Dziewczyna znad morza

Tekst
Z serii: Hana i Liwia #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna znad morza
Dziewczyna znad morza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Dziewczyna znad morza
Dziewczyna znad morza
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95  21,56 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przymknęła oczy, chcąc zatrzymać ten pęd myśli, walczyła ze sobą, żeby odpuścić. W końcu Beniamin mógł rzucić to ot tak, a ona już zapisywała w swoim mózgu tę jego cechę, która w przyszłości mogła zostać wykorzystana przeciwko niej. Nie potrafiła wyzbyć się tych przyzwyczajeń. Miała nadzieję, że danie, które dla nich zamówi, będzie faktycznie dobre.

Spokojna muzyka niosła się echem po lokalu. Rozmawiali na błahe, nieznaczące tematy, odbywali spektakl niezbędnej etykiety, Liwia czasem go lubiła, teraz wykorzystała, by się uspokoić.

– Zależy mi na tej pracy, to ogromna szansa. – Beniamin zapatrzył się w twarz dziewczyny, sięgnął po jej dłoń, podziwiając kruchość i miękkość jej skóry. Była skromnie ubrana, ale to tylko podkreśliło jej elegancję. Żadnego przepychu w makijażu, zapachu perfum czy biżuterii. Zachowywała naturalność. – Szansa dla nas obojga.

– Jaka jest nagroda? – Liwia walczyła, by nie okazać podejrzliwości, choć z doświadczenia wiedziała, że mężczyźni, jeśli już podejmują wyzwanie, to tylko wtedy, gdy przyniesie im znaczne profity. To kobiety zazwyczaj ulegały idei, pracy nie tyle dla pieniędzy, ile potrzeby. Pielęgniarki były głównie kobietami, u lekarzy jest przewaga mężczyzn, to samo w porównaniu: stewardessy a piloci, zakonnice a zakonnicy czy księża. W większości przypadków przekładało się to na wyższe zarobki i lepszy standard życia. Na wykładach nauk społecznych usłyszała, że to pierwotny instynkt mężczyzn w trosce o utrzymanie rodziny. Tylko że w obecnych czasach twarde role uległy zatarciu, zniwelowały się, jednak przyzwyczajenia zostały bez zmian.

Beniamin napił się, oddalając moment odpowiedzi.

– Mamy do przejęcia filię, która będzie działać w całym Trójmieście, a z tym wiąże się wolność w decyzjach i jeszcze więcej pieniędzy. Najlepszy zostanie dyrektorem działu, a jego zespół przetrwa. Przejmiemy wszystkich zdobytych klientów i będziemy kształtować politykę firmy.

– Najlepszy z liderów czy z grupy?

– Lider to ktoś, kto pozyskuje zaufanie, to pierwszy krok, ale wszystko może się zmienić.

Wymienili się spojrzeniami. Mężczyzna rozważał, czy kobieta siedząca przed nim mogła mu zagrozić, a ona badała jego, zastanawiając się, jak bardzo jest zdeterminowany, by osiągnąć ten cel.

Liwię dopadło zwątpienie; oto przed nią kolejna szarża i walka. Czy w ogóle nadawała się do udziału w tej grze, wiedząc, jak bardzo to przeżywa i z jaką niechęcią do tego podchodzi? Może powinna zatrudnić się w sklepie, gdzie zasady były proste, nie musiałaby z nikim wojować. Nie mogła jednak zignorować swojej zawodowej ambicji, która powodowała, że zaskakiwała samą siebie. Lubiła pracę z wizerunkiem, uczestnictwo przy jego tworzeniu, nie tyle sztucznego, ile prawdziwego. To była też szansa na pracę z ludźmi, i to dosłownie: zajmowanie się ich marką, to, o czym od kilku lat marzyła.

Nie było sensu pytać Beniamina, co zrobi, by zdobyć nagrodę, to z łatwością można wyczytać z jego słów i postawy.

– Wiem, że tobie zawdzięczam pracę.

– Udowodniłaś, że idealnie się do niej nadajesz. Chcę cię mieć w zespole, czuję, że jeszcze na wiele cię stać.

