Dziewczyna od trawnika

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,95  46,36 
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SPOTKANIE IV
19 MAJA, SOBOTA

O której Arek wtedy wrócił, Marysia nie wiedziała, ale przez cały tydzień nie wspominał o Mini. Przy kawie w tamten niedzielny poranek przekazał siostrze razem z kluczami od domu wiadomość, że Kochański płaci dwie stówy za posprzątanie. Banknoty wylądowały na stole. Marysia patrzyła na nie dłuższą chwilę, zanim zdecydowała, że przyjmie propozycję. Arek odetchnął i streścił krótko rozmowę z Kochańskim, który wypytywał, dlaczego ona sama nie przyszła.

— I co powiedziałeś?

— Że jako twój rodzony brat mogę potwierdzić, że miałaś swoje plany na długo przed jego imprezą. Nie wyglądał na przekonanego.

Marysia wzruszyła ramionami. Mało ją obchodziło, czy akurat ten facet wierzył w słowa Arka, czy nie. „Niech sobie myśli, co chce”. Powlekła się do Różowej i chwyciła za głowę. Przed imprezą wysprzątały z Zuzą cały dom na cacy, a teraz był w nim straszny chlew. Zaczęła od kuchni i tam, na blacie z zielonkawego marmuru, zobaczyła kopertę ze swoim imieniem w miejscu adresata. W miejscu nadawcy nie było nic. Wyjęła małą kwadratową karteczkę. „Może jednak poszukasz kogoś od garów i mopa? A. A. K.” Cwaniaczek.

Sprzątała powoli i systematycznie. Kawałek po kawałku, żeby czegoś nie pominąć. Tak samo traktowała jego ogród. Z matematyczną dokładnością porządkowała kolejne metry zieleni, cięła, sadziła, podlewała, nawoziła i coraz częściej rozglądała się wokół. Tak, ten kawał ziemi nad jeziorem naprawdę mógł być ładny. Za parę lat, kiedy wszystko podroś­nie, rozwinie się, rozkwitnie jak należy, będzie tu jak w raju. Już ona się o to postara.

Tak obiecywała sobie i tej ziemi. A ziemi się nie oszukuje. Ludzi można, jeśli musi się ratować z opresji, ale nie trzeba, jeśli można jakoś inaczej wyjść z kłopotów. Marysia nie lubiła kłopotów, więc się skrzywiła, gdy wczoraj, pod wieczór zobaczyła Adama z całą brygadą facetów.

Pogoda była kiepska, od jeziora wiało nieprzyjemną wilgocią, a chłód zakradał się pod kurtkę. Marysia rano musiała jechać z Arkiem do miasta, więc do pracy przyszła dopiero po obiedzie. Nikt jej nie zaczepiał, gdy kończyła strzyżenie trawnika. Jednak kiedy zgodnie z planem zabrała się za przycinanie starego, niemal wymarłego żywopłotu tuż za oknami domu, rozsuwane drzwi tarasowe drgnęły i po chwili na wprost Marysi stał niewysoki, krępy gość z butelką wódki w ręce. W drugiej trzymał szklankę.

— Zimno dziś — stwierdził. — Napij się ze mną na rozgrzewkę.

— Nie piję w pracy, dziękuję. Niech pan idzie do środka, bo pana zawieje.

Z domu napłynął męski rechot.

— Dalej, mała, nie bądź taka. Chlapnij sobie na rozluźnienie.

— Nie, dziękuję.

— Jeden kielonek nie zaszkodzi — przekonywał na­chalnie.

— Nie.

Marysia chlastała gałęzie coraz bardziej nerwowo. Bała się pijanych facetów. Pijanych i pewnych siebie facetów, takich oczekujących, że każdy postąpi zgodnie z ich widzi­misię.

— Bądź miła dla mnie, mała — powiedział i puknął butelką w sekator. — Jak będziesz miła, to ja też będę.

— A jak nie, to co pan zrobi? — zapytała i odsunęła się, a między nimi wyrosły ostrza sekatora.

— Próbujesz mnie wystraszyć? — Gość zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Nie. Chcę tylko, żeby dał mi pan spokój — powiedziała, coraz mocniej zaciskając dłonie na rączkach sekatora. — Nie będę piła. Niech pan idzie do kolegów.

