Wyspa elektryczna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa elektryczna
Wyspa elektryczna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,98  18,38 
Wyspa elektryczna
Wyspa elektryczna
Audiobook
Czyta Paweł Werpachowski
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Edmund Jezierski

Wyspa elektryczna

Saga

Wyspa elektrycznaCopyright © 1925, 2020 Edmund Jezierski i SAGA Egmont Zdjęcie na okładce: Shutterstock Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726427165

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I
ROZCZAROWANIE ŻYCIEM

W porcie antwerpskim ruch panował niebywały. Tysiące wozów, naładowanych towarami lub pustych, przejeżdżało i odjeżdżało, a przy nich kręciły się tysiące ludzi, biegnących, idących spiesznie lub też zajętych wyładowywaniem towarów.

Turkot, krzyk, gwar tworzyły iście piekielny koncert, zdolny ogłuszyć niemal każdego.

Największy ruch jednak panował około olbrzymiego parowca „Królowa Oceanu“.

Para, kłębami waląca się z kominów, ruch marynarzy oraz podróżnych na pokładzie wyraźnie wskazywały, że statek szykuje się do odjazdu i jeszcze tegoż wieczoru wyruszy w dalszą podróż.

A „Królowa Oceanu“, należąca do najszybszych i największych okrętów antwerpskiego towarzystwa żeglugi, istotnie dalekie odbywała podróże. Od samego wypuszczenia z warsztatów, to jest od lat sześciu, krążyła stale między Antwerpją a Rio de Janeiro, przewożąc tam towary i emigrantów.

I teraz wiozła ich widać sporą ilość, gdyż wśród gromad podróżnych, dążących przez pomost na pokład, a następnie niknących pod nim, najwięcej było postaci, przybranych w polskie szare sukmany, o czystym polskim typie twarzy.

Wszyscy ci wychodźcy dążyli do Parany, gdzie, według zapowiedzi agentów emigracyjnych, złoto na drzewach się rodzi, rola daje niebywałe zbiory, i człowiek w ciągu lat paru dochodzi do majątku.

Szli zgięci pod ciężarem niesionych tobołków, a na twarzach wyryty był smutek, jakby żal za porzuconą ziemią ojczystą.

Niejeden odwrócił się, obejrzał poza siebie, spojrzał na ciągnącą się ziemię i ukradkiem łzę z oka otarł.

Lecz nie mógł stać długo. Idący za nim napierali go. Pochylał się więc pod ciężarem swoim i dążył naprzód, aż ginął w czeluściach statku pod pokładem.

Wszystkiemu temu przyglądał się młody jeszcze człowiek, oparty o burtę pokładu. Ubrany elegancko, choć skromnie, zdawał się nie należeć do tej gromady podpokładowych pasażerów.

Łzy błyszczały mu także w błękitnych oczach, gdy patrzał na żal i wyraz tęsknoty nieszczęsnych emigrantów.

Nagle wyprostował się i baczniej przyglądać się zaczął przechodzącemu właśnie mimo niego młodemu człowiekowi, w czyste, choć ubogie ubranie przyodzianemu, z przerzuconą przez ramię torbą podróżną, w czapeczce sportowej na głowie.

Choć różnił się ubiorem od towarzyszy swoich, lecz należeć musiał do ich liczby, jako podróżny trzeciej klasy.

Gdy się zbliżał do stojącego na pokładzie młodzieńca, ten, wyciągając ku niemu ręce, zawołał z radością:

— Wawrzon!

Podróżny przystanął, ze zdumieniem wpatrując się w stojącego przed nim... Po chwili uśmiech wykwitł na twarzy jego i, szybkim krokiem zbliżywszy się do wołającego na niego, porwał go w objęcia, wołając:

— Henryk! Ty tu? skąd? jakim sposobem?

