Rzeka kłamstw

Tekst
Z serii: Grzechy młodości #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeka kłamstw
Rzeka kłamstw
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Rzeka kłamstw
Rzeka kłamstw
Audiobook
Czyta Anna Apostolakis
36  25,20 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książki Edyty Świętek, które ukazały się w Wydawnictwie Replika

Saga SPACER ALEJĄ RÓŻ

Cień burzowych chmur

Łąki kwitnące purpurą

Drzewa szumiące nadzieją

Szarość miejskich mgieł

Powiew ciepłego wiatru

NOWE CZASY

Nie pora na łzy

Przeminą smutne dni

Tam, gdzie rodzi się miłość

Tam, gdzie rodzi się zazdrość

Cienie przeszłości

Miód na serce

Noc Perseidów

Wszystkie kształty uczuć

Cappuccino z cynamonem

Zanim odszedł

Bańki mydlane

Dom lalek


Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-89-8

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


PODZIĘKOWANIA

Chciałabym złożyć serdeczne podziękowania wszystkim osobom, które sprawiają, że moja praca literacka ma sens i przynosi mi satysfakcję:

• właścicielom wydawnictwa Replika – Katarzynie i Aleksandrowi Szablińskim za kolejną owocną współpracę,

• Ani Apanas i Oli Tepper za czuwanie nad wieloma ważnymi dla mnie sprawami,

• pozostałym pracownikom wydawnictwa Replika za sympatyczną atmosferę podczas targowych spotkań, piękne okładki, dbałość o szczegóły i ogrom pracy, jaki wkładają w publikowanie moich powieści,

• Monice „K-Redce” Orłowskiej za długotrwałą współpracę redakcyjną oraz wszystkie cenne wskazówki,

• Agacie Kołakowskiej i Agacie Peteli za przedpremierowe przeczytanie powieści i napisanie słów zachęty dla czytelników,

• administratorom facebookowej grupy „Fani książek Edyty Świętek” – Grażynie Wróbel i Martinowi Cole za aktywne promowanie mojej twórczości; dziękuję także czytelnikom zrzeszonym w fanklubie za dodawanie mi skrzydeł do pracy twórczej,

• jeszcze raz Martinowi Cole – tym razem za podsunięcie pomysłu na miejsce akcji,

• Marlenie Spychalskiej oraz Marii Stępień za podrzucenie ciekawostek z Bydgoszczy oraz Kruszwicy,

• wszystkim sympatycznym bibliotekarzom, których poznaję podczas spotkań promujących moją twórczość,

• Wam, Drodzy Czytelnicy, za to, że sięgacie po moje powieści, polecacie je swoim bliskim, dzielicie się ze mną wrażeniami i emocjami, przychodzicie licznie na spotkania autorskie i odwiedzacie mnie podczas targów książki,

• mojej rodzinie i osobom bliskim sercu.

Spis treści

Podziękowania

Drzewo genealogiczne

Prolog – Mgła nad rzeką

Rozdział 1 – Kobiety oczekujące

Rozdział 2 – Rodzinne historie

Rozdział 3 – Nocne rozmowy

Rozdział 4 – Poranek po burzliwej nocy

Rozdział 5 – Miłostki i miłości

Rozdział 6 – Pierwsza gwiazdka

Rozdział 7 – Oczekiwania

Rozdział 8 – Wielkie plany

Rozdział 9 – Grzechy i grzeszki

Rozdział 10 – Chwile niepokoju

Rozdział 11 – Chore ciała i dusze

Rozdział 12 – Kiedy wszystko zawodzi

Epilog – Zimny nurt rzeki



PROLOG

Świecie nasz

Daj nam wiele jasnych dni!

Świecie nasz

Daj nam w jasnym dniu oczekiwanie!

Świecie nasz

Daj ugasić ogień zły!

Świecie nasz

Daj nam radość, której tak szukamy![1]

[1] Fragment tekstu piosenki Świecie nasz. Słowa: Marek Grechuta, muzyka: Jan Kanty Pawluśkiewicz, wykonanie: Marek Grechuta Korowód 1971 r.

Mgła nad rzeką

Dygocząca z zimna Justyna Gaweł tkwiła na brzegu Wisły, spoglądając w stronę kogoś stojącego kilkadziesiąt metrów dalej. Podświadomie czuła, że osoba opierająca dłonie o barierkę mostu rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Jej serce waliło młotem, lecz nie była w stanie zrobić ani jednego kroku. Odnosiła wrażenie, że ma ciało odlane z żeliwa i zmuszona jest pozostawać nieruchomo w jednym miejscu.

