Wojenna miłośćTekst

Autor:Doug Gold
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojenna miłość
Wojenna miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Wojenna miłość
Wojenna miłość
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

BRUCE, STALAG XVIIID,

15 LUTEGO 1942

Po powrocie do baraku Bruce i Frank przyjrzeli się liścikowi, napisanemu odręczne, ciasnymi, pochylonymi w lewo literami.

– Co to za język? – spytał Frank.

– Szwabski – odparł Bruce, wpatrując się w karteczkę oczami krótkowidza.

– Ach. Taffy szwargocze po ichniemu. Można by go spytać.

– Tylko dlaczego niemiecki? – dziwił się Bruce. – Przecież tu się mówi po słoweńsku. Może to jakaś pułapka?

Poszli poszukać Taffy’ego, sympatycznego Walijczyka, który znalazł się tutaj kilka miesięcy wcześniej.

– To po szwabsku – wyjaśnił Bruce. – Ale zastanawiam się, czemu nie po słoweńsku.

– To akurat nic dziwnego – powiedział Taffy. – Gadałem z jednym z nich, tam, o. – Machnął ręką w kierunku oddzielnej części obozu, gdzie trzymano słoweńskich więźniów, wraz z Rosjanami, Polakami i innymi nie-Anglikami, czy ludźmi z krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. – Okazuje się, że ta część świata była poprzednio austriacka. Granica Austrii jest raptem kilka mil stąd. Oni wszyscy mówią po niemiecku. Pewnie uznała, że jeśli będzie po słoweńsku, to nic z tego nie zrozumiecie.

– No i tutaj miała rację – przyznał Bruce. – Więc co tu jest napisane?

– Proszę o pomoc – przeczytał Taffy. – Szukam mojego brata, Leopolda Lobnika, znanego także jako „Polde”, z Limbuš, który zaginął dwa tygodnie temu. Czy moglibyście się dowiedzieć, czy nie jest więźniem w tym obozie? Wrócę w następną niedzielę o tej samej porze.

– I to wszystko?

– No wszystko – potwierdził Taffy.

– Okantowała cię – ponownie powiedział Frank.


Część obozu dla jeńców ze Wschodu była koszmarna. Jeśli Polde tam był, to Bruce go żałował. Strażnicy nienawidzili wschodnioeuropejskich więźniów i traktowali ich z otwartą pogardą. Ich jedzenie – ta odrobina, którą dostawali – nie nadawało się nawet dla świń, a porwane ubrania wisiały luźno na wychudzonych ciałach, jak wystrzępione i ponure szmaty trzepoczące wokół strachów na wróble. W porównaniu z tym jeńcy anglojęzyczni mieli luksusowe życie. Każda próba zaprzyjaźnienia się czy rozmowy ze Słowianami szybko była ucinana, zwykle ciosem kolby, uderzeniem pałki albo niebezpiecznie bliskim strzałem ostrzegawczym. Dla Słowian kara była jeszcze gorsza.

Tym niemniej Bruce, gdy miał pewność, że nikt go nie obserwuje, podszedł do płotu Obozu Wschodniego, zwrócił na siebie uwagę wymizerowanego więźnia po tamtej stronie i wypowiedział przećwiczone zdanie po rosyjsku.

– Ty gawarisz pa-anglijskij?

To było najlepsze, co usłyszał, gdy pytał, czy ktokolwiek wie, jak powiedzieć po słoweńsku „Mówisz po angielsku?”. Obozowi lingwiści zapewnili go, że języki słowiańskie są do siebie bardzo zbliżone i że Słoweńcy zrozumieją rosyjski.

Pierwszy więzień spuścił wzrok i człapiącym krokiem odsunął się od ogrodzenia, podobnie jak dwaj inni. Nikt nie chciał spojrzeć mu w oczy. Powtórzył wyuczone zdanie raz, dwa razy, trzy. Udało mu się uzyskać tylko puste, tępe spojrzenia i pojedynczy gest zaprzeczenia.

Już miał dać sobie spokój, gdy przez tłumek po tamtej stronie przepchnęła się szkieletowata postać. Mężczyzna miał poszarpaną, niechlujnie zszytą ranę, sięgającą od czoła po żuchwę, i nienaturalnie wykrzywiony nos.

– Ja trochę mówić angielski – powiedział, zbliżając się do ogrodzenia.