— Jakim sposobem? — zawołał zapytany, uściskami odpowiadając na uściski — a toż, jak widzisz, dążę na tym okręcie do Brazylji. Ale co ciebie pędzi w ten kraj daleki? Co cię skłania do opuszczenia kraju, gdzie, jak słyszałem, miałeś bardzo dobrą posadę? Dlaczego jedziesz z tłumem wychodźców pod pokładem, narażając się na wielkie niewygody, kiedy, zdaje się, mógłbyś jechać wygodniej?

Na to zapytanie Wawrzon uśmiechnął się smutnie i odrzekł:

— Pytasz się dlaczego? Na pytanie to trzebaby długo odpowiadać. Nie miejsce tu i pora na to. Lecz poczekaj, zejdę pod pokład, złożę swe manatki i wrócę do ciebie. Znajdziemy gdzie na pokładzie jakiś kącik zaciszny i, tam przysiadłszy, pogawędzimy trochę.

I wprowadzając w czyn swe słowa, udał się za gromadą innych wychodźców pod pokład.

Nie siedział tam długo. Powrócił wkrótce, i obydwaj z Henrykiem skierowali się w oddaloną stronę pokładu, gdzie rozstawione fotele trzcinowe, ławeczki i stoliczki zdawały się zapraszać do miłego odpoczynku.

Pusto tam było jeszcze. Tylko jeden z foteli zajmowała jakaś dama, niemłoda już, ubrana z przesadną elegancją, z brylantami w uszach, na palcach i na szyi, z miną wyniosłą i pyszną... Koło niej kręciła się młoda murzynka, snać pokojowa, podająca coraz swej pani to wachlarz, to chusteczkę, to flakonik.

Dama owa z pewnem oburzeniem i pogardą spojrzała na dwóch przyjaciół, gdy, przeszedłszy obok niej obojętnie, nie zwracając żadnej uwagi na jej majestat, zasiedli w fotelach przy stoliczku i prowadzili ożywioną rozmowę.

Nie mogąc widocznie znieść ich widoku, przywołała pokojową i coś jej szepnęła do ucha.

Ta skinęła głową na znak, że zrozumiała, czego od niej żąda jej pani, i odeszła.

Nasi przyjaciele tymczasem wypytywali się nawzajem o swoje dzieje.

— A więc opowiedz mi, Wawrzonie, co skłoniło cię do wyjazdu z kraju? Co jest powodem tego? — rzekł Henryk.

— Jak ci wiadomo — zaczął mówić Wawrzon — jestem synem chłopa z Mokrej, ubogiej wioski z pod Sącza. Dzięki pomocy zacnego proboszcza dostałem się do gimnazjum w Tarnowie, które, idąc wciąż naprzód o własnych siłach, ukończyłem jako pierwszy uczeń. Stamtąd dostałem się do uniwersytetu na wydział filologiczny. Pragnąłem zostać nauczycielem, pragnąłem poświęcić się służbie publicznej w tym kierunku, wiedząc dobrze, że od dobrych nauczycieli zależy przyszłość narodu, że lud nasz potrzebuje ich bardzo. Ukończywszy uniwersytet z odznaczeniem, począłem starać się o posadę nauczyciela ludowego. Starania moje przyjęto ze zdumieniem. W wielu głowach pomieścić się nie mogło, ażebym ja, com tak świetnie ukończył uniwersytet, przed którym stała otworem droga do najwyższych godności, co po drabinie biurokratycznej piąć się mogłem coraz wyżej i wyżej, aż do szczytu, czynię zabiegi i starania o to, ażeby osiąść gdzieś w zapadłym kącie, zagrzebać się na wsi na stanowisku nauczyciela ludowego. Tłumaczyli mi to i perswadowali, wreszcie, widząc, że stoję nieugięcie przy swojem, ustąpili i dali mi miejsce nauczyciela w głuchym kącie, w cichej, ubogiej wiosce na Bukowinie.