Nad ciemnym nurtem rzeki unosiły się opary. Mgła spowijała Bydgoszcz i okolice. Jej kłaczki snuły się po polach, zahaczały o korony drzew, otulały kępy nadbrzeżnych zarośli. Wysoko na niebie przeświecała srebrna tarcza księżyca, rzucając poświatę na potężną konstrukcję stalowego mostu w Fordonie.

Na liczącej czternaście łuków ciężkiej budowli stał człowiek. On także drżał z zimna, oczekując na kogoś, kto mógł być jego wybawieniem. W ciemnościach trudno byłoby rozpoznać, czy jest to kobieta o niezbyt długich, falujących włosach, czy mężczyzna, któremu nie po drodze było do fryzjera.

– Boże, mój Boże! Jaka straszna jest samotność! – zaszemrał głos przepełniony rozpaczą.

Mgła zgęstniała. Już nie było widać tajemniczej postaci. Obserwująca wszystko z oddali Justyna pokonała lęk, przezwyciężyła opór własnego ciała i ruszyła tam, gdzie jeszcze przed chwilą dostrzegała niezbyt wyraźną sylwetkę.

Idąc, dziewczyna czuła zapach wilgoci, zmieszany z drażniącą wonią rdzy. Czuła, jak na jej ubraniu skraplają się opary. Maleńkie kropelki osadzały się na rzęsach i włosach, a następnie spadały na policzki. To chyba nie są moje łzy? – pomyślała, obcierając dłonią twarz. Boję się, ale to nie powód do płaczu.

Przyspieszyła kroku. We mgle usłyszała jakieś odgłosy, czyjeś tupanie, stęknięcia i szepty. A potem plusk, który na moment zaburzył martwotę tego miejsca.

– O nie! – jęknęła zmartwiona.

Podeszła do barierki i wychyliła się przez nią. Wytężała wzrok, spoglądając przed siebie, lecz mgła skutecznie ograniczała widoczność. Nagle jednak kłęby przerzedły na tyle, by Gawłówna mogła dostrzec nad powierzchnią wody wynurzającą się rękę, wyciągniętą jakby w ostatnim geście rozpaczy przez człowieka, który liczy na pomoc.

– Nie! – krzyknęła zdruzgotana dziewczyna. W tej samej chwili otwarła oczy. – Nie. Nie… – powiedziała znacznie ciszej.

Jej ciało oblewał zimny pot. Dygotała, choć już nie było chłodu, mgły i wilgoci. Znajdowała się we własnym domu, w łóżku, a wszystko to, co widziała przed momentem, było tylko sennym koszmarem. Majakiem, który nadszedł po chwilach strachu przeżytych przed paroma godzinami.

Włączyła lampkę nocną i powiodła wzrokiem po bezpiecznych czterech kątach swojego pokoju. Uśmiechnęła się na widok lekko uchylonych drzwi szafy. We wspomnieniach Justyny powrócił wieczór, gdy jej ukochany znalazł tam dla siebie kryjówkę. To była dobra, pokrzepiająca myśl, która otuliła jej serce niczym anielski puch.

– Nic się nie stało – wyszeptała. – To nic takiego. Każdemu śnią się czasami jakieś głupstwa.

Nie mogła pójść do nikogo z bliskich, by poszukać ukojenia w bezpiecznych ramionach.

ROZDZIAŁ 1

Smutne oczy, piękne oczy,

Smutne usta bez uśmiechu…

Widzę co dzień ją z daleka

Stoi w oknie aż do zmierzchu[2].

[2] Fragment tekstu piosenki Anna Maria. Słowa: Krzysztof Dzikowski, muzyka: Seweryn Krajewski, wykonanie: Czerwone Gitary 1968 r.

 

Kobiety oczekujące

Rok 1970

Przez okno aresztu śledczego przy ulicy Wały Jagiellońskie w Bydgoszczy zaglądały ostatnie promienie nisko zawieszonego, grudniowego słońca. Światło raziło w oczy drobnego blondyna o szczupłej, pociągłej twarzy, siedzącego na niezbyt wygodnym drewnianym krześle o metalowej konstrukcji. Opuchnięta powieka w kolorze tęczy swędziała go niemiłosiernie. Eugeniusz Trzeciak nie mógł jednak ulżyć sobie i podrapać newralgicznego miejsca, co zapewne doprowadziłoby do jeszcze większego dyskomfortu, gdyż ręce miał przykute do mebla kajdankami. Wyczuwał pod palcami chłodny dotyk rurek oparcia i chropowatość, a może zadry na lakierze, którym je pociągnięto. Próbował skupić się na czymś innym niż ból świdrujący głęboko za oczodołami i rozsadzający skronie czy promieniujące ćmienie wszystkich siniaków, jakie zarobił w przeciągu ostatnich dwudziestu paru godzin.

