Rosja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tatarzy

Grudzień 1237 roku

Szeroka, mongolska twarz jeźdźca, ogorzała od wiatru i słońca, przybrała brunatny kolor.

Jego czarna, rzadka broda i wąsy zwisały w strąkach.

Była zima, więc jeździec miał na sobie grube futra, ale pod nimi bieliznę z najlepszego chińskiego jedwabiu. Stopy okrywały mu filcowe onuce i ciężkie skórzane buty. Głowę chroniła przed mrozem futrzana czapa.

Liczył sobie dwadzieścia pięć lat, ale z powodu wiatru, niesprzyjającej pogody i ciężkiego życia na stepie wyglądał starzej.

Przy pasie miał bukłak ze sfermentowanym mlekiem klaczy, kumysem, ulubionym napojem jego ludu. Do siodła przytroczył skórzany worek wypełniony suszonym mięsem. Mongolscy wojownicy zawsze podróżowali z tym, co było konieczne do przeżycia.

Czyli także z żoną. Ona i dziecko jechali w wielkiej karawanie wielbłądów, które niosły cały ciężki ekwipunek.

Tylko jedna cecha fizyczna odróżniała tego jeźdźca od współtowarzyszy. Cztery lata wcześniej włócznia omal nie ugodziła go w lewe oko – grot pozostawił po sobie głębokie rozcięcie od kości policzkowej do ucha, zamiast którego sterczał jedynie poszarpany kikut. „Ale miałem szczęście!” – zauważył wtedy wojownik i szybko zapomniał o całym zdarzeniu.

Na imię miał Mengu.

Armia sunęła powoli po zamarzniętym stepie. Jak zwykle była podzielona na pięć kontyngentów jednakowej wielkości: na obu skrzydłach jechała przednia i tylna straż, a środkiem poruszał się pojedynczy oddział.

Mengu został przydzielony na prawe skrzydło. Za sobą miał setkę swoich ludzi. Była to lekka jazda – każdy z wojowników, wyposażony w dwa łuki i dwa kołczany, mógł strzelać nawet w galopie. Łuki budziły lęk – duże i mocne, z siłą naciągu przekraczającą siedemdziesiąt kilogramów, były bronią znacznie potężniejszą niż słynne długie łuki angielskie. Miały trzystumetrowy zasięg. Mengu, podobnie jak wszyscy jego rodacy, zaczął się uczyć strzelania z łuku, gdy skończył trzy lata.

Po swojej lewej stronie miał oddział ciężkiej kawalerii uzbrojonej w szable i lance, topory wojenne lub maczugi oraz w arkany.

Mengu dosiadał czarnego jak smoła konia – dzięki czemu od razu można się było domyślić, że należy do czarnej brygady w elitarnej gwardii władcy. W stadzie zapasowych koni na tyłach miał cztery inne wierzchowce, wszystkie czarne.

Był zadowolony, że żona i pierworodny syn towarzyszą mu w tej wyprawie. Chciał, żeby byli świadkami jego tryumfu. Po raz pierwszy dowodził tak dużym oddziałem.

Mongolska armia – i całe imperium, które dzięki niej wyrosło – była oparta na systemie dziesiętnym. Najmniejszy oddział miał dziesięciu ludzi, następny stu. Wyżsi rangą dowodzili tysiącem, a generałowie dziesięcioma tysiącami żołnierzy. Mengu miał pod sobą setkę. „Zanim wyprawa się zakończy, będę dowodził tysiącem” – zapewniał żonę. A gdy już podbiją resztę ziem na zachodzie, które – jak opowiadali mu kupcy – ciągnęły się aż po kres równiny, być może zasłuży sobie nawet na dziesięć tysięcy.

Bardzo pragnął awansu. Ale wiedział, że musi zachować ostrożność i rozwagę.

Bo choć w służbie u wielkiego chana wszyscy byli równi, a awans zależał od zasług, to najważniejsze było wyczucie i dobra ocena sytuacji. Jak mówiło stare azjatyckie przysłowie: „Jeśli wiesz za dużo, powieszą cię, a jeśli jesteś zbyt skromny, zadepczą”.

Korzystne było też to, że należał do klanu, któremu dobrze się wiodło. „Jestem z tej samej kości co dwóch generałów” – powtarzał sobie, nawiązując do mongolskiego wyrażenia. Dzięki temu dostał się do gwardii władcy.

I było jeszcze coś, co mogło przyspieszyć awans.

Jego siostra została wyróżniona w jednym z konkursów piękności, które wielki chan regularnie organizował i na które wysyłano córki najznamienitszych mongolskich rodów. „Ta dziewczyna jest podobna do księżyca” – zauważył wielki chan. Te słowa były największą pochwałą. Dziewczyna została konkubiną samego Batu-chana. Mengu kilka razy widział ją przy jego namiocie.