Z radością przyjąłem tę nominację, szczęśliwy, że właśnie w ten kąt zapadły poniosę kaganiec oświaty, rozbudzę drzemiące umysły, poprowadzę je jasną, świetlaną drogą nauki i kultury.

— I cóż się stało? — zapytał go z zaciekawieniem Henryk.

— Zawiodłem się — ciągnął dalej Wawrzon.

Ale gdy chciał mówić dalej, podszedł do nich jeden ze służących okrętowych, sprowadzony przez czarną pokojówkę owej pysznej damy, i, zwracając się do Wawrzona, rzekł ostrym tonem.

— Proszę iść stąd. Pasażerom z pod pokładu nie wolno zajmować miejsca na pokładzie, przeznaczonym dla pasażerów pierwszej i drugiej klasy.

A widząc, że Wawrzon patrzy na niego pełnym zdumienia wzrokiem, dodał jeszcze ostrzejszym tonem:

— No, marsz pod pokład!

Wawrzon porwał się z miejsca, chciał mu coś odpowiedzieć w pierwszym porywie gniewu, lecz zaraz potem zapanował nad ogarniającem go oburzeniem.

Cóż mu pomoże protest? Narazi go tylko na większe jeszcze obelgi, a może i użycie przemocy. Do tego nie chciał dopuścić za żadną cenę.

Pohamował więc gniew swój i odrzekł spokojnie, z godnością:

— Zaraz idę. Nie wiedziałem, że pokład nie jest przeznaczony dla wszystkich.

I zwracając się do Henryka, dodał:

— Daruj, mój drogi. Porozmawiamy z sobą później, gdy już okręt będzie na morzu.

I skierował się w stronę wejścia pod pokład, gdy Henryk, niemniej oburzony od niego zachowaniem służącego okrętowego, zatrzymał go, mówiąc:

— Zaczekaj, proszę cię — a zwracając się do służącego, dodał:

— Proszę iść i przynieść mi kwit na różnicę między opłatą trzeciej a drugiej klasy.

Wyniosły ton głosu jego podziałał w zdumiewający sposób na służącego. W jednej chwili znikła jego zuchwała mina, zgiął się w niskim ukłonie i, rzekłszy: „W tej chwili, proszę pana“ — znikł z pokładu.

Wybrylantowana pani w towarzystwie czarnej służącej z zaciekawieniem przyglądała się tej scenie, widząc zaś jej zakończenie, z gniewem coś mówić do niej zaczęła.

Murzynka słuchała jej z pokorą, wreszcie znów skierowała się w stronę służącego, który ukazał się od strony kajut kapitana.

Mówiła mu coś, na co on odpowiadał przecząco. Podprowadziła go wreszcie do swojej pani, która znów ze swej strony robiła mu wymówki, na co tenże odpowiadał rozkładaniem rąk oraz kręceniem głową.

Rozgniewało to wreszcie damę, cisnęła piorunujące spojrzenie w stronę obydwóch przyjaciół, w milczeniu obserwujących tę scenę, i, zabrawszy wszystkie swoje manatki, ostentacyjnie wraz z czarną służącą opuściła pokład.

Służący okrętowy podszedł do Wawrzona i Henryka i z niskim ukłonem podał mu kwit.

Henryk sięgnął do kieszeni po portfel i jednocześnie spytał:

— Eh, proszę pana — odrzekł z lekkim uśmiechem służący — to żona jednego z dygnitarzy brazylijskich. Ojciec jej zrobił majątek na handlu niewolnikami, i z tego powodu jest ona bardzo dumna. Żądała odemnie usunięcia obydwóch panów z pokładu, gdyż widok wasz raził ją i drażnił. Żądanie to musiałem zastosować co do pana, gdyż pasażerom z pod pokładu nie wolno wychodzić na górę. Obecnie zaś oburzyła się, gdym kategorycznie odmówił jej żądaniu, twierdząc, że obydwaj panowie, jako pasażerowie drugiej klasy, mają prawo do przebywania na pokładzie.