Odwracanie głowy w bok, by światło przestało podrażniać łzawiące spojówki, nie pomagało w niczym. Gdy poruszał szyją, zaczynały go boleć inne stłuczone części ciała: kark i ramię. Dodatkowo dławiło go przyduszone czyimś trepem gardło.

Było mu zimno i gorąco jednocześnie. Bosy i licho ubrany to dygotał w niedogrzanym pomieszczeniu, to znowu czuł fale nieprzyjemnego żaru, który wyciskał zeń siódme poty. Raz po raz usiłował zwilżyć językiem zapiekłe z pragnienia wargi, lecz w ustach zabrakło mu już śliny. W rezultacie Gienek zagarniał z nich metaliczny smak zakrzepłej krwi.

Niepokoił go niemalże sterylny porządek panujący w pokoju. Żadnych szaf na akta, żadnych papierów. Tylko biurko, dwa krzesła: to, na którym siedział, oraz drugie, naprzeciwko, wyglądające na znacznie wygodniejsze, bo tapicerowane. Lampka na biurku była zgaszona. Miała rurkę, która umożliwiała wyginanie jej w różnych kierunkach. Mężczyzna przypuszczał, że ma wkręconą mocną, zapewne stupięćdziesięciowatową żarówkę i stanowi pomoc w przesłuchaniach. Przesiedział pod taką ładnych parę godzin, z trudem znosząc bijący od niej blask i żar. Sam już nie wiedział, co było gorsze: owa lampa, kuksańce podczas przesłuchania czy ścieżka zdrowia, jaką jemu i siedmiu pozostałym aresztantom zgarniętym z okolic alei 1 Maja zafundowali mundurowi. A może najgorszy był ten moment, gdy na spotkanie z młodzieżą wznoszącą antyrządowe hasła przybyły oddziały Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej i bez litości zaczęły rozpędzać demonstrantów?

Miał pecha, że akurat jego złapali.

Po przewiezieniu na Wały Jagiellońskie zabrano mu buty i pasek od spodni. A że ostatnio znacznie schudł – wszak bieda gomułkowskich rządów prawie każdemu dała w kość – gdy zafundowano mu gonitwę po schodach, musiał wciąż trzymać portki dłonią, by nie spadły. Gdyby niefortunnie przydepnął nogawkę, mógłby wyrżnąć i rozwalić sobie łeb. Albo skręcić kark. A jemu jeszcze życie nie zbrzydło, choć miewał w ostatniej dobie chwile, gdy marzył, by szybko wyzionąć ducha. Bieganie boso nie należało do przyjemności. Ledwo zipał, osiągając kolejne kondygnacje. Odnosił wrażenie, jakby zaraz miał wypluć płuca, które nie nadążały z nabieraniem powietrza. Na samej górze siedział milicjant, którego należało okrążyć, a potem wio! – na dół. Miał zmarznięte i obolałe stopy. Ich podeszwy jednocześnie paliły go żywym ogniem i drętwiały z wychłodzenia.

Dygotał ze strachu. Siedział już dość długo w pustym pomieszczeniu. Wiedział, że zaraz ktoś przyjdzie. Może będzie ich dwóch, może trzech. A może tylko jeden człowiek.

Będą go bić? Groźbami wymuszać zeznania? O przesłuchaniach buntowników krążyły legendy, w których krew płynęła wartkimi strumieniami. Co mogą mu zrobić? Rwać włosy? Paznokcie? Kopać ciężkimi podkutymi buciorami? Okładać twardymi pałami z gumy? Miał już okazję odczuć na własnej skórze, jak ten wyjątkowo sztywny atrybut mundurowych może zgiąć się na czyichś plecach lub pośladkach niczym wierzbowa witka.

Nie na darmo pokój był tak skromnie umeblowany, a jego ściany zamiast zwyczajnej farby miały łatwo zmywalną lamperię. Eugeniusz zerknął na gołą posadzkę. Żadnych wykładzin, parkietów, linoleum. Zimne ciemnopopielate lastriko było miejscami popękane. Czy w szczeliny wsiąkła krew jego poprzedników?

Strach boli najbardziej. Nie ciosy wymierzane na oślep, nie ścięgna nadrywane wykręcaniem rąk, nie rwanie włosów, lecz właśnie wizje tortur, które powstają w umyśle. To one wywołują nerwowe skurcze ciała i świdrują w mózgu, podnosząc jednocześnie ciśnienie krwi i przyspieszając tętno.