Liwia zagryzła usta, mężczyzna już ustawiał się w roli jej mentora. Dokładnie to spotykało ją w poprzedniej pracy, wycofywała się, odpuszczała. Nie chciała zachowywać się jak dziecko w piaskownicy, prześcigać z zadaniami i sukcesami, z najlepszym pomysłem na budowę zamku z piasku.

– Bardzo się cieszę – powiedziała tylko, choć motywacje mężczyzny były widoczne jak na dłoni.

Liwia szybko zjadła swoje danie, chcąc wyjść na świeże powietrze, dostać się do samochodu i wrócić do domu. Odgrodzić się od nieprzyjemnego spotkania, jakich już wiele w życiu odbyła. Taka jednak była rzeczywistość, ludzie mieli swoje cele, a innych wykorzystywali do ich osiągnięcia, tłumacząc sobie, że to nic zdrożnego, bo każdy postępuje podobnie.

Dostrzegała złe motywy innych bardzo wyraźnie, dodatkowo brała je zbyt mocno do serca. Przez to na optymistyczne wizje nie starczało miejsca. Mroczny cień zasłaniał blask słońca, to zawsze dzień przegrywał z nocą, światło z mrokiem. Tak po prostu zbudowany był świat, świat Liwii.

W domu zaparzyła sobie zioła, miały ją wyciszyć i uspokoić. Otworzyła balkon i bliżej niego przysunęła fotel. Siadając, podciągnęła pod siebie nogi. Zgasiła światło, zasłuchała się w dźwięki nocy, grę aktywnych świerszczy, brzęczenie komarów.

Pomyślała o buncie, by nie ulec i nie zagłosować na Beniamina, tylko dać czas, by każde z nich się wykazało, pokazało, które z ich piątki zasługuje na miano lidera. Wyobraziła sobie ten popłoch, wzrok pełen złości, niewybredne komentarze. Czy była na nie gotowa? Czy umiałaby zachować spokój?

Uniosła wzrok, ale tego, co zwróciło jej uwagę, nie można było dostrzec, tylko usłyszeć. Podniosła się z kubkiem w dłoniach i wyszła na balkon, zasłuchując w głos Franka Sinatry i jego My way. Zdominował inne dźwięki, były tylko jego słowa, które niosły się po spokojnej okolicy szykującej się do snu.

Liwia słuchała jego spowiedzi, pragnąc tak jak on zrobić wszystko po swojemu, przeżyć spełnione życie, przemierzyć każdą z dróg, by przekonać się, czy jest jej przeznaczeniem.

A teraz zbliża się koniec,

I oto stoję w obliczu finału,

Mój przyjacielu, powiem to jasno,

Zdam sprawę z tego, czego jestem pewien.

Przeżyłem spełnione życie,

Przemierzyłem każdą z dróg,

A co więcej, co znacznie ważniejsze,

Zrobiłem to po swojemu.

(…)

Bo czymże jest człowiek, cóż on ma?

Jeśli nie jest sobą, to jest niczym,

Ma mówić to, co naprawdę czuje,

A nie to, co mu każą,

Historia świadkiem, zebrałem cięgi,

I zrobiłem to po swojemu…

5


Liwia przyszła do pracy i zaczęła z determinacją przeglądać sprawy, jakie jej zlecono. Przekazała je praktykantowi Wojtkowi, ale nie zostawiła go z tym samego. Wspólnie przeanalizowali poszczególne przypadki i najlepszą strategię.

Chodziła po niewielkim biurze, w którym przez cały dzień gościł cień, i rozprawiała, dzieląc się w ten sposób swoim doświadczeniem i wiedzą. Robiła to też dla siebie, by pokazać i udowodnić samej sobie, że to była jej droga, że powinna nią podążać, nie zważając na trudności.

Została ostatnia sprawa, ale Liwia ją odsunęła, dosłownie przesunęła teczkę na koniec blatu. Znana marka całkowicie jej zawierzyła, troszczyła się o jej wizerunek na rynku, dbała o jego ulepszenie. To był duży gracz, z którego była dumna, teraz musiała go porzucić.

– A czekolada? – zapytał praktykant, kiedy wychodziła na przerwę, wiedząc, że firma była jej oczkiem w głowie.

– Przekaż ją Gadzińskiemu. Z moimi serdecznymi pozdrowieniami.