Z domu wychylił się postawny brodacz. Obrzucił Marysię taksującym spojrzeniem i machnął na pijaczka.

— Misiek, chodź, do cholery, bo zimno leci do domu. Dalej! — rozkazał.

Ku zdziwieniu Marysi Misiek posłuchał. Przez chwilę walczył z firanką, a potem zamknął drzwi. Marysia odetchnęła. Chlasnęła jeszcze dwa razy sekatorem, po czym pomyślała, że lepiej, by stąd dzisiaj zniknęła. W kieszeni zabrzęczała komórka. SMS od Kochańskiego: Impreza firmowa, idź do domu. Kolejny raz odezwał się brzęczek wiadomości. Proszę. I jeszcze raz: Przepraszam. Za tego bęcwała. Nie odpisała. Poskładała swoje rzeczy i uciekła, gdzie pieprz rośnie. Impreza firmowa samych facetów to nie miejsce dla niej.

Następnego dnia, koło dziesiątej, po śniadaniu i kawie, ubrała się i pojechała do Różowej. Nie skończyła wczoraj roboty. Odetchnęła, kiedy się okazało, że brama jest zamknięta, a na podjeździe nie stoi żaden samochód. Okna na piętrze ktoś dokładnie pozasłaniał — stare, aluminiowe rolety opuszczono, a w miejscach, gdzie ich nie było, pojawiły się zasłony. Weszła do holu i wsłuchała się w odgłosy domu. Nic nie mąciło ciszy. Poszła prosto do kuchni. Po długiej chwili odkryła, gdzie jest korek od zlewu i czajnik. Zapakowała naczynia do zmywarki i włączyła maszynę. Zabierała się za wycieranie podłogi, kiedy do kuchni wtoczył się Misiek. Był kompletnie pijany. Za ubranie starczała mu koszula i skarpetki.

— Moja niedostępna ogrodniczka… Wiesz co, dziewczyno? Naprawdę są lepsze sposoby zarabiania niż sprzątanie cudzego syfu. Dam ci stówę za numerek. Jestem strasznie napalony. — Uniósł lekko koszulę, by mogła naocznie przekonać się o jego stanie. — Pięć minut i stówa twoja.

— Wcale nie pięć minut — mruknęła Marysia, mocniej chwytając drążek mopa.

— Nie?

— Nie. Zapomniał pan, że później będę się musiała z godzinę szorować.

Przez chwilę patrzył na nią i kolebał się tylko.

— Ty chcesz mnie obrazić, dziwko! — stwierdził odkrywczo.

— Nie chcę. Obrażam pana, tak jak pan mnie. — Postąpiła krok do przodu. — Nie jestem dziwką i za nic na świecie nie poszłabym do łóżka z takim śmierdzącym bucem! Z drogi!

Marysia ściskała w dłoniach kij od mopa, gotowa w każdej chwili przywalić Miśkowi. Niech no tylko spróbuje jej dotknąć! Jednak ten się odsunął, zrobił krok w tył. Marysia śmignęła obok niego do pokoju za kuchnią. Na łóżku spał Adam Antoni Kochański. Kiedy drzwi uderzyły w ścianę, podniósł głowę i wpatrzył się w nią mało przytomnie.

— Co ty tu robisz? — wycharczał.

Marysia nie odpowiedziała. Przeszła przez pokój i błyskawicznie otworzyła drzwi na dwór. Po chwili już jej nie było. Stanęła za rogiem domu i nasłuchiwała. Najpewniej półnagi Misiek wypadł za nią, bo usłyszała podniesiony i nabrzmiały złością głos Adama.

— Misiek, kurwa, wracaj! Zostaw dziewczynę! Ona jest ze wsi, sprząta tu!

— Ta pierdolona suka powiedziała, że śmierdzę!

— Kurwa, Misiek, czyś ty już od wódy całkiem ogłupiał! Właź do chaty. I załóż coś na dupę!

— Pierdol się!

— Sam się, kurwa, pierdol! Właź do domu, chuju! Nie świeć mi tu gołym dupskiem! Ja tu mieszkam!