Łup-łup, łup-łup, łup-łup – łomotało mu niespokojne serce. Ten odgłos docierał do uszu młodego mężczyzny.

Pragnął mieć już to wszystko za sobą. Niechby pobili, byle wrócić do celi, na niewygodne legowisko. Położyć obolałą głowę na kocu przesiąkniętym zapachem stęchlizny.

Czas płynął przerażająco powoli. Ile godzin spędził Eugeniusz na niewygodnym krześle, nasłuchując kroków, które ustaną przy drzwiach tego pomieszczenia?

Musiało to trwać nieznośnie długo, gdyż zdążyły mu nieźle zdrętwieć dłonie. Ledwo poruszał palcami. Robił, co mógł, by nie pozostawiać ich w całkowitym bezruchu, więc na ile zdołał, pobudzał krążenie.

Słońce opadało coraz niżej, w końcu zniknęło za dachem niezbyt wysokiego budynku, widocznym z okna pokoju, w którym przebywał Eugeniusz. Teraz mężczyzna dotkliwie odczuwał zimno. Powoli zaczynało zmierzchać. W pokoju gęstniał mrok. Od czasu do czasu Trzeciak słyszał hałas dobiegający zza zamkniętych drzwi, które miał za plecami. Niekiedy były to kroki wybijane przez solidne wojskowe kobry noszone przez zomowców i milicjantów. Innym razem stąpnięcia były cichsze, zapewne ten odgłos wydawały cywilne trzewiki lub kozaki. Raz nawet usłyszał stukanie damskich obcasów.

Pewnie jakaś sekretarka – przemknęło mu wtedy przez myśl.

By odwrócić uwagę od strachu przed kolejnym przesłuchaniem i związanym z nim bólem, próbował sobie wyobrazić tę kobietę. Na pewno była młoda. Może w jego wieku, może odrobinę starsza. Ale niewiele, gdyż kroki były energiczne. Zapewne nosiła ciepłą wełnianą spódnicę i dziergany na drutach sweter. Raczej nie wkładała spodni, skoro pracowała jako urzędniczka.

Czy romansowała z którymś z pracujących tutaj funkcjonariuszy? Kręcili ją władczy i brutalni mężczyźni? A może wykonywała swoją pracę z musu – bo tak ją przydzielono albo tak rzucił ją los?

– Dobry Boże, i jeszcze tak bardzo proszę na ostatek: niech on się opamięta i odmieni – wyszeptała Elżbieta Trzeciak, a następnie uczyniła znak krzyża.

Duży pokój tonął w mroku. Pomieszczenie oświetlone było wyłącznie stojącą w kącie lampą. Wkręcona do niej żarówka o mocy dwudziestu pięciu watów tylko nieznacznie rozpraszała ciemność – wszak temu właśnie służyła. Dodatkowo przysłaniał ją abażur w kolorze butelkowej zieleni. Przed obrazem Matki Boskiej Karmiącej klęczała dość ładna, tęga kobieta w sile wieku i odmawiała wieczorny pacierz. Zwykle robiła to znacznie wcześniej, wraz ze starszymi dziećmi, lecz jakiś impuls rzucił ją na kolana, więc ponownie zatonęła w modlitwie.

Trzeciakowa stęknęła, podnosząc ciężkie ciało z klęczek. Pomyślała, że właściwie powinna pójść do kuchni i sprawdzić, czego jeszcze brakuje do wypieku świątecznych ciast. Rano, po wyprawieniu Marysi i Wieśka do szkoły, mogłaby skoczyć do SAM-u. Weźmie Janka, który jakoś wystoi w kolejce, Hanię wpakuje do wózka i polecą po sprawunki. Może nawet dostaną pomarańcze i cytryny?

Zamiast przejrzeć zawartość lodówki i szafek, usiadła na fotelu i popadła w zadumę.

Od dawna była nieszczęśliwa, choć postronny obserwator z powodzeniem mógłby stwierdzić, że nie ma ku temu powodów. Wraz z mężem i czwórką dzieci zajmowała przestronne mieszkanie w jednym z klockowatych wieżowców przy alei Planu 6-letniego w Bydgoszczy. Ten lokal zasiedlili stosunkowo niedawno, tuż po tym, jak mąż dostał awans na zastępcę dyrektora jednego z wydziałów w Zakładach Chemicznych „Zachem” w Łęgnowie[3]. Wcześniej mieszkali w starszej części Kapuścisk, lecz tam mieli zbyt ciasno. Nie wspominając już o klitce u teściów, w której gnieździli się tuż po ślubie. Wtedy marzeniem była przeprowadzka i niezależność. Później Elżbieta pragnęła dodatkowej przestrzeni. Aktualnie, gdy żyli w miarę wygodnie, doskwierały jej inne, znacznie większe bolączki.

