek… Potrzeba tobie czułéj matki, któraby cię pocałunkiem budziła i usypiała, i rozumnego ojca, któryby wiedział i rozumiał, co myślisz, jak czujesz, a myśli twe i uczucia mądrze, łagodnie, od różnych manowców tego świata odprowadzać mógł… Wiem… wiem wszystko, lecz cóż uczynić mogę… bezdomny biedak, tém tylko zajęty, aby pan Leonid Igorowicz za drzwi mnie ztąd nie wyrzucił!…

Lusia całowała go w usta i w siwe włosy.

– Kocham cię, dziaduniu – mówiła – wiem co czynisz dla mnie… kocham cię i żałuję, ale… nie mogę być inną!

Nie mogła istotnie. Uczucia jéj i myśli były wrzątkiem, pomimowoli jéj i wiedzy, często wylewającym się na zewnątrz, Otocki spostrzegł to tego samego jeszcze wieczora. Pomimo, że była już prawie dorosłą, odprowadzając ją w późne wieczory do mieszkania Ryżyńskich, zachował on zwyczaj trzymania jéj za rękę, tak, jak to czynił w latach jéj dzieciństwa. Szli więc tak przez ulice miasta, dłoń w dłoni, milcząc, aż weszli na mały placyk pusty i cichy, pośród którego kiedyś, kiedyś, mała Lusia zatrzymywała się, aby pokazać dziadkowi zjawiające się jéj pod sklepieniem nieba widziadło rycerza: „na śnieżnym koniu i w błyszczącéj zbroi.” I teraz tarcza księżyca stała pośród szafirów, a nad nią białe rozwiewne obłoki sunęły lekkim, długim korowodem. I teraz zdawały się tam szeleściéć srebrne skrzydła, a z pod hełmów złocistych pochylać się ku ziemi „odważne i smutne” oblicza. Otocki spojrzał ku górze, chciał widocznie powiedziéć coś, a nie śmiał, lękając się może, aby znowu pomiędzy sobą a gwiazdą swych oczu nie wywołać chmury. Jednak do mówienia skłaniała go widocznie gorzka żądza dowiedzenia się prawdy, choćby bolesnéj, albo téż nadzieja, że będzie mu ona pociechą i uspokojeniem. Wyciągniętym w górę palcem wskazał igrające dokoła księżyca obłoki i z drżącym uśmiechem na ustach zapytał:

– Lusiu! a czy teraz widujesz tam jeszcze czasem… rycerza z Cecorskich pól?

Z okrutną nierozwagą młodości i z dumą tą, z którą młodość popisuje się tém, co uważa za swe zdobycze, zaśmiała się z cicha i odpowiedziała prędko:

– O, nie! Odkąd zaczęłam myśléć o rzeczach daleko ważniejszych, Cecorskie pola i ich rycerze całkiem zajmować mię przestały!

Nagle wypuścił rękę jéj ze swéj dłoni. Nie powiedział nic, tylko, gdy stanęli u wejścia do żółtéj kamienicy, zamiast, jak zwykle bywało, z troskliwością niezmierną towarzyszyć jéj na ciemnych wschodach, aż do samych drzwi Ryżyńskich, popchnął ją lekko ku wejściu, głucho i krótko mówiąc:

– Idź!

Po raz pierwszy w życiu rozstali się pokłuceni z sobą, z wzajemną ku sobie urazą w sercu. Ona wstępowała po ciemnych i zawrotnych wschodach sama jedna, powoli, snując w głowie gorzkie i niechętne myśli. On, śpiesznym i gwałtownym krokiem przebył placyk, lecz nagle stanął i, uderzając się w czoło, zawołał:

– Co ja zrobiłem! puściłem ją samę na takie złe wschody… jeszcze upadnie!

