Dziewczyna od trawnika

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,95  46,36 
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SPOTKANIE VII
6 CZERWCA, ŚRODA

— Cześć, dziewczyno od trawnika.

— Cześć, facecie w… — zerknęła na niego i nie dopowiedziała. Koszulka, którą miał na sobie, nasiąkła potem, ale opinała mocne ramiona i szerokie barki. Adam oddychał równo, rytmicznie i rozciągał nogi. Marysia jak zaczarowana wgapiała się w prężące się pod skórą wzgórza mięśni.

— …w stroju do biegania — dopowiedział i pochylił się, by dosięgnąć kostek. Napiął łydki, uda, pośladki… Kiedy zapytał, co robi, Marysia przypomniała sobie, że zbyt długo stoi bez ruchu, wsparta na haczce.

— Spulchniam ziemię w tej oto rabatce — odburknęła, zła bardziej na siebie niż niego, pochyliła się i dziabnęła ziemię.

— A po cóż? — Usiadł na trawie i zabrał się za jej wodę.

— Chcę tu posadzić kwiaty. Przyda się taka barwna plama. Na piątek umówiłam się z Zuzą, że przyjadę po sadzonki.

— Zuza, sadzonki? — zapytał, jakby połączenie wrednej dziewczyny, którą wynajął do sprzątania, i kogoś, kto ma sadzonki kwiatów, w ogóle mu nie pasowało.

Marysia się uśmiechnęła. Czy tak trudno się domyślić, że ktoś na tej wsi żyje z czegoś innego niż sprzątanie domów „poważnych biznesmenów”?! Usiadła obok niego i wytłumaczyła spokojnie, że rodzina Zuzy, czyli jej mama i młodsza siostra Alusia, która ma już dwadzieścia lat, więc owszem młodsza, ale nie taka znowu dziewczyneczka, zatem one we trzy od kilku lat produkują sadzonki kwiatów na sprzedaż. Mają swoją ziemię, jak prawie wszyscy wokół, nie za dużo, ale na kilka namiotów foliowych starczy, studnię głębinową i setki małych doniczek. Sieją, podlewają, sadzą, podlewają, przesadzają, podlewają i tak w kółko, z mniejszych doniczek do większych, z większych do dużych. Zuza mówi, że czasami ma ochotę zaorać te sadzonki, jednak pewnie nigdy tego nie zrobi, bo wie, co to bieda. Więc wszystkie trzy tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem grzebią w ziemi. Najmniej Alusia, bo ona jeździ na różne targi z tymi sadzonkami. Jak przychodzi późna wiosna i lato, to sprzedają je wszędzie w okolicy i ludzie do nich jeżdżą, szczególnie ci nowi, bo starzy, tacy z dziada pradziada na tych ziemiach, to niekoniecznie, bo…

— Nieważne, długo by opowiadać… — mruknęła, a on nie dopytywał.

Powiedziała więc jeszcze, że dziewczyny, które kilka lat temu nie miały na chleb, teraz żyją całkiem nieźle. Zuza zresztą bierze się za każdą robotę, która da choć trochę grosza, ponieważ Alusia jeździ na studia, a jak wiadomo — studia kosztują.

— Poprosiłam je jeszcze jesienią, by mi wyhodowały trochę roślin i byłam ostatnio obejrzeć. Wyrosły jak należy, najwyższy czas je posadzić.

Adam słuchał z uwagą. O nic nie pytał, nie przerywał, po prostu przyswajał nowe informacje. Trochę ją to zaintrygowało. On, którego lubiła za błyskotliwe i cięte riposty, który toczył z nią słowne pojedynki, nagle siedzi cicho i słucha?!

— Chcę jechać z tobą — powiedział, kiedy skończyła i zamilkła. — Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem wolny dzień. Przyjadę w czwartek wieczorem, a w piątek rano pojedziemy po te sadzonki. Kiedyś, jak byłem chłopaszkiem, takim szczylem z gilem pod nosem, jeździłem do babci ze strony matki na lato. Miała ogródek przy domu pełen kwiatów, które hodowała z nasion. Uwielbiała astry. Zawsze sadziła ich tyle, że jak zakwitały, to wyglądały jak dywanik.

