Precz z kryzysem. Powieść – niestety utopia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Edmund Jezierski

Precz z kryzysem. Powieść – niestety utopia

Saga

Precz z kryzysem. Powieść – niestety utopia

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi. W niniejszej publikacji zachowano również oryginalną pisownię.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1934, 2020 Edmund Jezierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726427110

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WSTĘP.

Genjalny wynalazca, inżynier Andrzej żarycz, były legjonista pierwszej brygady, dorobiwszy się dzięki swoim wynalazkom olbrzymiego majątku w Stanach Zjednoczonych, powrócił do kraju i w zrozumieniu potrzeb Ojczyzny, pożyczył całe swe mienie, w ilości 150 miljonów dolarów, państwu, procenty od tej pożyczki obracając na cele społeczne, na zwalczanie bezrobocia, budowę domów robotniczych, popieranie nauki i sztuki.

Na drodze swej spotyka liczne przeszkody ze strony komunistów, które zwalcza energicznie. W jednej z tych walk zostaje ranną sekretarka jego, córka emigrantów polskich do Ameryki, kochająca go skrycie.

Poznawszy całą głębię jej uczucia, inż. Żarycz, który nie mógł zapomnieć narzeczonej swej, zamordowanej przez bolszewików, żeni się z ową sekretarką i od czasu tego obydwoje wspólnie poświęcają się wielkiemu dziełu, doprowadzenia mas pracujących Polski do dobrobytu.

Dzieje tej ich pracy i wysiłków przedstawia niniejsza powieść, będąca, niestety, utopją.

I.

Podróż poślubna inżyniera Andrzeja żarycza, znanego wynalazcy, filantropa i miljonera, trwała miesiąc, i powróciwszy z niej, zamieszkał wraz z żoną już nie w domku przy fabryce w Szczęśliwicach, lecz w dawnej cichej, może trochę ciasnej, lecz za to otoczonej przecudnym ogrodem willi w Mokotowie.

życie ich zdawało się układać równo, spokojnie, nie zapowiadając żadnych wstrząśnień... Inżynier żarycz zajął się pracą nad nowemi wynalazkami, oraz „trwonieniem pieniędzy“, jak żartobliwie nazywał wydawanie olbrzymich dochodów na budowle i inne cele, a żona jego, Basia, pomagała mu w tej pracy gorliwie, służąc jak dawniej, za sekretarkę, cały ciężar prowadzenia gospodarstwa domowego składając na barki poczciwej, a wiernej Maciejowej.

Tak im dzień uplywał za dniem, a spokój pracy czasami przerywany był odwiedzinami przyjaciół.

Po pewnym jednak czasie inżynier Żarycz zauważył w żonie swej pewną zmianę... Stała się jakby poważniejszą, wpadała często w zamyślenie, i długie, długie nieraz, narady prowadziła z Maciejową.

Błysnęła w sercu inż. Żarycza nadzieja, że powodem tego jest być może tak oczekiwane i upragnione przez obydwoje macierzyństwo, gdy naraz, pewnego, wieczoru, siedząca przy nim i pogrążona w zadumie Basia, podniosła głowę i rzekła:

— Andrzeju, czy mogę ci przerwać?

— Ależ, proszę cię, — odrzekł, odkładając robotę i z zapytaniem w oczach wpatrując się w nią.

— Widzisz, — ciągnęła dalej jakby z wahaniem: — chciałam cię prosić, ażebyś mi dał pieniędzy...

Zaskoczony tem nieoczekiwanem żądaniem inż. Żarycz, spytał krótko:

— Ile?...

— Widzisz, ja potrzebuję dużo pieniędzy i ciągle, dlatego chciałabym, ażebyś mi przeznaczył stale pewną sumę miesięczną do mego uznania.

Dziwnem już wielce wydawało się to zgoła niezwykłe żądanie inż. Żaryczowi, który niczego żonie nie odmawiał, lecz nie uważał za właściwe dopytywać się Basi na co jej mogą być potrzebne te pieniądze, zwłaszcza, że wiedział dobrze, że i tak mu powie, więc odrzekł tylko:

— Jak najchętniej, tylko, proszę cię, określ mi sumę...

Basia zastanowiła się, poczem, jąkając się, rzekła:

— Widzisz, myśmy z Maciejową obliczyły, że dziesięć tysięcy na początek wystarczy...

Inż. Żarycz, nic nie mówiąc, wziął książeczkę czekową, i wypełniwszy czek na dwadzieścia tysięcy, podał jej.

Basia, spojrzawszy na wypisaną sumę, zarumieniła się i wyjąkała:

— To... już... na dwa miesiące...

— Nie, — odrzekł żarycz: — to na jeden miesiąc, i odtąd co miesiąc taką sumę otrzymywać będziesz...

Wzruszona i rozradowana tem Basia zerwała się z miejsca i przypadłszy do niego, całować go zaczęła, tuląc się do niego i mówiąc gorączkowo:

— Jakiś ty dobry... Maciejowa mówiła, że nie odmówisz... Widzisz... ale to jest tajemnica... nie mogę ci nic mówić, ale dowiesz się... dowiesz się tam...

Uśmiechnął się na to żarycz i tuląc ją do siebie, głaskać zaczął jej złotą główkę...

— Ależ zachowaj tą swoją tajemnicę, ptaszyno moja, — rzekł: — wiem i tak, że niedługo mi ją zdradzisz, nie umrę więc do tego czasu z ciekawości.

Uradowana Basia ucałowała go gorąco, poczem pobiegła do Maciejowej, ażeby podzielić się z nią radosną nowiną.

Od tego czasu zauważył inż. Żarycz, że Basia codzień zrana znikała z domu na przeciąg paru godzin, przyczem nigdy nie chciała brać auta, tylko jeździła tramwajami i autobusami. W godzinach popołudniowych odwiedzali ją jacyś tajemniczy interesanci, z którymi prowadziła w swoim pokoju długie, a ożywione rozmowy...

Zmieniła się też znacznie, znikł gdzieś bez śladu dawny jej beztroski, radosny humor, zastąpiony przez smutki i zadumę, zmieniane często przez dziwne jakieś ożywienie.

Zaciekawiało go to bardzo, chciał przeniknąć tą tajemnicę, lecz powstrzymywał się od wszelkich zapytań, wiedząc dobrze, że przyjdzie czas, kiedy Basia wszystko mu wyzna.

Aż wreszcie czas ten nadszedł... Dnia pewnego, gdy zamierzał wyjechać z domu, ażeby udać się do fabryki, do gabinetu jego weszła Basia w skromnej szarej sukience, i patrząc nań z uśmiechem, rzekła:

— Andrzeju, czy mógłbyś mi poświęcić dzisiejsze przedpołudnie?

— Ależ jaknajchętniej... Wszystko zrobię, co sobie życzysz, — odrzekł żarycz, poczem dodał żartobliwie: — widzę z oczu mojej ptaszyny, że zamierzona przez nią eskapada będzie bardzo wesoła...

Lecz naraz rozjaśnioną twarzyczkę Basi powlokła chmura smutku...

— Niestety, — odparła: — nie mogę ci przyrzec wesołości, lecz chcę zdać ci rachunek i sprawozdanie z użycia pieniędzy, jakie mi tak hojnie przeznaczyłeś...

Żarycz podskoczył do telefonu domowego, mówiąc:

— Zaraz każę zajechać Jackowi...

Lecz Basia powstrzymała go.

— Nie, — rzekła: — tam, gdzie chcę cię zaprowadzić, nie jeździ się samochodem, lecz najwyżej tramwajem, lub idzie się piechotą.

— A więc chodźmy, — rzekł żarycz, biorąc kapelusz i laskę.

Wyszli z domu, a doszedłszy do ul. Puławskiej wsiedli do tramwaju... Po jakimś czasie znaleźli się w okolicach Woli, w dzielnicy robotniczej, w dzielnicy największego ubóstwa... Wysiedli i krętemi, brudnemi, pełnemi jakiegoś specyficznego zapachu nędzy ulicami, doszli prawie że do końca miasta, gdzie zatrzymali się wreszcie przed wielkim białym trzypiętrowym domem, o wielkich oknach, otoczonym przez olbrzymi ogród z rozłożystemi drzewami.

Z domu tego i ogrodu, przez otaczający go wysoki parkan, dobiegała dziwna jakaś wrzawa, pełne radości okrzyki i śmiechy dziecięcych głosów, podobne do gwaru ula.

Basia zatrzymała się przed drzwiami, prowadzącemi do domu i nacisnęła guzik dzwonka. Po chwili drzwi się otworzyły i przez obszerny holl, a potem korytarz poprowadziła męża do ogrodu, mile pieszczącego wzrok barwami kwiatów i zielenią drzew i trawników.

Lecz ogród ten przepełniały inne kwiaty, ruchliwe i głośne bardzo, w różnobarwnych ubrankach, o płowych lub czarnych główkach, zajęte bardzo swemi sprawami i zabawami.

Było tam tego drobiazgu mnóstwo, podzielonego na grupki, bawiące się, lub wypoczywające na świeżem powietrzu... Pośrodku ogrodu znajdował się wielki basen cementowy, napełniony wodą, w którym pluskała się radośnie gromada dzieciaków.

Inż. Żarycz stanął w drzwiach korytarza, oczarowany i oszołomiony widokiem, gdy naraz dziatwa spostrzegła Basię...

Jak sygnał trąbki rozległ się donośny okrzyk:

— Nasza pani!... Nasza pani, przyszła!...

I w jednej chwili cała ta rozdokazywana horda rzuciła się ,jak rój barwnych motyli, do roześmianej Basi, otaczając ją zwartem kołem, tłocząc się, popychając, starając się przedostać do niej.

A ona stała pośrodku nich, wysmukła, wiośniana, roześmianemi oczyma wodząc po tej czeredzie, głaszcząc tulące się do niej głowiny.

Próżno kilka młodych wychowawczyń w białych fartuchach starało się uwolnić ją z tej niewoli. Rozwrzeszczona radośnie gromada tłumiła wszystko, aż wreszcie Basia podniosła rękę na znak, że chce mówić. W jednej chwili nieomal zapanowała cisza.

— Dizieci, — rzekła swym melodyjnym głosem: — idźcie się bawić, gdyż ten pan, co przyszedł ze mną, chce widzieć, jak się grzecznie bawicie...

W jednej chwili rozproszyła się cała gromada, wracając do przerwanej zabawy, przy Basi pozostało tylko dwoje, najmniejszych, może dwuletnich, uczepiwszy się jej sukni drobnemi rączkami i wznosząc ku niej ufne błękitne oczęta.

 

Basia nachyliła się, ucałowała obydwoje i rzekła:

— A teraz Andziu i Jasiu idźcie bawić się...

Dzieci odeszły, a Basia zaczęła oprowadzać męża po całym ogrodzie, pokazując mu i przyrządy gimnastyczne, i plac zabaw i werandę na wypadek deszczu z leżakami dla słabszych dzieci, i basen, i góry piasku dla najmłodszych, i wszystko, co się w tym zaczarowanym ogrodzie znajdowało.

Poprowadziła go potem do domu, gdzie pokazała mu wielką salę parterową, służącą w zimie, lub w czasie niepogody do zabaw i za jadalnię, kuchnię i pralnię w suterynach, potem na pierwszem piętrze szereg sal, w których starsze dzieci, oprócz zabaw, uczyły się, wreszcie na drugiem piętrze sale, w których zupełnie bezdomne dzieci znajdowały przytułek...

Wszędzie było jasno, czysto wprost radośnie...

Inż. Żaryczowi cisnął się na usta szereg pytań, lecz Basia wstrzymała je, mówiąc:

— Teraz o nic nie pytaj... teraz patrz i krytykuj... A w domu opowiem ci wszystko...

Nie pytał też o nic, tylko patrzał na tę gromadę rozdokazywanych dzieciaków, i dopiero wtedy spostrzegł cały szereg szczegółów, które zwróciły jego uwagę...

Większość tych dzieciaków chudziutka była i bledziutka, a pomimo ożywienia, z jakiem brały udział w zabawie, z ocząt wielu z nich wyzierała dzikość, połączona z jakimś lękiem dziwnym, jakby obawą, że naraz coś złego na nie spaść może.

Na twarzyczkach tych dzieci, które teraz dopiero słońce złocić i krasić rumieńcem zaczęlo, nędza, straszliwa nędza wyryła swe ślady, lata spędzone w zaduchu, w suterynach lub na poddaszach, piętno swe wycisnęły... Znać było, że długiego jeszcze czasu, a przytem kochającego serca potrzeba, ażby zebrać z twarzyczek te ślady straszliwe, ażeby wyrwać z ich duszyczek wspomnienia tego, co przeżywaly tam, w domach rodzicielskich..

Pozostawiony sam przez Basię, która zajęta była rozmową z wychowawczyniami i otaczającemi ją zwartem kołem dziećmi, miał czas do przyglądania się tym cudnym kwiatom dziecięcym, rzuconym od zarania na bagnisko życia, skazanych wprost na zatratę...

I wtedy dopiero pojął całą wielkość „tajemnicy“ Basi, która je uratować chciała, nauczyć śmiechu, radości, i poczuł już dla niej nietylko miłość wielką, ale i cześć i uwielbienie bez granic.

Asystował jeszcze przy obiedzie dziatwy, posilnym i obfitym, a gdy wracali do domu, nie rzekł nic, tylko ujął rękę Basi i długo a gorąco przytulił ją do ust.

A wieczorem, gdy siedział w gabinecie swoim pogrążony w myślach, wsunęła się Basia i usiadłszy przy nim, rzekła z uśmiechem:....

— Widzisz, to jest właśnie ta tajemnica, na którą potrzebowałam taką masę pieniędzy... A teraz pytaj...

— O cóż mam się pytać, — odrzekł poprostu: — stworzyłaś rzecz wielką, za którą ci tylko wdzięcznym być mogę.

— Musisz jednak wysłuchać wszystkiego, ażebyś wiedział, co mnie skłoniło do tego... Tyś stworzył wielkie rzeczy, dając zarobek bezrobotnym, broniąc ich przed śmiercią głodową, dając zdrowe mieszkania robotnikom, tak że mnie zazdrość zdjęła, że pędząc przy przy tobie życie próżniacze w dostatkach nic, ale to nic robić nie mogę... I oto zaczęłam obserwować w czasie mych wędrówek po mieście, że dola tych, którzy mają pracę, nieraz nie jest lepszą od doli bezrobotnych... Wyzysk tam panuje straszliwy, do tego stopnia, że mimo ciężkiej, nad siły nieraz pracy, nie mają na chleb dla siebie i dzieci... A już najstraszniejszą jest dla dzieci, bezbronnych istot, które nie mając warunków odpowiednich, od urodzenia już skazane były na mękę i śmierć... I oto tym dzieciom postanowiłam dać uśmiech radości, dać choć cząstkę lepszej, jaśniejszej doli... Długo się namyślałam nad tem, co czynić, chciałam poruszyć grono pań, znanych ze swej dobroczynnej działalności, lecz te zaraz chciały tworzyć komitety, urządzać różne reklamowane imprezy, a gdym im zaproponowała, ażeby pracując bez rozgłosu, same zajęły się opieką nad temi dziećmi, wszystkie bogate filantropki odmówiły mi, natomiast znalazłam spory zastęp chętnych z pośród ubogiej inteligencji pracującej, które, same zaznawszy biedy, zgodziły się pracować ze mną... Potrzeba jednak było nato pieniędzy... Wtedy to zwróciłam się do ciebie o pomoc i nie zawiodłam się..

— A dom? — spytał żarycz: — skąd on?

— Jeden ze zbudowanych przez ciebie, a przeznaczonych na szkołę, który miasto, nie mogąc samo zaradzić potrzebom ubogich dzieci, oddało mi w dzierżawę na moją prośbę...

— Lecz urządzenie tego wszystkiego musiało dużo kosztować, jak ci wystarczyło pieniędzy?...

— Nie tak bardzo, zresztą część robót wykonana została na kredyt.

— A więc moja żona robi długi? — ze śmiechem zawołał inż. Żarycz.

— Niestety, — z westchnieniem rzekła Basia: — ale spłacę ją z sumy miesięcznej, przeznaczonej dla mnie...

— Nie, — rzekł z udaną ostrością: — nie mogę się zgodzić, ażeby moja żona miała długi i jeszcze może za nie dostała się do więzienia, i...

— I co? — z niepokojem spytała Basia.

— I spłacę je wszystkie...

— O, jakiś ty dobry, — zawołała Basia, rzucając mu się na szyję: — będę mogła przynajmniej większą ilość dzieci przyjąć... A gdybyś tylko wiedział, ile tam jest tego nieszczęśliwego drobiazgu...

Zamyśliła się, smutek i powaga powlokły jej ruchliwą twarzyczkę, a po chwili spytała głosem jakby dalekim jakimś, jakby nabrzmiałym przez łzy:

— Powiedz mi, tyś taki mądry, dlaczego tak jest na świecie, że jedni mają wszystkiego aż nadmiar, opływają w dostatki, a inni, choć ciężko pracują, głód i nędzę cierpieć muszą... Dlaczego zwłaszcza tak cierpią te biedne nic niewinne dzieci?...

Zaskoczony tem pytaniem inż. Żarycz, który pochłonięty swemi wynalazkami i pracą, nie wiele zajmował się sprawami socjalnemi, nie wiedział zrazu co odpowiedzieć, wreszcie rzekł:

— Widzisz, to już taki ustrój...

— Ustrój!... a więc należy go zmienić!...

— Ba! nad tem już ludzie myślą od tysięcy lat, i nic jakoś wymyślić nie mogą...

— A jednak to musi ulec zmianie! — zawołała rozpłomieniona Basia: — tak dalej trwać nie może, taka straszliwa krzywda tylu wydziedziczonych skończyć się musi... Wierz mi, że na wszystko, co posiadam, patrzę ze wstrętem, gdy pomyślę o tem, że jednak są miljony ludzi, którzy nie mają co do ust włożyć i w co się ubrać...

Inż. żarycz przygarnął ją do siebie i rzekł pełnym powagi i uczucia głosem:

— Buntownico ty moja!... Nad zagadnieniem tem myślało już wielu ludzi uczonych, stworzono wiele doktryn, lecz przy wprowadzaniu w czyn wszystkie one zawiodły...

— Bo ja myślę, — rzekła z zadumą Basia: że do tego nie potrzeba ani wielkiej nauki, ani doktryny, tylko...

— Tylko czego? — spytał zaciekawiony żarycz.

— Serca...

— Tak, masz słuszność, lecz wśród ludzi bardzo znikoma ilość ma serce, i ci, niestety, nic zrobić nie mogą w walce z bezdusznym egoizmem, rządzącym światem.

II.

Po rozmowie z żoną, inż. żarycz długo rozmyślał nad sprawami i zagadnieniami, od których do czasu tego trzymał się dość daleko.

Pochłonięty pracą wynalazczą i kierownictwem wielkich zakładów przemysłowych, niewiele uwagi zwracał na robotników, na ich życie i dolę, uważając ich za część składową a niezbędną maszyny, i nic więcej.

Nie były mu znane dokładnie ścierające się wśród nich prądy polityczne i dążenia socjalne, a wybuchające od czasu do czasu strejki potępiał nie tyle ze względu na ich znaczenie i dążenia ekonomiczne, a jedynie dlatego, że zatrzymywały w biegu maszyny, które chciał ciągle widzieć w ruchu, że zmuszały do bezczynności, której nienawidził.

I choć po powrocie do kraju swój wielomiljonowy majątek ofiarował Polsce, jako pożyczkę, choć olbrzymie dochody obracał na cele, związane ze zmniejszeniem klęski bezrobocia, na budowę domów dla robotników, szkół i t. p., czynił to bynajmniej nie z sentymentu dla robotników, a raczej z poczucia patrjotyzmu, z potrzeby przyjścia z pomocą ojczyźnie, znajdującej się w ciężkiej sytuacji...

Zajęty wcielaniem w czyn wielkich planów swoich, nie zwracał zbytniej uwagi na tak szarego, mizernego człowieka, jak robotnik, nie interesował się ani nim, ani jego dolą wogóle, dbając jedynie o to, ażeby ci, którzy byli zatrudnieni u niego, otrzymywali dobrą zapłatę, a to, ile zarabiali gdzieindziej, nie obchodziło go wcale...

Lecz oto Basia otworzyła mu oczy na sprawy, które go zajęły zarówno dlatego, że ją interesowały, jak i dlatego, że nie mógł nawet przypuścić, ażeby ludzie za ciężką swoją pracę otrzymywali mniej, niż im było potrzeba do egzystencji...

Postanowił zbadać dokładnie tę sprawę, i obmyśleć, w miarę możności, środki zaradzenia temu.

Wiedział dobrze, że sam nie podoła temu zadaniu nad siły jednego człowieka, lecz liczył na to, że dzięki swym wpływom uzyska poparcie rządu i przekona tych, od których to zależało.

A że przywykł zamiary swoje zawsze wprowadzać w czyn natychmiast, zaraz następnego dnia przystąpił do studjowania dzieł, omawiających sprawę i zarobki robotnicze w kraju.

I oto roztoczył się przed nim straszliwy obraz nędzy robotniczej.

Z kart wydawnictw statystycznych, z suchych cyfr, ustawionych szeregami, jak żołnierze wielkiej armji pracowników, w rubrykach, powiało nań takiem tchnieniem bezgranicznej nędzy i niedoli, że aż zimny dreszcz nim wstrząsnął.

