Uziemieni

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SASHA

W jakiś sposób staż Micheli w redakcji lokalnej gazety zamienił się w pracę na etat. Co prawda było to jedynie noszenie kawy i szukanie zdjęć, ale Michela potrafiła o tym tak opowiadać, jakby była redaktorką.

– O, szybko! Weź jedną sztukę, szybko!

Nie wiedziałam, dlaczego musiałam być szybka. Na stoliku było więcej egzemplarzy niż wszystkich ludzi w kawiarni. Michela wyrwała mi gazetę z rąk i gdy czekałyśmy, aż starsza pani przed nami zapłaci za herbatę, szybko wertowała kolejne strony.

Jej ręce drżały tak mocno, że gdy podniosła tacę, filiżanka zaczęła dzwonić o spodek.

– Potrzebujesz pomocy? – Zaczęłam sięgać w jej stronę, gdy zmroziła mnie wzrokiem.

– Nie od takiego kogoś jak ty – powiedziała, a usta wygięły się jej w grymasie obrzydzenia, gdy odwracała się, mrucząc: – Przychodzi tutaj… Myśli, że może robić wszystko, co chce…

Poważnie? Przecież nie należę do żadnej innej rasy; Michela musiała naprawdę dołożyć starań, by wylać z siebie ksenofobię, skierowaną właśnie w moją stronę. W takich chwilach zwykle marzę o tym, by być tą osobą, która pozwala sobie na odpowiedź w stylu: „Tak, przejechałam długą drogę z Royal Oldham, aby podać ci tacę z herbatą. TACY JAK JA to ci NAJGORSI”.

Ha! Właśnie tak!… Nie, nie powiem tego.

– Sasha! – Michela uderzyła mnie gazetą. – Chcesz coś?

Chciałam gorącą czekoladę i kawał tarty z konfiturami.

– Tylko wodę. – Kranówka była za darmo.

Przy stoliku Michela pokazała mi zdjęcie siedzącego na pniu listonosza, wskazując palcem na tytuł, który sama wymyśliła: „Listonosz ocalony przed śmiercią pod drzewem”.

– Ktoś go ocalił pod drzewem przed nadchodzącą śmiercią? – zapytałam. – Czy ktoś go ocalił przed śmiercią, bo drzewo na niego padało?

– Co? – Usta Micheli, pełne okruchów czipsów, uformowały literę „O”.

– Nic – powiedziałam, zamykając gazetę i już żałując tych słów.

Nagle na pierwszej stronie dojrzałam zdjęcie Hugona Delaneya, który właśnie przeżywał swoje niekończące się pięć minut sławy. Stał przed gmachem UKB i wyglądał jak facet, który jest zawsze na bieżąco z nowinkami. Był ubrany bardzo formalnie, a rozpięty górny guzik koszuli dodawał mu nonszalancji.

– Tak bym go grzmociła, aż by dostał wstrząśnienia mózgu – kontynuowała Michela, oblizując sól z palców, gdy ja tłumiłam spontaniczny odruch wymiotny.

– Co? Wolisz coś takiego? – Wskazała wilgotnym palcem na wkładkę poświęconą chłopakowi z tego głupkowatego serialu o wampirach.

– Właściwie tak – powiedziałam. – Dawson Sharman wydaje się miły.

– A skąd ty wiesz takie rzeczy? – rzuciła, zaglądając do pustego już opakowania.

Bo tam byłam.

Ale nikt tego nie wie. Nawet mój tato. Kto zna losy paczki, którą miałam dostarczyć? Kogo to obchodzi? Patrzyłam jak człowiek UMIERA. A potem znikłam, zanim ktokolwiek zdał sobie z tego sprawę. Jak do tej pory, wydawało się, że świat zna historię piątki nastolatków z windy. Nie szóstki.

Gdyby tylko było to prawdą…

Moje spojrzenie ześlizgnęło się na sam dół artykułu: „Pogrzeb Stevena Jeffordsa odbędzie się w poniedziałek 30 lipca o godzinie 14.00 na terenie Cmentarza Agecroft”.

Wolałabym, by Michela napisała TEN artykuł.

HUGO

No i, kuźwa, znowu.

Powrót na zapyziałą Północ. Przejazd między gównianymi kominami.

Zaczęło padać dokładnie w chwili, gdy je mijaliśmy – jakby pogoda doskonale wiedziała, w którym miejscu znajdują się te fabryki. Boże, Północ to czysta deprecha. Nie dziwota, że ten koleś ot tak sobie wszedł do windy i umarł. W takim miejscu nie ma innej opcji.