 

Przez ten czas Henryk wyjął z portfelu pieniądze i uiścił należną dopłatę. Służący przyjął ją z ukłonem i odszedł.

Przyjaciele pozostali sami. Wawrzon wyciągnął rękę do Henryka, mówiąc:

— Dziękuję ci serdecznie. Wybawiłeś mnie z wielkiego kłopotu. Po przybyciu do Rio de Janeiro zwrócę ci tę sumę, gdyż, obawiając się kradzieży, wysłałem swe pieniądze przekazem na bank tamtejszy, zachowując przy sobie drobną tylko kwotę.

— Mój kochany — odrzekł mu poprostu Henryk — uczyniłem to, ażeby nie rozłączać się z tobą, nie myśląc nawet o zwrocie. Lecz zapomnijmy o tej drobnostce. Opowiadaj mi w dalszym ciągu swe dzieje.

— Stanąłem na tem — podjął przerwane tem niespodziewanem zajściem opowiadanie Wawrzon — że zawiodłem się na tem srodze... Przedewszystkiem zamiast przyjaznego i serdecznego przyjęcia spotkałem się wszędzie z wrogiemi wprost wystąpieniami ludu. Sprawcą tego był nauczyciel wioski sąsiedniej, jeszcze uboższej, który liczył na awans po mnie i zawiódł się, i wójt, któremu nie dałem ludu okradać. Wszyscy oni sprzysięgli się przeciwko mnie i tak podburzyli chłopów, że wszędzie, gdzie tylko się zwróciłem, napotykałem na wrogie przyjęcie.

Chciałem walczyć z tą niechęcią, chciałem pokonać ją dobrocią i miłością, lecz okazała się ona silniejszą nade mnie. Przed przemocą siły ustąpić musiałem z zajmowanej posady, którą z triumfem zajął mój przeciwnik, ażeby dalej prowadzić systematycznie swe dzieło ogłupiania chłopów.

Tu, jakby pod nawałą wspomnień Wawrzon opuścił głowę na piersi i zamyślił się. Chwilę trwało milczenie, aż wreszcie począł mówić dalej:

— Wróciłem do Krakowa. Wróciłem rozgoryczony, zniechęcony do świata i do ludzi. Już zamierzałem starać się o posadę w któremkolwiek z gimnazjów, któraby zapewniła mi chleb, oraz ową przez wielu tak upragnioną karjerę, gdy naraz rozeszła się wieść, że w Paranie emigracyjny lud polski ginie dla ojczyzny, że wynarodowienie postępuje tam naprzód olbrzymiemi krokami, że potrzeba tam nauczycieli, którzyby utrwalali polskość, którzyby lud cały od zagłady uchronili. Na pierwszą wieść o tem porzuciłem wszelkie starania i, wiedząc, że służba dla ojczyzny jest pierwszą, zebrałem wszystkie fundusze i oto, jak widzisz, dążę na obczyznę, na służbę. —

— Lecz dlaczego jedziesz trzecią klasą? — zapytał Henryk — kiedy, jak mi mówiłeś, masz środki, przesłane do Rio de Janeiro?...

— Dlaczego? — odrzekł mu Wawrzon — a toż, ażeby poznać ten lud, dla którego chcę pracować, ażeby wyczuć potrzeby jego, ażeby zespolić się z nim pod każdym względem, jadę z tym ludem razem pod pokładem. Tam, do Parany, zajadę już jako swój, nie obcy! Oto dlatego jadę wraz z nimi trzecią klasą.

Henryk ze wzruszeniem uścisnął rękę przyjaciela, jakby dając poznać, że odczuwa i rozumie szlachetne jego intencje.

— Ale ty powiedz mi — rzekł Wawrzon — co ciebie pędzi tam, na krańce świata? Wszakżeż przed tobą droga do szczęścia stała otworem. Jesteś inżynierem...