Drzwi trzasnęły. Marysia chwilę jeszcze stała za rogiem, a potem pobiegła w stronę dziury w siatce, która prowadziła na ścieżkę do wsi. Nikt z obcych na pewno nie wie, że tam jest przejście… Wśród drzew zwolniła. Odetchnęła. Myśli, logiczne i składne, już nie rozdygotane z odrazy i strachu, na powrót pojawiły się w głowie. Czuła tylko złość i upokorzenie. Uciekła jak spłoszona sarna z tego cholernego domu!

Zanim doszła do drogi, komórka kolejny raz piknęła: Nic ci nie jest?, pytał Adam. Odpisała: Pierdol się!, ale zaraz skasowała wiadomość. Nie wolno być chamem, kiedy ktoś pyta o twoje bezpieczeństwo. Marysia?!, ponaglił ją. Wystukała: Nie, nic mi nie jest!, choć miała ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że i on, i ten jego nachlany gość to dno ostatnie i muł najgorszy. Jest jak… kupa gnoju. Kocie łajno. Psie rzygi. Szambo nigdy nieczyszczone. Olej w smażalni ryb nigdy niezmieniany. Gnijące fusy herbaciane.

Ostatnie porównanie ją rozbawiło. Wymyślała więc kolejne, równie idiotyczne, i chichotała. Nerwowo i histerycznie, jednak zanim doszła do domu, serce biło spokojniej i dłonie nie drżały. Arek spał jeszcze po sobotnich baletach, ale przyczłapał, kiedy włączyła ekspres do kawy.

— Wychodziłaś?

— Jak głupia polazłam do Różowej. Wczoraj nie skończyłam roboty, a jeszcze obiecałam Kochańskiemu posprzątać, ale… Uciekłam jak pies z podkulonym ogonem.

Arek chwilę trawił informacje, zanim załapał.

— Uciekłaś?

— Pijany facet próbował namówić mnie na seks. Już wczoraj mnie zaczepiał, ale odpuścił. Zawołali go do domu. A dzisiaj… Nie wiedziałam, że tam w ogóle ktoś jest. A ten wylazł z jakiejś nory wciąż pijany i okropnie obleśny. Śmierdział jak skunks.

— Cholera… — zamruczał Arek, ale Marysia nie wiedziała, czy w komentarzu do jej opowieści, czy z powodu oparzonych ust. Kawa to niemal wrzątek, a brat okazał się zbyt łapczywy.

— I miał małego — rzuciła Marysia, jakby od niechcenia.

— Co?!

— Małego miał — powtórzyła spokojnie.

— Skąd wiesz? — Arek popijał z kubka i patrzył z niedowierzaniem.

— Łaził w samej koszuli i skarpetkach. Sterczał mu tyci dzwoneczek.

— Serio?

— No, serio, serio… Tyci — mruknęła, rozstawiając palce na odpowiednią wielkość.

Arek patrzył na siostrę i nie wiedział chyba, czy wolno mu się śmiać. Marysia pierwsza nie wytrzymała. Zachichotała. Arek dołączył do niej i po chwili rechotali na dwa głosy.

— Muszę iść tam później posprzątać, chodź ze mną. Podzielę się kasą — zaproponowała wreszcie.

Spojrzał na nią jak na wariatkę.

— Potrzebna mi twoja kasa jak ten kac — potarł głowę i znowu siorbnął kawy.

— Nie pojadę tam sama, a już się zobowiązałam. Ostatni raz dałam się nabrać na coś takiego. Pieprzę te parę złotych! — zakrzyknęła. — Niewarte moich nerwów, ale skoro już obiecałam, to muszę dotrzymać słowa. Pojedź ze mną.

Ton jej prośby i błagalne spojrzenie zmiękczyły Arka, ale za przysługę zażądał rosołu z kluseczkami, jakie robił im kiedyś tata. Marysia westchnęła i zabrała się do roboty. Obiad i tak musiałaby ugotować, a przynajmniej nie będzie się bała iść do rezydencji. Zjedli o drugiej, a po godzinie jechali do Różowej. Dom był pusty. Wszędzie walały się śmieci. Butelki, brudne naczynia, szklanki i gdzieniegdzie prezerwatywy.