Już ona się postara, żeby mnie zauważył, myślał z ufnością. Jego zacięta, niezdradzająca uczuć twarz z zadowoleniem patrzyła na horyzont.

Wiedział, że niedługo dotrą do skraju lasów.

Według używanego przez Mongołów dwunastoletniego zwierzęcego kalendarza do roku Szczura brakowało dwóch lat. A do końca roku Szczura wszystkie ziemie ruskie miały zostać podbite. Był tego pewien tak samo jak tego, że słońce wzejdzie, a gwiazdy zaświecą.

Bo Mongołowie zamierzali podbić cały świat.

Tak przepowiedział Czyngis-chan. To on, z racji urodzenia przywódca jednego z wyższych klanów, zaledwie trzydzieści lat wcześniej, w 1206 roku, zjednoczył wszystkie mongolskie klany i odebrał starożytnym tureckim imperiom leżącym na azjatyckiej równinie tytuł chana. Czyngis – czyli Wszechpotężny.

Przed nim inni też nosili tytuł chana, ale nikomu nie udało się zbudować imperium.

Mongolscy wojownicy, od dziecka oswojeni z siodłem i łukiem, wyruszyli z rodzinnych pastwisk leżących na północ od pustyni Gobi i skierowawszy się na południe, przekroczyli Mur Chiński, wdzierając się do Chin, innych państw Azji Środkowej oraz Persji. A były to państwa potężne, umiejące się bronić. Rozgorzały zaciekłe walki, lecz Czyngis wszystkich pokonał. Po kilku latach poddało się miasto Pekin, a do 1220 roku w rękach Czyngis-chana była niemal cała Persja. Wreszcie Mongołowie, jak wszyscy zdobywcy ze wschodu, przekroczyli górski półksiężyc i wylali się na wielką, otwartą równinę eurazjatycką.

Każde azjatyckie imperium stawiało sobie za cel przejęcie kontroli nad szlakami handlowymi prowadzącymi na zachód, zapewniało to bowiem duże zyski. Jednak Czyngis-chan nie zamierzał na tym poprzestać – chciał utworzyć państwo obejmujące cały świat. Uważał to nie tylko za swoją misję, ale i obowiązek.

„Tengri, bóg Wielkiego Błękitnego Nieba, przekazał mi władzę nad wszystkimi ludami mieszkającymi w filcowych namiotach” – ogłosił. Wprawdzie odnosiło się to jedynie do ludów koczowniczych, ale on rozszerzył ten nakaz na cały świat. I podobnie jak podbici przez niego chińscy cesarze utrzymywał, że to polecenie z nieba.

Jego celem – o czym historia, nie bez powodu, często zapomina – było zaprowadzenie światowego pokoju. Zasady nowego porządku zawierała Jasa – prawo ustanowione przez Czyngis-chana – której kopia była przechowywana w mongolskiej stolicy w sekretnym miejscu i z dala od ludzkich oczu, jak tablice z dziesięcioma przykazaniami.

„Wszyscy ludzie są sobie równi – głosiła Jasa – i wszyscy, tak jak umieją, mają służyć Wielkiemu Chanowi”. Podobną formułą posługiwano się też w innych imperiach, chociażby w Chinach. „Starcy i biedacy mają być otaczani opieką” – nakazywała Jasa. I rzeczywiście, imperium Czyngis-chana było w pewnym sensie państwem opiekuńczym.

A będąc mądrzejszym niż większość despotów, Czyngis-chan dopuścił wolność religijną. „Możecie wierzyć, w co chcecie – słyszały podbite narody – ale musicie się modlić za Wielkiego Chana”. A wszystko to zawierało się w prostej formule: „Jest jeden bóg na niebie, a na ziemi jeden władca, Wielki Chan”.

W 1227 roku Czyngis-chan zmarł. Wielu wierzyło, że wzleciał wprost do nieba jak sokół, który był symbolem jego klanu. Ale imperium trwało. I przez wiele stuleci kolejni chanowie mieli być wybierani spośród jego licznych potomków z królewskiego rodu.

Imperium, które Czyngis-chan zostawił swoim synom, podzielono na cztery części. W świecie Orientu każdy kierunek miał swój kolor: północ była czarna, południe czerwone, wschód niebieski, a zachód biały. Dla królewskiego centrum zarezerwowany był kolor złoty.

Dlatego potomkowie Czyngis-chana nazywani byli Złotym Rodem.

On sam dał swoim synom jeden rozkaz: powiększania imperium. I pozostawił im w spadku nie srebro i złoto, ale armię.