— Ha cóż! Na wszelkie propozycje moje ofiarowywano mi stanowiska podrzędne, za marnem wynagrodzeniem, bez żadnej możności okazania własnej inicjatywy i wykazania zdolności.

Te bezowocne poszukiwania pracy zniechęciły mnie do tego stopnia, że porzuciłem wszystko i oto, jak widzisz, jadę za Ocean szukać złotego runa. Może tam nareszcie znajdę teren odpowiedni do mojej pracy.

Zamilkł.

Wawrzon uściskał znów rękę przyjaciela, i tak stali długo, wpatrując się w ruch, panujący przy wejściu na statek.

Coraz nowe tłumy wychodźców i podróżnych wyższych klas przybywały na okręt i ginęły w jego czeluściach.

Wreszcie zdjęto pomost, rozległ się przeraźliwy dźwięk syreny, na mostku ukazał się kapitan i rzucił przez tubę rozkaz.

Podchwycono go wnet, a w chwilę potem śruby „Królowej Oceanu“ obracać się poczęły, rozrzucając mirjady kropel wokoło, i potężny parowiec, prując fale, majestatycznie wypłynął z portu, żegnany okrzykami zgromadzonej na brzegu publiczności.

Zmierzch zapadał. Służba okrętowa dała sygnał do obiadu.

Henryk wstał i, ujmując za ramię Wawrzona, skierował się z nim ku sali jadalnej. Lecz ten usunął ramię z uścisku jego i rzekł:

— Daruj, mój kochany, lecz nie pójdę tam z tobą.

— A to dlaczego? — spytał zdziwiony Henryk — wszak masz obecnie bilet drugiej klasy.

— Tak jest, mam go — przytwierdził Wawrzon — jednak korzystać będę z niego tylko dlatego, ażeby spędzać z tobą czas na pokładzie, na miłej pogawędce. Lecz miejsce moje właściwe jest tam, pod pokładem, wśród ludu, któremu pragnę służyć.

I, uścisnąwszy silnie dłoń przyjaciela, szybkiemi krokami skierował się do luki w pokładzie i po chwili znikł w niej.

Henryk postał przez chwilę, popatrzał za nim, aż wreszcie smutny, zadumany skierował się do sali jadalnej, gdzie już wszyscy siedzieli przy stole.

II
TAJEMNICZA KATASTROFA

„Królowa Oceanu“ już szósty dzień była w podróży, prując fale oceanu dziobem swoim, rozbijając je śrubą, za każdym obrotem jej posuwając się naprzód, wciąż naprzód.

Górny pokład parowca pełen był podróżnych, używających na nim przechadzki, lub też zabawiających się rozmową. Każdy starał się, jak mógł, zabić czas, zabić nudy długiej podróży morskiej, jednostajnej, monotonnej.

Bo wszakżeż do zbyt urozmaiconych rzeczy nie można zaliczyć ciągłego, bez przerwy prawie, widoku zielonkawych fal morskich i tych samych, wiecznie jednakowych twarzy współtowarzyszy podróży.

Każdy też zabawiał się, jak mógł... Tworzyły się koła i grupy, zależnie od osobistych sympatji i upodobań.

Nasi przyjaciele przez cały czas prawie nierozłącznie przebywali z sobą, wpatrując się w dal morską, gwarząc o przeszłości, wspominając ją lub też rojąc złote sny o przyszłości, księdze zamkniętej, która czekała ich po przebyciu oceanu.

Z bólem też i z żalem patrzyli, gdy czasami z otworu z pod pokładu ukazywała się wychudła, wynędzniała twarz którego z emigrantów, chciwie patrząc na niebo błękitne, na słonko złociste i tęskny wzrok posyłając hen, w dal, gdzie pozostała wioska rodzinna, kościółek biały, wieńcem lip okolony, i cmentarzyk ubogi, lasem krzyżów poznaczony.