Odtąd w Otockim zachodzić zaczęły zmiany widoczne. Na piękną, silną i rzeźką zawsze powierzchowność jego wybijały się już niekiedy oznaki starzenia się i sposępnienia. Były chwile, w których zdawać się mogło, że na myśl jakąś, pojawiającą się w głowie jego, ręce mu opadały w zniechęceniu, czy nie przezwyciężonym smutku. Zresztą, broniony dotąd przez wewnętrzne bodźce swe i pociechy od fizycznego zniedołężnienia, teraz dopiéro uczuwać zaczął dolegliwie owę, z podróży przywiezioną, niemoc nogi, tak, że niekiedy poprzedzał na wschodach gości hotelowych krokiem trudnym i powłuczystym, na który pan Leonid Igorowicz niechętnie spoglądać zaczynał, znajdując, że admirowana przezeń dystynkcya ruchów Otockiego podobną staje się do niedołęztwa. Upadał téż na wzroku, co przypisać było można wieloletniemu przebywaniu i pracowaniu w izdebce napełnionéj mieszaniną dziennego i sztucznego światła. Względem wnuczki bywał teraz niecierpliwy, nieufny, badawczy. W usposobieniu jéj było coś, co go wciąż i srodze niepokoiło, a pewne uśmiechy jéj, jakkolwiek starała się ona je powściągnąć, i wyrazy, pomimowoli często z ust jéj wylatujące, miały szczególną własność draźnienia go i wywoływania w nim gniewnych uniesień. Tym ostatnim jednak nie poddawał się nigdy i można je było odgadnąć tylko po gwałtowności ruchu, jakim zrywał się ze stołka, i po szczególnym zapale, z jakim drżącemi rękoma, bez żadnéj zresztą widocznéj potrzeby, wzmagał i umniejszał natężenie gazowego płomyka. Przy tem mruczał coś pod białym wąsem z cicha i monotonnie, a usiadłszy na stołku, ze zgaszonym już w piersi gniewem, rozpoczynał gderliwe a długie upomnienia, połączone zazwyczaj z wyrzekaniami na nowy świat, teraźniejszych ludzi, nauki ich, wymysły i t. d.

Lusia nie wdawała się z dziadkiem w spory, słuchała milcząc, lub odpowiadając z rzadka cichém i z pozoru łagodném słowem; ale przy rozstaniu żegnała go coraz chłodniéj, a przychodziła doń coraz rzadziéj i na krócéj…

Raz – a miała wtedy lat już blizko szesnaście – weszła do oszklonéj izdebki z zaczerwienionemi od płaczu oczyma, bardzo i widocznie rozżalona. Zapominając o wszystkich goryczach swych i urazach, Otocki rzucił się ku niéj z trwogą, pytaniami, pieszczotą. Zaledwie mogąc wstrzymać się od łkań, powiedziała mu, że nazajutrz Julek opuścić miał Onwil, a wyjechać w podróż do dalekiéj, dalekiéj stolicy.

– Cóż? – pytał Otocki – czy przywiązałaś się doń tak bardzo, że cię rozstanie z nim tak wiele kosztuje?

– Tak! – odpowiedziała – lubię go bardzo i smutno mi będzie bez niego; ale największy mi żal, gdy pomyślę, że on tam na świecie będzie żył, patrzał, uczył się, wtedy, gdy ja…

Otocki zbladł.

– Czy chciałabyś, – zaczął zwolna – czy chciałabyś żyć tam, dokąd on jedzie?

Z naiwném samolubstwem młodości zawołała żywo:

– O tak! tam, czy gdzieindziéj, byle nie tu, byle nie tu!

Opasujące kibić jéj ramię Otockiego opadło. Chciał coś powiedziéć; rumieniec trysnął mu na zorane czoło; ale, jak zwykle, dla niéj i przy niéj powściągnął się, i tylko wzniósłszy ku gazowemu płomykowi oczy, pełne stalowych błysków, mrugał powiekami tak szybko i uparcie, jak gdyby powstrzymać chciał łzy, albo jak gdyby oślepł nagle i przejrzéć usiłował.

 

Julek przed miesiącem otrzymał od zwierzchności szkolnéj tak zwane świadectwo dojrzałości i wyjeżdżał do stolicy, w celu uczęszczania na kursa medyczne w istniejącéj tam Akademii. W przeddzień wyjazdu jego, sine ściany małéj sypialni Ryżyńskich były świadkami sceny następującéj. Około północy, pani Aniela zdjęła ze ściany skarbonkę z białą kartą, noszącą napis: „Dla Julka na uniwersytet,” i z rodzajem nabożnego uszanowania postawiła ją na stole, przy którym siedział pan Marcelli, zapominający w dniu tym nietylko o czytaniu gazety, ale nawet o zamienieniu surduta z pozłacanemi guzikami na wygodny szlafrok. Kiedy oboje, pochyleni nad skarbonką, otwierali ją wspólnemi siłami, twarz kobiety oblaną była silném wzruszeniem, wpół radośném, wpół jakby uroczystém, a długie, suche ręce mężczyzny drżały tak, że dla spełnienia łatwéj roboty swéj potrzebował minut kilka. Tymczasem, nakształt złoczyńców, zabierających się do rozglądania nieprawych łupów, zamieniali się oni urywanemi i tajemniczemi szeptami:

– Ile tam być może? – zapytywała kobieta.