Na czele ogromnych wojsk, które w 1237 roku wyruszyły na zachód, stał Batu-chan, wnuk Czyngis-chana. Jego prawą ręką był wielki mongolski dowódca Subedej. Rada klanu wielkiego chana postanowiła, że armia, choć należąca do zachodniej części imperium, zostanie wzmocniona oddziałami z pozostałych regionów. Ocenia się, że liczyła blisko sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, głównie Mongołów, ale także Turków z podbitych ziem centralnej Azji.

Armia oraz imperium, którym władała, przeszły do historii jako Złota Orda. Właściwie nazwa ta była skutkiem błędnego odczytania tekstu napisanego kilka wieków później. Rozległych mongolskich ziem na zachodzie nie nazywano złotymi – do zachodu przypisany był kolor biały. A wojska pochodzące z tej białej części, które miały podporządkować sobie Ruś, zwano Wielką Ordą.

Mongołowie byli doskonale poinformowani. Za czasów Czyngis-chana wysyłali ekspedycje aż za Don, jednak Rusini nie mieli pojęcia, kim są ci przybysze. Potem pojawiali się szpiedzy, wiedzę czerpano też z opowieści kupców wędrujących z karawanami. Wieści na stepie rozchodziły się szybko. Władcy potężnego imperium przygotowywali swój plan, podczas gdy Rusini nawet nie wiedzieli o ich istnieniu.

– To nie będzie długa wyprawa – zapewniał Mengu żonę.

Miał rację. Mongolska rada była przekonana, że podbój całego chińskiego imperium może potrwać sześćdziesiąt lat, ale podbój Rusi – zaledwie trzy.

O granicach i charakterze państwa ruskiego zadecydowały jego największe rzeki. Układają się one z grubsza w kształt wielkiej litery R.

Z północy na południe – z zimnych rejonów leżących nad Morzem Bałtyckim aż do szerokiego Dniepru i dalej, przez lasy i południowe stepy, do ciepłych wód Morza Czarnego – ciągnęła się wielka sieć szlaków wodnych. Tworzyła ona pionową nogę wielkiego R, na której leżały takie miasta jak Nowogród na północy, Smoleńsk pośrodku i Kijów tuż na granicy stepu.

Prawą nogę R, ciągnącą się ze środka na południowy wschód aż do wschodniego rogu Morza Czarnego i Tmutarakania, tworzył wielki Don.

 

Pętlę R uformowały dwie rzeki: majestatyczna Wołga na górze, która zaczynała bieg w mrocznych północno-zachodnich lasach, a potem zakręcała na południe, oraz leniwa Oka, wypływająca ze środka R i zakręcająca na północ, by dalej wpaść do Wołgi. Z tego miejsca, leżącego mniej więcej w połowie brzucha R, Wołga znów kierowała się na wschód, płynąc przez bezkresną eurazjatycką równinę.

W tej ogromnej pętli R – na ziemiach, gdzie dominowały lasy i mokradła, od niepamiętnych czasów zamieszkiwanych przez prymitywne ludy fińskie – powoli powstawały miasta: Suzdal w części środkowej, nieco dalej na północ Rostów, a nad Oką Riazań i Murom.

Cztery wielkie rzeki: Dniepr, Wołga, Oka i Don. Ponad tysiąc pięćset kilometrów z zamarzniętej północy do ciepłego Morza Czarnego. Prawie dziewięćset z zachodu na wschód, w poprzek brzucha R. Kształt ruskiego państwa wyznaczały wielkie rzeki.

W stuleciu, które nadeszło po panowaniu Włodzimierza Monomacha, na Rusi zaszła ważna zmiana. Jej władcy coraz bardziej interesowali się terenami położonymi wewnątrz pętli obrysowanej przez Okę i Wołgę. Powstały nowe miasta, między innymi Jarosław i Twer. Monomach osobiście założył potężne miasto w okolicach Suzdalu i nazwał je swoim imieniem – Włodzimierz. W tym samym czasie na południu działo się źle. Połowcy wciąż najeżdżali kraj, a w wyniku nieudanych krucjat, które niemal doprowadziły do zniszczenia Konstantynopola, czarnomorski handel znacznie osłabł, przez co Kijów zaczął powoli tracić swoją świetność.

Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że centrum życia politycznego Rusi przesunęło się na północny wschód, do środka rzecznej pętli. Dumni potomkowie Monomacha woleli tereny zalesione, dokąd nie zapuszczali się połowieccy najeźdźcy. Najstarszy członek królewskiego rodu przyjął tytuł wielkiego księcia włodzimierskiego, a Złoty Kijów, jak sławna kobieta, która mimo upływu lat wciąż jest piękna, stał się jedynie posiadłością, przedmiotem dumy bogatych i potężnych książąt.