Po jedenastu latach małżeństwa Trzeciakowie doczekali się czwórki dorodnych i zdrowych dzieci. Najstarszy syn, dziesięcioletni Wiesław, fizycznie wyglądał niczym skóra zdjęta z Tymoteusza – jasnowłosy, niebieskooki, o mocnej budowie ciała. Kiedyś wyrośnie na krzepkiego mężczyznę. Już teraz znacznie przewyższał większość rówieśników. Problemem był jego charakter, którym przypominał ojca. Równie uparty, zawzięty i krnąbrny chłopak wciąż dawał matce w kość. Szedł przez życie, torując sobie drogę łokciami. Prawdziwy pępek świata. Nigdy nie ustępował rodzeństwu, choć Elżbieta wciąż napominała go, że dla młodszych należy być pobłażliwym. Toczył nieustanne boje z Marysią, drugą z kolei pociechą Trzeciaków. Wszczynał z nią sprzeczki o wszystko: o gry planszowe, książeczki, kredki i inne zabawki. O słodycze, smaczne kąski przy obiedzie, o desery. O miejsce przy biurku, gdy odrabiali lekcje.

Na szczęście ten ostatni problem zniknął trzy tygodnie temu, po przeprowadzce. Teraz Trzeciakowie mieszkali w czteropokojowym lokalu, więc Maria miała własny pokój oraz biurko, Wiesiek i Janek dostali drugie pomieszczenie, trzecie zajmowali małżonkowie wraz z trzymiesięczną Hanią. No i w końcu rodzina zyskała również pokój dzienny.

Kiedy Tymek przyniósł żonie wieść o otrzymanym przydziale, skakała wręcz z radości.

– Ach, jaka jestem szczęśliwa! – wykrzykiwała, wisząc na mężowskiej szyi.

Od razu zaczęła planowanie przeprowadzki i urządzenie wnętrz. Już chciała lecieć z Tymoteuszem do sklepu meblowego, by dokupić jakieś sprzęty. A potem cały zapał ostygł, gdyż usłyszała, że z wszystkim musi sobie sama poradzić, ponieważ ślubny ma moc innych zajęć. Pieniądze na zakupy dał, a i owszem, lecz potem skrzętnie ją ze wszystkiego rozliczył.

Cóż, dodatkowa przestrzeń życiowa nie rozwiązywała problemów, jakie od dłuższego czasu męczyły zatroskaną kobietę. Głównym był mąż – człowiek niby dobry: zaradny, pracowity, nieźle ustawiony. Pochodzenie społeczne oraz solidne wykształcenie utorowały mu drogę do awansu. Tymek często mawiał, że za sanacji byłby pewnie nikim, bo kto by tam dbał o to, czy syn drobnego rolnika skończy więcej niż trzy klasy szkoły powszechnej? Zapewne nauczono by go tylko czytać, pisać i rachować – w minimalnym, podstawowym stopniu. A potem wiódłby życie na roli, tak jak wszyscy przodkowie.

Wybuch wojny zmienił jego przeznaczenie. Najpierw Trzeciakowie utracili swe niewielkie gospodarstwo i zostali robotnikami w niemieckiej fabryce, a później nastała władza ludowa, która postanowiła zrównać biednych z bogaczami albo, jak kto woli, bogaczy z biedakami. Dzieci zyskały lepszy dostęp do szkół. Wprawdzie podczas wojny trudno było o kształcenie młodzieży, lecz po wyzwoleniu wszystko uległo zmianie. Tymek szybko nadrobił zaległości. Zdał maturę w technikum, a potem skończył studia. To właśnie wtedy zawarł znajomość z Elżunią. Choć dziewczyna była o dwa lata młodsza, uczęszczali na ten sam rok. Obydwoje wybrali wydział chemiczny Szkoły Inżynierskiej. Trzeciak postawił na ten kierunek rozmyślnie, widząc w nim szansę na zdobycie atrakcyjnej pracy w Zachemie w Łęgnowie, który utworzono na bazie niegdysiejszych zakładów DAG Fabrik Bromberg. Akurat wtedy na gwałt potrzebowano solidnie wykształconej kadry do rosnącego w siłę przedsiębiorstwa.

Ach! Jakże on jej wtedy przypadł do gustu! Jego stalowoniebieskie oczy przybierały czasami barwę pochmurnego nieba. Męsko zarysowana żuchwa nadawała twarzy wyrazistości, a jasne włosy zaczesane miękką falą do tyłu aż się prosiły o to, by przesunąć po nich dłonią i odgarnąć z czoła ten niesforny kosmyk, który zawsze na nie opadał. Ta fryzura! To wejrzenie! Ten nos! Ta lekko wystająca dolna warga!