– Nie wiele pewno.

– Może nie wystarczy?

– O, gdyby mu przynajmniéj na parę lat była pomoc jaka!

Tu roztworzyła się ściana skarbonki i na stole zabrzęczały wysypujące się nań monety.

O! jakże tego było tam wiele i zarazem jak mało! Złotówki srebrne, miedziane dziesiątki i czworaki, trochę zmiętych rublowych banknotów, okryło sobą część stołu i widokiem swym wprawio panią Anielę w pełne radości osłupienie.

– Dużo! bardzo dużo! – zawoła ze splecionemi dłońmi i wzrokiem wlepionym w dziedzictwo syna.

– Bardzo mało! – szepnął pan Marcelli i gorzki uśmiech przebiegł mu po wązkich wargach i wygolonych błyszczących policzkach.

Zaczęli liczyć powoli, uważnie, w milczeniu, raz tylko przerywaném głośnym okrzykiem pani Anieli, gdy wśród miedziaków błysnął różowy, wartość dziesięciu rubli przedstawiający, papierek. Żadna marząca wesoła dziewczyna nie powitała pierwszéj róży wiosennéj z tak rozkosznym uśmiechem, jakim był ten, który oblał twarz kobiety na widok téj zgniecionéj szmatki.

– Zkąd to? – zapytała i bystro spojrzała w twarz mężowi.

On odpowiedział:

– A wtedy… kiedy to, pamiętasz, otrzymałem gratyfikacyą i zostawiłem u siebie tę assygnatkę… na cygara…

– Cóż? a cóż było z cygarami?

– Nie paliłem ich wcale przez czas jakiś.

– A! – zawołała – i mówiłeś mi wtedy, że cię gardło boli!

Uśmiechnął się tak blado i sucho, jak uśmiechał się zwykle. Lecz ona patrzała na niego z uszczęśliwieniem niewymówném.

Koniec końców, oszczędności Ryżyńskich, przez lat dziesięć na rzecz syna czynione, wynosiły summę rubli około trzysta. Zebraną ona być mogła cudem prawie.

Na parę godzin przed odejściem na północ pociągu kolei żelaznéj, pan Marcelli, który po raz pierwszy, odkąd zostawał w służbie rządowéj, dnia tego do biura nie poszedł, zawołał syna do małéj sypialni i, oddając mu paczkę assygnat, mówić zaczął:

– Oto wszystko, mój Julku, co mogliśmy zrobić dla ciebie. Oddaliśmy cię do szkół i po groszu zebraliśmy sumkę, któréj połowę daję ci teraz, a połowę chowam u siebie na pierwsze zapotrzebowanie twoje. Jest to bardzo mało, ale w naszém położeniu…. wiesz….

Zatrzymał się, pomyślał trochę i mówił daléj:

– Posyłałem cię do szkół i posyłam teraz do uniwersytetu, dla tego, że sam doświadczyłem, jak źle jest żyć, nie mając możności dążenia do wyższéj karyery, do lepszego i łatwiejszego bytu. Ja téj możności nie miałem i dla tego jestem, czém byłem, i będę, czém jestem… a to ciężko. Jednak….

Zawahał się i po chwili dopiéro kończył:

– Jednak, być może, że byłem do czegoś więcéj zdolny; że za młodu miałem więcéj, niż teraz, myśli w głowie, bystrzejsze pojęcie, więcéj siły i ochoty do wszystkiego. Ale uzdolnienie, które otrzymałem, i okoliczności, które mi w drodze stanęły….

Tu wstał, wyprostował się, zgasłe oczy jego błysnęły.

– O! te okoliczności – zawołał pełnym i dźwięcznym głosem, – one-to mi najbardziéj stanęły na drodze, przykuły do jednego miejsca, znękały wieczném upokorzeniem, strachem…. Ja chcę, abyś ty silniéjszym był od okoliczności tych; abyś był niezależnym od nikogo i od niczego; abyś miał nadzieję i nigdy, nigdy nie mówił sobie: jak było, tak jest, jak jest, tak będzie….