Wielcy książęta włodzimierscy rzeczywiście byli potężni. Władali Nowogrodem i mieli w swoich rękach ożywiony handel z hanzeatyckimi miastami, a nawet z dalej położonymi krajami. To do nich przybywały duże karawany wędrujące przez stepy i lasy z Orientu i z ziem Bułgarów nadwołżańskich.

Żeby nadać nowej północnej stolicy także znaczenie religijne, przywieziono z Grecji świętą ikonę Matki Bożej i umieszczono ją w nowej katedrze. Żaden inny święty obraz nie cieszył się na Rusi takim uwielbieniem jak Włodzimierska Ikona Matki Bożej.

Ruskie państwo miało jednak poważną słabość: nie było zjednoczone. I chociaż przy obsadzaniu tronu wielkiego księcia wciąż obowiązywał porządek braterskiej sukcesji, to poszczególne miasta powoli zamieniały się w ośrodki władzy dla różnych gałęzi licznych rodów panujących. Trwały między nimi nieustanne spory. Żadnemu z władców Włodzimierza nie udało się narzucić jedności.

Ruś była rozbita. I Mongołowie o tym wiedzieli.

Rok 1239

Janka obudziła się o świcie. Niebo zaczynało blednąć.

Cichutko zsunęła się z ciepłej półki nad paleniskiem i podeszła do drzwi. Słyszała oddechy rodziców i brata. Nikt się nie poruszył.

Włożyła futra i grube filcowe buty, otworzyła drzwi i wyszła na skrzypiący śnieg.

W półmroku świtu wioska wydawała się szara. Po prawej stronie, w odległości kilku metrów, na śniegu widniała czarna plama. Przyjrzała się jej. Były to jedynie psie odchody zamarznięte nocą na kamień. Powietrze stało nieruchomo, z kurnych chat rozchodził się zapach drzewnego dymu. Janka ruszyła przed siebie.

Nie było żadnego szczególnego powodu, dla którego miałaby pójść o świcie do lasu. Chyba tylko ten, że po bezsennej nocy miała ochotę znaleźć się na otwartej przestrzeni, z dala od wsi. Podążała teraz ścieżką między drzewami.

Miała siedem lat. Była cichą, spokojną dziewczynką o piwnych oczach i płowych włosach. W porównaniu z innymi dziećmi w Rusce mogła się uważać za szczęściarę: rodzina jej matki pochodziła od Szczeka, który w czasach bojara Iwana i wielkiego księcia Monomacha był bartnikiem. W chwili śmierci Szczek był właścicielem wielu barci, a kilka pokoleń później matka Janki mogła się pochwalić bogatym posagiem, w którego skład – oprócz tradycyjnej kądzieli, skrzynki na sól i maselnicy – wchodziło też kilka leśnych uli. Matka, wesoła i dowcipna, odziedziczyła po przodkach gęste ciemne włosy i krępą sylwetkę. Uwielbiała śpiewać. Janka widziała, że czasem rodzice się kłócą, usłyszała nawet, jak matka mówi coś pogardliwie. Mimo to ich dom można było uznać za szczęśliwy.

Słońce miało niedługo wzejść. Pierwsze promienie rozświetliły pojedynczą białą chmurę. Janka szła coraz dalej. Poczuła słaby, ziemisty zapach lisa, który musiał przebiec przez ścieżkę. Rozejrzawszy się, zobaczyła go między drzewami w odległości trzydziestu kroków.

– Dzień dobry, lisie – powiedziała cicho.

Lis oddalił się bezszelestnie, zostawiając na śniegu ślady łap.

Czas wracać. Ale wcale nie miała na to ochoty. Coś przyzywało ją na step. Popatrzę na wschód słońca nad stepem, pomyślała. A potem wrócę do domu.

Ruska była coraz bardziej odcięta od świata. Fort nadal stał, ale powoli niszczał, bo książę nie mieszkał już w Perejasławiu. Rodzina bojara od dawna nie przyjeżdżała do wsi. Wnuk Iwanuszki, także Iwan, ożenił się z Połowczanką, a ich syn, jasnowłosy młodzieniec imieniem Milej, z błękitnymi oczami osadzonymi w twarzy o wydatnych kościach policzkowych, nie interesował się Ruską. Wieśniacy nazywali go Turkiem, chociaż w porównaniu z innymi ruskimi książętami, w których żyłach płynęło siedem ósmych połowieckiej krwi, Turkiem wcale nie był. Rodzina bojara miała też duże posiadłości na północnym wschodzie, nad Oką, a sam bojar mieszkał w Muromie. Od czasu do czasu we wsi pojawiał się jego zarządca i pobierał zyski z barci. Ród zachował też mały kościół, choć przez większość czasu opiekował się nim jedynie stary, na wpół ślepy ksiądz.