– On ma usta stworzone do pocałunków! – szeptały pomiędzy sobą koleżanki Elżuni.

– Mnie będzie całował, zobaczycie – zapowiedziała im Wilimowska, panna wówczas nader pewna siebie, świadoma własnej urody i wdzięku.

Wszystkie dziewczyny zerkały chciwie za nim, gdy szedł korytarzami uczelni. A gdy na którąś spojrzał, z miejsca serce szczęściary zaczynało mocniej uderzać. Niejedna marzyła o randce z młodym mężczyzną, który jak żyw przypominał młodziutkiego amanta z wielkiego ekranu – Bogusza Bilewskiego.

Ale i Elżuni niczego nie brakowało. Smukła była niczym boginka, o pięknych kształtach, które już wtedy zdradzały, że jeśli panna Wilimowska nie zrezygnuje z podjadania słodkości, to szybko nabierze słusznych gabarytów.

 

Matka wciąż ją karciła za łakomstwo.

– Ty masz zadatki na grubą babę, dziecko! Spójrz tylko na swoje kostki i nadgarstki. Brak im wiotkości. Spójrz, jakie masz dłonie! Wielkie, jakby były stworzone do miesienia chleba! Wstyd, by panienka z dobrego domu miała takie łapska. Jak jakaś chłopka, nie przymierzając! Koniec z czekoladkami! – wykrzykiwała Benedykta Wilimowska, kobieta ze śladami wielkiej urody, wciąż jednak szczupła i zgrabna jak mało która w jej wieku.

Powściągnięcie łakomstwa niełatwo przychodziło Elżbiecie, lecz na szczęście w czasach studenckich jej figura była absolutnie idealna. Młoda dama mogła zatem czarować mężczyzn miłymi dla oczu krągłościami – począwszy od wzniosłych szczytów piersi, po łuki bioder, na których doskonale wyglądały sute halki zamaszystych spódnic, podkreślających talię osy.

Elżbietka-kokietka, tak bowiem zwykł nazywać ją ojciec, doskonale wiedziała, jak wykorzystać swoje atuty w wojnie damsko-męskiej, zwanej również sztuką uwodzenia. Potrafiła więc kroczyć tak, by łagodnie kołysać tym, co ofiarowała jej matka natura. Głowa do góry, brzuch wciągnięty, pierś wysunięta naprzód. Wdzięczna postać wabiła twarzą anioła oraz zacnym końskim ogonem, w który na ogół wiązała pszenicznej barwy loki o naturalnym skręcie.

Ilekroć przechodziła obok urzekającego obiektu dziewczęcych marzeń, jakim bez wątpienia był Tymoteusz, dokładała starań, by jej figura wyglądała jeszcze atrakcyjniej. Rzucała mężczyźnie powłóczyste spojrzenia spod ciężkich powiek obwiedzionych czarną kredką, spod gęstwiny starannie wytuszowanych rzęs. Jej usta układały się w najsłodsze uśmiechy, połyskując perłową bielą zębów. Nic więc dziwnego, że Trzeciak, pożeracz damskich serc, uległ urokowi Wilimowskiej.

Szybko nastał czas cichych schadzek w bibliotece, gdzie wymieniali między sobą liściki z wyznaniami. Podczas wykładów dokładali starań, by siadać jak najbliżej siebie. A ponieważ pannica zamiast nauki miała w głowie swoistą mieszaninę sieczki i amorów, kawaler z miejsca zaoferował powabnej studentce pomoc. Dziewczyna zdecydowanie nie miała tak chłonnego umysłu jak Tymek, więc gdyby nie podpowiedzi oraz prace zaliczeniowe, które za nią pisał, prawdopodobnie oblałaby już pierwszy rok.

Elżbieta poszła na studia niejako z musu. Pochodziła ze starej mieszczańskiej rodziny, skoligaconej w dalszej linii z samymi Mateckimi – przedwojennymi kupcami posiadającymi największy w Bydgoszczy dom towarowy. Takie urodzenie rzecz jasna zobowiązuje, dlatego staranne wykształcenie było priorytetem nawet wówczas, gdy Wilimowscy mocno podupadli i zubożeli. Nie było mowy o tym, by panienka z dobrego domu poprzestała na samej maturze. Wszak jej dziadek, Alojzy Wilimowski, wykładał przed wojną w katolickim Seminarium Nauczycielskim. Z domu rodzinnego wyniosła więc nienaganne maniery, solidne wykształcenie oraz pobożność.