Parsknąłem głośno. Nie było to może stylowe, ale tego niedorzecznego ranka byłem jedynym pasażerem w pierwszej klasie, a więc mogłem sobie pozwolić. Nie mogłem uwierzyć, że mama zmusiła mnie do uczestnictwa w tym pieprzonym pogrzebie. Jakby cała ta sprawa była jeszcze niedostatecznie żałosna. Teraz będę musiał łazić z tym gównianym WIEŃCEM, aż jakiś fotograf porobi fotki do swojej zasranej gazetki. Mama nie była wcale zadowolona, gdy pieprzony redaktor na poziomie szkolnego dzieciucha zrobił wielki nagłówek właśnie o mnie. Niby „The Times” wypuścił artykuł „Syn znanej polityk okazuje się bohaterem”, ale tabloidy skupiły się na telewizyjnej gwieździe. Mama wzięła to tak poważnie, że można byłoby pomyśleć, że ktoś umarł… O, rzeczywiście, ktoś umarł. ŻART.

Nie mogłem uwierzyć, że tak szybko ściągają mnie tu z powrotem. Staż był stratą czasu. Nie wyrwałem tej dziewczyny, nie byłem współautorem żadnego tekstu, a głupi edytor zignorował wszystkie moje sugestie odnośnie do tematów na artykuły. Co jest nie tak z tymi ludźmi? Przysięgam, że doświadczyłem dyskryminacji, ponieważ jestem z Południa. Ci z Północy rozwodzą się nad tym, jak wielki jest podział na linii Północ–Południe, jakby coś takiego naprawdę istniało. Tak naprawdę na Południu patrzymy na to w sposób: „Ludzie, nam to zwisa. A nasza rodzina, jeśli tylko zechce, to chętnie zakupi ze dwanaście zamków w tej waszej zasranej mieścinie”.

Całe szczęście nie muszę tu nocować. Po prostu podjadę na tę sesję fotograficzną zwaną pogrzebem, poudaję, że jestem smutny, że jakiś kurierzyna wyciągnął kopyta, uszczęśliwię rodziców i wrócę do domu na wieczorną bibę u Davida. Cassie nie przestawała pisać z pytaniem, czy będę czuł się w stanie przyjechać dziś na imprezę. To jedyna dobra rzecz w tym całym trupie. Dziewczyny to jara. Myślą, że teraz jestem taki wrażliwy i podłamany. Opanowałem właśnie świetną strategię i gdy jakaś dziewczyna pyta o tę sprawę, wzruszam ramionami i mamroczę: „Nie chcę o tym rozmawiać, dobra?”. Przepraszam za to, że tak ucinam temat, i mówię, że to było dla mnie „takie trudne”. Prawdziwy hak pojawia się wtedy, gdy w końcu mówię: „Z jakiegoś powodu czuję, że z tobą mogę o tym porozmawiać”.

Sukces gwarantowany. Sieć pełna po brzegi. Bonusowe punkty. Zadziałało już trzy razy, zadziała i z Cassie. Plus naprawdę świetnie wyglądam w tym garniturze zamówionym dla mnie specjalnie przez mamę.

I to nie jest tak, że kłamię. Z jakiegoś irytującego powodu nie mogę wyrzucić obrazu twarzy tego żałosnego truposza z mojej głowy. Może to tylko takie przypomnienie, by nie skończyć w taki sam denny sposób jak on…

Gdy wschodzące słońce oświetliło okolicę, wzdrygnąłem się z przerażenia, że znalazłem się w miejscu, gdzie miejscowi swoje frytki maczają w sosie pieczeniowym. Słońce dodało otuchy. Dzięki niemu mogłem wykorzystać swoje nowe okulary przeciwsłoneczne i nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie obchodzi mnie los tego pieprzonego umarlaka ani cały ten durny pogrzeb. Ludzie będą powtarzali, jaki wstrząs przeżyłem i że muszę teraz z tym żyć.

VELVET

Czy tylko ja tak mam, że w każdej czarnej sukience wyglądam zdzirowato? Dobra, nie było pytania. To ewidentnie mój problem. Mama powiedziała kiedyś, że jestem w stanie sprawić, że nawet habit wyglądałby na mnie niestosownie.

Jedyne, co udało mi się znaleźć, to prosta sukienka mamy, nieco na mnie za duża, a więc przynajmniej nie będzie wyglądać na obscenicznie obcisłą. Była trochę za krótka, ale nie mogłam z tym za wiele zrobić, co najwyżej założyć płaskie buty i liczyć, że wszystko będzie dobrze.

Nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy być na pogrzebie, więc nie wiem zupełnie czego się spodziewać. I oczywiście nie miałam kogo o to zapytać, bo nikt nie wiedział, że się na pogrzeb wybieram. Wtedy wszyscy mogliby uznać mnie za wariatkę.

A może ja zwariowałam? Z jakiegoś powodu uczestnictwo w pogrzebie obcego faceta było dla mnie ważne. Wydawało mi się, że tak właśnie powinno się postąpić. Wydawało mi się też jednak, że nikt tego nie zrozumie. Ludzie z mojego otoczenia już byli zaskoczeni, że rzuciłam staż i wróciłam do domu, choć mamę akurat ucieszył mój wcześniejszy powrót.