Za krótkiego życia Janki Ruska popadła w stan łagodnego letargu – mieszkańcy zbierali plony, podkradali miód z barci, oszukiwali nieobecnego bojara, latem wysiadywali na dworze, wieczorami długo śpiewali na skraju stepu.

Wiedzieli jednak, że za horyzontem czai się niebezpieczeństwo.

Janka nie bardzo je rozumiała. Rok wcześniej na północy miał miejsce duży najazd. Połowcy – albo jacyś inni napastnicy – wyrządzili wiele szkód. A tej jesieni zarządca się nie pojawił. Ludzie zachodzili w głowę, co to może oznaczać. „Ale ty nie musisz się martwić – powtarzał jej ojciec. – Ze mną jesteś bezpieczna”.

Gdy dotarła do skraju lasu, słońce rozjaśniło już horyzont. Wydawało się, że białe śniegi ciągną się bez końca na wschód, a słońce wyłania się zza pochyłości ukrytej w odległych pustkowiach. Janka patrzyła jak zauroczona na wspaniałą złotą kulę, która wznosiła się na błękitnym niebie niczym wszechpotężny władca.

Powietrze było czyste i nieruchome. Nieco na lewo, w odległości półtora kilometra, niewielki pagórek wskazywał miejsce, w którym znajdował się prastary kurhan. Daleko na południu między stepem a lasem ciągnęły się warstwy długich szarych chmur z błyszczącymi złoto brzegami.

Janka wyszła spomiędzy drzew na równinę. I natychmiast ogarnęła ją bezmierna, pusta cisza stepu. Uśmiechając się, dziewczynka wciągnęła do płuc lodowate powietrze. Mogła już wracać do domu.

Ale zanim zdążyła się odwrócić, jej bystry wzrok dostrzegł daleko na horyzoncie maleńką kropkę. Przysłoniła dłonią oczy przed słońcem, nie będąc pewna, czy rzeczywiście coś tam jest. Punkt się nie poruszał. Robił się coraz większy? Po kilku chwilach uznała, że nie. Dziwne, pomyślała. To pewnie drzewa rzucające długi cień.

Ruszyła w drogę powrotną, a słońce, pan błękitnego nieba, przejęło władzę nad porankiem.

Mengu ją obserwował.

Wyjechał z obozu o brzasku i wkrótce dotarł na niewielkie wzniesienie, skąd roztaczał się rozległy widok. W odległości piętnastu kilometrów widział wyraźnie linię drzew, a nawet maleńką postać, która wyłoniła się z lasu.

Janka miała ostry wzrok, ale nie mógł się on równać ze wzrokiem Mengu.

W przejrzystym powietrzu poranka, zanim podniesie się mgła lub kurz, mieszkańcy stepów i pustyń potrafią zobaczyć ludzką postać z odległości piętnastu kilometrów. A wytrawny wojownik dostrzeże rękę człowieka chowającego się za skałą z odległości dziesięciu kilometrów.

Dlatego Mengu swoim sokolim wzrokiem wyraźnie widział dziewczynkę, która wyszła na step, a potem wróciła do lasu.

Uśmiechnął się. Do tej pory wszystko szło im gładko. Miasta na północy – Riazań, Murom, Włodzimierz – poddały się. Armia wielkiego księcia została zniszczona. Żałował jedynie, że wiosenna aura kazała im zawrócić, zanim dotarli do Nowogrodu. Nieszczęsne ruskie grody, mimo wysokich murów, były bez szans. Mongołom, którzy wcześniej oblegali potężnie ufortyfikowane chińskie miasta, wydawały się słabe i bezbronne.

A teraz Mongołowie wrócili zimą, żeby podbić południe Rusi. Także w tym przejawiała się ich mądrość.

Bo powszechne przekonanie, że zima jest dla Rusi ochroną, było błędne. Zima to najodpowiedniejsza pora do ataku na Ruś. Wiosną i jesienią ziemia robi się tam zbyt błotnista, latem trzeba się przeprawiać przez wielkie rzeki. Ale zimą rzeki skuwa lity lód, więc jeśli ktoś dobrze znosi chłody i umie wędrować po śniegu, step stoi przed nim otworem. Surowe zimy nie były Mongołom obce. Wręcz je lubili.

Mengu patrzył w zamyśleniu na odległą linię drzew, gdzie zniknęła dziewczynka. Na razie wyprawa przebiegała pomyślnie, nie miał na co narzekać. Był tylko jeden problem: nadal nie zyskał uznania generała.

Siostra wstawiła się za nim u Batu-chana, ale wieści nie były pocieszające. Gdy Batu-chan dowiedział się o nadziejach Mengu, oznajmił krótko: „Świetnie. Niech się czymś wykaże”.