Bruce otworzył usta, gdy za jego plecami rozległ się strzał. Odwrócił się na pięcie, wepchnął ręce w kieszenie i zaczął się oddalać od płotu, ale na jego ramieniu wylądowała dłoń, która osadziła go w miejscu. Już miał się odwinąć, gdy dostał w nos czymś drewnianym – rękojeścią kilofa, pomyślał. Upadł na kolana, ale podniósł się tak szybko, jak tylko był w stanie, cofając się chwiejnie z rękami przed sobą, by osłonić się przed kolejnymi ciosami. Skończyło się na jednym, ale gdy odchodził pospiesznie, słyszał za sobą wściekły potok niemieckich przekleństw. Od strony Obozu Wschodniego rozległy się kolejne krzyki. Bruce wzdrygnął się na myśl, co mogło spotkać tego mężczyznę, z którym rozmawiał. Przycisnął dłonie do nosa, próbując powstrzymać krwawienie, i tak jak tysiące razy, odkąd znalazł się w tym obozie, przeklął Niemców.


W ciągu następnych dwóch dni Bruce korzystał z każdej okazji, by podkraść się do płotu Obozu Wschodniego. Trzeciego dnia znowu zobaczył tamtego człowieka z blizną. Gdy obaj się upewnili, że nie widać żadnego strażnika, podeszli do ogrodzenia.

– Bruce – powiedział Bruce, kładąc rękę na drutach.

– Brusz – powtórzył tamten, opierając dłoń na drutach z drugiej strony. – Krystian – powiedział, wskazując na swoją pierś, choć mówił tak cicho i z tak ciężkim akcentem, że to równie dobrze mógł być „Kristof”.

– Wiesz, czy jest u was Leopold albo Polde Lobnik? – powiedział powoli.

– Czego chcesz, Brusz? – powtórzył Słoweniec, który wyraźnie nie zrozumiał pytania.

– Polde Lobnik – powtórzył Bruce, starannie artykułując słowa, żeby mieć pewność, że wypowiada je poprawnie.

– Pula Lobec?

– Nie. Polde Lobnik – powtórzył Bruce, zaznaczając „d” i „n”.

– Ach, Lobnik – odpowiedział Słoweniec. – Ja rozejrzeć – powiedział i odszedł.

Trzy dni później, w sobotę, dzień przed tym, jak dziewczyna obiecała wrócić, Bruce zauważył Słoweńca przy ogrodzeniu i zbliżył się chyłkiem. Trudno mu było dokładnie zrozumieć, co mówi Krystian (czy Kristof), ale wyłapał, że kilku Słoweńców internowanych w tym obozie znało Polde Lobnika. Nikt jednak nie wiedział, gdzie był ani co się z nim działo.

– Spasiba – powiedział. Słoweniec skinął głową i obaj z Bruce’em wmieszali się między swoich ludzi.


Niedziela zastała Bruce’a na powolnym spacerowaniu wzdłuż ogrodzenia. Udawał głęboko zatopionego w myślach, faktycznie jednak skanował przestrzeń za płotem. Był gładko ogolony, włosy miał starannie uczesane, a przetarty i mocno już znoszony mundur tak schludny, jak to było możliwe. Nie przypominał zbytnio tego nieszczęśnika, którym był, gdy ta mała Lobnik zobaczyła go po raz pierwszy.

Na miejsce spotkania przyszedł wcześnie, by nie ryzykować, że się miną. Pohamował chęć nerwowego wałęsania się, starając się w miarę możliwości robić to, co zwykle w niedzielę, nie spuszczając przy tym z oka wiadomego punktu ogrodzenia i pola za nim. Wskazana godzina nastała i minęła. Bruce jednak spacerował dalej, nie chcąc porzucić nadziei. Gdy uśmiechnęło się do niego szczęście i spomiędzy odległych drzew ktoś się wreszcie wyłonił – młoda kobieta, wylękniona jak łania – był już dość daleko od płotu.

Bruce przystanął, zapalił papierosa i ruszył spacerem w innym kierunku, w stronę ogrodzenia. Dziewczyna – była o wiele za daleko, by mógł rozpoznać, czy to ta sama, czy nie – zrobiła kilka pełnych wahania kroków w stronę obozu. Stanęła tam, jakby nie mogąc się zdecydować, czy podejść. Bruce z trudem się powstrzymał, żeby nie zacząć do niej machać ani nie podbiec do granicy. Skupił się na niemrawym przestawianiu stóp, jakby zupełnie się nie spieszył, i udawał, że patrzy na wszystko, tylko nie na tę dziewczynę.

