Za darmo

Porcelanka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nad siły wzruszona, nie mogła mówić dłużej. Twarz miała w płomieniu, oczy w blaskach, ręce splecione u piersi, jak do modlitwy.

On wpatrzony w nią, z piersią szybko oddychającą, zbliżył się, wziął w dłonie te splecione ręce i rzekł:

– Prawda! Na dnie mojej przyjaźni dla pani płynie strumień takiej sympatyi, że gdy na panią patrzę, świat i wszystko, co na nim, ginie mi z oczu i pamięci.

Gradem pocałunków okrył ręce, które drżały mu w dłoniach, jak więz strun targanych i powtórzył:

– Prawda! Niema nic takiego, czego nie usiłowałbym dla pani uczynić, o czem nie pragnąłbym z panią mówić, czego nie poszedłbym z panią szukać, byleby wolno mi było patrzeć w twoje oczy i głosu twojego słuchać.

Ramieniem otoczył jej kibić, a ona pobladła, oporu nie stawiła. Źrenice jej zachodziły mgłą upojenia.

– Prawda! Człowiek znajduje szczęście wtedy tylko, gdy ono samo wychodzi mu na spotkanie. Ani mnie, ani pani nie spotkało dotąd nigdy… Teraz przybywa! Tuż obok nas czuję gorący jego oddech i tę siłę magnetyczną, która pociąga nas za niem – choćby w otchłań!

Pociągnął ją ku piersi, a jej głowa, jak kwiat w podmuchu wiatru, pochyliła się i oparła na jego ramieniu.

– Biedna! samotna! szlachetna! prześliczna! Moja! Czy moja?

Wraz z ostatnim wyrazem usta jego spoczęły na jej ustach.

W pokoju zapanowała cisza. Minuta… dwie, i – nagle, silny okrzyk niewieści:

– Nie! nie!

Stała za stołem z lampą, mieniąc się na twarzy purpurą i bladością, prawie z obłąkaniem w oczach. Mężczyzna pozostał tam, gdzie stał przedtem i głowę pochylił nizko.

– Nie, nie! Nie tego chciałam! Nie po to… Boże wielki! Pan może myśli, że po to wzywałam…

Zaśmiała się takim śmiechem, w jakim serce rwie się na szmaty i ciągle tak śmiejąc się, mówiła:

– Więc tak… tak! Zgoda dusz, patrzenie duszą w duszę, nostalgia ideału… budowanie drabiny ku gwiazdom… obrona, dobra rada… O, samozwańcy!

Śmiała się jeszcze chwilę; on milczał. Potem była znowu minuta ciszy, aż bez śmiechu już, owszem, ponura i ze zmarszczonem czołem, cicho rzekła:

– Byłam szczerą, niech pan wierzy, że byłam zupełnie szczerą. Tylko obudził pan we mnie głos, którego nigdy słuchać nie chciałam, któremu, ilekroć się odzywał, rozkazywałam – spać. Obudzony przez pana, ozwał się, ale na szczęście prędko umilkł wobec – wstydu. Nie będziemy szukali razem na zegarze świata godziny nadzwyczajnej, aby nie znaleźć najgminniejszej!…

Teraz on, nie zbliżając się, w postawie nieruchomej i z głową spuszczoną, mówić zaczął:

– Błagam o przebaczenie, choćby dlatego, że mówiąc o rzeczach nadprzyrodzonych, byłem tak jak i pani zupełnie szczerym i tylko – omyliłem się na samym sobie. Rozumiem dobrze czystość uczuć i wzniosłość pragnień pani, nie przestanę też nigdy rozpaczać nad tem, że klejnot w kryształ oprawny, który mi pani ofiarowywała, z ręki mi wypadł. Kryształy są bardzo piękne, lecz w ręku ludzkiem istnienie ich nietrwale. Moja ręka, mniej może gruba od innych, jest przecież ludzką. Takie istoty, jak pani, są wypadkiem zabłąkanemi na ziemi i dlatego udziałem ich pośród zwyczajnych jej mieszkańców musi być – samotność. Niech pani z pobłażliwością istot niebieskich przebaczy i wierzy w mój najszczerszy, najgłębszy szacunek!

Ciągle o kilka kroków oddalony, złożył ukłon, pełen szacunku – i odszedł.

—–

Wiele czasu upłynęło. Walentyna Kalińska obudziła się z kamiennej zadumy i mętnym wzrokiem powiodła dokoła pokoju znowu pustego.

Nagle wstała i wzięła w ręce szklane naczynie z kwiatami.

Co to znaczy? Szeroko rozwarte płatki Porcelanki utraciły swą tęgość i połyskliwość, a na powierzchnię ich wystąpiło mnóstwo rdzawych lub czerniawych plamek. Wyglądała tak, jakby ją coś zmięło i oparzyło. Dokonało tego sztuczne światło i piekące gorąco lampy.

Kobieta długo patrzała na zmiętą i oparzoną koronę kwiatu, aż z oczu jej ogromnie smutnych zaczęły padać wielkie krople łez, gdy usta do pobladłego korala teraz podobne, zaszeptały:

– Lampę wzięła za słońce!