Dlatego Mengu potrzebował jedynie sprzyjającej okazji, chociażby niewielkiej potyczki, która rozegrałaby się na oczach dowódcy. Z zadumą pokiwał głową. Taka okazja nadejdzie. I to całkiem niedługo.

Przeczesał wzrokiem las. Skoro dziewczynka zawędrowała na skraj stepu, to znaczy, że wioska jest niedaleko.

Dotrą tam przed południem.

Janka obudziła się i jej twarz zbladła z przerażenia.

Byli wszędzie. A ona została sama.

Stanęła przy oknie, drżąc konwulsyjnie na całym ciele. Byli tak blisko, że czuła zapach końskiego potu. Jeźdźcy w grubych futrach, z dużymi łukami zawieszonymi na plecach, niemal ocierali się o okapy dachów. Kilku miało w dłoniach zapalone pochodnie.

Gdzie są wszyscy?

Nie do końca rozbudzona ze snu, spojrzała za siebie. W chacie nie było nikogo. Przez chwilę zbierała myśli.

Przypomniała sobie, że wczesnym przedpołudniem ojciec zaprzągł do sań starą klacz i pojechał w dół zamarzniętej rzeki do sąsiedniej wioski. Czyste poranne niebo zaciągnęło się po paru godzinach. Jeszcze przed odjazdem ojca powoli napłynął z południa wał chmur, rzucając na wszystko brązowawy cień. Zapanował smutny, przytłaczający nastrój. Nic się nie działo, więc matka postanowiła pójść do fortu. Janka została w domu i zasnęła.

Nie usłyszała pierwszych krzyków.

A teraz jawa była gorsza niż najstraszniejszy koszmar. Stukot końskich kopyt na zamarzniętym śniegu odbijał się w izbie głośnym echem.

Janka nie mogła tego wiedzieć, ale wieśniacy uciekli zaledwie kilka minut wcześniej. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Nagle na skraju pola pojawił się jeździec. Potem trzech. A gdy ludzie zaczęli krzyczeć, była ich już cała setka. Tak jakby wszystkie drzewa zamieniły się w jeźdźców i zbliżały się do wsi uzbrojone w łuki i włócznie.

Mongolskie wojsko wtopiło się w lasy i posuwało w pięciu wielkich grupach frontem szerokim na pięć kilometrów. Ruska leżała mniej więcej pośrodku tej linii. A teraz Mongołowie wylewali się na śnieg jak ciemne wody wezbranej rzeki.

Wieśniacy byli tak zaskoczeni, że mogli się jedynie ratować ucieczką. Ktoś uderzył kilka razy w drzwi domu Janki, ale uznawszy, że chata jest pusta, pobiegł dalej. Ludzie uciekali przez zamarzniętą rzekę jak zwierzyna łowna szukająca schronienia. Część skierowała się do fortu, inni pobiegli do cerkwi, jeszcze inni woleli się ukryć w lesie.

Matka Janki spojrzała ku wsi spod bramy fortu, gdy tylko rozległ się pierwszy krzyk. Poczuła ucisk w gardle, a potem serce zaczęło jej bić jak szalone.

Wieśniacy uciekali bezładnie – małe, żałosne postacie biegły po szarawym lodzie. Gdzie jest Janka?

Po chwili dotarło do niej, że nikt z mieszkańców wioski nie zdaje sobie sprawy z ogromu ciągnącej się wzdłuż rzeki linii mongolskich wojsk.

Jeszcze raz spojrzała uważnie na uciekających pobratymców – gdzie jest Janka?

Rzuciła się biegiem w dół stoku, ku rzece i mongolskim jeźdźcom, którzy zdążyli już dotrzeć na przeciwległy brzeg. Nie mogła widzieć, że chwilę później wieśniacy nierozważnie zamknęli za sobą bramy fortu.

 

Mengu aż nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, gdy po zamknięciu bram podjechał do niego dowódca. Był to przysadzisty mężczyzna, gburowaty i małomówny. Podniósł rękę i wskazał biczem drugi brzeg rzeki.

– Zdobyć ten fort – rzucił.

Mengu nareszcie mógł się wykazać. W umyśle przemknął mu obraz siostry. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w otoczeniu wielkiego chana wszystko, nawet pozornie nieistotna zwłoka ma znaczenie. Myślał gorączkowo, oceniając sytuację.

Zatrzymał się jedynie na chwilę, żeby potwierdzić przyjęcie rozkazu, a potem zawrócił konia i wydał dwie krótkie komendy, które zabrzmiały jak warknięcia. Najbliższe oddziały ustawiły się w rozwidloną linię i ruszyły przez rzekę, żeby otoczyć fort i cerkiew.

Mengu przywołał dziesiętnika.

– Jedna maszyna oblężnicza. Katapulta – rozkazał.

Dziesiętnik odjechał po zamarzniętej rzece.