Oczywiście owa pobożność nie przeszkadzała pannicy w wytrwałym zarzucaniu sieci na mężczyznę. Elżunia poprzysięgła sobie bowiem, że zaprowadzi upragnionego kawalera przed stopnie ołtarza. A skoro raz powzięła takie postanowienie, to konsekwentnie zdążała ku jego realizacji.

Kiedy oznajmiła rodzicom, że zamierza wyjść za Tymoteusza, ojciec złapał się za głowę, a matka za serce. Obydwoje natychmiast wszczęli protesty, że tak nie można, bo mezalians i wstyd przed przyjaciółmi oraz rodziną. Jakże to: wychuchana i wydmuchana jedynaczka z rodu z tradycjami ma poślubić takiego prostaka? Syna chłoporobotników? No nie do wiary! Toż to niepodobna! I nieważne, że narzeczony uczęszczał na studia, a przed sobą miał perspektywy świetlanej przyszłości – dla Wilimowskich był zwykłym parweniuszem. No, ale czegóż można było oczekiwać w takich dzikich czasach, gdy do władzy doszła hołota, a inteligencja na każdym kroku zaznawała szykan?

Elżunia za nic miała rodzicielskie przestrogi. Niebieskooki blondyn przesłonił jej świat. Wszyscy mówili o tym, jak piękną parę stanowią: ona kobieca, zgrabna, świetlista niczym anioł, on męski, władczy, o mocno zarysowanej żuchwie – rasowi aryjczycy, tak określiliby ich okupanci. Byli piękni, młodzi – wierzyła, że czeka ich szczęśliwe życie.

Rzuciła rozpoczęte studia, bo i tak nie widziała sensu w tym, by się dalej męczyć. Wszak czasy były zupełnie inne niż przed okupacją – teraz władzę zyskali robotnicy, prosty lud, daleki od inteligenckich ciągot. Nic nie zapowiadało, by rychło miały nastać jakiekolwiek zmiany. Zresztą Tymek obiecywał, że u jego boku będzie żyła jak w raju. Ale wtedy jeszcze nie przypuszczała, że ten raj będzie oznaczał mnogość aniołków w domowych pieleszach. Wszak pomiędzy Marią a Jankiem była trzykrotnie w ciąży, lecz za każdym razem roniła. Wyszła więc za mąż za prawdziwego dziecioroba.

Co gorsza, zaraz po ślubie odkryła, że męża w ogóle nie obchodzi jej zdanie. Dla niego była tylko kurą domową, która bez szemrania ma wypełniać swoje obowiązki. Skoro Tymoteusz raz zdobył ten cud natury, jakim była Elżbieta, spoczął na laurach i nie poczuwał się do tego, by choć trochę zadbać o szczęście rodzinne. Nie pomagał żonie absolutnie w niczym. Sama musiała ponosić trudy związane z wychowywaniem dzieci. Nie okazywał jej szacunku, wręcz traktował ją, jakby była nikim, a to mocno podkopywało matczyny autorytet w oczach potomków. Gdy ona próbowała zdyscyplinować Wieśka lub Marysię, Tymek im pobłażał. Kwestionował wymierzane brzdącom kary i ograniczenia. Jeśli zabroniła czegoś córce, wystarczyło, by ta poleciała na skargę do ojca. Tatko zaraz dawał aprobatę. Kiedy zaś bywało na odwrót, czyli ona pobłażała pociechom, mąż nagle wskakiwał w skórę surowego tyrana i wyrażał oburzenie, że rozpuściła gromadkę jak dziadowskie bicze.

Problemem było to, że w domu bywał niemalże jak gość. Wciąż hulał po świecie. Doskonale znał knajpy i hotele w Bydgoszczy. Nie raz i nie dwa wracał nad ranem po bibkach z przyjaciółmi, gdyż nieustannie balował wśród nowych elit. Mało czasu spędzał z rodziną, lecz gdy już zaszczycał bliskich swoją obecnością, to zazwyczaj rozstawiał żonę po kątach. Wciąż mu coś nie pasowało: a to dzieci za bardzo hałasowały, a to w mieszkaniu panował rozgardiasz, a to nie zdążyła na czas wyprasować mu koszuli do biura. Tak, jakby przy czwórce dziatwy można było nad wszystkim zapanować!