 

— Ładna balanga musiała być. Jakieś panienki rano widziałaś?

— Nie.

— To może geje, co?

Spojrzała z powątpiewaniem.

— Ten z dzwoneczkiem na pewno nie był… — zawyrokował Arek. — Chyba że bi… Dobra, nieważne… Pomogę ci tu ogarnąć. Tylko znajdź mi jakieś rękawiczki. Gołą ręką to tego nie ruszę. Bóg wie, co można złapać…

Sprzątali długo, a następnego dnia Marysia wróciła, by oprócz własnej roboty w ogrodzie zrobić pranie. Rozwieszała powłoki na sznurze za garażem i zastanawiała się, gdzie posadzić hortensje i kaliny. Uwielbiała pękate kwiatostany obu krzewów, wyglądające wspaniale w każdej fazie życia. Doskonałe, gdy świeże kwiaty przyciągają wzrok mocą koloru, doskonałe, gdy zaschnięte i oszronione kołyszą się na wietrze w mroźne poranki wczesnej zimy.

— Cześć, dziewczyno od trawnika!

Odwróciła się na pięcie i w jednej chwili znalazła się oko w oko z trzeźwym, uśmiechniętym i eleganckim Adamem Antonim Kochańskim. Przypomniała sobie, jak wyglądał dom po sobotniej imprezie. Te puste butelki i pełne prezerwatywy…

— Dzień dobry panu — odpowiedziała chłodnym, pełnym rezerwy tonem, odwróciła się i dalej wieszała powłoki.

— O, widzę, że dzisiaj będzie oficjalnie — mruknął ironicznie.

„A czego się, facet, spodziewasz…”, jęknęła w duchu. Czy on myślał, że Marysia da się złapać na ten jego prowokacyjny ton, kiedy nie ma nawet ochoty na niego patrzeć? Wydaje mu się, że przyjdzie taki elegancki i pachnący, zagada jak zawsze i wszystko będzie w porządku? Czego się niby taki Adam Antoni Kochański spodziewa? Ten dom po imprezce firmowej był w stanie gorszym niż… Żadne porównanie nie przyszło jej do głowy. Była za bardzo zła, by błyszczeć inteligencją! Energicznie schyliła się po kolejną sztukę bielizny. Prześcieradło było wielkie i nie mogła znaleźć narożnika. Adam chwycił mokry materiał i pomógł. Zdało się jej, że ruchy ma wolniejsze niż zwykle i jakby wyważone.

— Robisz porządki, dziewczyno od trawnika? — zapytał, jakby nie widział, co robi.

— Też coś… — mruknęła zła i szarpnęła mokry materiał. Adam szarpnął w swoją stronę. — Nudzi się panu?!

— Dlaczego?

Po minie widziała, że on w ogóle nie rozumie, o co jej chodzi. Jasne… Facet… W ogóle nie łapie, że sprzątanie chlewu, jaki zrobił z kumplami z pracy, może normalną kobietę zniesmaczyć, obrzydzić i ostatecznie zniechęcić do gościa, który bierze udział w rozwiązłej imprezce i jeszcze później udaje, że nie wie, o co chodzi.

— Pytam, czy zagaduje mnie pan w jakimś konkretnym celu, czy z nudów?

— Właściwie to nie miałem zamiaru cię zagadywać. Przyszedłem prosić, żebyś, jak skończysz, przyszła do domu. Powinniśmy porozmawiać.

— O czym niby?

Podniosła pustą miskę i ruszyła do pralni. W kącie na stercie leżało jeszcze kilka kompletów bielizny pościelowej. Założyła rękawiczki, zgarnęła kilka brudnych prześcieradeł i wepchnęła je do pralki.

— Nigdy więcej nie będzie tu takich imprez — powiedział nieoczekiwanie, kiedy się odwróciła, by sięgnąć po proszek.

— To pana dom, może sobie pan w nim robić, co pan chce.