Coś ją spłoszyło. Odwróciła się i na wpół weszła, na wpół wbiegła między drzewa. Zniknęła – tak po prostu.

Kącikiem oka Bruce dostrzegł strażnika pałętającego się po terenie. Nie sprawiał wrażenia, jakby zauważył dziewczynę. Ale nawet gdy strażnik zniknął z pola widzenia, a Bruce po raz kolejny minął miejsce spotkania, dziewczyna już się nie pojawiła.

Bruce był rozczarowany. To byłby za duży zbieg okoliczności, gdyby w wyznaczonym dniu i czasie do ogrodzenia podeszła inna dziewczyna. Ale jakiś instynkt podpowiadał mu, że to nie była ona. Tej dziewczynie brakowało chyba odwagi, która siostrze Poldego Lobnika kazała podejść do obozu. Może kogoś przysłała?

Przez następnych kilka dni zastanawiał się, czy tamta młoda kobieta go widziała i rozumiała, że próbował się z nią spotkać. Uznał, że z miejsca, w którym stała, raczej nie była w stanie go zobaczyć. Nawet jeśli była to ta sama dziewczyna, nie widziałaby go na tyle wyraźnie, żeby mieć pewność, że to on – zwłaszcza że podjął wysiłek doprowadzenia się do porządku. Zastanawiał się, czy odważy się na kolejną próbę. Postanowił, że zaczeka i przekona się, czy pojawi się o tej samej porze w kolejną niedzielę.

Tymczasem, głównie po to, żeby zająć czymś sobie czas, którego miał aż nadto, zaczął myśleć o tym, czy dałoby się jej przesłać wiadomość. Mógłby przekupić strażnika; wielu z nich zrobiłoby wszystko za tabliczkę czekolady czy paczkę szlugów. Uznał to jednak za zbyt ryzykowne. Bruce miał świadomość, że gdyby korespondencja została przechwycona albo strażnik zdecydował się odstąpić od umowy, to naraziłby na niebezpieczeństwo ze strony niemieckich władz nie tylko siebie, ale także tę dziewczynę i wszystkich, którzy nosili jej nazwisko. A gdyby nawet strażnik jakimś cudem bez czytania dostarczył wiadomość rodzinie Lobników, to nieoczekiwane pojawienie się pod ich drzwiami niemieckiego żołnierza ściągnęłoby na nich podejrzenia miejscowych. Bruce słyszał pogłoski o tym, jak bezwzględnie partyzanci rozprawiali się z kolaborantami.

Tak czy inaczej, uznał, nie może prosić żadnego szwaba o przekazanie wiadomości.

 

Jedyną realną możliwością byli rzemieślnicy, którzy regularnie pojawiali się w obozie, by dokonywać różnych napraw. Elektrycy, budowniczowie, hydraulicy – nawet szambiarze, którzy co noc czyścili wychodki i wywozili gówno – wszyscy oni regularnie bywali w Stalagu XVIIID. Któryś z nich mógł znać Lobników. Albo przynajmniej wiedzieć, w jaki sposób przekazać im wiadomość. Jednak nie było żadnego sposobu, by określić, wobec kogo są lojalni. Bruce zakładał, że w naturalny sposób wszyscy oni nienawidzą niemieckiej okupacji, ale czy mógł to wiedzieć na pewno? Administracja więzienna wyraźnie im ufała i mimo wszystko mogło się okazać, że sympatyzują z nazistami.

Kolejna niedziela nastała i minęła, a Bruce wpatrywał się w pole za ogrodzeniem. Dziewczyna się nie pojawiła. Zaczął się przyglądać robotnikom i skupił na pewnym hydrauliku w zasadzie tylko dlatego, że miał przyjazną twarz.

Gdy Bruce znalazł okazję, by podejść do hydraulika, stojąc bokiem do niego, wymamrotał swoje jedyne rosyjskie zdanie.

– Ty gawarisz pa-anglijskij?

– Ne govorim angleško – mężczyzna wzruszył ramionami.

– Deutsche? – spróbował Bruce.

Pauza.

– Ja – dobiegła go ostrożna odpowiedź.