– Czemu sama tego nie zrobisz? – zapytał Wojtek, który bał się tamtego mężczyzny.

– Właściwie czemu nie – uśmiechnęła się i chwyciła teczkę pod pachę. Wyszła na chłodny hol, bez problemu przeskakując po dwa stopnie.

Przed drzwiami zawahała się, po czym nacisnęła klamkę. Weszła do biura, gdzie siedziała sekretarka, Roman zawsze dostawał to, co najlepsze. Minęła zaskoczoną kobietę i po jednym puknięciu w drzwi wkroczyła do gabinetu, który w pełni słońca prezentował za szybą miasto, z rozległą panoramą i błękitem nieba.

Liwia dopiero teraz wyraźnie odczuła to, co straciła, gdy bez słowa protestu oddawała mu swoje zasługi, a mężczyzna zyskiwał. Nie była jedyną, którą wykorzystywał, ale jedyną, która tak dalece na to pozwalała. Mężczyzna potrafił rozpychać się łokciami, nawet stosować nieczyste zagrania, dążąc do celu i zgarniając po drodze wszystko po kolei. Wyższe stanowisko, większe biuro z sekretarką i codzienny widok słońca na niebie.

Z lekkością stwierdziła, że utrata pracy nie była dobra, ale nie będzie za nią tęsknić. Za długo zasiedziała się w miejscu, w biurze, skąd nie mogła dostrzec perspektyw, wciąż trwając w przekonaniu, że to, co poznane, wydawać się może bezpieczne i trwałe.

– Duńczyk, co za miła niespodzianka. – Przysadzisty mężczyzna uśmiechnął się złośliwie. Nawet jeśli coś go zaskoczyło, nie pokazał tego. – Byłem ciekaw, czy przyjdziesz prosić mnie o wstawiennictwo. – Rozsiadł się dumny ze swojego stanowiska i mocy sprawczej.

– Przecież sam mnie go pozbawiłeś.

– Pozbawiłem, ale mogę przywrócić. Szepnąć, gdzie trzeba, słówko. – Zmierzył kobietę wzrokiem, doceniając jej elegancję i spokój, jaki prezentowała w głosie i gestach; błędem było jej nie doceniać, mimo że sprawiała wrażenie bezbronnej. Dopiero z czasem dostrzegało się jej inteligencję i talent. Dziwił się jej postępowaniu, gdyby chciała, mogłaby go przebić, i to bez wysiłku. Potrafił dostrzec lepszych od siebie i odpowiednio wykorzystać. Zasadę miał jedną, by jego było na wierzchu.

– Chciałbyś mnie zatrzymać?

– Prosisz o pracę?

– Nie proszę i nie jestem zainteresowana współpracą pod twoim butem. Już dość mnie wykorzystałeś – powiedziała to bez gniewu.

– Mogę ci wiele dać, Liwio – obiecywał, nic sobie nie robiąc z jej odmowy, która go rozbawiła.

– Nic wartościowego. Przyszłam osobiście oddać ci sprawę fabryki czekolady. Jak wiesz, współpracujemy od samego początku, to była moja pierwsza duża marka – wspomniała z nostalgią. – Nie wiem, jak przyjmą moje odejście, na pewno gładko im to wytłumaczysz. Szykują się u nich problemy, zrobili rotację w pracownikach, trochę wypowiedzeń, a teraz sypią się skargi, co wpływa na wizerunek. Jestem pewna, że odpowiednio się nimi zajmiesz. – Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

 

– Duńczyk! Pracujesz do jutra, takie sprawy załatwiasz w kilka godzin – powiedział ostrzegawczo. Klient od lat współpracował z ich firmą. Jego utrata mogłaby spowodować duże finansowe straty.

– Osoba na moim niskim stanowisku potrzebuje wiele czasu na analizy. Ty, Gadziński, ze swoim biurem i sekretarką, załatwisz to szybciej. – Zamknęła za sobą drzwi, nie chcąc wyjść na małostkową i zazdrosną. Nie była zawistna, ale to ją zabolało.

Wyszła z budynku na słońce, letni wiatr targał końce jej krótkich włosów i sukienkę w niebieskim odcieniu. Liwia nie wyróżniała się z tłumu, ale jej elegancki strój na dłużej zatrzymywał uwagę.