— Właśnie. I dlatego mówię, że nie będzie w nim więcej takich imprez — powiedział tonem nasyconym głębokim przekonaniem. — Zrozum, nijak nie mogłem się wymówić. To mój nowy dom, oni ze mną pracują lub pracowali. Ale…

— Wytłumaczy mi pan coś? — przerwała zdecydowanie i odwróciła się w kierunku Adama. Nie miał wesołej miny. Czekał, co powie, i chyba spodziewał się najgorszego, a jej nagle zabrakło pary. — Ten facet… — wydusiła wreszcie.

— Misiek? — upewnił się, a kiedy skinęła potakująco głową, mruknął coś o głupcach. — Kiedyś, a znam go od szczeniaka, był z niego całkiem porządny gość — dodał, kiedy zauważył, że Marysia czeka na kilka rozbudowanych i coś wyjaśniających zdań. — Ostatnio ma za dużo procentów we krwi. I niestety to już stan chroniczny. A jak popije, to ma straszne parcie na laski…

— Były tu laski? — przerwała mu zdecydowanie, a może nawet agresywnie. Wiedziała, że były, znalazła przecież kilka namacalnych dowodów, ale musiała zadać to pytanie i usłyszeć, co Adam odpowie. Nie przyznawała się przed sobą, jak bardzo ta sytuacja wytrąciła ją z równowagi. Oczekiwała jakichś wyjaśnień, tłumaczeń, czegoś, co pozwoliłoby jej przejść nad tą imprezą do porządku dziennego, bo obrazy Miśka, skłębionych prześcieradeł i krawata przywiązanego do poręczy schodów, a później odciętego, wciąż nie dawały jej spokoju. A ona lubiła ciszę swojego życia. Nie chciała niczego więcej. Źle jej było?! Nie! Czuła się zrelaksowana. Wyciszona. Uspokojona. Lubiła śpiew ptaków, szelest liści, pluskanie wody… Powtarzała sobie to jak mantrę, czekając na odpowiedź Adama. Drgnęła, kiedy odpowiedział.

— Były.

To jedno słowo rozbiło ład, jaki próbowała osiągnąć. Skrzywiła się.

— Nie wiem, kto i kiedy po nie zadzwonił. Nigdy bym się nie zgodził na jakieś szalone… — tłumaczył, jak na gust Marysi, dość nieporadnie.

— Ale skoro już były… — podsumowała znacząco i odwróciła się do pralki. — Mój Boże, a ja nawet zaczynałam pana lubić.

Ledwo zamknęła usta, poczuła, że stoi tuż za nią. Zesztywniała, gdy jego oddech musnął ucho, a dłoń jak kleszcze zamknęła się na łokciu.

— Nie mam zwyczaju zapraszać przygodnych panienek ani uprawiać z nimi seksu. Nigdy w życiu nie byłem z kobietą na godziny — wysyczał ze złością.

— Nie moja sprawa — wzruszyła ramionami i spróbowała wyrwać łokieć z uścisku.

Nie pozwolił jej odejść, przysunął się bliżej, tak blisko, że czuła nacisk jego ciała na plecach, pupie i udach. Zaparło jej dech, a serce zakołatało. Zesztywniała.

— Nie mam w zwyczaju sypiać z dziwkami, jasne? — warknął. — Jak się te panienki pojawiły, poszły na górę. Ja nie poszedłem. Jak myślisz, dlaczego spałem w pokoju na dole?

— Nic mnie to nie obchodzi! — krzyknęła i zaczęła się szamotać, coraz mocniej z chwili na chwilę, bo już całkiem brakowało jej powietrza, a ręce zaczynały dygotać. Puścił ją i się odsunął. Był zły, ale odstąpił.

— Akurat! — stwierdził ironicznie. — Jakby cię nie obchodziło, to byś się nie wściekała.

Odetchnęła i wytarła spocone dłonie o koszulę.

— Wściekam się, bo musiałam sprzątać ten chlew. Mało się nie porzygałam — powiedziała cicho.

Zaciśnięte usta Adama powiedziały jej wszystko. Miała rację i on o tym wiedział.

— Zapłacę ci więcej.