Przekonał się z nich, że w Polsce dziesiątki tysięcy robotników otrzymują zarobek, nie wystarczający nawet na kupno koniecznego pożywienia, setki tysięcy zaledwie z trudem wiążą koniec z końcem, głodując często, a zaledwie nieznaczny odsetek otrzymuje tyle, że może żyć dostatnio, nie troszcząc się o nic...

Dowiedział się też z nich, że w niektórych zakładach przemysłowych i kopalniach pensje paru dyrektorów równe są zarobkiem tysięcznej nieraz rzeszy robotniczej...

A gdy przystąpił do czytania dzieł, poświęconych życiu robotniczemu, gdy przeczytał najżywszy z dokumentów ich życia, „Pamiętniki bezrobotnych“, zgroza go przejęła...

Wyjrzała do niego z kart tych nędza tak straszliwa, tak przerażająca, korowodem koszmarnym otoczyły go widma bladych, wychudłych postaci robotniczych, gnieżdżących się w ciasnych, wilgotnych norach po 10 i więcej osób, odżywiających się chlebem i kartoflami, nieraz bez ubrania i bielizny, chorych i chorobę tą przenoszących na otoczenie...

Nie dziw też, że pleniły się wśród nich zło, zepsucie i zbrodnia...

Czytał chciwie te opisy, budzące zgrozę, i oburzał się bezgranicznie...

— Jak ludzie mogą wytrzymać, — mówił do Basi: czytając te straszliwe karty, będące jednem wielkiem oskarżeniem całego społeczeństwa, i nie przystąpić do czynu, ażeby to zło usunąć... Wszak przyszłość narodu wymaga tego, gdyż zdegenerowane pokolenie staje się dla niego balsamem, ciężarem...

— Nie odczuwają tego, — odrzekła mu Basia: gdyż czytają je rozumem, bez udziału serca... A gdyby sercem je czytali, napewno nie dopuściliby do tego...

Impulsywny z natury inż. żarycz zdecydował natychmiast przystąpić do czynu...

Przez dni parę obmyślał plan działania, a zanim tenże skrystalizował się, wyasygnował Basi, którą mianował żartobliwie swoim „ministrem od miłosierdzia“, znaczne sumy na ratowanie chociażby dzieci robotniczych.

Z zapałem zabrała się Basia do znacznie zwiększonej pracy, mając odpowiednie ku temu środki, i zwerbowawszy do pomocy w pracy swej cały zastęp młodzieży z inteligencji pracującej, w niedługim czasie uruchomiła domy dla dzieci w innych dzielnicach robotniczych, podobne do tego, jaki założyła na Woli.

Teraz już dnie całe spędzała poza domem, a wieczorami, rozradowana, choć zmęczona straszliwie, składała mężowi szczegółową relację z tego, co dokonała...

Lecz w czasie tych opowieści nieraz smutek przesłaniał jej twarz... Bo to, co robiła, było tylko kroplą w morzu, drobniutką cząsteczką tego, co było do zrobienia, ratowała bowiem jedynie, i to nie wszystkie jeszcze, dzieci robotnicze Warszawy, a dzieci Łodzi, Zagłębia, śląska i innych miast i dzielnic przemysłowych Polski pozostawały bez ratunku...

Tam nie mogła sięgnąć, gdyż brakło jej środków i sił...

Próbowała poruszyć miejscowe koła filantropijne, lecz te głuche pozostały na jej wezwania, niektóre zaś wręcz odpowiedziały, że troska o dzieci i robotników jest obowiązkiem państwa, które tak znaczne pobiera podatki...

Oburzona, opowiadała o tem mężowi, kończąc:

— Z pracy, potu i krwi tych robotników ciągną olbrzymie zyski na życie zbytkowne, lecz by podzielić się z nimi choć cząstką ich, nie myślą nawet... Sądzą, że zapłaciwszy minimalną składkę na jakiś cel, uczynili i tak dużo, a nie wiedzą, że dobry czyn, że serce stokroć jest ważniejszem od pieniędzy...

 

Inż. żarycz tymczasem, chcąc poznać gruntownie sprawę, zanim przystąpi do działania, potanowił udać się do prezesa rady ministrów, ażeby dowiedzieć się od niego o poglądach rządu na sprawę i porozumieć się co do ewentualnego współdziałania...

Przyjęty natychmiast, przedstawił w słowach krótkich, lecz gorących całokształt sprawy, stawiając jasno i wyraźnie zapytanie, czy rząd nie może nic uczynić dla polepszenia doli robotniczej...