Ciężki sprzęt wojenny przewożono kilkaset metrów dalej na północ, gdzie las był rzadszy.

Mongolskie oblężenia przypominały polowania wielkiego chana. Z okrążonej twierdzy nie było żadnej możliwości ucieczki. Gdy jakieś znaczące miasto zamierzało się długo bronić, Mongołowie wznosili wokół niego drewnianą ścianę, jakby chcieli oznajmić: „Wydaje wam się, że wasze mury was chronią. Patrzcie, zostaliście uwięzieni przez nasze”. A potem powoli, bez pośpiechu, rozprawiali się z obroną twierdzy. Albo zasypywali fosę i budowali ponad murami mosty. Nigdy nie odstępowali. Los oblężonej twierdzy był przesądzony.

Mengu spojrzał na żałośnie mały drewniany fort. Głupcy, zamknęli bramy. Gdyby zostawili je otwarte, napastnikom nawet nie przyszłoby do głowy, żeby spalić warownię.

Co za szczęśliwy zbieg okoliczności! Teraz z łatwością będzie mógł się wykazać.

Najważniejsze, by działać szybko. Dowódca nie byłby zadowolony ze zwłoki w przemarszu.

– Pospiesz się! – krzyknął za dziesiętnikiem, lecz ten był zbyt daleko, by go usłyszeć.

Mengu, zniecierpliwiony, zmarszczył brwi.

Janka się zawahała.

Jeźdźcy wyjechali z wioski. Podpalili dwie chaty, ale resztę zostawili w spokoju. Jakiś rozkaz kazał im ruszyć szybko nad rzekę. Nagle zrobiło się cicho.

Może jej bliscy są gdzieś niedaleko. Może leżą nieżywi. Albo uciekli, zostawiając ją na pastwę losu. Co robić? Bała się jeźdźców, ale jeszcze bardziej ją przerażało, że jest sama.

Wyszła na zewnątrz.

Jeźdźcy byli już nad rzeką. Dotarłszy na skraj wioski, zobaczyła dwie linie jazdy posuwające się kłusem po lodzie. Najwyraźniej zamierzali okrążyć fort. Po lewej stronie, za starym cmentarzem, stał trzystuosobowy oddział piechoty. Żołnierze mieli na sobie osłony z grubej skóry, ich szeregi pobłyskiwały ostrzami długich włóczni. Po prawej kilku jeźdźców czekało obojętnie na brzegu. Tuż przed sobą, na skraju lodu, dostrzegła pojedynczego jeźdźca. To chyba on wydawał rozkazy. Nikt jej nie zauważył.

Nagle zobaczyła jeszcze coś. I miała ochotę krzyknąć z radości.

Pierwszy zauważył ją Kij, jej brat.

On i ojciec wracali właśnie ze swojej wyprawy. Dojeżdżali do ostatniego zakrętu rzeki przed wsią, gdy ojciec zawołał nagle:

– A niech to diabli! Patrz tam! Połowcy!

Kij spojrzał na prawo. Nad brzegiem, pomiędzy drzewami, ujrzał trzech jeźdźców. Po chwili zauważył dziesięciu. Potem pięćdziesięciu. Ojciec szarpnął lejcami. Sanie skręciły gwałtownie.

– Są za nami?

Kij spojrzał do tyłu.

– I to ilu! Przejeżdżają przez rzekę.

Ojciec zaklął.

– A mama i Janka?! – zawołał chłopiec.

Ojciec nie odezwał się i z całej siły uderzył lejcami w zad klaczy. Wzdrygnęła się, szarpnęła gniewnie łbem i popędziła w kierunku zakrętu.

– Boże, spraw, żeby ich tam nie było – mruczał ojciec pod nosem.

Małe sanie śmigały po lodzie. Ojciec i syn wstrzymali oddech. Napastników było bardzo dużo. Kij zaczął się w duchu modlić. Gdy mijali zakręt, wydawało im się, że brzeg jest pusty, ale po chwili dosłownie wpadli na mongolskich wojowników.

Tuż przed nimi linia jeźdźców przeprawiała się kłusem przez zamarzniętą rzekę. Kij nie zauważył matki, ale gdy ojciec skręcił saniami w prawo, żeby szukać ucieczki w lesie, krzyknął:

– Tam jest Janka! Na brzegu! Zobaczyła nas!

Ze zdziwieniem usłyszał, jak ojciec mruczy pod nosem:

– A niech to diabli. Zabiją nas wszystkich przez ciebie.

A potem zobaczył, jak jego siostra biegnie w kierunku Mongołów.