Zamilkł, a Marysi jakoś nie przyszło do głowy nic, co by mogła powiedzieć, więc długą chwilę siedzieli w milczeniu. Nie przeszkadzała jej ta cisza między nimi, choć przywykła, że raczej przerzucają się słowami lub po prostu rozmawiają. Nie pamiętała spotkania, w czasie którego tak zgodnie milczeli. To było trochę zaskakujące, bo Adam, którego do tej pory poznała, wydawał się jej człowiekiem, który nie umiałby tak trwać w ciszy, pogrążony we wspomnieniach czy rozważaniach. Westchnęła.

— O której jedziemy? — zapytał, jakby wytrącony z bezruchu jej westchnieniem.

— O siódmej.

— Świetnie, przyjadę po ciebie.

Odszedł, zanim zdążyła zaprotestować, że miała jechać z Arkiem. Zabrała się do pracy, choć co jakiś czas zerkała w jego stronę. Siedział na tarasie. Rozmawiał przez telefon, pisał coś na laptopie. Słowem — przyniósł pracę do domu. Pierwszy raz widziała go zajętego i obserwowała przez dłuższą chwilę, kiedy zrobiła sobie przerwę na śniadanie. Rozłożyła się w migotliwym cieniu pod drzewem i patrzyła na niego nieustannie. Na pewno ją zauważył, ale nie zareagował, widać miał wprawę w niereagowaniu. W nowoczes­nych biurach, wielkich korporacjach czy małych firmach każdy widzi każdego przy pracy. Trzeba się przyzwyczaić i nie reagować. Robić swoje. I on robił. Przynajmniej tak się jej wydawało.

Od rozmowy o przeprowadzce Marysi do rezydencji Różowej minęło kilka dni. Nie zastanawiała się poważnie nad tym, co wtedy powiedział, jednak pamiętała każde słowo. Zagnieździły się w niej i żyły własnym podskórnym życiem, powoli mieląc się na żarnach jej zwojów mózgowych. Teraz, jedząc bułkę i popijając zimną zieloną herbatę z butelki, pomyślała, że to wcale nie jest zła oferta i on doskonale o tym wie. Nie mówili nic o zapłacie za jej pracę, ale mu ufała. Zawsze jej płacił. Na czas i co do grosza. Ile by mogła żądać za bycie gosposią, kucharką i ogrodnikiem jednocześnie? Na pewno więcej niż za samo ogrodnictwo. Ale przecież zimą, gdy nie będzie tu żywej duszy, za co miałby jej płacić, za ścieranie kurzu? Z drugiej strony, musiałaby ponosić koszty mieszkania, wyżywienia, które teraz przejął Arek. Może powinna zapytać pana „poważnego biznesmena”, ile jej zapłaci?

Zdawała sobie jednak sprawę, że jeśli zapyta, to będzie tak, jakby podpaliła lont. Adam nie da jej spokoju, póki nie zamieszka w jego domu.

Zabrzęczał jakiś owad. Bezmyślnie machnęła dłonią i przewróciła butelkę. Patrzyła, jak reszta herbaty znika w zielonych źdźbłach trawy. Zaklęła cicho; nie lubiła jeść bez czegoś do picia, a wodę wypił biegacz, siedzący teraz na tarasie.

Wstała zdecydowanie i ruszyła w stronę domu. Chciała zrobić sobie herbatę. A może kawę? Źródło biło w kuchni, więc trzeba się do niego udać. Kiedy podeszła do tarasu, podniósł głowę znad komputera.

— Idę po kawę. Chcesz? — zapytała.