W chwili téj uroczystéj dla niego, zbudził się w nim człowiek takim, jakim kiedyś być musiał, jakim być mógłby; wielkim głosem krzyknął w nim ojciec, pragnący przedewszystkiém uchronić syna od ciemnéj, nizkiéj, beznadziejnéj doli. Z twarzą zarumienioną i rozgorzałém okiem, w obie dłonie ujął głowę syna i, cisnąc ją do swéj piersi, po wiele razy powtarzał nad nią:

– Ucz się Julku, ucz się, abyś mógł zrobić karyerę, abyś mógł iść, iść z nadzieją, że zajdziesz!

Pani Aniela przy rozmowie téj obecną nie była.

W kuchence, nad kuferkiem Julka schylona, uśmiechając się i płacząc na przemian, układała ona małą wyprawę syna, bacząc starannie, aby wszystko w niéj było całe i czyste i mocne. Tam, kędy jechał, panowały długie i ostre zimy; pani Aniela więc przyspasabiała oddawna, a teraz zaopatrywała go we wszelką, możliwą dla niéj do otrzymania, ciepłą odzież.

Ojciec mówił mu o karyerze i nauce dla karyery; matka myślała o tém, aby się nie zaziębił…

Rok minął. Niezwykły ruch panował w małéj bawialni Ryżyńskich. Obchodzono tam uroczystość podwójną: przyjazd Julka ze stolicy na wakacye i szczęśliwe ukończenie przez Lusię nauk, a zarazem i lat siedemnastu. Żółte ściany nigdy jeszcze nie wyglądały tak wesoło. Słońce letnie rzuciło na nie przez małe okna kilka promieni, w świetle których czerwieniły się jaskrawe róże, zdobiące cyferblat starego zegara, a mosiężne wachadło wydawało się złotém. Przed starożytną kanapą, przy stole, zastawionym wyjątkowo wspaniałym, bo aż z trzech potraw złożonym, obiadem, siedziało osób pięć, z których jedną był Otocki. Siedział on plecami zwrócony do okna, gdyż od czasu pewnego oczy jego, nawykłe do zmroku i sztucznego światła, z trudnością wielką mogły znosić blask dnia i słońca. Uwalniając się na parę godzin zajęć swych, nie miał on snadź czasu zmienić hotelowéj liberyi na ubranie inne, lecz dziś nie zdawała mu się ona wcale być ciężką lub przykrą. Poprostu zapominał o niéj, tak, jak zapewne o wszystkiém na świecie, co nie było tą młodą dziewczyną z lnianym warkoczem nad bladém czołem, która siedziała naprzeciwko niego, w szczególny u niéj sposób, ożywiona i radośna, a na którą patrzał on wciąż swemi, chorobliwie mrugającemi, lecz pełnemi szczęścia, oczyma.

Ona za to całą uwagę swą zwracała na młodego człowieka, który, pomiędzy panią Anielą i panem Marcellim siedząc, ich téż twarze, jak słońce oblicza słoneczników, ku sobie zwracał.

Był bardzo przystojnym, jakkolwiek przez rok ubiegły bardziéj jeszcze schudł i pobladł. Piękne i delikatne rysy jego okryły się wyrazem życia i ruchliwości, oczy nabrały blasku, gesta energii i pewności siebie, która, w towarzystwie inném, wydawaćby się nawet mogła rubasznością, lecz w otaczającém go kole budziła podziw, zmieszany z uszanowaniem. Mówił wiele o stolicy, o wspaniałościach jéj i różnorodnych stosunkach, lubując się widocznie wrażeniem, które sprawiał na obecnych, a które wyrażało się u pani Anieli szerszym, niż kiedy, pełnym zachwytu uśmiechem; u pana Marcellego – nieśmiałą, lecz pilną uwagą, z jaką go słuchał; u Lusi zaś gradem zapytań, któremi go obsypywała. Jednak, pomimo swobody téj, humoru i niewidywanego w nim dawniéj zadowolenia, od czasu do czasu na powierchowność jego wibijały się objawy innéj całkiem natury. Zbyt głośny i rubaszny śmiech jego urywał się czasem, czoło chmurniało i zbiegało się pomiędzy brwiami w grube fałdy, oczy nieruchomiały i spuszczały się ku ziemi. W chwilach takich wydawał się srogim, ponurym i o wiele starszym, niż był istotnie. Potém budził się jakby ze snu, podnosił wzrok, uśmiechał się i obu dłońmi burzył, gęste jak las, a długie aż po ramiona, swe włosy. Przyglądając się wciąż synowi, pani Aniela ze śmiechem zawołała: