Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana

Tekst
Autor:E L James
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału:

GREY

Copyright © 2011, 2015 by Fifty Shades Ltd.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: by Sqicedragon and Megan Wilson

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Anna Just, Barbara Meisner, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-533-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

www.facebook.com/50TwarzyGreya

www.piecdziesiattwarzygreya.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

  Dedykacja

  Podziękowania

  Poniedziałek, 9 maja 2011

  Sobota, 14 maja 2011

  Niedziela, 15 maja 2011

  Czwartek, 19 maja 2011

  Piątek, 20 maja 2011

  Sobota, 21 maja 2011

  Niedziela, 22 maja 2011

  Poniedziałek, 23 maja 2011

  Wtorek, 24 maja 2011

  Środa, 25 maja 2011

  Czwartek 26 maja 2011

  Piątek, 27 maja 2011

  Sobota, 28 maja 2011

  Niedziela, 29 maja 2011

  Poniedziałek, 30 maja 2011

  Wtorek, 31 maja 2011

  Środa, 1 czerwca 2011

  Czwartek, 2 czerwca 2011

  Piątek, 3 czerwca 2011

  Sobota, 4 czerwca 2011

  Niedziela, 5 czerwca 2011

  Poniedziałek, 6 czerwca 2011

  Wtorek, 7 czerwca 2011

  Środa, 8 czerwca 2011

  Czwartek 9 czerwca 2011

  Przypisy

Ta książka jest poświęcona tym czytelnikom,

którzy o nią prosili… i prosili…, i prosili…, i prosili.

Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście.

Mój świat kręci się każdego dnia dzięki Wam.

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję:

Anne Messitte za rady, dobry nastrój i wiarę we mnie. Za to, że szczodrze poświęcała czas i dokładała nieskończonych wysiłków, aby wygładzić moją prozę. Pozostanę jej dłużniczką na wieki.

Tony’emu Chirico i Russellowi Perreault za to, że zawsze się o mnie troszczyli. Cudownemu zespołowi literackiemu i opracowania graficznego, który się postarał, by ta książka dotarła do mety: Amy Brosey, Lydii Buechler, Katherine Hourigan, Andy’emu Hughesowi, Claudii Martinez i Megan Wilson.

Niallowi Leonardowi za miłość, wsparcie i porady, jak również za to, że jest jedynym człowiekiem, który potrafi mnie tak naprawdę, naprawdę rozśmieszyć.

Valerie Hoskins, mojej agentce, bez której dalej pracowałabym w telewizji. Dziękuję Ci za wszystko.

Kathleen Blandino, Ruth Clampett, Belindzie Willis; dzięki za przeczytanie wersji roboczej.

Zagubionym Dziewczynom za ich cenną przyjaźń i terapię.

Bunker Babes za dowcip, mądrość, wsparcie i przyjaźń.

Paniom z fanpage’u za pomoc przy amerykanizmach.

Peterowi Branstonowi za pomoc przy TSR1.

Brianowi Brunettiemu za naukę latania śmigłowcem.

Prof. Dawnowi Carusiemu za wytłumaczenie zawiłości systemu szkolnictwa wyższego w USA.

Prof. Chrisowi Collinsowi za naukę gleboznawstwa.

Dr Rainie Sluder za wyjaśnienia dotyczące leczenia uzależnień.

I wreszcie gorąco dziękuję moim dzieciom. Kocham Was tak, że nie umiem wyrazić tego słowami. Dajecie nieopisaną radość mnie i wszystkim dokoła. Jesteście pięknymi, zabawnymi, inteligentnymi, empatycznymi młodymi ludźmi, a ja jestem z Was niebywale dumna.

PONIEDZIAŁEK, 9 MAJA 2011

Mam trzy samochodziki. Ścigają się szybko po podłodze. Bardzo szybko. Jeden jest czerwony. Jeden zielony. Jeden żółty. Lubię zielony. Jest najlepszy. Mamusia też lubi moje samochodziki. Lubię, jak mamusia bawi się ze mną samochodzikami. Jej ulubiony to czerwony. Dzisiaj siedzi na kanapie i patrzy w ścianę. Zielony samochodzik wpada na dywan. Czerwony za nim. Potem żółty. Bęc! Ale mamusia nie widzi. Jeszcze raz – ścigają się i zderzają. Bęc! Ale mamusia nie widzi. Celuję zielonym samochodzikiem między jej nogi. Ale on wjeżdża pod kanapę. Nie mogę go dosięgnąć. Mam za duże ręce, nie mieszczą się w szparze. Mamusia nie widzi. Chcę mój zielony samochodzik. Ale mamusia wciąż siedzi na kanapie i patrzy w ścianę. „Mamusiu, mój samochodzik”. Nie słyszy mnie. „Mamo”. Ciągnę ją za rękę, a ona kładzie się na plecach, i zamyka oczy. „Nie teraz, Małpeczko. Nie teraz”, mówi. Zielony samochodzik zostaje pod kanapą. Widzę go. Ale nie mogę go dosięgnąć. Zielony samochodzik jest włochaty. Pokryty szarym futrem i brudem. Chcę go z powrotem. Ale nie mogę go dosięgnąć. Nie dam rady. Straciłem zielony samochodzik. Straciłem. I nigdy więcej nie będę mógł się nim bawić.

Otwieram oczy i sen rozpływa się w świetle poranka. Co mi się śniło, do diabła? Usiłuję sobie przypomnieć znikające fragmenty obrazów, ale na próżno.

Odpędzam te myśli, prawie każdego ranka tak robię, wstaję z łóżka i idę do garderoby po świeży dres. Ołowiane niebo za oknem zapowiada deszcz, a ja nie mam ochoty przemoknąć dziś podczas przebieżki. Ruszam na górę do sali ćwiczeń, włączam telewizor nastawiony na poranne wiadomości biznesowe i wchodzę na bieżnię.

Moje myśli wypełnia porządek dnia. Same spotkania, chociaż później jestem umówiony w biurze na zajęcia z trenerem osobistym – powalczyć z Bastille’em to czysta przyjemność.

Może powinienem zadzwonić do Eleny?

No, może. Zjedlibyśmy razem kolację pod koniec tygodnia.

Zdyszany zatrzymuję bieżnię i idę pod prysznic rozpocząć kolejny monotonny dzień.

– Jutro – rzucam, odprawiając Claude’a Bastille’a, który właśnie stanął na progu gabinetu.

– W tym tygodniu golf, Grey. – Bastille uśmiecha się arogancko. Wie, że zwycięstwo na polu golfowym ma w kieszeni.

Patrzę na niego spode łba, gdy się odwraca i wychodzi. Jego ostatnie słowa to sól na moje rany, bo choć podczas dzisiejszych ćwiczeń bardzo się starałem, mój trener skopał mi tyłek. Tylko Bastille jest w stanie mnie pokonać, a teraz chce zedrzeć ze mnie jeszcze parę deko tłuszczu na polu golfowym. Nie cierpię golfa, ale tyle interesów się przy nim załatwia, że muszę zdzierżyć te lekcje. Poza tym niechętnie przyznaję, że dzięki grze z Bastille’em faktycznie idzie mi coraz lepiej.

Patrzę za okno na Seattle, dopada mnie tak dobrze znana, choć niemiła mi nuda. Nastrój mam szary i paskudny jak dzisiejsza pogoda. Kolejne dni niczym się od siebie nie różnią, potrzeba mi jakiejś rozrywki. Cały weekend pracowałem, a teraz, w czterech ścianach gabinetu, dopada mnie niepokój, zdenerwowanie. Niedobrze. Po tylu walkach z Bastille’em nie powinienem się tak czuć.

 

Ściągam brwi. Uświadamiam sobie, że niestety, ostatnio zdołała mnie rozruszać jedynie wysyłka dwóch frachtowców z ładunkiem do Sudanu. A właśnie – miała przyjść Ros z obliczeniami, omówić logistykę. Co ją, do cholery, zatrzymało? Sprawdzam rozkład dnia i sięgam po telefon.

Cholerny świat. Muszę ścierpieć upartą pannę Kavanagh z gazetki WSU, Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Do diabła, co mnie napadło, że się zgodziłem? Nie cierpię wywiadów – bezmyślnych pytań z ust niedoinformowanych, zazdrosnych ludzi, którzy chcą grzebać w moim prywatnym życiu. I do tego studentka! Dzwoni telefon.

– Tak? – rzucam ze złością do Andrei, jakby to ona była winna. Przynajmniej mogę się postarać, żeby ten wywiad nie trwał pół dnia.

– Anastasia Steele do pana, panie Grey.

– Steele? Oczekiwałem Katherine Kavanagh.

– Anastasia Steele, proszę pana.

Nie cierpię niespodzianek.

– Wpuść ją.

Proszę, proszę… Panna Kavanagh jest nieosiągalna. Znam jej ojca, Eamona, właściciela Kavanagh Media. Zdarzyło nam się robić interesy, sprawił na mnie wrażenie bystrego i rozsądnego. Tym wywiadem robię mu przysługę – co zamierzałem odbić sobie później, w dogodnym momencie. I muszę przyznać, że byłem trochę ciekaw córki Eamona, chciałem zobaczyć, czy jabłko padło daleko od jabłoni.

Zamieszanie w drzwiach podrywa mnie na nogi, gdy wir długich kasztanowych włosów, bladych kończyn i wysokich brązowych butów dosłownie wpada na łeb, na szyję do gabinetu. Hamując naturalne zniecierpliwienie w obliczu takiej niezdarności, jednym susem dopadam dziewczyny. Wylądowała na czworakach. Łapię ją za szczupłe ramiona i pomagam wstać.

Spojrzenie czystych, zawstydzonych oczu krzyżuje się z moim i zastygam jak porażony piorunem. Mają zupełnie niezwykłą barwę, błękitną, są pełne niewinności i przez jedną straszną chwilę odnoszę wrażenie, że dziewczyna widzi mnie na wskroś. Czuję się… obnażony. Ta myśl wyprowadza mnie z równowagi, więc natychmiast ją odpędzam.

Ma drobną, słodką twarz, teraz oblaną rumieńcem. Niewinna, blada róża. Przez głowę przelatuje mi pytanie, czy cała jej skóra jest taka – bez skazy – i jak wyglądałaby różowa i rozgrzana po wysmaganiu trzcinką.

Niech to szlag.

Powstrzymuję rozbiegane myśli, zaniepokojony ich kierunkiem. Do diabła, co ty wyrabiasz, Grey? Ona jest o wiele za młoda. Wlepia we mnie wzrok – powstrzymuję się od przewrócenia oczami. Tak, tak, mała, pozory mylą. Muszę z twoich oczu przegnać ten zachwyt, ale trochę się przy tym zabawmy!

– Dzień dobry, panno Kavanagh. Jestem Christian Grey. Nic się pani nie stało? Może zechce pani usiąść?

I znów ten rumieniec. Odzyskałem już panowanie nad sobą i teraz lustruję ją wzrokiem. Jest całkiem atrakcyjna – drobna, bez śladu opalenizny, z grzywą ciemnych włosów, ledwo trzymanych w karbach gumką.

Szatynka.

Owszem, bardzo atrakcyjna. Wyciągam rękę, gdy upokorzona duka przeprosiny i podaje mi dłoń. Skórę ma chłodną, delikatną, ale uścisk zaskakująco mocny.

– Panna Kavanagh jest niedysponowana, więc przysłała mnie. Mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza. – Ma spokojny, melodyjny, odrobinę niepewny głos. Co chwilę mruga powiekami, długie rzęsy trzepocą.

Po jej niezbyt eleganckim wejściu nie umiem ukryć rozbawienia, gdy pytam, kim jest.

– Anastasia Steele. Studiuję literaturę angielską z Kate… yyy… Katherine… yyy… panną Kavanagh na Uniwersytecie Stanowym w Vancouver.

Nieśmiały mól książkowy, co? Na to wygląda; marnie ubrana, drobna figurka ukryta pod bezkształtnym swetrem, prostą spódniczką i praktycznymi butami. Ma w ogóle jakieś pojęcie o stylu? Rozgląda się nerwowo po gabinecie – zerka na wszystko, byle nie na mnie, zauważam z rozbawieniem i ironią.

Jak w tym wieku może być dziennikarką? Za grosz stanowczości. Jest zmieszana, pokorna… uległa. Zdezorientowany nieprzyzwoitymi myślami, potrząsam głową i zastanawiam się, czy pierwsze wrażenia są wiarygodne. Mamrocząc jakieś banały, zapraszam ją, by usiadła, i zauważam, że wpadły jej w oko wiszące w gabinecie obrazy. Nim zdążę się ugryźć w język, tłumaczę:

– Miejscowa artystka. Nazywa się Trouton.

– Cudowne. To, co zwyczajne, na nich wydaje się niezwykłe – mówi marzycielsko, zatracona w wyjątkowym, znakomitym artyzmie dzieł Trouton.

Ma delikatny profil – zadarty nosek, miękkie, pełne usta – i dokładnie oddała moje wrażenia. „To, co zwyczajne, na nich wydaje się niezwykłe”. Błyskotliwa uwaga. Panna Steele jest bystra.

Zgadzam się i patrzę zafascynowany, jak jej twarz kolejny raz pokrywa się rumieńcem. Siadając naprzeciwko, usiłuję okiełznać myśli. Z wielkiej torebki wyciąga pogniecione kartki i dyktafon. Jest nieporadna jak dziecko, dwa razy upuszcza cholerny gadżet na mój stolik w stylu Bauhausu. Najwyraźniej nigdy w życiu nie trzymała w ręce dyktafonu, ale z jakiegoś niepojętego powodu wydaje mi się to zabawne. W normalnych okolicznościach jej niezręczność doprowadziłaby mnie do szewskiej pasji, teraz jednak trzymam palec na ustach, skrywając uśmiech, i powstrzymuję chęć, by samemu nastawić sprzęt.

Kiedy się guzdrze i popada w coraz większe zmieszanie, wpada mi do głowy, że moja szpicruta mogłaby dźwignąć jej motorykę na niezły poziom. Dzięki biegle użytej szpicrucie nawet najbardziej płochliwe stworzenia chodzą jak w zegarku. Ta zabłąkana myśl sprawia, że muszę zmienić pozycję w fotelu. Dziewczyna zerka na mnie i zagryza dolną wargę. Pełną wargę.

O kurwa! Jak mogłem nie zauważyć, że ma tak pociągające usta?

– Prze… przepraszam, nie znam się na tym.

Widzę, mała, ale w tej chwili mnie to wali, bo nie mogę oderwać oczu od twoich ust.

– Nikt pani nie pogania, panno Steele. – Znów muszę się skupić i opanować krnąbrne myśli.

Grey… przestań, natychmiast.

– Pozwoli pan, że będę nagrywała odpowiedzi? – pyta z wyrazem oczekiwania na jasnej twarzy.

Chce mi się śmiać.

– Teraz mnie pani pyta, jak już zadała sobie pani tyle trudu, żeby nastawić ten dyktafon?

Mruga powiekami, przez chwilę ma oczy jak spodki, w nich wyraz zagubienia, a mnie dopada, rzadkie w moim przypadku, poczucie winy.

Nie bądź dupkiem, Grey.

– Pozwolę, oczywiście. – Nie chcę mieć na sumieniu tego spojrzenia.

– Czy Kate, to znaczy panna Kavanagh, wyjaśniła, jaki jest cel tego wywiadu?

– Tak, ma się pojawić w numerze gazetki uczelnianej przed rozdaniem dyplomów, ponieważ w tym roku ja będę z tej okazji wygłaszał mowę.

Nie mam pojęcia, co za diabeł mnie podkusił, bym się na to zgodził. Sam z PR-u wbijał mi do głowy, że wydział ochrony środowiska na WSU potrzebuje reklamy, aby ściągnąć dodatkowe fundusze poza moim grantem. Ale Sam sprzedałby własną matkę, byle media miały temat do bicia piany na nasz temat.

Panna Steele znów mruga, jakby usłyszała nowość nad nowościami – i ma przy tym na twarzy wyraz nagany. Nie przygotowała się do wywiadu? A powinna. Ta myśl studzi mi krew. To… niemiłe, nie oczekiwałbym tego ze strony kogoś, kto zajmuje mój czas.

– Świetnie. Mam kilka pytań, panie Grey. – Zatyka za ucho kosmyk, wytrącając mnie z rozdrażnienia.

– Tego się spodziewałem – mówię sucho. Niech się pomęczy. Posłusznie się męczy, a potem prostuje wąskie ramiona. Cała poważna i skupiona. Pochyla się, wciska START i ściągając brwi, patrzy na pogniecione notatki.

– Jest pan bardzo młody jak na kogoś, kto stworzył takie imperium. Czemu zawdzięcza pan swój sukces?

Stać ją na ciekawsze pytanie niż to. Co za nuda. Ani grama oryginalności. Czuję się zawiedziony. Powtarzam stereotypową odpowiedź o wyjątkowych ludziach, którzy dla mnie pracują. Ludziach zaufanych na tyle, na ile w ogóle komuś ufam, i dobrze opłacanych… ple, ple, ple… Ale, panno Steele, fakty są takie, że jestem świetny w tym, co robię. Dla mnie rzecz jest prosta jak budowa cepa. Kupuję podupadające, źle zarządzane firmy i stawiam je na nogi, niektóre zatrzymuję, a jeśli rzeczywiście upadają, przejmuję ich majątek i odprzedaję tym, którzy dadzą najwięcej. Wszystko sprowadza się do doskonałego rozeznania się w sytuacji, a to zawsze zależy od ludzi, którzy podejmują decyzje. Żeby osiągnąć sukces w biznesie, trzeba mieć dobrych pracowników, a ja umiem oceniać ludzi lepiej niż inni.

– Może po prostu ma pan szczęście – sugeruje spokojnie.

Szczęście? Przechodzi mnie dreszcz rozdrażnienia. Jak ona śmie? Wydaje się skromna i cicha, ale co to za pytanie? Nikt nigdy nie zasugerował, że mam szczęście. Ciężka praca, znajdowanie właściwych ludzi, śledzenie ich poczynań, trafna ocena, na co ich stać, i pozbywanie się ich, jeśli się okazuje, że nie spełniają moich wymagań. Tego się trzymam, i to mocno. To nie ma żadnego związku ze szczęściem. Niech to wszyscy diabli. Popisując się erudycją, cytuję Andrew Carnegiego, mojego ulubionego przemysłowca:

– Rozwój ludzi to najważniejszy cel przywódcy.

– Mówi pan tak, jakby miał pan obsesję na punkcie podporządkowania sobie innych – mówi całkiem serio.

Co, u diabła…? Czyżby zdołała mnie przejrzeć?

Kontrolowanie innych to moje drugie imię, skarbie.

Gromię ją wzrokiem, w nadziei, że ją zastraszę.

– Och, jestem biegły w podporządkowywaniu, ćwiczę się w tym nieustannie, panno Steele. – I poćwiczyłbym teraz na tobie.

Dziewczyna znów przygryza wargę, na jej twarz powraca kuszący rumieniec. Kontynuuję, starając się nie myśleć o jej ustach.

– Poza tym jeśli ktoś chce zdobyć wielką władzę, musi sobie wmówić, w najskrytszych marzeniach, że sensem jego istnienia jest sprawowanie kontroli.

– Uważa pan, że ma wielką władzę? – pyta ciepłym, łagodnym tonem, ale jej uniesione delikatne brwi sygnalizują krytykę. Czy świadomie mnie prowokuje? Co mnie wkurza: jej pytania, postawa czy też fakt, że wydaje mi się atrakcyjna? Moje rozdrażnienie rośnie.

– Zatrudniam ponad czterdzieści tysięcy ludzi. To daje mi poczucie odpowiedzialności… poczucie władzy, jeśli pani woli. Gdybym uznał, że nie interesuje mnie już branża telekomunikacyjna i pozbyłbym się firmy, po miesiącu dwadzieścia tysięcy osób miałoby problem ze spłacaniem hipoteki.

Na tę odpowiedź rozchyla szeroko usta. Tak lepiej. Spróbuj to przetrawić. Odzyskuję równowagę ducha.

– Nie rozlicza się pan przed zarządem?

– Jestem właścicielem mojej firmy. Nie muszę się tłumaczyć żadnemu zarządowi. – Powinna to wiedzieć.

– A ma pan jakieś inne zainteresowania poza pracą? – podejmuje pospiesznie, należycie odczytując moją reakcję. Wie, że jestem wkurzony, i z jakiegoś niezgłębionego powodu sprawia mi to przyjemność.

– Mam różnorodne zainteresowania, panno Steele. Niezwykle różnorodne. – Przez głowę przebiegają mi różne wizje, w których jest w moim pokoju zabaw: przypięta do krzyża, na wielkim łożu z baldachimem z rozłożonymi nogami i rękami, z rozstawionymi nogami na ławie chłosty. No i proszę – znów tamten rumieniec. Jak mechanizm obronny.

– Ale skoro pan pracuje tak ciężko, jak się pan relaksuje?

– Relaksuje? – W jej pyskatej buzi to słowo brzmi dziwnie, ale zabawnie. Poza tym kiedy mam czas na relaks? Nie ma pojęcia, czym się zajmuję. Ale znów patrzy na mnie tym naiwnym spojrzeniem i mimowolnie rozważam jej pytanie. Jak ja się relaksuję? Żegluję, latam, rżnę… sprawdzam granice wytrzymałości atrakcyjnych drobnych szatynek takich jak ona i zmuszam je do posłuszeństwa… Na tę myśl znów poruszam się niespokojnie w fotelu, ale odpowiadam gładko, pomijając kilka ulubionych hobby.

– Inwestuje pan w produkcję. Właściwie dlaczego?

– Lubię tworzyć coś od zera. Lubię wiedzieć, jak coś działa, czym jest napędzane, jak to zmontować i rozmontować. I uwielbiam statki. Cóż mogę powiedzieć? – Transportują żywność na naszej planecie.

– Można by uznać, że kieruje się pan sercem, a nie logiką i faktami.

Sercem? Ja? Och, nie, mała.

Moje serce dawno temu rozszarpano na kawałki.

– Niewykluczone. Chociaż wiele osób powiedziałoby, że nie mam serca.

– Dlaczego miałyby tak powiedzieć?

– Bo dobrze mnie znają. – Uśmiecham się do niej kpiąco. Po prawdzie nikt nie zna mnie dobrze, może poza Eleną. Ciekawe, co powiedziałaby na tę pannę Steele. Dziewczyna jest jedną wielką masą sprzeczności; nieśmiała, niezręczna, zdecydowanie bystra i podniecająca jak diabli.

Tak, dobra, przyznaję. Jest pociągająca.

 

Rzuca następne wykute na blachę pytanie.

– Czy pańscy przyjaciele powiedzieliby, że łatwo pana rozgryźć?

– Jestem bardzo skrytą osobą. Dokładam starań, by chronić swoją prywatność. Nie udzielam często wywiadów. – Przy takim życiu, jakie wybrałem, potrzebuję prywatności.

– Czemu się pan zgodził na ten wywiad?

– Ponieważ jestem dobroczyńcą pani uniwersytetu i nie zdołałem zniechęcić panny Kavanagh. Niezłomnie wierci dziurę w brzuchu moim PR-owcom, a ja podziwiam ten rodzaj uporu. – Ale cieszę się, że to ty tu wpad­łaś, nie ona.

– Inwestuje pan również w technologie upraw. Skąd zainteresowanie tą dziedziną?

– Zbyt wielu ludziom na naszej planecie brakuje żywności, panno Steele, a pieniędzmi się ich nie nakarmi. – Patrzę na nią z kamienną twarzą.

– To brzmi jak deklaracja prawdziwego filantropa. Czy taka jest pańska pasja? Nakarmienie ubogich tego świata? – Patrzy na mnie ze zdziwieniem, jakbym był jakąś zagadką, ale nie ma mowy, bym pozwolił jej zajrzeć w głąb mojej czarnej duszy. To nie obszar, o którym można konwersować przy herbatce. Śmiało, Grey.

– To sensowny biznes – odpowiadam pod nosem, udając znudzenie. Aby uwolnić się od wszystkich myśli o głodzie, wyobrażam sobie, że posuwam ją w te usta. Tak, te usta potrzebują ćwiczeń… widzę ją, jak klęczy przede mną. To dopiero ciekawy obrazek.

Recytuje następne pytanie, odrywając mnie od fantazji.

– Wyznaje pan jakąś filozofię? Jeśli tak, to jaką?

– Nie wyznaję żadnej filozofii jako takiej. Może dewizę Carnegiego: „Człowiek, który osiągnął zdolność całkowitego panowania nad swoim umysłem, może zapanować nad wszystkim innym, i ma do tego pełne prawo”. Jestem inny niż wszyscy, z determinacją dążę do celu. Lubię sprawować władzę, mieć kontrolę; nad sobą i nad otoczeniem.

– Więc jest pan owładnięty żądzą posiadania?

Tak, mała. Chciałbym posiadać choćby ciebie. Ściągam brwi, zaskoczony tą myślą.

– Chcę zasłużyć na to posiadanie, ale tak, w gruncie rzeczy do niego się to sprowadza.

– Sprawia pan wrażenie rasowego konsumpcjonisty. – Jej głos jest zabarwiony dezaprobatą i to znów mnie wkurza.

– Bo jestem konsumpcjonistą.

Mówi jak dzieciak z bogatego domu, który zawsze dostawał to, czego chciał, ale przyglądam się uważniej jej ubraniom – z taniego sklepu w rodzaju Old Navy albo H&M – i wiem, że to nieprawda. Nie wychowała się w dostatku.

Mógłbym się tobą dobrze zająć…

Do diabła, skąd mi to wpadło do łba?

Chociaż, jak się nad tym dobrze zastanowić, to potrzebuję nowej uległej. Ile to czasu upłynęło od Susannah? Dwa miesiące? No i proszę, już się ślinię do następnej. Uśmiecham się do niej miło. Konsumpcjonizm to nie grzech – w końcu konsumpcja napędza to, co zostało z amerykańskiej gospodarki.

– Był pan adoptowany. Jak pan sądzi, na ile to pana ukształtowało?

A co ma piernik do wiatraka? Idiotyczne pytanie. Gdybym został z tamtą zaćpaną dziwką, pewnie bym już nie żył. Zbywam ją pierwszą lepszą odpowiedzią, siląc się na spokój w głosie, ale naciska, chce wiedzieć, ile miałem lat, gdy mnie adoptowano.

Zamknij jej ryja, Grey!

– Tego rodzaju informacje są dostępne publicznie, panno Steele – odpowiadam lodowatym głosem.

To też powinna wiedzieć. Teraz sprawia wrażenie skruszonej, gdy układa za uchem niesforny kosmyk. Dobrze.

– Musiał pan poświęcić życie rodzinne dla pracy.

– To nie jest pytanie – rzucam ostro.

Aż podskakuje, wyraźnie zakłopotana, ale stać ją na przeprosiny i przerabia wypowiedź.

– Czy musiał pan poświęcić życie rodzinne dla pracy?

Na co mi rodzina?

– Mam rodzinę. Mam brata, siostrę i kochających rodziców. Nie interesuje mnie dalsze rozszerzanie rodziny.

– Jest pan gejem, panie Grey?

Co, u diabła…?!

Nie mogę uwierzyć, że powiedziała to na głos! Jak na ironię, o to nie spytaliby mnie nawet najbliżsi. Jak ona śmie…? Mam chęć porwać ją z fotela, przełożyć przez kolano, sprać, a potem, związawszy ręce za plecami, zerżnąć na biurku. Miałaby odpowiedź na swoje idiotyczne pytanie. Biorę głęboki, uspokajający oddech. Ku mojemu mściwemu zadowoleniu wydaje się głęboko skrępowana własnym pytaniem. Unoszę brwi, ale zachowuję absolutny spokój w głosie:

– Nie, Anastasio, nie jestem gejem. – Anastasia. Urocze imię. Przyjemnie przetacza mi się po języku.

– Bardzo przepraszam. Tak jest… tu napisane. – Znów morduje kosmyk. Najwyraźnej ma taki tik.

To nie jej wypociny? Pytam ją o to, a ona blednie. Niech to szlag, naprawdę jest atrakcyjna, w taki subtelny sposób.

– Noo… nie. Pytania ułożyła Kate… panna Kavanagh.

– Pracujecie razem w gazetce?

– Nie. Mieszkamy razem.

Nic dziwnego, że jest taka roztrzepana. Drapię się po brodzie, rozważając, czy dać jej naprawdę w kość, czy nie.

– Zgłosiła się pani na ochotnika do przeprowadzenia wywiadu? – pytam i w nagrodę otrzymuję jej pokorne spojrzenie; denerwuje się moją reakcją. Podoba mi się to, jak na nią działam.

– Zostałam oddelegowana. Kate zachorowała – mówi cicho.

– To sporo tłumaczy.

Rozlega się pukanie do drzwi i wchodzi Andrea.

– Panie Grey, przepraszam, że przeszkadzam, ale następne spotkanie ma pan za dwie minuty.

– Jeszcze nie skończyliśmy, Andreo. Odwołaj to spotkanie.

Wytrzeszcza na mnie oczy, zbita z tropu. Patrzę na nią groźnie. Wyjdź! Natychmiast! Jestem zajęty małą panną Steele.

– Oczywiście, panie Grey – mówi, szybko się opanowując. Robi w tył zwrot i wychodzi.

Z powrotem skupiam uwagę na intrygującym, frustrującym stworzeniu na kanapie.

– Na czym stanęliśmy, panno Steele?

– Nie chciałabym panu w niczym przeszkadzać.

Och, nie, maleńka. Teraz moja kolej. Chcę wiedzieć, czy ta urocza buzia kryje jakieś tajemnice.

– Chcę się czegoś dowiedzieć o pani. Żeby było sprawiedliwie. – Gdy się odchylam na oparcie i przykładam palec do ust, zerka na nie i przełyka ślinę. Och, tak, ta sama reakcja co zwykle. To miło, że nie jest całkiem obojętna na moje wdzięki.

– Nie ma tego wiele – mówi, znowu się rumieniąc.

Onieśmielam ją.

– Jakie ma pani plany po dyplomie?

– Jeszcze żadnych, panie Grey. Przede mną ostatnie egzaminy.

– Mamy tu znakomity program dla stażystów.

Co mnie opętało, żeby w ogóle o tym wspominać? To wbrew zasadom, Grey. Nigdy nie posuwaj personelu… Ale przecież nie posuwasz tej dziewczyny.

Wydaje się zaskoczona i znów zagryza wargę. Czemu to takie podniecające?

– Tak? Będę to miała na uwadze – odpowiada. – Chociaż nie jestem pewna, czybym tu pasowała.

– Czemu pani tak mówi? – pytam. Co nie tak z moją firmą?

– To chyba oczywiste, prawda?

– Nie dla mnie. – Jej odpowiedź zbija mnie z tropu. Znów się rumieni, gdy sięga po dyktafon.

Cholera, ona wychodzi. Przebiegam w myślach mój terminarz na popołudnie – nie ma tam niczego, co nie mogłoby zaczekać.

– Chciałaby pani, żebym pokazał pani biuro?

– Na pewno jest pan na to zbyt zajęty, panie Grey, a przede mną długa droga.

– Wraca pani do Vancouver? – Spoglądam przez okno. To daleko jak cholera. I pada. Nie powinna jechać w taką pogodę, ale nie mogę jej zabronić. Ta myśl mnie irytuje. – No to proszę jechać ostrożnie. – Mówię to niezamierzenie surowym tonem. Szamoce się z dyktafonem. Chce wyjść z gabinetu, a ja, o dziwo, chciałbym ją zatrzymać. – Niczego więcej pani nie trzeba? – pytam, wyraźnie starając się ją zatrzymać.

– Tak, proszę pana – odpowiada cicho. Jej słowa, ich brzmienie mnie zaskakują… W ustach takiej bystrej dziewczyny… Przez chwilę wyobrażam sobie te usta na moje zawołanie. – Dziękuję za wywiad, panie Grey.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiadam; szczerze, bo od dawna nikt mnie tak nie zafascynował. Ta myśl budzi mój niepokój. Dziewczyna wstaje, a ja wyciągam rękę, żeby jej dotknąć. – Do następnego spotkania, panno Steele. – Mówię cicho, gdy nasze dłonie się spotykają. Tak, chcę wychłostać i zerżnąć tę dziewczynę w moim pokoju zabaw. Chcę ją mieć związaną i spragnioną… spragnioną mnie, ufną. Przełykam ślinę.

Nie ma mowy, Grey.

– Do widzenia, panie Grey. – Kiwa głową i szybko cofa rękę, zbyt szybko.

Nie mogę pozwolić jej tak zniknąć. Jest oczywiste, że rozpaczliwie pragnie wyjść. To irytujące, ale gdy otwieram drzwi gabinetu, doznaję olśnienia.

– Pilnuję, żeby tym razem pokonała pani próg – żartuję.

Jej usta zaciskają się w wąską linię.

– To bardzo miło z pańskiej strony – rzuca sucho.

Panna Steele bynajmniej nie jest potulna! Uśmiecham się szeroko za jej plecami, gdy wychodzi, i ruszam za nią. Andrea i Olivia wstrząśnięte śledzą nas wzrokiem. Tak, wiem. Ja ją tylko odprowadzam.

– Miała pani płaszcz? – pytam.

– Kurtkę.

Patrzę znacząco na Olivię, a ta natychmiast się rzuca po granatową kurtkę i podaje mi ją ze swoim zwykłym głupawym uśmiechem. Chryste, Olivia potrafi umęczyć – wiecznie robi do mnie maślane oczy.

No tak. Kurtka jest znoszona, tania. Panna Anastasia Steele powinna się lepiej ubierać. Podaję dziewczynie okrycie i gdy wkłada je na szczupłe ramiona, muskam ją u podstawy karku. Zamiera pod tym dotykiem i blednie.

Tak! Działam na nią. Ta świadomość jest niezwykle przyjemna. Idę swobodnym krokiem do windy i nacis­kam guzik, podczas gdy dziewczyna stoi obok, wyraźnie niespokojna.

Och, już ja bym cię uspokoił, mała.

Drzwi się otwierają, dziewczyna wpada do środka i odwraca się twarzą do mnie.

– Anastasio – mówię na pożegnanie.

– Christianie – odpowiada cicho.

Drzwi kabiny windy się zamykają, a dźwięk mojego imienia zawisa w powietrzu między nami – brzmi dziwnie i nieznajomo, ale seksownie jak diabli.

Muszę wiedzieć o niej wszystko.

– Andreo – rzucam ostro, wróciwszy do gabinetu. – Połącz mnie z Welchem, natychmiast.

Siadam za biurkiem i czekam na połączenie. Spoglądam na obrazy i przypominają mi się słowa panny Steele. „To, co zwyczajne, na nich wydaje się niezwykłe”. Tak bez dwóch zdań mogłaby powiedzieć o sobie.

Telefon dzwoni.

– Pan Welch na linii.

– Połącz.

– Proszę bardzo.

– Welch, musisz mi przygotować raport na temat pewnej osoby.