Bo Janka dostrzegła także matkę, która zbliżała się do niej po lodzie pomiędzy dwoma strumieniami jeźdźców. Dziewczynka otworzyła usta, żeby zawołać, ale jak w sennym koszmarze wydała z siebie jedynie cichy szept, którego nikt nie usłyszał. Zrobiła kilka kroków do przodu. Dopiero wtedy matka ją zobaczyła.

Jankę zalała fala ulgi. Była bezpieczna. Bez chwili zastanowienia pobiegła do matki na zamarzniętą rzekę, nie zważając na stojącego pomiędzy nimi mongolskiego jeźdźca.

Mengu patrzył uważnie. Co ta chłopka robi?

Czekał z niecierpliwością na machinę oblężniczą. Za chwilę powinna zająć odpowiednią pozycję. Zerknął na swoich żołnierzy. Pierścień wokół fortu niemal się zamknął. To będzie jego dzień. Świadomie starał się nie patrzeć w kierunku najwyższego dowódcy.

– W ciągu godziny fort będzie nasz – mruknął.

Był podekscytowany, choć jego twarz nie wyrażała emocji. Czuł się jak na obławie podczas królewskiego polowania. Ale dzisiaj obława należała do niego. Przez najbliższą godzinę to on będzie najwyższym wodzem, prawie księciem. Ja im wszystkim pokażę, pomyślał chełpliwie.

Ale kim jest ta chłopka?

Nagle przypomniał sobie opowieść zasłyszaną kilka miesięcy wcześniej. Kiedy Mongołowie podpalali Riazań, jakaś wieśniaczka, zapewne podobna do tej, rzuciła się na młodego oficera. „Uważajcie na ich kobiety” – brzmiało ostrzeżenie. Z irytacją zmarszczył brwi. Kim ona jest, że zakłóca królewskie łowy? Nie pozwoli, by jakaś ruska chłopka zagroziła jego karierze.

Kobieta rzuciła się biegiem, kierując się wprost na niego.

Lekko ścisnął kolanami boki konia. Wierzchowiec ruszył do przodu. Mengu wyciągnął szablę, zamachnął się i zadał jeden cios. Kobieta skuliła się i osunęła na lód.

Odwrócił się i spojrzał wyczekująco tam, gdzie miała się pojawić machina.

– Mamo!

Obrócił się gwałtownie. Nowe zagrożenie? Zareagował odruchowo: podniesiona szabla, spięta twarz, wyszczerzone zęby.

Blada jak śnieg, przerażona dziewczynka uklękła obok kobiety. Z szerokiej rany płynęła krew. Kobieta miała otwarte oczy, patrzyła na dziecko, usiłując coś powiedzieć.

Przez ułamek sekundy Mengu też zapomniał o całym świecie. Widział jedynie twarz matki i jej córki.

– Janka!

Jeszcze jeden okrzyk. W odległości dwustu metrów zobaczył mężczyznę i chłopca w saniach. Wcześniej zasłaniali ich przeprawiający się przez rzekę jeźdźcy.

– Janka!

Wieśniacy stali przy saniach, nie wiedząc, co robić, naprzeciwko kilkuset łuczników, którzy mogliby ich zabić w jednej chwili.

Oczy kobiety zrobiły się szkliste. Odeszła.

Końskie kopyta zastukały na lodzie. Mongolski jeździec pochylił się, jedną ręką chwycił dziewczynkę i popędził w kierunku sań, wzniecając za sobą tuman śniegu. Rzucił dziewczynkę na ziemię. Spojrzał z pogardą na chłopca i jego ojca, a potem gestem dłoni kazał im odjechać.

Po chwili sanie zniknęły wśród drzew.

Mongołowie nie mieli zwyczaju zabijania chłopów na podbitych ziemiach. Wieśniacy uprawiali rolę, płacili podatki i zapewniali rekrutów. Mongołowie zabijali jedynie tych, którzy byli na tyle głupi, by im się przeciwstawić.

Mengu zawrócił. Całe zdarzenie nie trwało nawet minuty, więc przypuszczał, że nikt go nawet nie zauważył.

Wojownicy zajęli już swoje pozycje. Katapulta była coraz bliżej, jej obsługa czekała na rozkazy. Wyrzucił z pamięci przykre zdarzenie. W głębi duszy było mu wstyd, że zabił tę kobietę. A jeśli idzie o dziewczynkę… Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

Skinieniem głowy dał znak, że katapulta może zaczynać.

Mieszkańcy Ruski nigdy nie widzieli takiej machiny. Jej zasada działania była prosta – potężna przeciwwaga na jednym końcu dźwigni pozwalała wyrzucać z drugiego ogromne kamienie. Machina miała niezwykłą moc. Chińscy mechanicy skonstruowali urządzenie, do którego ładowano kamień podnoszony przez czterech ludzi, a potem miotano nim z niszczącą celnością na odległość prawie czterystu metrów.