— Wal się. — Odwróciła się, nasypała proszku do podajnika i włączyła pralkę. — Wiesz, miałam kiedyś męża. Też jeździł na takie imprezy. Wracał śmierdzący wódą. Czasami nie do końca swój, jakby nie tylko wódę przyjmował. A ślady na koszulach… Kobiety, kiedy uwodzą cudzego męża, nie powinny zostawiać swojej tapety na jego kołnierzyku.

Bez słowa czy spojrzenia wyszła z pralni. Musiał iść za nią, bo ledwo weszła na trawę, usłyszała najpierw trzaśnięcie drzwiami, a potem ich ponowne otwarcie.

— I coś zrobiłaś?! — wrzasnął za nią i zabrzmiało to bardzo szyderczo.

Poszła na pomost i zwaliła się na deski, aż chrupnęło jej w kręgosłupie. Wystraszyła się, kiedy zablokował jej drogę ucieczki, ale puścił ją, odstąpił, mimo że nadal był zły. Walnął drzwiami, że aż echo się poniosło, ale jej nie uderzył. Coś w niej odtajało, jakiś ostatni okruch lodu z przeszłości. Adam kłócił się z nią, pokrzykiwali na siebie i patrzyli oczami pełnymi oskarżeń, a jednak odstąpił…

Poza tym gdzieś między pralnią a brzegiem jeziora dotarło do niej, że trafił w sedno, w sam środek tarczy, z dwururki prosto w namalowane serce manekina. Ona nie była manekinem, bo czuła się trafiona i zatopiona. Przecież doskonale wiedziała, co Patryk robił na firmowych wyjazdach. Oczywiście z początku tylko podejrzewała, ale później się upewniła, że nie toczą się na nich inspirujące rozmowy, nie ma ciekawych warsztatów czy seminariów, za to jest chlanie, wciąganie, pieprzenie i knucie. Wiedziała. I co zrobiła?

Adam miał rację, szydząc z niej.

Ale czy to zmniejszyło jej złość? Polubiła Adama Antoniego Kochańskiego. Wydawał się jej inny niż ci młodzi biznesmeni, menedżerowie, urzędnicy z korpo, tacy jak Patryk. A jednak szydło wyszło z worka i zraniło ją boleśniej niż przypuszczała… Ten interesujący mężczyzna wcale nie różnił się od innych młodych wilków. Nic a nic. I to rozczarowanie bolało tak, że się wściekała. Atakowała. Strzelała jadem. Nie chciała go widzieć, nie chciała z nim gadać. Niech zostawi ją w spokoju, nie zagaduje, nie zaczepia. Nie chce mieć z nim do czynienia!

Słyszała, kiedy odjeżdżał. „I dobrze. Niech jedzie do swojego świata”, myślała, podkręcając palącą złość. Ta wiocha na zadupiu, ten dom w lesie nad jeziorem wcale nie jest jego miejscem do życia.

Wstała z pomostu i zdecydowanie ruszyła po szpadel. Kopała ziemię pod rabatkę, kiedy wrócił. Usłyszała warkot samochodu, więc zerknęła, ale opuściła głowę, żeby sobie nie pomyślał, że jej zależy. Potem było trzaśnięcie drzwiczek. I cisza. Myślała, że wrócił do domu, ale nie, podszedł do niej i chwilę stał bez słowa, patrzył tylko, co robi. A może nie patrzył, tylko tak tkwił, jakby nie wiedział, po co wrócił. A może wiedział, ale się zacukał, całkiem jak ona, i potrzebował jakiegoś impulsu, by ruszyć naprzód? Wbiła szpadel w miękką ziemię i spojrzała mu w oczy. Twarz miał ściągniętą, łapska w kieszeniach.

— Nie zawsze tak jest — powiedział cicho. — Faceci piją. Czasami któryś znajdzie sobie przytulankę, ale…

— Nie masz żony — stwierdziła, ale on przytaknął, jakby myślał, że potwierdzenie jest jej potrzebne. — Ilu z nich ma?

— Dwóch.

— I co robili? Spali na dole? — zapytała, wyrywając szpadel z ziemi.