Zaprzeczył odruchowo, bez słowa, samym tylko gestem: krótkim ruchem głowy. Skupiony pisał coś dalej, zerkając na leżące na stoliku zadrukowane kartki, a palce śmigały po klawiaturze z wielką wprawą. Marysia tak nie umiała. Stukała wytrwale, ale tylko kilkoma palcami, poruszała nadgarstkami we wszystkie strony. Dłonie Adama tkwiły zawieszone nad płaszczyzną laptopa prawie nieruchomo, tylko palce śmigały: góra, dół, góra, dół, czasami nieco na boki. Zapatrzona w tę gonitwę przeszła pół salonu i pomyślała, że powinna nauczyć się takiego pisania.

W kuchni był porządek, tylko kubek z zaciekami od kawy stał w zlewie. Włączyła ekspres i słuchała, jak młynek miażdży ziarna. Pomyślała, że to nowoczesne, drogie urządzenie, na jakie mało kogo we wsi byłoby stać, stoi tu od niedawna. Widziała podobne u Sary i Grześka w ich domu po drugiej stronie jeziora. Ale przecież Solerom nigdy nie brakowało kasy. Nie to, żeby rzucali nią na prawo i lewo czy obnosili się z nią, ale stać ich było na taki ekspres i porządny samochód, i wakacje we Francji… Tak, niektórym ludziom się powodziło. Marysia nie zazdrościła im, wprost przeciwnie: uważała, że jak ktoś pracuje i stara się jak może, to powinien mieć choćby taki głupi ekspres do kawy, a nie tylko tyle, żeby przeżyć.

„Ty wiecznie marudząca babo”, zrugała się w myślach, zła na siebie, że myśli o głupotach, bo facet kupił sobie ekspres do kawy, którą wlewał w siebie litrami.

Oczywiście zaraz też pomyślała, któryś już zresztą raz, że Adam Antoni Kochański ma dużo zbędnych pieniędzy, skoro stać go na to, by wynajmować ogrodnika i jeszcze marudzić o gosposię. Przecież sam mógłby kosić trawnik i przycinać krzaki. Żadna wielka filozofia, raz na tydzień przejechać kosiarką teren wokół domu. A gosposia? W pustym domu? Marysia uśmiechnęła się krzywo. Nie do końca rozumiała, po co komuś takiemu jak Adam dom na wsi. Nie jakaś tam dacza, domek weekendowy, do którego wpada się w wolnej chwili, ale wielka chałupa z piwnicą i piętrem, trzema łazienkami i dwoma tarasami.

Zresztą czy to jej sprawa? Adam Antoni Kochański kupił ten dom, bo miał kasę i chyba nie za bardzo wiedział, co z nią zrobić. Szczęściarz. We wsi było kilka zamożnych rodzin, kilku średniaków i cała masa tych, co to im ledwo do pierwszego starcza. Nie mówiąc o rodzinach, które w sklepie brały chleb na zeszyt, by spłacić dług u sklepowej po rencie babci, koło dziesiątego. Ci na pewno od dawna nie widzieli porządnej kawy, nie wspominając już o ekspresie. Skończyła swoje rozważania razem z ostatnimi kroplami naparu, który wypluła maszyna — dowód zamożności. Marysia zajrzała jeszcze do lodówki w poszukiwaniu mleka, ale nie znalazła. Nie zauważyła, że gospodarz stoi za wyspą oddzielającą kuchnię od salonu.

— Sprawdzasz, czy mam co jeść? — zagruchał nagle za jej plecami.

— Nie, szukam mleka do kawy.

— A już miałem nadzieję… — westchnął.

Zaśmiała się ironicznie i odwróciła. Patrzył jej prosto w oczy i nagle poczuła rozlewające się na policzkach ciepło. Zarumieniła się! Boże, co ją napadło, by się rumienić niby pensjonarka, na którą patrzy mężczyzna. I do tego tylko patrzy. Normalnie. Zwyczajnie patrzy, bez jakichś podtekstów, mrugań czy dotykań. Nie lubiła tego babskiego, mdlącego niepokoju na widok samca, którego jej ciało może być złaknione. Pochyliła głowę i siorbnęła kawy, aby ukryć niepokój. A może tylko zawstydzenie?