Powinna spotkać się z Haną i ponownie zaczerpnąć oddechu optymizmu, ale nie chciała zwlekać. Z podekscytowania nie miała apetytu, poza tym musiała zacząć nowy rozdział, bo wcześniejszy skończył się już dawno, nawet sama tego nie zauważyła.

Podjechała pod wieżowce, a szklane wieże odbijały od swojej powierzchni błękit nieba. Pewniejszym krokiem wysiadła z windy, tym razem wpadając na Tomaszka, który z uśmiechem przyjacielsko chwycił ją pod ramię. Jego czarny elegancji strój przy szyi zdobiła czerwona muszka.

– Więc jesteś.

– Nie spodziewałeś się, Tomaszku?

– Różnie to bywa. Zagłosujesz na Beniamina? – szepnął, nachylając się w jej stronę i maszerując swobodnym krokiem, jakby to nie były korytarze biura, ale nadmorski bulwar.

– Chcesz, żebym tobie oddała głos? – zapytała z uśmiechem, ale jej oczy były poważne. Liwia nie bagatelizowała nikogo, każdy miał ukryty potencjał i pragnienie zaspokajania potrzeb.

– Miła jesteś – zachichotał, dobrze się bawiąc. – Nic takiego nie sugeruję. Nawet nie pretenduję do miana lidera.

– Dlaczego?

– Bo jestem z tych, co się ślizgają i przyczepiają do lepszych, którzy zawsze pociągną mnie za sobą – uśmiechał się. Najwyraźniej był dumny ze swojej strategii.

– Działa?

– Zawsze, a dzięki temu każdy jest zadowolony, ja jestem wiernym sługą, a mój lider ma połechtane ego.

– Beniamin to twój lider, a ty mnie właśnie badasz?

– Tak, kociaku. Czuję, że możesz przywiać problemy i zmartwienia naszemu niezłomnemu Beniaminowi, ale pamiętaj, gdy będziesz prowadzić, na pewno do ciebie dołączę. – Zatrzymał się i w drzwiach przepuścił dziewczynę. Zaśmiał się z jej zaskoczenia.

Liwia musiała ochłonąć po wyznaniu Tomaszka, ale na jej twarzy gościł uśmiech, a na czole nie pojawiła się zmarszczka zmartwienia. Musiała się dostosować do szybko zmieniających się wydarzeń, na razie płynąć z falą i czekać, na jaki brzeg ją wyrzuci.

– Liwio, miło cię widzieć, czy mogę liczyć na twój głos? – Beniamin podszedł do niej, chcąc się przywitać i od razu rozwiać swoje wątpliwości.

– Masz go, mam nadzieję na owocną współpracę.

– Na pewno taka będzie. Proszę, tu musisz złożyć podpis, to tylko formalność, w końcu jesteśmy zespołem, razem wzbijemy się na szczyt.

Liwia uśmiechnęła się, mając ochotę westchnąć, nie raz słyszała takie mobilizacyjne gadki, ale od zwycięzców wznoszących się na barkach innych. Rozmowa z Gadzińskim stępiła jej i tak słaby optymizm, miała zamiar jednak spróbować, przetestować siebie, czy będzie ją stać na samodzielność, na prowadzenie w maratonie o klienta. Jak śpiewał Frank, jej ulubiony męski głos, zrobi to po swojemu.

Ola podeszła się przywitać, ale nie wystarczył jej uścisk dłoni, energicznie wzięła Liwię w objęcia. Razem stanowiły kontrast: niska i okrąglutka Ola, z rudymi lokami wokoło okrągłej twarzy, i Liwia smukła jak trzcina, górująca nad nią wzrostem.

Joanna podeszła tylko uściskać dłoń, wymieniła z nią kilka zdań, które wypadało. Liwia nie rozumiała, czym ją do siebie zniechęciła, co było przyczyną, że uważała ją za konkurencję, zanim tak naprawdę zostały sobie przedstawione.