Co jeszcze mogłam zrobić? Prosiłam wszechświat o znak, to go dostałam. Wiedziałam, że nie powinnam wsiadać do tej windy. Wiedziałam, że nie pasuję do tego miejsca. Nie musiałam opowiadać całej historii mamie czy Chelsea. Absolutnie nie. Umarł człowiek, a ja nie mogłam nic zrobić. Moje życie chyba już nigdy nie będzie takie samo. A one nie muszą tego wiedzieć.

Wróciłam do domu i jedyne, czego pragnęłam, to, by wszystko było po staremu. Mogłam dostać jakąś robotę na wakacje, pomagać w hotelu, łazić ze znajomymi po plaży. Jak zwykły człowiek. Tego chciałam. Miałam więc nadzieję, że uczestnictwo w pogrzebie znów pozwoli mi poczuć się normalnie, wyrzucić z siebie te przeżycia.

– Co tam, teraz jesteś gotką?

Dosłownie podskoczyłam na głos Chelsea, po czym wymownie przewróciłam oczami i starałam się jakoś z tego wybrnąć.

– Ta, pewka – mruknęłam.

– Powaga, skarbie. Wyglądasz, jakbyś się szykowała na pogrzeb. Co się dzieje?

– Nic!

Litości. Świetny powrót, Velvet. Zawsze mi powtarzano, że jestem zbyt bystra, ale właśnie w tych chwilach, gdy bystrości potrzebowałam najbardziej – na przykład gdy z Chelsea wychodziła sucza natura – lubiła mnie ona opuszczać.

– Dobra, no to się przebieraj i lecimy nad morze. Nie pokażę się z tobą publicznie, póki nie będziesz wyglądała normalnie.

I znów to słowo: „normalnie”. Wydawało mi się, że prześladuje mnie wszędzie tam, gdzie się ruszę. Ale teraz ważniejsze było, co, do cholery, mam powiedzieć Chelsea? Ona po prostu nie chciała zrozumieć mojego stanu. Nie było sensu opowiadać jej wszystkiego.

Nagle przyszło olśnienie – w postaci nieprzyzwoicie przystojnej twarzy Hugona Delaneya. Nie wiedziałam wtedy, kim jest ten chłopak, ale jego zdjęcie uśmiechało się do mnie z każdej gazety w osiedlowym sklepie, co mnie kompletnie przerażało.

– Nie mogę – odpowiedziałam Chelsea. – To długa historia.

– No to dawaj krótką wersję.

– Mam randkę. Ze stylowym ciachem.

JOE

Nakładałem właśnie marynarkę, gdy usłyszałem sygnał telefonu. To była wiadomość od Ivy.

 

„Co porabiasz? Chcesz się spotkać?”

„Sorry. Obiecałem pomóc mamie. Może jutro?”

Nacisnąłem „wyślij” na tyle szybko, by wyprzedzić poczucie winy.

Ivy i ja od zawsze żyliśmy według zasady: brutalna szczerość. I do niedawna nigdy nie miałem okazji, by ją naruszyć. Teraz wiedziałem, że jeśli powiem jej, że wybieram się na pogrzeb kolesia z windy, ona będzie koniecznie chciała jechać ze mną. A ja, z nieznanego powodu, czułem, że tę sprawę muszę załatwić sam. Co więcej, CHCIAŁEM załatwić ją sam.

Uwaga: nie odbyłem swojego stażu w UKB. Po wydostaniu nas z windy i przejściu przez trzy tury przesłuchań wróciłem do pani Harley akurat w momencie, gdy nasza grupa zbierała się do autobusu powrotnego do Skiddington. Wydaje mi się, że pani Harley była tak zmieszana faktem, że kompletnie nie zauważyła mojego zniknięcia, że darowała sobie jakiekolwiek kary. Mówiąc szczerze, moje bliskie doświadczenie wnętrza UKB, a potem natychmiastowe przywołanie mnie do porządku, były dla mnie dostateczną karą.

– Wyglądasz jak bystrzak – rzuciła mama, gdy wetknąłem głowę do salonu, by pożegnać się z nią przed wyjściem.

Spojrzałem uważnie na mój jedyny garnitur, który miałem na sobie. To trzeci raz w tym roku, gdy zakładam go, by uczestniczyć w pogrzebie. W lutym zmarł jeden z moich dziadków, w maju babcia. Jednym z minusów posiadania starszych rodziców było to, że twoi dziadkowie też byli trochę starsi niż dziadkowie innych. Obecnie z ich pokolenia została jedna osoba – dziadek od strony mamy.

– Gdzie znowu biegniesz? – zapytała mama.

– Do Ivy – skłamałem.

Poczekałem, by mama zapytała mnie, dlaczego idąc do domu Ivy, założyłem garnitur, ale nie zrobiła tego. Życzyła mi jedynie dobrego dnia i wróciła do studiowania programu telewizyjnego rozłożonego na kolanach.

Czekałem właśnie na przystanku autobusowym, pocąc się okropnie, gdy zauważyłem, że po przeciwnej stronie ulicy, przed Tesco, kręci się ekipa Tylera Mathesona. Wcisnąłem się w róg wiaty przystankowej i spuściłem głowę, licząc na to, że mnie nie poznają. Ostatni tydzień minął mi na wkurzaniu się na to, jak nabijają się z mojego „zgubienia się” podczas wycieczki do UKB; ostatnia rzecz, jakiej mi teraz brakowało, to danie im kolejnego powodu do żartów: mnie ubranego w czarny garnitur w – jak dotąd – najgorętszy dzień roku.

Wyluzowałem, gdy autobus podjechał trochę wcześniej, niż powinien, a ja mogłem wyrzucić z głowy myśli o Tylerze i skupić się na obecnym dniu.

Nie byłem z tego szczególnie dumny, ale w mojej podróży było coś więcej niż tylko potrzeba oddania czci Stevenowi Jeffordsowi. Możecie nazywać mnie, jak chcecie, ale to „coś więcej” pojawiło się, gdy przeczytałem artykuł w gazecie i zdałem sobie sprawę, z kim dokładnie dzieliłem windę. Kiedy Ivy szalała z emocji, ponieważ dane mi było stać ramię w ramię z Dawsonem Sharmanem (jest jedną z tych fanek gotowych umrzeć za „Liceum Dedmana”), ja bardziej zainteresowany byłem jego matką: jedną z najważniejszych postaci w UKB. Ale to nie wszystko – inny koleś w windzie, ten elegancik Hugo, też miał mamę pracującą w produkcji. Nie miałem zupełnie pojęcia, jak wykorzystać obie te sytuacje (gdy czekaliśmy na przesłuchanie ani Dawson, ani Hugo nie byli jakoś przyjaźnie do mnie nastawieni), ale nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że kosmos, wpychając mnie do tej windy, miał jakiś powód. A teraz nadszedł mój czas, by działać.

Ale to nie wszystko. Jeszcze coś wzbudziło moje zainteresowanie. A właściwie ktoś.

I to była kolejna rzecz, o której nie powiedziałem Ivy.

Dziewczyna.

Dziewczyna o imieniu Velvet.

To był jeden z tych dni, których ludzie prędzej by sobie życzyli na ślubie niż na pogrzebie: słońce wzniosło się wysoko i świeciło jasno na bezchmurnym niebie. Joe, który na każde spotkanie zawsze stawia się wcześnie, i tym razem był pierwszy. Jego koszula lepiła się do pleców, gdy przemierzał cmentarz wzdłuż rzędu nagrobków, na które starał się nie patrzeć zbyt długo.

Przynajmniej myślał sobie, że jest pierwszy. Kaitlyn była na miejscu już od jakiegoś czasu, chroniąc się przed słońcem pod drzewem. Hugo również nie zwrócił na nią uwagi, prędzej zauważył bukiet, jaki ściskała w dłoniach. „Tani”, pomyślał sobie, gdy jego samochód zatrzymywał się pod budynkiem krematorium.

– Poczekaj tutaj – rzucił do kierowcy, sięgając po wieniec leżący obok, na tylnym siedzeniu. Wydawał się przyjemnie ciężki, gdy wyciągał go z samochodu, wysiadając w ostre słońce. Początkowo obawiał się, że wieniec to zbyt proste rozwiązanie, ale jadąc, widział te tragiczne bukiety goździków sprzedawane na stacjach benzynowych, dlatego stwierdził, że asystentka matki odwaliła dobrą robotę. Białe lilie i eukaliptus. Klasycznie. Gustownie.

Dodatkowo wieniec wyglądał świetnie w połączeniu z jego garniturem.

Gdy ruszył zza samochodu w kierunku krematorium, udał, że nie zauważył fotografa, ale spojrzał przez ramię, by upewnić się, że ten zrobi mu zdjęcie z profilu, z wieńcem w dłoni. Stanął na chwilę w drzwiach, gotowy do zdjęcia okularów przeciwsłonecznych, aby fotograf mógł uchwycić jeden z ponurych uśmiechów, które ćwiczył, odkąd jego matka powiedziała mu, że musi iść na pogrzeb, ale zanim to zrobił, usłyszał, jak ktoś zawołał:

– Ej! To jest pogrzeb! Okaż trochę szacunku!

A oto i ona, dziewczyna z windy, w czarnej sukience tak krótkiej, że więcej odkrywała, niż zasłaniała.

Fotograf po prostu się zaśmiał, a gdy Velvet pokazała mu środkowy palec, mówiąc, żeby właśnie to umieścić na pierwszej stronie, zaśmiał się ponownie. Dziewczyna ruszyła do kaplicy przy krematorium. Widziała Hugona, ale udawała, że go nie zauważyła. Nogi jej lekko zmiękły, gdy go mijała, zostawiając za sobą kłęby pogardy i woń perfum Teda Bakera. Hugo wszedł do krematorium zaraz za nią, dzięki czemu mógł skupić się na jej tyłku, co spowodowało, że prawie na nią wpadł, gdy gwałtownie się zatrzymała. Było pusto. Tylko dwie osoby i trumna, stojąca na platformie przed czerwoną aksamitną zasłoną. Velvet nigdy nie była na pogrzebie, ale widziała ich mnóstwo w telewizji. Czy nie powinien podjechać karawan, a w tle nie powinna lecieć smutna muzyka?