— Chodź, pokażę ci twój pokój — powiedział Adam tonem oznaczającym, że Marysia nie ma odwrotu. Musi iść za nim i kolejny raz wysłuchać propozycji zamieszkania na stałe w tym wielkim, pustym domu.

 

W pokoju było czysto, choć warto by umyć okna. Zaskoczyło ją mało starannie zasłane łóżko, torba podróżna rzucona w kąt, koszula przewieszona przez oparcie krzesła… Najwyraźniej Adam tu mieszkał.

— Śpisz tu? — zapytała, nie przekraczając zaczarowanej linii progu.

— Tak. Lubię ten pokój. Jest akuratny. Ani za duży, ani za mały. Ma łazienkę. Ale odstąpię ci go, jeśli tylko przyjmiesz moją ofertę.

Zaśmiała się.

— Nie dasz spokoju, co? — zapytała i upiła kawy.

— Potrzebuję gospodyni, a ty się do tego doskonale nadajesz — stwierdził z głębokim przekonaniem. Wyjął jej z ręki kubek i wypił łyk z prowokacyjnym uśmieszkiem przyklejonym do ust. Zmarszczyła brwi, ale stwierdziła, że pal licho, zrobi sobie drugą i uda, że nie rozumie prowokacji. Za chwilę, kiedy tylko umknie przed uważnym spojrzeniem tego faceta, który ma wielki dom do dyspozycji, a sypia w pokoiku przeznaczonym dla gosposi.

— A może ja nie umiem gotować? — zapytała prowokacyjnie, szybciej niż pomyślała, że lepiej się już nie odzywać.

— Umiesz — mruknął znad kubka. — Miałaś męża. Każda kobieta, która miała męża, umie choć trochę. I podobno robisz najlepszy na świecie gulasz.

— Skąd wiesz, jaki robię gulasz? — zapytała, unikając tematu męża i pytania, skąd on o tym wie.

— Ludzie wiele mówią, nawet jeśli ich nie pytasz… Twój brat na przykład po kilku drinkach staje się gadatliwy. I nie żeby zdradzał jakieś wielkie tajemnice, wiesz, takie ze stemplem „top secret”, wcale nie. Tylko drobiazgi, jak choćby ulubiona potrawa — gulasz siostry — stwierdził i siorbnął kawy. — Wejdź, rozejrzyj się.

Wzruszyła ramionami i nie drgnęła, bo przecież już widziała ten kwadratowy pokój pomalowany na pastelowy lawendowy. Nudny lawendowy. Na pewno by go przemalowała na zielono, gdyby chciała tu sypiać. „Nic tak człowieka nie nastraja pozytywnie do życia jak zieleń zaraz po przebudzeniu”, myślała. Jedną ze ścian pokoju było wielkie okno tarasowe z widokiem na las. Bez firanek czy zasłon. Z zewnętrzną roletą. Pewnie bałaby się tego wielkiego okna i lasu. Pewnie opuszczałaby roletę na noc, żeby ten mrok w lesie nie budził w jej głowie potworów. Po prawej stronie, vis-à-vis okna, niemal przy samych drzwiach stało duże łóżko, nakryte zielonkawą kapą. Ktoś tu miał zamiłowanie do pastelowych kolorów… Dalej kwadratowy stolik, lampa z okropnym abażurem i fotel. Po drugiej stronie komoda, o którą obijały się drzwi do łazienki. Sprzątała tu dwukrotnie. Jednak wcześniej nie myślała, jak by to było, gdyby przyszło jej tu zamieszkać.

— Szyby są podobno antywłamaniowe, ale nie będę tego sprawdzał — powiedział Adam z uśmiechem, po czym zerk­nął na zegarek i stwierdził, że musi iść, bo czeka na kilka ważnych telefonów. — Możesz tu zostać, jeśli chcesz. Rozejrzyj się, zastanów.

Marysia poszła jednak za nim i zrobiła sobie kawę, po którą przyszła. Poza tym nie chciała zostawać sama w pokoju, kiedy on w nim mieszka. To byłoby jakieś takie… Niepotrzebne. Prowokacyjne? Wiele mówiące?

Z kawą w ręce wróciła do ogrodu i skończyła śniadanie. Kiedy odnosiła kubek, Adam siedział na kanapie w salonie i rozmawiał przez telefon po angielsku. Płynnie. Spokojnie. Mimo że był spięty i czujny. Śledził ją spojrzeniem, ale Marysia czuła, że wcale jej nie dostrzega. Patrzył nie na nią, tylko przez nią. Nienawidziła tego, bo znała bardzo dobrze z minionych lat. Patryk czasami tak na nią patrzył. Jakby była przezroczysta. I robił to zawsze w chwilach…

Ból ukąsił ostro i tak niespodziewanie, że aż ją przygięło. Całymi tygodniami udawało się jej go unikać, a potem nagle działo się coś nieoczekiwanego: ktoś rzucał spojrzenie, padało słowo, unosił się zapach i ten ból jak świder wwiercał się w trzewia, rozdzierał. W dwa lata po tamtym okropnym dniu umiała trwać, pracować, śmiać się, żartować, ale bywały chwile, takie jak ta, kiedy skurcz serca odbierał wolę bycia.

Wychodziła z salonu, odprowadzana wzrokiem Adama Antoniego Kochańskiego, który nagle zaczął się jej przyglądać. Poczuła to. Była pewna, że dostrzegł w niej zmianę, tak samo jak wiedziała, że wcześniej jej nie widział, choć omiatał spojrzeniem.

Umknęła z tarasu. Rozejrzała się i ruszyła na skraj posesji, do dziury w płocie. Uciekła w las, w dzikie chaszcze na ziemi niczyjej. Potknęła się, zahaczyła o jakiś korzeń, zawirowała w powietrzu i poczuła miękkie ramiona mchu. Zaszyła się w nich. Nikt nie powinien jej widzieć. Potrzebowała czasu, by dojść do siebie, by okiełznać ten rwący ból.

Obiecała sobie, że nie będzie ryczeć, wyć, rozdrapywać zagojonych ran pazurami męki. Ale jakiekolwiek obietnice na nic się zdawały w chwilach takich jak ta. Cały ten chemiczny spokój, tę terapeutycznie wypracowaną samokontrolę diabli brali i już tylko można było szlochać w dziurze po wyrwanym drzewie, obrośniętej byle jak mchem.

Płakała więc, z nosa jej ciekło i na pewno ubrudziła twarz ziemią. Czuła, jak piach zgrzyta jej między zębami, a kakofonia uczuć łomocze w żywym ciele. Ból rozdzierający, kaleczący ból, bo Lilusia, jej mała, słodka Lilusia nie śmieje się, nie śpiewa, nie tańczy… I ulga. Wielka. Olbrzymia ulga. Bo Patryk już nigdy nie stanie w drzwiach kuchni i nie spojrzy na nią tak, jakby jej w ogóle nie było. To białe i czarne, dobre i złe, miłośnie potężne i pogardy pełne ścierało się w niej jak ten piach między zębami, jak ziarno między kamieniami młyńskimi. Tyle że z ziarna była mąka, a co z jej ścierania się ze sobą? Zmęczenie tylko, znużenie… Wieczna żałość.

Jak taka całkiem zwykła dziewczyna, która nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy, poradzi sobie w tej gmatwaninie uczuć splecionych w jeden wielki kłąb? Wolałaby mieć dwa oddzielne kłębki. Jeden dla córki — czerwony jak walentynkowe serduszko i słodki jak lizak. Drugi dla męża — o sinej barwie niechęci, strachu i o smaku zdrady.

— Co się stało?

Pytanie padło z wysokości, podniosła więc głowę. Stał nad nią Adam, niepewny i zdenerwowany. Otarła twarz rękawem, zasmarkała. Przykucnął obok.

— Co się stało? — zapytał cicho raz jeszcze.

— Paskudne wspomnienia — odszepnęła między szlochami. — Czasami… — zaczęła, ale ją zatkało, więc zamilk­ła. Odetchnęła kilka razy, nierówno, ciągle z płaczliwym szlochem. — Dopadają mnie.