Bruce zrobił gest „zaczekaj” i pognał, żeby znaleźć Taffy’ego, zanim hydraulik skończy swoją pracę i odejdzie.

Za pośrednictwem Taffy’ego Bruce mógł się porozumieć z tym Słoweńcem. Tak, powiedział robotnik, znał rodzinę Lobników z Limbuš. Dlaczego Bruce pyta?

Mimo bariery językowej Bruce wyczuwał jego niechęć. Otwarta, przyjazna twarz, która skłoniła Bruce’a, żeby z nim porozmawiać, zniknęła pod nieufną maską.

– Powiedz mu, że siostra Poldego Lobnika przekazała mi liścik z prośbą, bym się dowiedział, czy Polde tu jest. Mam dla niej odpowiedź. Chciałbym, żeby jej przekazał kilka zdań.

Taffy przetłumaczył. Mężczyzna przerwał pracę i obrzucił Bruce’a podejrzliwym spojrzeniem. Bruce prawie widział, jak kalkuluje, czy to możliwe, by ten jeniec był niemiecką wtyczką i próbuje zdobyć jakieś informacje, które mógłby przehandlować z władzami obozowymi za cenne przywileje.

Hydraulik wrócił do swojego zadania i wreszcie lekko skinął głową. Bruce ukradkiem wsunął do kieszeni jego okrycia, leżącego obok na ziemi, napisany przez siebie liścik. Odeszli z Taffym niespiesznym krokiem. Wkrótce potem mężczyzna spakował swoje narzędzia i nałożył płaszcz, po czym odszedł.

Przez pierwszych kilka dni Bruce podświadomie czekał na dźwięk kroków stóp w wojskowych buciorach zbliżających się do jego drzwi, przez które wejdą żołnierze, żeby go zawlec do jakiegoś zbira, który z okrutnym uśmiechem pomacha mu nakazem aresztowania. Ale strach znikał, za to rosły oczekiwania.

W niedzielę od dziewiątej trzydzieści rano czekał już przy ogrodzeniu. Przez całe dwie godziny chodził w tę i z powrotem, uważnie wypatrując jakiegoś ruchu na skraju lasu. Nie dopatrzył się żadnego. Nawet gdy uznał, że dosyć już czekał i ruszył z powrotem, nie mógł się powstrzymać od spoglądania przez ramię. Ale nikogo tam nie było.

Spójrz prawdzie w oczy, powiedział sobie. Więcej jej nie zobaczysz.

ROZDZIAŁ CZWARTY

BRUCE & JOSEFINE,

WELLINGTON I MARIBOR

Bruce Gordon Murray urodził się 3 marca 1916 roku i mieszkał w Wellington, stolicy Nowej Zelandii. W 1939, w roku wypowiedzenia wojny, Bruce – dla rodziny „Boy” – miał dwadzieścia trzy lata. Miał czworo rodzeństwa: Alana, Betty, Jo i Norma. Wzrostu pięć stóp i siedem cali, diabelnie przystojny (a przynajmniej tak mówiły dziewczęta), był drobnej budowy, ale z wyrazistym nosem, wysokim czołem i zawadiackim uśmiechem. Był bardzo dumny z tego, jak wygląda. Ciemne, falujące włosy nosił przycięte z boków i z tyłu, żaden kosmyk nie ważył się opuścić swojego miejsca, zwykle wkładał sportowe spodnie z kantami jak ostrze noża i buty wyglansowane na lustrzany połysk.

Rodzice Bruce’a nie zaliczali się do majętnych – mogliby się zaliczać, gdyby ojciec Bruce’a nie przegrał w karty rozległej rodzinnej farmy w Northland – ale żyli wygodnie. Pod koniec lat trzydziestych, gdy ciężkie lata wielkiego kryzysu były już blaknącym wspomnieniem, Nowa Zelandia cieszyła się jednym z najwyższych poziomów życia w świecie rozwiniętym. Sam Bruce był tego dobrym przykładem. Objął stanowisko starszego kierownika produkcji w słynnej wytwórni Prestige Hosiery, która produkowała luksusowe jedwabne pończochy, bieliznę i odzież nocną. Stąd mógł sobie pozwolić na życie dandysa. Sobotni wieczór był wielką sprawą. Bruce i jego koledzy po południu szli na przykład na mecz rugby, a potem na kilka kolejek w hotelu Midland. Potem na przykład mogła nastąpić popijawa gdzieś na przedmieściach, tańce w ratuszu, albo seans w De Luxe Theatre, gdzie z tylnych rzędów oglądali „filmy mówione” – zwłaszcza gdy wyświetlano obraz z Mae West. Bruce w tajemnicy durzył się w Mae West, zresztą jak większość męskiej populacji Nowej Zelandii. Po cichym kinie sprzed kilku lat, z samotnym pianistą zapewniającym akompaniament, filmy z dźwiękiem nadal były pewną nowinką.

Jak większość Nowozelandczyków w jego wieku Bruce uważnie obserwował sytuację polityczną w Europie. Gazety pełne były wiadomości zagranicznych, a wzrost znaczenia Adolfa Hitlera – co było bardzo istotne ze względu na interesy brytyjskie – w tym odległym dominium Wielkiej Brytanii był wyczerpująco opisywany. 12 maja 1937 roku Bruce dołączył do tłumów radośnie świętujących koronację króla Jerzego VI, ale w jego przekonaniu nie było to najważniejsze wydarzenie tego roku. Jeśli miał być szczery, to nie był też nim jego ślub z Doreen. Wszystko to traciło znaczenie przy jedynym zwycięstwie All Blacks nad przyjezdnymi Springboks w Wellington Athletic Park 14 sierpnia. Bruce siedział na zachodniej trybunie: bilety były tam tańsze, a ludzie przekomarzali się dobrodusznie. Tamtego dnia wiał wiatr typowy dla Wellington i Bruce’owi groziło poważne ryzyko utraty jego fedory. Bruce, wraz ze swoimi najlepszymi kumplami, „Blackie” White’em i „Logie” Loganem rozgrzewali się, podając sobie piersiówkę Bruce’a, w której znajdowała się whisky McCallum’s, i cieszyli się, gdy All Blacks z wynikiem 13:7 sięgnęli po zwycięstwo. Po meczu udali się prosto do hotelu Midland, żeby uczcić tę historyczną wiktorię, aż do szóstej, do zamknięcia baru, pijąc kolejkę za kolejką i zabierając kilka flaszek na później.

Na pierwszy rzut oka ta trójka wydawała się zupełnie niedopasowana. Joe „Blackie” White był wszystkim tym, czym nie był Bruce. Miał około sześciu stóp wzrostu, rozczochrane, niepokorne, czarne włosy – czesane z rzadka – nos przestawiony w którejś ze zbyt wielu barowych bijatyk i porażające oczy w czarnej oprawie. Blackie miał ostry język, który w dużej mierze odpowiadał za wygląd jego nosa, ale mimo swojego wizerunku był dobroduszny i zaskakująco nieśmiały – dopóki się nie wkurzył. Był w posiadaniu jednej pary znoszonych spodni z twillu z wystrzępionymi nogawkami, do noszenia na co dzień, oraz jednej pary wymiętoszonych, poplamionych piwem „eleganckich” na szczególne okazje. Tył koszuli zawsze wystawał mu ze spodni. Do kącika ust niemal na stałe miał przyklejonego zwijanego ręcznie papierosa, który tak mocno trzymał się jego dolnej wargi, że Blackie był w stanie wdać się w ożywioną dyskusję, nie ryzykując, że szlug mu spadnie. Czasami, choć nie zawsze, wyjmował go, żeby coś zjeść.

Gdyby nie był takim dobrym przyjacielem, Bruce nazwałby go flejtuchem. Ale byli najlepszymi kumplami, a Bruce nigdy nie powiedziałby niczego, co obrażałoby jego bliskiego kolegę. Blackie opiekował się Bruce’em, odkąd się poznali, a jego imponująca postura zniechęcała wielu potencjalnych barowych rozrabiaków.

Cecil „Logie” Logan z kolei był smukły, może o pół głowy wyższy niż Bruce, z szerokimi ramionami i plecami prostymi jak struna. Miał łagodny głos, jasne, kręcone włosy, pełne, wydęte wargi estety i cokolwiek za duże uszy podkreślone przez jego fryzurę pod garnek. Duże, idealnie okrągłe okulary sprawiały, że jego orzechowe oczy wydawały się większe niż w rzeczywistości. Czy lato, czy zima, nosił tę samą, wiecznie pogniecioną marynarkę w jodełkę z zamszowymi, brązowymi łatami na łokciach i plecionymi, skórzanymi guzikami. Wyglądał jak roztargniony profesor.