Nawet kwiatów nie było.

Hugo pomyślał dokładnie to samo, gdyż zerknął na zegarek, zastanawiając się, czy aby nie pomylił godziny. Sasha siedziała w ostatnim rzędzie dobre trzydzieści minut, zadając sobie to samo pytanie. Już miała wyjść, gdy zjawił się Dawson, co upewniło ją, że jest we właściwym miejscu. Nie rozpoznał jej, pochyliwszy głowę, gdy tylko ujrzał trumnę, i wybrał miejsce położone tak daleko od niej, jak to tylko było możliwe. Teraz zjawili się także Hugo i Velvet, a Sasha nie była w stanie na nich patrzeć; jej ręce zaciskały się w pięści, gdy pamięć o wydarzeniach tego dnia wywołała u niej gwałtowny ucisk w klatce piersiowej. Wzięła głęboki oddech i wpatrywała się w witraż, który wysyłał kolorowe światła do wnętrza pomieszczenia. „To jest jakieś zbyt piękne”, pomyślał Joe, siadając. „Jak uparta piwonia w zarośniętym ogrodzie sąsiada, która wraca co roku w czerwcu, mimo że prawie zdusił ją chwast”.

Kaitlyn była tą ostatnią. By wejść, musiała przywołać resztki swej odwagi. Gdy usiadła dwa rzędy przed nim, Dawson zauważył, że przyniosła kwiaty. Właściwe kwiaty, jakich na własnym pogrzebie życzyła sobie jego ciotka, która prosiła, by nie było żadnych lilii oraz żadnych czarnych akcentów. Żądała kolorów, bębnów, a gości zobowiązała do upicia się po wszystkim.

Nienawidziła ceremonii.

Nad kaplicą unosiła się atmosfera niepokoju. Wszyscy patrzyli na trumnę, potem na siebie nawzajem, potem na otwarte drzwi kaplicy, czekając i nie wiedząc, co mają robić. W końcu zadzwoniły dzwonki i pojawił się duchowny. Podszedł wolno do trumny i zatrzymał się.

– Proszę wstać – powiedział.

Spojrzeli na siebie i w końcu do nich dotarło: pogrzeb się zaczął.

Nikt inny nie przyjdzie.

Sasha Harris utworzyła grupę „Ludzie z windy”

Sasha Harris dodała Joego Lindsaya

Sasha Harris dodała Velvet Brown

Sasha Harris dodała Kaitlyn Thomas

Sasha Harris dodała Dawsona Sharmana

Sasha Harris dodała Hugona Delaneya

Sasha:

Cześć ludzie!!! :)

Joe:

Hej

Kaitlyn:

Cześć wszystkim

Velvet:

Heeej

Dawson:

Pozdrawiam wszystkich.

Sasha:

POTRZEBUJEMY NAZWY.

Joe:

Hm… Tajna Szóstka?

Czy to zbyt zalatuje Enid Blyton?

Kaitlyn:

Tylko trochę

Velvet:

*Google, kto to jest Enid Blyton*?!! Aaa OK, łapię.

Sasha:

HA! Ja też, Velvet!!!

Joe:

Nie wiecie, co straciłyście

Dawson:

Nie żebym narzekał, ale jej oryginalne książki są naprawdę rasistowskie… i seksistowskie. Moja mama ich nienawidzi. Moja opiekunka kiedyś kupiła mi „Folk of the Faraway Tree”, a mama podarła książkę i dała mojemu chomikowi. Taki fun fact.

Joe:

OK

Jakieś inne, bardziej sexy sugestie?

Velvet:

No to… Seksowna Szóstka???

Kaitlyn:

Rozkręcamy się

Dawson:

To musi być jakaś dobra nazwa nawiązująca do tego, że spotkaliśmy się w windzie. OK… coś jak: Sexy w windzie… Wjazd na piętro? Wciśnij mi guzik? Coś o szybie windy?

Sasha:

LOL :) :) :) :)

Hugo:

Oooo, cześć wszystkim. Podoba mi się, że grupa na WhatsAppie, narodzona na spotkaniu na pogrzebie, staje się sexy… ;) Zaskakujące.

Joe:

Może słowo „sexy” jest jednak niepotrzebne…

Kaitlyn:

To może nazwijmy się Szóstka z Windy?

Sasha:

Ekipa z Windy? (numer w tej nazwie może być… niebezpieczny… takie fatum czy coś… w sensie… było nas siedmioro. W pewnym momencie :(

Joe:

Dobra, podoba mi się Ekipa z Windy

Dawson:

Mam… LEPIEJ CHODZIĆ SCHODAMI

Kaitlyn:

Taaaaaaak

Hugo:

Osobiście nie mam zdania

Sasha:

Velvet? Velvet??? Co myślisz? Decyzja powinna być jednomyślna.

Joe:

Jak Beatlesi. Nigdy nie robili niczego, jeśli nie zgadzała się na to cała czwórka. Aż się rozpadli…

Velvet:

Lepiej Chodzić Schodami – doskonałe! Tak jak Beatlesi.

Dawson:

Oni chodzili po przejściu dla pieszych. My mamy schody. Każdy ma swoją spuściznę.

ROK DRUGI

Lepiej Chodzić Schodami

Hugo:

Hej wszystkim. Długo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że powinniśmy jakoś uczcić pierwszą rocznicę śmierci Stephena. Nie wiem jak wy, ale ja myślę o nim całkiem często. Mieszkanie mojej mamy w Manchesterze będzie puste czternastego. Ktoś ma ochotę na imprezę? Celebrowanie naszego życia itepe?

Macie ochotę? Nie spotkałem się z tym, by ludzie ignorowali moje zaproszenia na imprezy. Wy pewnie nie wiecie, jaki to jest sztos.

Velvet:

Przepraszam, że późno odpisuję! To świetny pomysł, Hugo. Wchodzę w to.

Joe:

Ja też, brzmi świetnie

Dawson:

To był STEVEN.

Hugo:

Steven – to miałem na myśli

Kaitlyn:

Jasne, będę

Hugo:

Świetnie. Cała ekipa znów razem.

Sasha:

Mmm… tak. Ja też :)

DAWSON

Nie zdawałem sobie sprawy, że w ciągu ostatniej godziny Kaitlyn pisała do mnie cztery razy, a raz nawet próbowała się dodzwonić. Dopiero wróciłem z garderoby i sprawdziłem telefon. Josh też pisał, co automatycznie wywołało u mnie szeroki uśmiech, gdy tylko zobaczyłem jego imię… ale najpierw odpowiedziałem Kaitlyn, zostawiając sobie wiadomość od Josha na deser.

„Nie mogę gadać. Jestem na planie”, odpowiedziałem Kaitlyn i od razu tego pożałowałem. „Na planie” mówiło, że dzieje się coś wyjątkowego, lecz moja obecna praca była daleka od wszelkiej wyjątkowości. Ledwo zdążyłem otworzyć wiadomość od Josha, gdy nadeszła odpowiedź wyskakująca na górze ekranu:

„OK. Pogadamy później x”.

A chwilkę później:

„Połamania nóg x”.

Gdyby tylko wiedziała, jak mało rozmija się z prawdą…

Josh pytał, czy potwierdzam nasze plany na później. Odpowiedziałem, że nie mogę się doczekać i zastanawiałem się, czy powinienem zakończyć wiadomość pocałunkiem. Z jednej strony spotykamy się od prawie dwóch miesięcy. Dotykałem jego penisa osiem razy, a on dwukrotnie dotykał mojego, więc pocałunek wcale nie jest poza zasięgiem. Ale na razie nasza relacja jest bardzo towarzyska i nie odbyliśmy jeszcze tej rozmowy. Poza tym on nie dodał buziaka. Czy on czeka, żebym ja to zrobił? Czy powinienem wyguglować: „kiedy dodawać buziaka do wiadomości”? Nie, nie chcę mieć tego w historii wyszukiwania, na wypadek gdybym umarł w drodze do pubu lub ktoś ukradł mój telefon. Dzisiejszy dzień jest wystarczająco tragiczny.

 

Od podjęcia decyzji wybawiła mnie Nita, asystentka reżysera, która zjawiła się z wieścią, że jestem poszukiwany. Wysłałem więc wiadomość bez kisski i poszedłem za Nitą na coś, co na wyrost nazywa się tu „planem”. Ten „plan” to faktycznie korytarz domu szeregowego w Eccles, którego właścicielką jest mama reżysera. Alun nazywał go „autentycznym”.

Ja wolałem nazwę „tani”. Cały dom pachniał kotami i mięsem.

– Ach, Dawson, wróciłeś – powiedział Alun, kiedy schodziłem po schodach, jakbym był gdzieś poza pokojem jego mamy. – Nie schodź na dół. Zrobimy wszystko jeszcze raz, już ostatni. Marty, idziesz zaraz za nim.

Marty, który był zdecydowanie największym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem, i który nie powiedział ani słowa przez cały dzień, wszedł po schodach i stanął za mną.

– OK, Dawson, startujesz z samej góry. Pamiętasz, co masz robić?

Robiliśmy to ósmy raz tego popołudnia.

– Jasne, że tak, Alun! – Spojrzałem na niego, a on puścił mi oczko, które sprawiło, że z jednej strony poczułem jego aprobatę, z drugiej zrobiło mi się nieco dziwnie.

– Gotowi… i… akcja! – oznajmił Alun.