— Ale czy to moja wina?! — warknął rozdrażniony. — Nie chciałem tu pijackiej orgii z dziwkami. Jak zobaczyłem dom rano, to mnie zatkało. Wypiłem za dużo, byłem wściek­ły o te lale i… Ja… Do kurwy nędzy, padłem po jedenastej! Możesz mi wierzyć albo nie wierzyć… Jeszcze mnie nie znasz, to nie wiesz, że jak za dużo wypiję, to śpię jak zabity. Jakby mi kto zasilanie odłączył. Więc padłem i nie wiem za dobrze, co tu się działo. Chłopaki pojechały nad ranem. Misiek został, mówił, że nie chciało mu się ubierać. I jak cię rano usłyszał, to… Sama wiesz, jak było. Myślałem, że po tej akcji z Miśkiem nie wrócisz tu więcej. Przyjechałem, żeby posprzątać. Nie chciałem narażać cię na żadne takie… Nie powinnaś wiedzieć, co tu się działo.

— Ale wiem. Niech pan już idzie.

Wróciła do kopania, jej złość wyparowała. Gdzieś głęboko pozostało jednak uczucie wstrętu, chociaż nie była pewna do kogo. Do Adama? Wbiła szpadel w ziemię. Kochański stał obok i nic nie mówił.

— Wystraszyłam się go — wyznała cicho i zacisnęła dłonie w pięści, bo zakręciło ją w nosie i poczuła zbierające się łzy. „Boję się każdego pijanego mężczyzny”, wyznała mu w duchu, łzy spadły z rzęs, a z nosa pociekło.

— Wiem, widziałem… Ale gdybyś krzyknęła, pomógłbym ci się go pozbyć — westchnął. — Nie płacz. Już wolę, jak na mnie krzyczysz.

— Dobrze. Będę. Od jutra…

Kiwnęła głową na zgodę i wreszcie całkiem się rozkleiła. Wzięła chusteczkę, którą jej podsunął. Pozwoliła, by otoczył ramieniem jej plecy. Oparła głowę o szorstki materiał marynarki. Wsparła się na nim i powoli uspokajała. Wreszcie Adam odsunął ją łagodnie i uważnie zlustrował jej twarz. Westchnął.

— Jesteś taka porządna, dziewczyno od trawnika — powiedział cicho, sięgnął po jej dłoń, pochylił się i pocałował. Przez krótką chwilę Marysia patrzyła na jego głowę i wzruszenie ścisnęło jej krtań. Powiódł ją, nagle całkiem bezwolną, w stronę samochodu. Chwilę stał tam z rękoma w kieszeniach spodni, wyprostowany i odległy, zapatrzony na wodę. Wiatr znad jeziora mierzwił mu włosy. Słońce mus­kało kosmyki, wydobywając z nich nowe kolory, których wcześniej Marysia nie zauważyła. Odwrócił się niespodziewanie, przyłapał ją na gapieniu się i przez chwilę patrzyli na siebie poważnie. Znowu chwycił jej dłoń w swoje delikatne, długie palce z równo obciętymi paznokciami. Pozwoliła, by ją pieścił. Patrzyła na ich splecione ręce i nie umiała znaleźć żadnych słów. Milczała więc i przyglądała się igrającym ze sobą dłoniom. Wreszcie się odsunął, a kiedy wsiadł do samochodu i zapalił silnik, pożegnała go cicho. Skinął głową i bez słowa odjechał, a ona wróciła na pomost i długo jeszcze siedziała na deskach, całkiem bez sensu patrząc na swoje ręce.

 

Nie były ładne. Mało kobiece. Zbyt szerokie i zniszczone, z odciskami, kilkoma bliznami i krótkimi paznokciami, których od wielu miesięcy nie malowała. Żaden lakier czy tips nie wytrzymywał wielogodzinnego grzebania w ziemi. Przypomniała sobie zadbane dłonie Anki czy Mini. A jednak to tym spracowanym, często niedomytym rękom Adam poświęcił kilka minut. Obejrzał dokładnie, poznał topografię dolin i wyżyn, wałów kilku blizn. Dotknął. Ogrzał. Czuła ciepło jego miękkich palców na swoich szorstkich. I wydawało się Marysi, że to ciepło rozlewa się po niej całej. Nie podejrzewała Adama Antoniego Kochańskiego o to, że mógłby ją rozgrzać.