Wysłuchał go z uwagą prezes rady ministrów, poczem odrzekł:

— Sprawa, którą pan przedstawił, stanowi przedmiot głębokiej troski rządu, i wszystkie wysiłki nasze idą w kierunku poprawienia doli pracowniczej... Lecz cóż, wobec zwartej koalicji przemysłowców, wrogo przeciwko temu nastawionych, jesteśmy narazie bezsilni... I tak zacięte walki staczać musimy, ażeby obronić dotychczasowe prawa robotnicze, ażeby nie dopuścić do uszczuplenia ich, a zwłaszcza do zamknięcia fabryk, które by nowe rzesze robotników wyrzuciły na bruk i zwiększyły kadry bezrobotnych... Teraz dopiero będziemy mogli, a to dzięki panu, gdy bezrobocie prawie zniknęło i fabryki zaczęły pracować normalnie, poprzeć wydatnie dążenia robotników co do powiększenia zarobków... Dotychczas, gdy nadmierna podaż robotników powodowała obniżkę zarobków, uczynić tego nie mogliśmy... Zresztą, walka ta jest trudną jeszcze i dlatego, że kapitał, ulokowany w naszym przemyśle, jest przeważnie obcy, a więc drapieżny, chciwy, nie związany żadną więzią ideologiczną z krajem, eksploatujący wszystko bezwzględnie, a postępujący zupełnie jak w kolonjach... Przytem dodać do tego należy i czynnik polityczny, zwłaszcza na Górnym Śląsku, gdzie przemysł, pozostający w rękach niemieckich, tendencyjnie i umyślnie prowadzony jest do upadku, ażeby wyrządzić nam szkodę, a zbogacić wrogie nam Niemcy...

— A kapitał polski? — spytał inż. Żarycz: dlaczego on nie inwestuje w przemyśle?... Przecież powinien być znaczny...

— Kapitał polski, — roześmiał się ironicznie prezes rady ministrów: zaraz panu pokażę, gdzie on inwestuje...

Zadzwonił, a gdy wszedł woźny, rzucił mu rozkaz, a po chwili ukazał się urzędnik, niosący teczkę z papierami.

Gdy urzędnik odszedł, prezes rady ministrów wyjął z teczki arkusz papieru i podając go inżynierowi żaryczowi, rzekł:

— Proszę, niech pan zobaczy, gdzie inwestują się kapitały polskie...

Wziął inż. żarycz ów arkusz do ręki, i ujrzał bardzo długi szereg nazwisk, wśród których niebrakło nazwiska utytułowanych karmazynów, wsławionych nieraz w dziejach... Przy każdem nazwisku stała cyfra, nierzadko miljonowa, a przy niej nazwa banku zagranicznego, w którym ta suma ulokowana była... Ogólna suma stanowiła parę miljardów...

— Oto ma pan wykaz instytucji, — rzekł prezes rady ministrów z goryczą: w których kapitał polski inwestuje... Za te pieniądze, gdyby były ulokowane w kraju, możnaby nietylko wyzwolić przemysł polski od kapitału obcego, ale i całe państwo podnieść do wyżyn dobrobytu... A tak, te pieniądze leżą martwe, na małym procencie lub bezprocentowo, zbogacając jedynie obcych, którzy niemi obracają...

— Ale dlaczego oni to czynią? spytał żarycz.