Zrobiłem trzy kroki, po czym poślizgnąłem się na wykończonym wykładziną schodku. W tym momencie Marty złapał mnie w pasie, a ja pozwoliłem sobie upaść na plecy, podwijając obie nogi, jakbyśmy razem z Martym byli w najgłupszym balecie świata. Kiedy znów stanąłem, Marty puścił mnie z uścisku, a ja zszedłem schodami i przysiadłem, wyobrażając sobie, jak Hugo Delaney ogląda ukończoną już reklamę. Rozcierałem kostkę do chwili, gdy Alun krzyknął:

– Cięcie!

Uśmiechnął się do mnie.

– To było świetne, Dawson. Jak do tej pory najlepszy dubel. Twoja twarz była jak z obrazu. Prawie uwierzyłem, że naprawdę poważnie cię boli. Myślę, że mamy to. Jedyne, co nam zostało, to nagranie kaskadera w scenie prawdziwego upadku.

– Dziękuję, Alun – powiedziałem, wstając. Nita zdradziła mi wcześniej, że to Alun jest kaskaderem. – I… kiedy to się pojawi? Wiadomo coś? – zapytałem. – I gdzie?

– Sądzę, że w ciągu najbliższych kilku tygodni. – Alun, myśląc, podrapał się po głowie; nie mam pojęcia, dlaczego ludzie tak robią. – Na pewno będzie w sieci. Próbują też wbić to do telewizji, w pakiety reklamowe po „Jeremym Kyle’u” i podobnych programach w najlepszym czasie antenowym.

– Brzmi świetnie, będę miał to na oku. – Zmuszam się do uśmiechu. – To ja zabieram swoje rzeczy…

Wróciłem do pokoju, mijając Marty’ego Ludzką Górę, który wciąż stał na schodach, i chwyciłem telefon i kurtkę. Josh nie odpowiedział, ale on zawsze trochę zwlekał z odpowiedzią, więc nie było o co się martwić. Zamiast tego postanowiłem zjawić się w pubie wcześniej, strzelić sobie drinka i sprawdzić serwis „The Stage”.

Pub był kompletnie pusty, z tylko jednym pracującym barmanem, i to jednorękim. Zamówiłem wódkę i colę zero, po czym znalazłem miejsce blisko gniazdka, do którego wpiąłem telefon. Josh nienawidzi, gdy zamawiam wódkę i colę (on woli browca, ale dla mnie piwo smakuje jak czysta gorycz życia), więc cieszyłem się, że mam trochę czasu na wypicie drinka, którego lubię. Może jeśli teraz wypiję dostatecznie dużo, potem nie będę musiał niczego więcej zamawiać. Moje buty przylgnęły do linoleum pod stołem i gdy przesunąłem stopy, musiałem zignorować nieprzyjemny dźwięk. Nigdy bym nie przypuszczał, że Joshowi spodoba się takie miejsce: powiedział mi, że to nieodkryty klejnot, a staroświeckopubowy styl jest obecnie bardzo na czasie.

Kiedy tak czekałem, odpisałem Kaitlyn, potwierdzając nasze jutrzejsze spotkanie przed barem Ślimak w Sałacie; mamy wpaść na drinka przed imprezą u Hugona. Znów odpisała tak szybko, że byłem pod wrażeniem: „Nie mogę się doczekać. Do zobaczenia jutro xx”.

Żołądek mi się skręcił, jakby także był świadomy wstydu, który mnie dręczył. Bo tak naprawdę tam nie pójdę. Napisałem tylko po to, by przestała ze mną pisać. Plan jest taki, że jutro rano napiszę do niej, że źle się czuję. Nie mam nic przeciwko Kaitlyn ani całej reszcie tego towarzystwa, ale nie widzę sensu w takich spotkaniach.

„Długo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że powinniśmy jakoś uczcić pierwszą rocznicę śmierci Stephena. Nie wiem jak wy, ale ja myślę o nim całkiem często”.

Hugo wysłał tę wiadomość na grupie jakiś czas temu, proponując nam imprezę w mieszkaniu jego mamy w Manchesterze. Od jakiegoś czasu nikt z nas nie korzystał z tej grupy. Bezpośrednio po pogrzebie – tak, ale życie i inne sprawy, i jeszcze Josh (w moim przypadku) i grupa zamarła. Sasha nadal wysyłała parę razy w miesiącu jakieś słodkie zwierzaki i memy, ale to było wszystko. Do czasu wiadomości od Hugona.

„Wszystko w porządku u ciebie?”, napisała do mnie Kaitlyn. „Byłoby miło się spotkać, co?” Kilka minut później napisała znowu: „Pójdę, jak ty też pójdziesz. Nie czuję się dostatecznie swobodnie z resztą”. I kiedy zastanawiałem się, dlaczego ze mną czułaby się komfortowo, napisała ZNOWU. „Byłoby świetnie znowu się zobaczyć x”.