— Wspomnienia? — zapytał spokojnie, ale cichutko.

— Córeczki. I męża. Wiesz, oni nie żyją…

Bardziej poczuła, niż dojrzała, że pokiwał głową. Jasne, że wiedział. Wszyscy wiedzieli. Wtedy cała Polska wiedziała, bo taka tragedia, taki straszny wypadek… Media trąbiły o tym całe dwa dni. Wtedy, kiedy to się stało, wszyscy mieli w głowie te obrazy z ulicy, ten przystanek zmieciony siłą pędzącego samochodu, wielkiego, z błyszczącymi w słońcu chromowanymi rurami i metalicznym czarnym lakierem, na którym wcale nie było widać krwi. Poczerniła ona szare płyty betonowe, którymi dawno temu czyjeś spracowane ręce wyłożyły wiatę przystankową. Krew rozbryznęła się na nich nierównymi smugami… Inne spracowane dłonie trzymały myjkę, która usunęła z ludzkich oczu te smugi.

Sensacja była, ale się skończyła… Takich newsów jest na pęczki. Codziennie, tydzień za tygodniem, tragiczne historie wdzierają się w ludzkie oczy krwawą papką. Kto by spamiętał choć połowę z tego…

Dla Marysi tamto wydarzenie było ciągle żywe i ciągle powodowało wewnętrzne rozdarcie.

— Czekali na tramwaj — mówiła do niego trochę wbrew sobie — jechali do przedszkola. W ich przystanek wbił się samochód. Zabił… ich… I babcię… czyjąś babcię też.

Głos się jej łamał. Nie chciała płakać przy Adamie. Nie chciała, by zadawał jej jakiekolwiek pytania, by musiała komuś takiemu jak on opowiadać, jak to było. Jak wyszli, jak słyszała syreny, ale nie podeszła do okna, bo po co, przecież co dzień słyszała takie syreny, mieszkali przy ruchliwej ­ulicy…

— To zawsze boli. Zawsze — wyjęczała.

Pamiętać, jak wychodzili. Słyszeć te syreny. I widzieć twarze policjantów. Odpowiadać na te ich pytania, po których serce stanęło jej z wielkiej, niewysłowionej trwogi.

— Nie mogę znieść ulic i przystanków — wychlipała.

Widziała tamten przystanek. Naprawiony. Bez śladu. Jakby nigdy nic się w tym miejscu nie stało. Tramwaje podjeżdżały, ludzie wsiadali i wysiadali. Normalnie, jak co dzień. Jak zawsze…

Drgnęła, gdy Adam jej dotknął.

— Idź sobie — poprosiła.

— Nie mogę…

— Po prostu sobie idź.

Wstał. Niechętnie. Z ociąganiem. Ale nie poszedł. Wyciągnął rękę.

— Chodź — nakazał głosem o takiej sile, że posłuchała. Podniosła rękę, pozwoliła, by pomógł się jej podnieść. Pozwoliła prowadzić się za tę rękę przez chaszcze, przez dziurę w płocie, przez trawnik i taras. Zawiódł ją do kanapy. Posadził. Przyniósł z kuchni wilgotny ręcznik, wytarł jej twarz i dłonie. Przez płynące łzy widziała, jak powoli, systematycznie, wyciera jej brudne palce. Potem rzucił ręcznik, usiadł obok i przygarnął ją do siebie. Nic nie mówił. Nic nie robił. Trzymał ją i pozwalał jej płakać.

Zasnęła znużona płaczem, ukołysana biciem jego serca, bo ocknęła się nagle. Zerwała z kanapy. Rozejrzała. W fotelu, z laptopem na kolanach siedział Arek. Patrzył na nią tym swoim uważnym, spokojnym wejrzeniem osoby, która widziała już podobne napady jej płaczliwości i zagubienia.

— Co ty…? — zapytała nieskładnie, ciągle mało przytomna.

— Kochański po mnie zadzwonił. Musiał jechać…

Kiwnęła głową. Usiadła i ukryła twarz w dłoniach.