Stał tak nieszczęsny emigrant, napawając się obcym mu widokiem. Niedługo jednak trwała ta uciecha. Wnet jak z pod ziemi pojawiał się wygalowany sługus okrętowy, w ostrych słowach spędzał z pokładu, a nieraz i własnoręcznie spychał w czeluście piekła podpokładowego.

A tam, na dole, panowało istne piekło. W dusznej i ciasnej przestrzeni stłoczono kilkaset istot ludzkich, mężczyzn, kobiet i dzieci... Gwar, krzyk kłótnie, płacz dzieci i kobiet mieszały się z sobą ustawicznie, tworząc iście piekielny koncert. A przytem jeszcze, na domiar wszystkiego, rozpoczęły się choroby, które porywały przedewszystkiem dzieci.

Lazaret okrętowy przepełniony był chorymi, z którymi lekarz z trudnością mógł sobie dać radę, a i morze daninę swą z trupków dziecięcych odbierać poczęło.

Wszystko to głębokim smutkiem przejmowało obydwóch przyjaciół. Wszak dzieje się to na początku podróży, a co będzie później, gdy zbliżać się zaczną do jej kresu?

Siódmego dnia podróży na niebie gromadzić poczęły się chmury. Wśród załogi zapanował ruch, majtkowie poczęli biegać po pokładzie, wykonywując śpiesznie rozkazy kapitana i starszych oficerów.

Słowo:

— „Burza! — lotem strzały przebiegło z ust do ust, budząc w jednych ciekawość, w innych lęk i grozę.

Na parowcu szykowano się do przyjęcia huraganu, który już od rana zapowiadał barometr.

Na niebie kłębiły się chmury, wiatry potężne wiać poczęły, miotając parowcem, jak wątłą skorupką, wreszcie błyskawica przecięła ciemną oponę chmur i rozległ się trzask gromu.

Tchórzliwsi pasażerowie opuścili pokład, szukając w kajutach schronienia przed szalejącemi żywiołami. Na pokładzie pozostała tylko szczupła garstka odważniejszych, których nie zastraszyła szalejąca burza, a którzy przyglądali się rozpasaniu oceanu z zaciekawieniem i zachwytem.

Widok był naprawdę czarujący, pełen potężnej jakiejś grozy, zdolny w najodważniejszem nawet sercu zbudzić lęk i trwogę.

Obydwaj przyjaciele nie zeszli z pokładu, tak jak wielu innych. Stojąc na nim, trzymali się z całej siły poręczy, chłonąc wzrokiem roztaczający się przed nimi widok, upajając się nim.

A tu grom za gromem walił w spienione fale, wznoszące się na parę pięter w górę z głuchym porykiem, groźne, przerażające. Chwilami parowiec cały zdawał się być otoczony ognistym pierścieniem błyskawic i piorunów. Chwilami zdawało się, że nie ujdzie zagładzie, że zmiażdżą go wznoszące się wokoło olbrzymie bałwany.

Lecz nie! Umiejętnie skierowanie steru przecinało wzniesiony grzbiet fali i parowiec wypływał dalej lekki, nieuszkodzony.

Do akompanjamentu trzasku piorunów oraz ryku fal mieszał się co sekunda przeraźliwy ryk syreny, którą dawano sygnały, ostrzegano inne statki, by unikały zetknięcia się, co okazać się mogło zgubnem dla obydwóch stron.

Cały dzień trwała walka zajadła silnego, mocno zbudowanego statku z rozszalałym żywiołem.

Zapadła noc. Ciemności nieprzeniknione otoczyły parowiec, tak że nic absolutnie wokoło widać nie było. Od czasu do czasu tylko zygzakowaty błysk gromu przecinał ciemną oponę chmur, rozjaśniając na mgnienie oka mroki.

Na parowcu zapalono wszystkie światła, i mknął on naprzód, skacząc z grzbietu jednej fali na drugą, przecinając je dziobem, zalewany potokami wody.