Wiem, że zachowam się jak siurek, ale jutro rano napiszę do niej, że jestem chory. Znów poczucie winy uderzyło mnie w żołądek. Skończyłem drinka i wróciłem do baru.

– Czy mogę prosić…

– Dwa razy stellę. – Usłyszałem zza ramienia, a gdy odwróciłem się, zobaczyłem Josha.

Przez chwilę nie mogłem nic z siebie wydusić – działał tak na mnie za każdym razem. To nie tak, że Josh jest boski, ale jest w nim coś takiego, co każe zatrzymać się na chwilę i spojrzeć. Coś zniewalającego, to jest dobre słowo. Josh jest zniewalający. Jest całkowicie nie z mojej ligi; to tak, jakby blondas Douglas Booth zainteresował się wsobnym mutantem z filmu „Wzgórza mają oczy”. Właściwie to nie mogę uwierzyć, że mu się podobam. Nie mam pojęcia dlaczego. Powiedział mi, że nie oglądał „Liceum Dedmana”, więc to nawet nie jest tak, że jestem dla niego nową formą doświadczenia serialu.

– No cześć – powiedziałem, nachylając się do pocałunku.

– Spokojnie. – Podniósł rękę, a ja wywróciłem oczami. Josh miał dziwne opory przeciwko publicznemu okazywaniu uczuć.

Zapłaciłem za piwa i przyniosłem je do stolika. Wziąłem od Josha swój telefon, jako że teraz on podłączył swój do mojej ładowarki.

– Prawie padł – tłumaczy, po czym bierze duży łyk swojego piwa. – To twoje? – Wskazał na moją szklankę po wódce z colą.

– Nie – odpowiedziałem pewnie. – Była tutaj, gdy przyszedłem. – Aby to udowodnić, wziąłem ogromny łyk mojego piwa, dusząc w środku wrzask.

– Mój dzień był gówniany – rzucił.

– Chcesz o tym pogadać?

– Nie… nic nowego. Jakieś bzdety z egzaminami. Ale radzę sobie. – Wziął kolejny pokaźny łyk. – Szczęściarz z ciebie, że nie musisz chodzić do szkoły i robić praktyk.

– Właściwie mam szkołę domową – przypomniałem.

– Jak mówiłem: szczęściarz.

– Miałem zdjęcia – rzuciłem, gdy urwał wątek.

– Tak? Do czego? – Złapał swój telefon i spojrzał w niego.

– Taka tam reklamówka. – Wolałbym zachować milczenie. To zbyt tragiczne, by musieć mu o tym opowiadać.

– Jakiego typu?

– Nic dużego.

– Dlaczego jesteś taki nieśmiały? Co to za reklama?

Pochylił się do przodu. Jego błękitne oczy skupiły się na mnie, a wszelkie nadzieje oporu rozpadły się w proch.

– Taka tam. Dla firmy prawniczej.

– Jakiego typu? Dla takiej firmy, co obiecuje: „Miałeś wypadek w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat – może ci się należeć odszkodowanie”?

Zaśmiał się.

Ja nie.

– Ja pierdolę, Dawson. Nie możesz być aż tak zdesperowany! – Zaśmiał się ponownie i upił z kufla. – Wrócę za chwilę. Wszystko w porządku? – Wskazał na mój nadal pełny kufel, a ja przytaknąłem.

Właściwie to mogłem być aż tak zdesperowany. To była moja pierwsza praca od sześciu miesięcy. Dwa miesiące po pogrzebie miałem rolę głosową w teatrze radiowym, a potem małą rólkę w dramacie kostiumowym jako ofiara zarazy. Kimba praktycznie przestał odpowiadać na moje wiadomości. Dlatego kiedy tylko zjawił się Alun i zaproponował mi reklamówkę, nie mogłem się nie zgodzić.

Josh wrócił do stolika z nowym kuflem i paczką czipsów serowo-cebulowych.

– Co porabiasz jutro wieczorem? – zapytałem go. Jeśli nie pójdę do Hugona, to może będziemy mogli porobić coś razem.

– Okołoegzaminacyjne bzdety – powiedział, otwierając paczkę czipsów i ładując jednego do ust.

– Jakiego rodzaju?

– Impreza. – Gdy mówił te słowa, okruch czipsa wyleciał mu z ust i wylądował na stoliku.

Nigdy nie spotkałem żadnego z jego przyjaciół. Mówił mi, że to za wcześnie, ale minęło już siedem tygodni i dwa dni.

– O, a jestem wolny, jeślibyś potrzebował towarzystwa.

– To impreza dla przygotowujących się do egzaminów. Ja tam wszystkich znam.

– Tylko mówię, że jestem wolny. Jeśli chcesz, żebym przyszedł.

– Nie, dzięki. Nie zawracaj sobie głowy.

Nie mogłem wymyślić żadnej trafnej odpowiedzi, dlatego wypiłem swoje piwo, cały wielki kufel obrzydliwości, a on zrobił to samo ze swoim.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?