— Zasnęłam.

— Ze dwie godziny temu.

— Myślisz, że on… — zaczęła, ale urwała, jakby sama nie wiedziała, co chciała powiedzieć.

— Co on? — dopytał Arek.

— Rozumie?

— On? Chyba. Wyglądał na przejętego.

— Wstyd mi.

— Nie bądź głupia — mruknął Arek. Odłożył laptop na podłogę. Podszedł do niej i usiadł obok. — Dawno cię nie dopadło… Co się stało?

Namyślała się chwilę, co mu powiedzieć, jak opisać to uczucie, tę chwilę, która przywołała wspomnienia.

— Siedział na kanapie i rozmawiał przez telefon. Odniosłam kubek po kawie i szłam na dwór. Patrzył tak… Całkiem tak jak Patryk. Jakby mnie nie było. Jakbym była szklana. Na wylot, przeze mnie. Patryk… On był mistrzem… Patrzył tak na mnie zawsze po tym, jak się kłóciliśmy albo jak mnie…

— Jak cię maltretował?

— Tak, wtedy tak patrzył, jakby mnie nie było. Udawał, że mnie nie ma. Patrzył przeze mnie.

— Adam też? — zapytał Arek.

Odruchowo przytaknęła.

— Był zajęty — tłumaczyła. — Rozmawiał po angielsku przez telefon, był skupiony, bardzo skoncentrowany na tej rozmowie… Był tak, tak jakby w sobie… Rozumiesz?

— Jasne — przytaknął Arek. — Czasami też tak mam. Robię coś i mimo że patrzę za okno, to nic za nim nie widzę. Świat za oknem tam jest, ale nie dla mnie. Patrzę, ale nie widzę.

— Właśnie… — przytaknęła. — Ale Patryk…

— Powinnaś o nim zapomnieć! Ta świnia robiła to specjalnie, żeby cię jeszcze bardziej upokorzyć. — Głos Arka przybierał w takich chwilach ton pełen tłumionej wściekłości, głęboko skrywanej i nigdy nierozładowanej furii.

— Zapomniałam, ale pojawia się… czasami, w takich dziwnych chwilach jak ta. A z nim Lilusia.

Arek nie odpowiedział. Siedzieli obok siebie, każde pogrążone we własnych myślach. Nie za długo. A jednak dość, by Marysia jako tako doszła do ładu ze swoim rozkołatanym sercem.

— Muszę mu podziękować?

— Daj spokój… — mruknął.

— Ale…

— Chcesz z nim o tym gadać?! — przerwał jej.

— Nie — stwierdziła po chwili namysłu. — Nie chcę.

— To nie zaczynaj i wszystko będzie, jak było. Okej? Jak się zbierał, to powiedział, żebym ci przekazał, że wszystko jest w porządku. Przyjedzie w piątek jakieś kwiaty sadzić…

Skinęła głową.

Jednak wieczorem, wykąpana i pachnąca cytrusowym żelem pod prysznic, siedziała na łóżku i trzymała w dłoni komórkę. Już dwukrotnie napisała do niego wiadomość z podziękowaniem za pomoc i dwukrotnie ją skasowała. Teraz patrzyła na pusty wyświetlacz, zła na siebie o niezdecydowanie. Wreszcie wystukała Dziękuję i czym prędzej wysłała. Odpowiedź przyszła w środku nocy.

Za cholerę nie radzę sobie z płaczącymi kobietami. Uciekam i czekam, aż przestaną szlochać, żeby porozmawiać, coś ustalić. Zostałem z Tobą, bo powiedziałaś, dlaczego płaczesz. Zrozumiałem. Nie musisz mi za nic dziękować. Nie musimy do tego wracać.

Marysia przeczytała wiadomość kilka razy, nim odłożyła telefon. Zasnęła z myślą, że szkoda. Powinna z nim porozmawiać i wszystko wyjaśnić. I coś jej mówiło, że Adam Antoni Kochański doskonale by ją zrozumiał.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?