Do roku 1939 małżeństwo Bruce’a było jedyną skazą na skądinąd przyjemnym krajobrazie. Jego koledzy – zwłaszcza Blackie i Logie, którzy znali go najlepiej – odradzali mu ten ślub. Nie potrafili polubić Doreen, którą uważali za płytką i nieco jędzowatą. Zbył ich zastrzeżenia, ale zaledwie po kilku miesiącach małżeństwa musiał przyznać sam przed sobą (jeśli już nie przed nimi), że mieli rację. Doreen nigdy nie lubiła dwóch najlepszych przyjaciół męża; przypuszczał, że była zazdrosna o silną więź, która ich łączyła. Tym niemniej, rozsądnie skupił się na zaletach Doreen i miał nadzieję, że wszystko się ułoży; przypuszczał, że on też nie był osobą najłatwiejszą w pożyciu. Utknął w tym związku i był zdecydowany sprawić, by był udany.

Nawet pogłoski o wojnie niespecjalnie go niepokoiły. Gazety okazjonalnie wspominały o takiej możliwości, ale to wydawało się nieprawdopodobne – zwłaszcza po czterostronnym układzie monachijskim, który 29 września 1938 roku ogłosił pacyfistyczny premier Wielkiej Brytanii, Neville Chamberlain. „Pokój naszym czasom”, oświadczył Chamberlain, a gazety to podchwyciły.

W konsekwencji tym, co najbardziej zajmowało mieszkańców Wellington w 1939 roku, nie była wojna, ale kosztująca pięćset tysięcy funtów Wystawa Stulecia. Bruce był jednym z trzech milionów widzów, którzy zdumiewali się obiektami wystawowymi – futurystycznymi budynkami, szerokimi bulwarami, zdobionymi basenami, fontannami i majestatycznym posągiem konia, którego dosiadała naga amazonka – i którzy przejechali się kolejką górską i podziwiali Meksykańską Różę, „dziewczynę o wadze 54 kamieni”. Abstrahując od imprez towarzyszących i osobliwości, wystawa pozwalała spojrzeć w błyszczącą przyszłość, na nowy, wspaniały świat – świat i przyszłość, które, jak się okazało, musiały zaczekać.


Po drugiej stronie globu, w słoweńskim Mariborze, gdzie mieszkała Josefine, trudniej było ignorować cień wojny. Josefine Lobnik – dla rodziny Pepica albo Pepi – urodziła się 15 lub 16 czerwca 1923 roku (nie wiadomo na pewno, ponieważ miała dwa świadectwa urodzenia). Mieszkała w wiosce Limbuš, którą od Mariboru oddzielała rzeka Drawa. Ona także miała czwórkę rodzeństwa: Anikę (czasami nazywaną Ani), Leopolda (w skrócie Polde), Romana i znacznie młodszą Mitzicę. Matka Josefine zmarła, gdy dziewczyna miała trzynaście lat. Jej ojciec, Jožef Lobnik, starał się zapewnić rodzinie możliwie najlepszy byt, ale ledwie wystarczało na jedzenie i podstawowe produkty, nie mówiąc już o luksusach. Kiedyś, gdy Josefine była mała, Jožef dał jej banknot jednodinarowy, żeby odłożyła sobie na lalkę, do której wyrywało się jej serce. Tylko na tyle mógł sobie pozwolić. Lalka kosztowała dziesięć dinarów, ale Josefine była pomysłowa: pocięła banknot na dziesięć części.

W latach trzydziestych XX wieku Słowenia była częścią Królestwa Jugosławii. W 1936 roku, podczas Igrzysk Olimpijskich w Berlinie, podczas gdy Bruce fetował złoty medal w biegu na 1500 metrów zdobyty przez urodzonego w Reefton Jacka Lovelocka, Josefine cieszyła się z sukcesu słoweńskiego gimnastyka, Leona Štukelja, który zdobył srebro – i zarazem był to jedyny medal dla Jugosławii. Jego zwycięstwo było dla Słoweńców tym słodsze, że doszło do niego na oczach Adolfa Hitlera, który, jak było powszechnie wiadomo, wykorzystywał igrzyska, by pokazać chwałę Niemiec. Zagrożenie ze strony Niemiec z każdym dniem było większe.