Naraz mrok przedarł snop dziwnie jasnych promieni. Oblał walczący z falami parowiec i po chwili znikł.

Henryk, stojący tuż koło Wawrzona na pokładzie, schwycił go za rękę i zdławionym głos sem zawołał:

— Reflektor elektryczny, reflektor o nadzwyczajnej sile światła!

Wawrzon z powątpiewaniem pokiwał głową i odrzekł:

— Reflektor! Skądżeby on się tu wziął? Wszak nigdzie w pobliżu niema wyspy. Chyba, że zabłąkał się w te okolice jaki pancernik wojenny.

Nie dokończył jeszcze Wawrzon zdania tego, gdy znów błysk światła o nadzwyczajnej sile przedarł mroki i padł na parowiec...

Spostrzegła to i załoga statku. Z ust jej wyrwał się okrzyk zdumienia, a jednocześnie kapitan przez tubę rzucił rozkaz sternikowi:

— Skierować się w stronę światła!

Jedno przekręcenie koła sterowego i statek, zwinąwszy się na miejscu, jak koń rasowy, zmienił raptownie bieg swój i pomknął po grzbiecie fal w stronę tajemniczego światła.

Lecz zdziwienie wszystkich spotęgowało się jeszcze stokrotnie, gdy parowiec znalazł się naraz na zupełnie spokojnej, zwierciadlanej powierzchni wody, podczas gdy poza nim szalała burza, piętrzyły się fale, rycząc złowrogo.

Przerażenie zdjęło wszystkich na ten widok, wprost nadprzyrodzony... Sternik odruchowo przekręcił koło sterowe, by zawrócić znów na rozszalałe morze. Lecz napróżno!

„Królowa Oceanu“, jakby porwana prądem jakimś o niebywałej mocy, biegła w prostej linji przed siebie, po gładkiej, jak zwierciadło, powierzchni wody.

Napróżno chciał sternik zawrócić ją z tej tajemniczej drogi. Wszelkie usiłowania nic nie pomagały.

Wrażenie potęgowały jeszcze nieprzeniknione ciemności, panujące wokoło.

Naraz na mknący naprzód, porwany tajemną siłą parowiec padł znów snop owego światła, oślepiając wszystkich stojących na pokładzie.

Gdy wzrok ich oswoił się z tem zjawiskiem, gdy już cośkolwiek rozróżnić przed sobą zdołali, ujrzeli ciemny jakby wąwóz, jakby tunel, w którego stronę mknął statek, jakby pchany ręką niewidzialnego fatum.

Nastały chwile pełnego napięcia nerwów oczekiwania. Co dalej będzie?... co teraz nastąpi?...

A parowiec, w miarę zbliżania się do owego ogniska światła, zwiększał swój bieg, przyspieszał go.

Już teraz mknął z szybkością niebywałą, prując lekko fale, gdy naraz...

Rozległ się głuchy huk i tuż przed samem wejściem do owego tunelu wyrosły olbrzymie, jakby wrota, z żelaza kowane, potężne, groźne, ku którym nieubłaganie mknęła „Królowa Oceanu“.

Henryk schwycił Wawrzona za rękę i pobielałemi z trwogi tajemnej wargami wyszeptał:

— Tam... śmierć... śmierć pewna!...

Nie zdążył wyrzec tych słów, gdy parowiec całym pędem wpadł na owe wrota żelazne!

Rozległ się głuchy trzask, huk, okrzyk bólu i rozpaczy, i dumna „Królowa Oceanu“, rozbita na drzazgi o niespodziewaną zaporę, w przeciągu paru sekund pogrążyła się w odmętach morskich, grzebiąc w nich wszystkich pasażerów.

 

Chwila jeszcze, a błyszczące światło reflektorów oświetliło gładką, spokojną powierzchnię oceanu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?