Jest oczywiste, że dzieci hałasują i bałaganią. Zarówno dwójka starszych, jak i dwuletni Janek. Haniutka też czasami marudzi – jak to niemowlę. A Elżunia sama musiała użerać się z pieluchami, kolkami, karmieniem. Dopilnować, by starsze pociechy odrobiły zadania i przygotowały tornistry do szkoły. Póki miała tylko Marysię i Wiesia, jakoś sobie dawała radę. Myślała, że to już koniec z rodzeniem dzieci. Odpowiadał jej model rodziny „dwa plus dwa”. Ale po pięciu latach przerwy przyszedł na świat Janek, a potem siłą rozpędu Hania.

Mąż wychodził z założenia, że liczna rodzina to priorytet. Miał dobrą pracę i perspektywy na przyszłość, więc był w stanie zapewnić wszystkim godne warunki do życia. Od Elżbiety nie wymagał przecież cudów: żona ma tylko prowadzić dom. Powinna mieć przy tym duże powody do zadowolenia, gdyż nie musi pracować tak jak inne baby. A on po robocie zasługuje na rozrywkę. Poza tym na te bankiety nie chodzi dla przyjemności, tylko z musu. Bo skoro jest człowiekiem na eksponowanym stanowisku, to ma obowiązek bywać wśród elit.

Z mocno zakrapianych imprez nierzadko wracał nad ranem. Przywoził go taksówkarz, pomagał wejść na piętro. Od Tymka na odległość śmierdziało wódką, drogimi papierosami i jeszcze droższymi kobietami, które jako ulubioną bazę wypadową upatrzyły sobie hotel Orbisu – Pod Orłem.

Zdradzał ją – dobrze o tym wiedziała i musiała to akceptować.

Właściwie Ela nie pamiętała już dokładnie momentu, gdy podejrzenia o zdradę przeszły w pewność, ponieważ Tymoteusz od pierwszych dni po ślubie przyzwyczajał ją do swoich zniknięć. A to miał jakieś zaliczenia na uczelni, a to wzywała go praca. Początkowo coś tam jeszcze próbował tłumaczyć zafrasowanej kobiecie, lecz później przestał sobie zawracać głowę głupstwami. Zresztą Elżbieta szybko zaciążyła i, zamiast na ciągłych nieobecnościach męża w domu, skupiła się na radościach i niepokojach oczekiwania na dziecko.

Pierwsze podejrzenie powstało chyba wtedy, gdy poczuła od Tymka woń damskich perfum. Ich smugę przyciągnął kiedyś do mieszkania na tweedowej marynarce. Musiało wtedy padać, a wilgoć zawsze uintensywnia zapachy. Gdy żona pociągnęła nosem i powiedziała o wyczuwanej woni, wzruszył ramionami i odparł, że w biurze odwiesił okrycie do tej samej szafy, w której sekretarka trzyma swój płaszcz.

– No co? Nie wierzysz mi? – zapytał, gdy zobaczył niepewność w jej oczach. – Masz mnie za kłamcę?

Wtedy nie miała odwagi, by przytaknąć. Co by to bowiem było, gdyby zaczęła w niego wątpić? Albo gdyby on powiedział, że ma inną i nie chce już Elżuni?

Podobne drobiazgi występowały coraz częściej, a ona skrzętnie zamiatała problemy pod dywan. Czasami sama podpowiadała mężowi odpowiedzi na trudne pytania dotyczące szminki na koszuli, włosów na ubraniu lub dziwnych aromatów. Z biegiem czasu uznała, że bezpieczniej jest nie dociekać. Wylewała łzy, lecz zawsze w ukryciu. Tymoteuszowi pokazywała tylko spokojną twarz.

Z upokorzeniem przyjmowała męża, gdy wracał. Udawała, że nie czuje zapachu damskich perfum na jego marynarce, nie widzi czerwonych plam na kołnierzyku, na szyi lub na klatce piersiowej. Że nie zauważa ciemnych bądź rudych włosów na rękawie. Potulnie rozkładała dla niego uda, nawet wtedy, gdy ledwo stał na nogach. Błagała przy tym wszystkie nadprzyrodzone siły, by w efekcie jego chuci nie zaszła kolejny raz w ciążę. A Bóg nie zawsze tych modłów wysłuchiwał.

Choć Tymek nie należał do aniołów, wciąż go kochała. Był wspaniałym, godnym pożądania mężczyzną. Nic dziwnego, że goniły za nim inne baby. Grunt, że po wszystkich bibach zawsze wracał do domu, do dzieci. Wciąż do niej należał. Nosił obrączkę. Chciał się z nią kochać nawet wtedy, gdy nie wyglądała zbyt atrakcyjnie. Ale przy jej trybie życia i ciągłym zagonieniu oraz Tymoteuszowych wymaganiach nie było czasu na kosmetyczkę, fryzjerkę i krawcową.