Dla Słowenii nastały ciężkie czasy, tak jak i dla całej Jugosławii: bezrobocie było powszechne, ekonomia w zapaści, a standard życia się obniżał. Czasy były niespokojne i nie dało się uniknąć niepokojów społecznych. Społeczeństwo jugosłowiańskie stanowiło skomplikowaną układankę podziałów politycznych i etnicznych. Konspiracyjna Partia Komunistyczna, zdelegalizowana od 1921 roku, atakowała rojalistów, działaczy katolickich i innych swoich przeciwników; z kolei grupy antykomunistyczne chciały zniszczyć komunistów; słoweńscy nacjonaliści byli przeciwni unii z Serbami i Chorwatami; lewicowi radykałowie stawali przeciwko radykałom prawicowym. A w miarę mijania lat trzydziestych nasilały się utarczki między zwolennikami i przeciwnikami nazizmu. W czerwcu ’39, tuż przed swoimi szesnastymi urodzinami, Josefine była świadkiem ataku na dom doktora Karla Kiesera, przywódcy ruchu nazistowskiego w Mariborze, który otwarcie podżegał do przemocy i nienawiści rasowej. Tymczasem armia jugosłowiańska zaczęła manewry wojskowe na wielką skalę, by przygotować się na ewentualność niemieckiej inwazji.

 

Pomimo biedy, trudności i niepokojów społecznych Josefine wiodła relatywnie beztroską egzystencję i była tak pełna życia, jak powinna być każda nastolatka. Zimą, jako wytrawna narciarka, możliwie najczęściej chodziła na wzgórza; latem było pływanie, spacery po łąkach i lasach, niedzielne pikniki oraz – niezwykłe hobby – tworzenie wyszukanych kostiumów z liści kasztanowca. Josefine uwielbiała malować i gdyby Hitler nie odebrał jej pędzla, mogłaby zostać całkiem znaczącą artystką.

W 1939 roku, w przededniu wojny, Josefine chodziła do szkoły średniej. Chciała zdać wszystkie egzaminy z wyróżnieniem. Nie była najlepszą uczennicą w klasie, ale znacznie wyrastała ponad przeciętną i była świetna z rosyjskiego i niemieckiego – nie mając pojęcia, jakie użyteczne wkrótce okażą się jej talenty. Wieczory spędzała w domu, gotując dla ojca, reperując ubrania i pomagając zajmować się Romanem i Mitzicą. W soboty i niedziele, gdy uporała się z domowymi obowiązkami, najchętniej spotykała się z przyjaciółmi – zazwyczaj we własnej wiosce, czasami w samym Mariborze. Raz w miesiącu zdarzało im się pójść do kina Udarnik na fatalnie zdubbingowany, zagraniczny film, albo do kawiarni Astoriana na strudel lub premurską gibanicę, warstwowe ciasto pokryte kremem i wypchane pysznym nadzieniem. Przy znacznie rzadszych okazjach, gdy mogła sobie na to pozwolić, szła do Słoweńskiego Teatru Narodowego w Mariborze na przedstawienie, balet lub operę.

Oczywiście nie miała co marzyć o modnych ubraniach. Wybierając się za most na spotkanie z przyjaciółmi, Josefine mogła co najwyżej przejrzeć rzeczy Aniki, żeby znaleźć tam coś, w czym mogła się pokazać. Jej najlepszą przyjaciółką na świecie – nazywały się nawzajem siostrami – była Jelena Kunstek. Jelka była jedną z bardzo nielicznych osób spoza rodziny, która zwracała się do Josefine pieszczotliwym imieniem Pepi. Nawet wyglądały jak siostry – dwie szesnastolatki, obie ciemnowłose i pełne życia. Ich ostatnim odkryciem byli chłopcy. Josefine nie wiodło się w romantycznych podchodach tak, jak Jelce, ale miała kilku chłopców. Jej rodzina zachęcała ją do kultywowania znajomości z Aljošem Kovačičem, miłym młodzieńcem z sąsiedniej wioski, ale Josefine nie była zainteresowana. Był całkiem sympatycznym chłopcem, nieprzesadnie bystrym, z poważną pracą na farmie, ale po prostu nie był w typie Josefine. Przez jakiś czas spotykała się z Goranem Krajncem, ale jej zainteresowanie wyparowało po kilku randkach. Był brudny, powiedziała Jelce, i śmierdział.