Uziemieni

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Floored


Redaktor prowadzący: Anna Kubalska

Redakcja: Dorota Jabłońska

Korekta: Agnieszka Luberadzka

Okładka: Michalina Paczyńska

DTP: Studio 3 Kolory


First published 2018 by Macmillan Children’s Books an imprint of Pan Macmillan

Copyright © Sara Barnard, Holly Bourne, Tanya Byrne, Leoni Parish (writing as Non Pratt), Melinda Salisbury, Lisa Williamson, Eleanor Wood 2018

Illustrations by Laura Callaghan

Zdjęcie psa na str. 274 Eric Isselle/Shutterstock

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2019


All rights reserved.


Wydanie I


ISBN 978-83-8154-339-2


Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.


Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa

tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl

www.zielonasowa.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Tę książkę dedykujemy sobie nawzajem.

Jak dobrze, że w tej windzie utknęliśmy razem.



ROK PIERWSZY

DAWSON

Zdałem sobie sprawę, że gapię się na tyłek kolesia przede mną, jakieś siedem sekund przed tym, jak on sobie to uświadomił. Ten czas wystarczył, by przez głowę przetoczyło mi się kilka myśli.

Po pierwsze: niezły tyłek.

Po drugie, niemalże natychmiast skarciłem siebie w myślach za przedmiotowe traktowanie tego kolesia i sprowadzanie go wyłącznie do pośladków. Po tym, co przeszedłem, powinienem wiedzieć, jak to jest redukować kogoś wyłącznie do jego wyglądu. Powinienem mocniej skupić się na tym, jaki jest inteligentny albo jak bardzo oddaje się dobroczynności czy jak traktuje zwierzęta… A ja zamiast tego zastanawiam się, jak dobrze mu w tych dżinsach. Bo naprawdę wyglądają na nim świetnie…

SPOKÓJ, ZWYROLU.

Po trzecie: może mogę o wszystko obwinić hormony, a może to będzie tylko słaba wymówka? Czy właśnie takie rzeczy zaczynają się dziać, gdy zaczynasz całować innych ludzi? Jeden pocałunek i trochę gmerania przy dżinsach Olly Pritchard i się zaczęło: Seksualna Puszka Pandory została otwarta, a ja teraz mogę myśleć wyłącznie o seksie. Chociaż Celestia Carey powiedziała, że chłopcy myślą o seksie raz na siedem sekund. Zaraz, to nie może być prawda. Raz na siedem sekund? To by wychodziło jakieś pięćset razy na godzinę. Nie ma mowy. Nikt nie jest w stanie myśleć o seksie tak często. Muszę to później wyguglować.

Po czwarte: czy to naprawdę dobry czas na gapienie się na ludzi? Nie jestem tutaj, by oceniać cudze tyłki, tylko żeby spotkać się z mamą. O właśnie. To jest to. Wieczko wraca na puszkę.

Po piąte: a jeśli ktoś w bufecie usłyszał moje myśli i wie, że jestem tym kolesiem, który gapi się na dupska nieznajomych i żeby się powstrzymać, musi myśleć o własnej matce? A jeśli ktoś teraz podsłuchuje moje myśli? Rozejrzałem się wokół tak dyskretnie, jak to tylko możliwe, szukając, czy aby ktoś nie patrzy na mnie z obrzydzeniem. W sensie, z obrzydzeniem nie większym niż zwykle, ha, ha.

I ponownie złapałem samego siebie na gapieniu się na ten sam tyłek. A może jeśli on…

Siedem sekund minęło, a wszystkie moje seksualne rozważania zdechły milionem śmierci, bo właściciel tyłka odwrócił się i mnie zauważył. Był starszy ode mnie. Znacznie starszy – miał jakieś dwadzieścia pięć lat. Z tyłu nie wyglądał aż tak staro. Jego tyłek nie wyglądał na tak stary tyłek.

Spojrzał na mnie, unosząc brwi, a moja skóra zapłonęła. W pierwszym momencie pobiegł wzrokiem dalej, lecz nagle zobaczyłem to – zrozumienie – jakby jego świadomość przecięła błyskawica. Spojrzał na mnie ponownie.

O w dupę.

– Czy my się znamy? – zapytał. Jego wargi łączyła nitka śliny, która przyprawiała mnie o chorobę. – Chwila, czy ty nie jesteś…

Ale zanim zdołałem usłyszeć końcówkę zdania, już mnie nie było; wyskoczyłem z kolejki i pognałem między stolikami. Potknąłem się o czyjąś torbę, a moja goleń uderzyła w krzesło, lecz nie zatrzymałem się: ignorując gniewne pokrzykiwania, wypadłem na korytarz, trzaskając drzwiami.

Na zewnątrz było tłoczno, więc wmieszałem się w tłum ludzi – dorosłych w garniturach i ziomków w converse’ach i spodenkach. Gdzie jest to wyjście? Muszę wydostać się z budynku. To dziwne, że wokół było mnóstwo ludzi w moim wieku, a wszyscy sprawiali wrażenie, jakby się na mnie gapili. Pochyliłem głowę i zacząłem ich mijać, myśląc: „Nie patrzcie na mnie. Mnie tu nie ma”.

Skręciłem w stronę wind i stanąłem jak wryty, gdy zobaczyłem kolejkę. Ktoś za mną wpadł na moje plecy. Jęknąłem, po czym się odwróciłem.

– Przepraszam – powiedziała dziewczyna.

– Nie ma sprawy – odpowiedziałem. We włosach miała jedno niebieskie pasemko, trochę w takiej punkowej stylówie. Ale dlaczego tylko jedno? Wyglądało to dziwnie.

– Idziesz na szkolenie wstępne?

– Co? – Nie mogłem przestać gapić się na jej niebieskie pasemko. Było naprawdę niebieskie. Zastanawiałem się, czy jego jaskrawość jest przypadkiem, czy to jednak świadome wyzwanie rzucone otoczeniu.

– Szkolenie BHP. Na dziewiątym piętrze. – Punkówa brzmiała, jakby była znudzona, więc oderwałem wzrok od jej głowy i skierowałem spojrzenie w oczy.

– Yyy… Nie. Sorry.

– Szkoda. Po prostu… po prostu poznaję cię, bo widziałam cię wcześniej.

– To pewnie nie byłem ja. Nie uczestniczyłem w żadnym szkoleniu. – Zdałem sobie sprawę, że ci ludzie w moim wokół wieku to stażyści. Młodzież nabywająca doświadczenia zawodowego. Jeden czy jedna z nich zostanie przydzielona mojej mamie, a ona zmarnuje dwa tygodnie, krzycząc na takiego kloca, bo zamiast zrobić jej choćby kawę, ten będzie siedział w telefonie. To się powtarza co roku. Mama dostaje kogoś z przydziału, potem się wkurza i dzwoni do mnie, jęcząc, jak to jest trudno, bo ona jest kobietą i matką, a gdyby była Stewartem McConnellem, to nie miałaby stażysty, tylko porządnego asystenta. A ja w odpowiedzi na to zrobię swoją słynną minę pod tytułem Zła Alicia Sharman, jaką zwykle pokazywałem w zielonej sali Dedmana, a wszyscy będą się śmiali.

Tylko że nie tym razem. Ponieważ w tym roku już nie pojawię się w zielonej sali Dedmana. Ani nigdy później.

– Dawson Sharman! – krzyknęła dziewczyna, a ja znów na nią spojrzałem. – Dlatego cię poznaję!

– Co?

– Dawson Sharman. Z „Liceum Dedmana”.

Kurde.

– Nie – zareagowałem trochę za szybko. – Słyszę to bardzo często. Nie odbieraj tego osobiście. Ale wiesz… – Uśmiechnąłem się zażenowany. Właściwie byłem zażenowany, ale nie w ten sposób, w jaki chciałem, by ona sobie pomyślała.

– Aaa, sorry. Ja tylko… no właśnie. Myślę, że gdybyś nim był, to raczej nie chodziłbyś sobie swobodnie po UKB.

– No właśnie. Tja – odrzekłem. – Nie, jestem tutaj, bo… pracuję tu. Jako posłaniec.

– A, OK. – Zmierzyła mnie wzrokiem od czubka głowy po buty i z powrotem. – Dobra – dodała – no to wiesz, gdzie jest szkolenie z BHP?

– Nie, sorry. – Wzruszyłem ramionami.

Winda zrobiła PING, a my oboje zwróciliśmy się do niej i ustawiliśmy w nieformalnej kolejce czekających, aż wszyscy wysiądą.

Wtem zauważyłem Stewarta – dokładnie w tym momencie, gdy on zauważył mnie.

Kuuuuuuuurdeeee!

– Dawson! – huknął na cały korytarz, co w efekcie spowodowało, że wszyscy w promieniu pięciu metrów ode mnie zaczęli się na mnie gapić.

Dziewczyna za mną szepnęła, a ja zamarłem.

– Co ty tu robisz? Twoja mama powiedziała, że jesteś dziś na dniach otwartych w swojej nowej szkole!

– Yyy…

– Powrót do zwykłej szkoły po takim czasie musi być dla ciebie dziwny. Możesz jednak do tego podejść jak do stworzenia postaci, jak w metodzie Stanisławskiego. Ja bym tak zrobił. Po prostu przeżyj ten rok, może za rok będziesz mógł ponownie złożyć gdzieś papiery. Myślałeś o którejś ze szkół aktorskich w Manchesterze? To niedaleko stąd, a mogą być nieco mniej wybredni od szkół londyńskich.

– Dobra, to ja…

– Nie zatrzymuję cię. Twoja mama jest w swoim biurze, przynajmniej była tam, gdy ostatni raz ją widziałem. Nie jest jednak w dobrym nastroju, więc życzę powodzenia.

– Dzięki.

Stewart zmarszczył brwi, jakby dopiero teraz zauważył, że ja także nie jestem w dobrym nastroju.

– Napój ci przecieka. – Wskazał na moją dłoń.

Spojrzałem w dół i zdałem sobie sprawę, że nadal trzymam kartonik z mlekiem kokosowym, które popijałem w kolejce w bufecie. Ukradłem go. A teraz, podczas rozmowy, ściskałem coraz bardziej, aż zaczął wylewać się na podłogę. Pomyślałem sobie, że to żadna wielka strata. Szczerze mówiąc, nie lubię wody kokosowej. Celestia mówiła mi, że smakuje jak sperma, ale nie mam porównania. Zresztą ona też.

Stewart zaczął odchodzić, a ja, patrząc na niego, żałowałem, że moje oczy nie mają mocy zabijania. Zrobiłem krok w bok nad kokosową kałużą. Powinienem znaleźć kosz…

– Skłamałeś.

Zacząłem się odwracać. Zapomniałem, że punkówa nadal tu stoi. Miałem wrażenie, że wszyscy czekający w kolejce na windę zostali, wsłuchując się w Stewarta i wpatrując we mnie. Część z nich miała wyjęte telefony. Pewnie snapowali lub wrzucali na InstaStory. Teraz w całej sieci pojawią się zdjęcia, a ludzie będą tweetowali sobie o mnie, sprawdzali na Wikipedii i IMDb, zastanawiając się, co tutaj robię i jakie są moje plany na przyszłość. Może przyszedłem tu na przesłuchanie…

 

Aha, chyba wy.

Ja, Dawson Sharman – były aktor, nominowany do nagrody BAFTA w kategorii Wschodząca Gwiazda – w wieku szesnastu lat jestem skończony. Najlepsze, co mnie teraz może spotkać, to jakieś telewizyjne show, w którym utknę w dżungli, domu lub na wyspie z grupą innych upadłych aktorów, a moją jedyną szansą na powrót będzie puknięcie któregoś z nich. Odtąd będę mógł siebie znaleźć wyłącznie w artykułach „Co oni teraz robią?”. To te artykuły ze zdjęciami „Przed” i „Po”. Oto Dawson, w wieku lat czternastu, o zachwycającym kośćcu i świdrującym zielonookim spojrzeniu versus Dawson dzisiejszy, rozdeptana meduza poległa w pierwszym starciu. Co się stało z tą twarzą, którą swojego czasu fani „Dedmana” wklejali na setki innych znanych filmowych fotosów? Dawson Sharman jako Harry Potter. Dawson Sharman jako Peter Parker. Spędzam w sieci mnóstwo czasu. Wiem, co ludzie o mnie mówią.

Wiem, co o mnie mówią także teraz. Okazało się, że ludzie nie przestali tagować cię nawet wtedy, gdy zaczęli mówić na ciebie „brzydal”.

Jestem także jedną z przyczyn stworzenia pojęcia „znevillowany”, jako że moja historia jest odwrotnością przypadku Neville’a Longbottoma.

Aktorzy, którzy ulegli antylongbottomizacji i obecnie są znevillowani
Miejsce ósme: Dawson Sharman

Dawna gwiazda „Liceum Dedmana”, najpopularniejszego serialu dla młodzieży w brytyjskiej telewizji od czasów Tracy Beaker, Dawson Sharman, został wybrany do roli Masona Wrighta w wieku lat trzynastu. Mason, niepokorny syn dyrektora tytułowego liceum z internatem dla trudnych nastolatków, w swoje trzynaste urodziny dowiaduje się, że jest wampirem. Przez dwa lata Sharman nie opuszczał czołówek internetowych ankiet na Największe Ciacho UK w kategorii nastolatków. Stał się również celem internetowej kampanii #PrinceSharming, w której hasztagiem tym oznaczały swoje zdjęcia fanki chcące wybrać się z nim na studniówkę. Jednak w tym roku, z początkiem czwartej serii, serial został odwołany. Przyczyną miał być nagły odpływ fanów związany z wejściem Sharmana w dojrzewanie, co według dobrze poinformowanych źródeł, spowodowało, że twarz aktora wygląda „nieszczęśliwie”.

To, czego nie dodali, to informacji w stylu:

Sharman prawdopodobnie już nigdy nie będzie zatrudniony w zawodzie. Chyba że uda mu się zaczepić w jakimś teatrze, gdzie będzie udawał, że „oddaje się prawdziwej grze aktorskiej”, „bardziej autentycznej sztuce”, a także, że „nie ma niczego lepszego od występowania przed żywą publicznością”. Słowa te powtarza wielu aktorów za brzydkich do telewizji.

Odpowiedź na artykuł była bardzo gwałtowna, ponieważ w chwili jego publikacji miałem zaledwie piętnaście lat. W końcu został zdjęty, ale zanim się to stało, naczytałem się komentarzy, w których ludzie pisali, że to wstyd wyglądać jak ja albo inne bardziej nieprzyjemne rzeczy.

Przyznam się, że pójście do normalnej szkoły było dla mnie dobrą lekcją. Ale muszę jednocześnie dodać, że nie wrócę do niej więcej, nie ma opcji. Byłem tam przez godzinę i to wystarczy. Musi być coś innego, co mógłbym robić. Jakieś inne miejsce, do którego mógłbym chodzić. Nie wytrzymam dwóch lat nazywania mnie „hrabią Gejulą” przez dzieciory, których największą pasją jest wypicie dwóch browców i zrobienie palcówki jakiejś Chelsea «tam w parku». A ja nawet nie wiem, co to takiego, choć brzmi to jak slangowe określenie waginy.

Punkówa nadal gapiła się na mnie, aż przeszło mi przez myśl, by powiedzieć jej, że wygląda głupio.

Chciałem, by ona także poczuła się brzydka.

– Skłamałem. I co? Możesz mnie za to winić? – wydusiłem z siebie w końcu.

Nie odpowiedziała. Właściwie to nikt się nie odezwał. Przeszedłem między nimi i wcisnąłem guzik przyzywający windę, mimo że stała na naszym piętrze. Drzwi otworzyły się natychmiast, a ja wszedłem do środka.

KAITLYN

Babka z recepcji wie. Od razu wiedziałam, że wie. Podała mi smycz na zawieszkę z imieniem, kazała podpisać się pod formularzem, aż w końcu powiedziała coś, co ugruntowało mnie w przekonaniu, że wie:

– Czy chciałabyś, by ktoś cię zaprowadził na miejsce szkolenia?

Subtelnie, co? Wiele osób nie odczyta nic dziwnego w takim przekazie. Jeszcze z sześć tygodni temu też bym tego nie zrobiła. Ale teraz potrafię dostrzec takie niuanse.

Zastanawiałam się, skąd ona może wiedzieć. To chyba musi być napisane na liście nazwisk. Kaitlyn Thomas, lat piętnaście, doświadczenie zawodowe – ślepa.

E tam, walić to. Spojrzałam prosto w jej oczy – tak, zrobiłam to; spojrzałam dokładnie prosto w jej oczy – i powiedziałam:

– Nie, dziękuję.

Po czym odwróciłam się i odeszłam pewnym krokiem. Głowę miałam odrobinę przechyloną, dzięki czemu mogłam cokolwiek dostrzec wokół rozmazanej plamy w centrum widzenia. Robiłam to od lat, długo przed diagnozą, długo przed pojawieniem się słowa „ślepa”. W czasach, gdy myślałam, że wszyscy wokół widzą świat tak jak ja, czyli dawno przed tym, jak usłyszałam o chorobie Stargardta, kiedy to mama usiadła na moim łóżku, płacząc, a wszystko wokół zamieniło się w wielkie gówno.

Po przejściu mniej więcej połowy holu zdałam sobie sprawę, że właściwie nie wiem, dokąd idę, ale szłam tak pewnie, że stanęłam dopiero, gdy miałam okazję skręcić za jakimś rogiem. Oparłam się o ścianę i otworzyłam materiały szkoleniowe, które otrzymałam w zeszłym tygodniu. Wszystko było jaskrawe, pełne wykrzykników i pokryte błyszczącym laminatem, jakby ludzie, którzy przygotowali te materiały, nie dopuszczali myśli, że ktoś, kto będzie je czytał, może nie być EKSTRAŚNIE PODJARANY swoim stażem w UKB. Każda strona wrzeszczała: MASZ SZCZĘŚCIE, ŻE TU JESTEŚ! GRATULACJE!

Proszę cię. Nawet jeśli chciałabym pracować w telewizji, czytać jakieś niusy czy coś, to nie biegłabym do studia jak narwana idiotka. Na litość boską, to staż dla piętnastolatków. Będę przez dwa tygodnie robiła herbatę, siedziała na głupich zebraniach, no i może uda mi się zgapić jakiegoś celebrytę w windzie. Wtedy będę szczęściarą.

I żeby było jasne: ja wcale nie chcę tu być. Już zaliczyłam staż, pomagałam cioci Ninie w jej salonie piękności. A ponieważ to ona była właścicielką, mogłam tam naprawdę wiele się nauczyć: od tego jak prowadzić biznes po techniki ścinania włosów. Wtedy moim marzeniem było zostać pracownicą takiego salonu. To był plan, którym naprawdę się jarałam.

Ale teraz tracę wzrok, a to przecież oznacza, że nie nadaję się do układania fryzur czy pielęgnacji paznokci. W efekcie szkoła anulowała mój staż, przenosząc mnie w zamian do programu UKB, choć mnie nikt nawet nie zapytał o zdanie. A zachowywali się tak, jakby zrobili coś wspaniałego, za co powinnam być wniebowzięta i pełna wdzięczności. Mówili:

– Ilu nastolatków w twoim wieku dostaje taką okazję, Kaitlyn?

Byłam na tyle głupia, że potrzebowałam trochę czasu, by skumać, że im chodziło tylko o zaliczenie wymogu, postawienie iksa w odpowiedniej kratce. Wysłali do udziału w programie UKB kogoś niepełnosprawnego i teraz mogą się tym chwalić na prawo i lewo. Nikogo nie obchodziło, że mnie nie kręci telewizja; nigdy nie miałam parcia na szkło, a przez wszystkie lata szkoły byłam przeciętniakiem i świetnie się z tym czułam. Nigdy nawet nie planowałam iść na studia. Parłam dziarsko do przodu, będąc całkiem szczęśliwa, że mogę wprawiać się w paznokciach czy farbowaniu rzęs.

No to jestem. Ta ślepa. Iks w kratce. Nawet jeśli widzę jeszcze całkiem dobrze i nie potrzebuję czyjegoś ramienia, białej laski czy jeszcze czegoś innego.

Ostatniego wieczoru zrobiłam sobie niebieskie pasemko. Wygląda świetnie. To taki elektryzujący odcień niebieskiego. I zrobiłam to sobie sama, nad zlewem w kuchni, używając jednego z barwników Schwarzkopfa, jakie moja koleżanka Avani dała mi na Gwiazdkę. To pasemko było jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłam w życiu. Mama o mało nie zemdlała, no ale co mogła zrobić. To moja głowa, moje włosy, moje życie. A teraz to pasemko jest pierwszą rzeczą, którą ludzie sobie wyobrażają, gdy myślą o mnie; jestem po prostu dziewczyną z niebieskim pasmem włosów.

Zaczęłam wertować materiały szkoleniowe, aż natrafiłam na stronę TWÓJ PIERWSZY DZIEŃ!, z grafikiem zajęć, godzina po godzinie. Wynikało z niego, że teraz powinnam pojechać na dziewiąte piętro, gdzie jest jakieś szkolenie z bezpieczeństwa i higieny pracy. Super. Brzmi inspirująco. Bezpieczeństwo i higiena przynoszenia kawy. Nagle przez głowę przemknęły mi naprawdę przerażające myśli: a co, jeśli na szkoleniu będzie mowa o mojej przypadłości? A co, jeśli powiedzą wszystkim, że jestem niewidoma i że wszyscy muszą zawsze się upewniać, czy akurat nie wpadam na drzwi albo coś? O Boże. O Boże. Wszyscy wtedy spojrzą na mnie i pomyślą sobie: „Ta dziewczyna jest tu tylko dlatego, że jest niewidoma, biedulka”.

Czy powinnam wtedy wyjaśnić im, że nie jestem właściwie niewidoma, i ich wszystkich zaskoczyć? Mogłabym powiedzieć: „Cóż, jeszcze nie jestem niewidoma”, a wtedy wszystko stałoby się jeszcze bardziej dziwne, bo ani oni nie chcą wiedzieć, ani ja nie chcę tego mówić.

Jak ludzie słyszą „niewidoma”, to na ogół myślą o ciemności. Zamykają oczy i wyobrażają sobie, że to właśnie tak wygląda. Właściwie powinno się mówić, że mam „zaburzenia widzenia”, to znacznie bardziej precyzyjne, ale nikt tego nie robi, a większości ludzi nawet nie obchodzi różnica, jaka jest między tymi pojęciami.

Całkiem lubię określenie „osoba z zaburzeniami widzenia”. To takie melodyjne. Mówiąc to, w powietrzu kreśli się wirtualny znak zapytania, w przeciwieństwie do urwanego i jednoznacznego „ślepa”.

Jeśli kiedykolwiek będę musiała się komuś przedstawić i wyjaśnić mu te wszystkie Stargardty – a wiem, że taki dzień kiedyś nastąpi – będę musiała powiedzieć, że „mam zaburzenia widzenia”. Może któregoś dnia na tyle mentalnie ogarnę to całe ślepnięcie, że będę mogła mówić o nim bez trzęsących się rąk, głosem, który się nie łamie, nie robiąc innych rzeczy, które zdradzałyby mój niepokój.

Ale nie dziś. Błagam, nie dzisiaj.

Westchnęłam, zamykając materiały szkoleniowe i wsadzając je pod pachę. Na podstawie ruchu grupek mężczyzn w garniturach oceniłam, gdzie może znajdować się winda. Przed trojgiem zamkniętych drzwi do szybów wind gromadził się tłum. Kątem oka znalazłam wolne miejsce, w którym mogłabym stanąć…

Szit. Wlazłam na kogoś. I to nie było małe szturchnięcie, wpadłam na kogoś całym impetem.

– Przepraszam – powiedziałam tak od niechcenia. Taki zwykły błąd. Po prostu wpadłam na kogoś, nie żebym była ślepa, ha, ha, ha.

– Nie ma sprawy – odpowiedział.

Wyglądał dziwnie znajomo. Może jest sławny? Albo troszkę sławny? Właściwie to nie wyglądał na tyle dobrze, by być bardzo sławnym. Prędzej jest tutaj z tego samego powodu co ja, więc zapytałam go, czy wybiera się na szkolenie, ale on tylko spojrzał na mnie zmieszany.

– Nie. Nie idę. Nikt mnie dziś nie szkoli – odpowiedział, a coś w jego głosie spowodowało, że skumałam.

– Dawson Sharman! – wrzasnęłam. On jest sławny! Czy coś. Był sławny. – To dlatego cię kojarzę!

Swojego czasu razem z Avani uwielbiałyśmy „Liceum Dedmana”. Miałam nawet plakat Dawsona Sharmana nad łóżkiem. A teraz on stoi przede mną! Jest trochę pulchniejszy niż wtedy, ale to oczywiste. Każdy kojarzył historię „Z ładnego kaczątka w brzydkiego łabędzia”, która była udziałem Dawsona. Ale mimo to poczułam, że odżywają we mnie stare fanowskie ciągoty.

Wtedy jednak usłyszałam w odpowiedzi, że on wcale nie jest Sharmanem, że tylko wygląda jak on, że słyszy to bez przerwy. Gdy to mówił, wyglądał na tak zażenowanego, że zrobiło mi się głupio. Oczywiście pomyliłam się. Wyobraź tylko sobie mnie, myślącą, że jestem w stanie kogoś rozpoznać – z tymi popsutymi oczami. Biedny koleś, pomyliłam go z brzydnącym Dawsonem Sharmanem!

– Aaa, sorry. – Chciałam rozluźnić atmosferę. – Ja tylko… no właśnie. – Weź wymyśl jakiś żart, Kaitlyn! – Myślę, że gdybyś był nim, to raczej nie chodziłbyś sobie swobodnie po UKB. – Uff, chyba się udało.

Nie-Dawson wyjaśnił mi, że pracuje tutaj jako posłaniec i że nie robi sobie nic z tego mylenia go z Dawsonem, więc wyluzowałam. Zmierzyłam go wzrokiem od czubka głowy po buty i jeszcze raz z powrotem – obraz był zamglony, ale wystarczająco dobry, by dojść do wniosku, że on naprawdę wygląda jak Dawson Sharman. Ale co ja tam wiem.

Winda zrobiła PING, a ja zwróciłam się w stronę hałasu, mrugając w rytm przesuwających się sylwetek wokół. Czasami moje zaburzenia wzroku się nasilają: nagle cały świat staje się rozmazany. Właśnie tak stało się teraz; poczułam ścisk w żołądku. „Pewnego dnia zostanie ci to już na zawsze”, pomyślałam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam gdzieś na chwilę przysiąść, kiedy zauważyłam zbliżającego się ku mnie mężczyznę, rozpromienionego telewizyjnym uśmiechem pełnym nieskazitelnie białych zębów. Nie, jednak nie zbliżał się do mnie, zbliżał się do Nie-Dawsona.

 

– Dawson! – huknął.

Dawson! Nie Nie-Dawson! Dawson! Nie mogłam się powstrzymać, z moich ust wydobył się melodramatyczny jęk. Wstrętny kłamca!

Mężczyzna z białymi zębami coś mówił, ale byłam zbyt oszołomiona, by zrozumieć jego słowa. Usłyszałam coś o „zwykłej szkole” („zwykłej”, pfff!) i „metodzie Stanisławskiego”. Ten facet musi kochać brzmienie swojego głosu, podobnie jak i biel swoich zębów, ponieważ nie przestawał mówić, mimo że Dawson wyglądał na kompletnie upokorzonego. Chciał wyglądać na takiego, którego nic nie obchodzi, ale widziałam, że wolałby wsiąknąć w podłogę.

Ale niech nie liczy na moje współczucie. Kiedy facet od zębów sobie poszedł, odwróciłam się do Dawsona.

– Skłamałeś.

Dawson spojrzał na mnie, lekko oszołomiony. Miałam wrażenie, że wszyscy wokół gapią się na niego, usłyszałam także klikanie czyjegoś telefonu. Bardzo dobrze, niech cały Twitter się o tym dowie. Świetnie.

– Skłamałem. I co? Możesz mnie za to winić? – wydusił z siebie w końcu.

Powtarzałam sobie, że przecież on nie wie o mojej przypadłości. Bo skąd miałby wiedzieć? Jakim sposobem miałby zrozumieć, że dni, w które rozpoznam czyjąś twarz, są policzone? Że to ciepełko poznania, to uderzenie komfortu, które rodzi się, gdy słyszysz „Tak, znam cię!”, jest darem? Darem, którego tym razem od niego nie otrzymałam.

Nie powiedziałam nic. Wyobraziłam sobie przytulny, radosny salon mojej cioci i to, że obiecała mi pudełko próbek lakierów do paznokci. I ten zapach mokrych, świeżo uciętych kosmków.

Dawson minął mnie i nacisnął guzik przyzywania windy. Drzwi otworzyły się od razu, a on wszedł, stając do mnie plecami. Przez chwilę miałam ochotę walnąć go jeszcze raz, tak samo jak na początku, bo tak. Byłam wściekła, zbyt roztrzęsiona, by siedzieć na tym szkoleniu BHP i udawać, że w tych farmazonach o bezpieczeństwie jest coś interesującego.

Świat zamazał się ponownie. O szit. Czy ja płaczę? Nie jestem w stanie zobaczyć absolutnie niczego!

– Wsiadasz czy nie? – zapytał Dawson. Jego głos wcale nie brzmiał niemiło.

Właściwie jego głos był dla mnie jak boja ratunkowa na głębokim morzu, rzucona w ciemności. Chwyciłam się tego głosu i pozwoliłam się wyciągnąć z rozmazanej otchłani w przestrzeń windy.