— Dlaczego?... na to pytanie odpowiedź jest dość łatwa.. Składają się na to dwa czynniki, nader ujemne, któremi ci ludzie przeżarci są nieomal od wieków... Pierwszym jest egoizm, nakazujący im własne dobro stawiać wyżej nad dobro ogólne, egoizm, który niegdyś Polskę do zguby doprowadził, a drugim — brak wiary i zaufania nietylko już w niepodległość, ale i potęgę własnego państwa... I co dziwne, ludzie ci, którzy do zdobycia niepodległości najmniej, albo i wcale ręki nie przyłożyli, którzy zawsze z westchnieniem wspominają o dawnych swoich przywilejach u zaborców, jakie im odebrała Rzeczpospolita, roszcząc jeszcze sobie, z racji swego pochodzenia, pretensje do jakichciś nadzwyczajnych uprawnień, do uznania ich za ludzi lepszej klasy... Obrażeni, że dopiąć tego nie mogą, odwracają się od „niewdzięcznej“, jak mówią, ojczyzny, tworząc rodzaj międzynarodówki, obcej całemu społeczeństwu polskiemu, a związanej wieloma węzłami natomiast z przedstawicielami takich samych sfer zagranicą... W tych uczuciach solidaryzują się oni z inną międzynarodówką, która obca krwią i pochodzeniem Polsce, zarobione w tej Polsce pieniądze również lokuje zagranicą... Pewien wpływ też ma tu i obawa przed przewrotem komunistycznym, któryby, idąc za przykładem Rosji, wywłaszczył ich z tego, co posiadają... ślepi, nie widzą tego, że o ileby przewrót bolszewicki mógł się dokonać w Polsce, to oni sami stanowią dla niego najodpowiedniejsze podłoże, gdyż tylko na nędzy mas może żerować i rozwijać się agitacja bolszewicka... Nie widzą tego również, że Polska, mimo swego sąsiedztwa z Rosją Sowiecką, a może właśnie i skutkiem tego, gdyż przykład tego, co się tam dzieje, działa odstraszająco, będzie może ostatniem z państw, w którem doktryna komunistyczna zwycięży...

— A czy nie można ich zmusić do tego, ażeby pieniądze lokowali w kraju?...

— Niestety, niema nietylko prawa, ale i mocy ku temu, zwłaszcza, że wszelkie środki represyjne, zastosowane względem nich, mogą się stać powodem panicznej, nawet nielegalnej ucieczki kapitałów z kraju, a to wywołałoby taki zamęt, że kraj zostałby doprowadzony do ruiny...

— A czyż stronnictwa polityczne nic w tym kierunku uczynić nie mogą?...

— Stronnictwa polityczne, — z goryczą odrzekł prezes rady ministrów: czy pan obserwował bliżej i dokładniej ich działalność?...: czy pan bezstronnie rozważył ich taktykę?... Toć przecież cała działalność ich, a mówię o stronnictwach opozycyjnych, opiera się jedynie i wyłącznie na negacji, na tem ażeby stawiać jaknajwiększe przeszkody rządowi w jego działalności, nie dlatego, że uważają ją za szkodliwą, ale dla samej zasady, ażeby szerzyć w kraju zamęt, podburzać ludność, najlepsze i najcelowsze poczynania rządu przedstawiać swoich stronników tak, by nastroić ich wrogo przeciwko niemu... Stronnictwa polityczne... zresztą, może pan sądzić, że przemawia przeze mnie rozgoryczenie z powodu ich ustosunkowania się do rządu... Najlepiej będzie, gdy pan sam, poszukując oparcia na nich w zamierzeniach swoich, zetknie się z nimi osobiście, i z prowadzonych z nimi rozmów wyciągnie odpowiednie wnioski... Pozna pan ich programy, i przekona się, czy na nich co budować można...

— Uczynię tak, — odrzekł inż. żarycz: gdyż zanim przystąpię do ostatecznego wcielenia w czyn zamierzeń moich, chciałbym zbadać dokładnie wszystkie drogi, które do tego doprowadzić mogą, a w tym wypadku uważam, że wysłuchanie poglądów wszystkich jest koniecznem... Niech pana to nie dziwi, panie prezesie, lecz zarówno w sprawach socjalnych, jak i w polityce jestem laikiem, nie znam się na tem zupełnie, i uważam, że nadmierna jedynie przezorność i ostrożność mogą mnie uchronić od błędów, które cały mój plan zepsuć mogą...

— Nie dziwię się bynajmniej, — odrzekł prezes rady ministrów: a przeciwnie, uznaję w zupełności, że podobna przezorność może jedynie dać wyniki dodatnie.

— Jeszcze jedno zapytanie, panie prezesie: czy w razie przystąpienia mego do realizacji planu, mogę liczyć na pomoc i poparcie rządu?...

.— W zupełności, — brzmiała odpowiedź, po której jednak nastąpiło zastrzeżenie, rzucone z miłym uśmiechem: o ile, rozumie się, plan ten nie będzie mieć zbyt burzycielskiego charakteru...

— O to może być pan spokojny, gdyż jestem zdania, że wszelkie zmiany należy przeprowadzać jedynie drogą ewolucji, a nie rewolucji...

Pożegnał inż. Żarycz prezesa rady ministrów, i postanowił przystąpić zaraz do czynu, rozpoczynając rozmowy od tych, od których poprawa losu robotniczego w pierwszym rzędzie zależała, od przedstawicieli wielkiego przemysłu...