– Teraz toast. – Beniamin wyjął schłodzonego szampana z minilodówki i rozlał do kieliszków. – Za nową przygodę. – Nie patrzył na zebranych, ale za okno, gdzie rozpościerała się Gdynia. Czuł, że zmiana stolicy na nadmorskie klimaty wyjdzie mu na dobre, a nowa osoba w jego zespole jeszcze mu to ułatwi.

Liwia wzięła mały łyczek musującego napoju i zerknęła na swój podpis. Stało się, już nie było odwrotu, ale zrobi, jak obiecała Hanie – spróbuje się dobrze bawić. Popatrzyła w okno na piękny widok, ale z rozmarzeniem, wypatrując Kamiennej Góry, swojego miejsca w bloku na drugim piętrze.

Zerknęła na zegarek i pożegnała się, a mimo że praca miała rozpocząć się w poniedziałek, dziewczyna poczuła w powietrzu rywalizację, wyścig przed startem, który już powoli wkradał się do jej myśli.

Ola odprowadziła ją do windy, wciąż się w nią wpatrując.

– Jak to zrobiłaś? – zapytała z naciskiem, jakby odpowiedź bardzo ją nurtowała. – Najpierw Beniamin zaprosił cię do zespołu, później zdobyłaś klientkę konkurencji.

– Konkurencji?

– To nic nie wiesz?

– Beniamin wspomniał mi o Sylwii pogodynce, że warto o nią zawalczyć, i gdy tylko uda mi się ją pozyskać, dostanę pracę. Niczego więcej nie wyjaśnił.

– To się narobiło. Dzięki twojemu sukcesowi chciał być traktowany poważnie. Naszemu liderowi bardzo na tym zależy.

– A tobie, Olu?

– Chciałabym tu pracować, ale ja nie nadaję się na szefa.

– Dlaczego? – Liwia nie doczekała się odpowiedzi, choć domyślała się jej. Często kobiety wyrabiały w sobie przekonanie, że nie mogą wspiąć się wyżej i osiągnąć zaszczytów. – Nie jesteś gorsza od Beniamina.

– Och, Tomaszek mówił, że będą z tobą problemy – wyznała, pośpiesznie mrugając rzęsami.

– Ja nie tworzę problemów, Olu.

– Tak? Liderowi konkurencji twój sukces na pewno się nie spodoba. Tak czy siak, ja się cieszę, że jesteś z nami, a nie we wrogim zespole.

Liwia została sama, czekając na windę. Nie sądziła, że jest problematyczna, że wyżej unosi głowę tylko dlatego, że udało jej się pozyskać klientkę. Zupełnie nie wiedziała, jak to wszystko ogarnąć. Miała weekend, by pogodzić się z sytuacją i odpowiednio przygotować.

Drzwi windy rozsunęły się, weszła i przymknęła powieki. Głos, który uniósł się po korytarzu, zwrócił jej uwagę. Zaskoczona spojrzała na mężczyznę, którego nie znała, a zwracał się do niej. Rozszerzonymi oczami patrzyła, jak zatrzymał windę, przestępując jej próg.

***

– Więc się spotykamy – powiedział mężczyzna, wstrzymując drzwi windy.

Liwia widziała go po raz pierwszy w życiu. Na pewno zapamiętałaby ten moment, mężczyzna był wysoki, barczysty, z nieprzeniknionym wzrokiem, ciemnym jednodniowym zarostem i włosami czarnymi jak noc, w lekkim nieładzie. Nie ruszał się, nie zdradzał nerwowości w ruchach, patrzył na nią, choć trudno było odczytać jego wyraz twarzy, a zwłaszcza spojrzenie.

– Czy już mieliśmy okazję?

– Niestety nie i żałuję. – Wypowiedział słowa z naciskiem, co mogło jednocześnie znaczyć żal i ostrzeżenie. – Możemy szybko to nadrobić.

Liwia nie wiedziała, co o tym sądzić, ponownie coś jej umykało, ale miała świadomość, że powinna o tym wiedzieć.

– Liwia Duńczyk.

– Liwia – wypowiedział jej imię, przeciągając końcówkę. – Na pewno zapamiętam. Robert Winiarski. – Zrobił krok, uwalniając windę, i sięgnął po dłoń dziewczyny, stając bliżej.

– Miło mi cię poznać, Robercie. – Spięła się, bo zrozumiała, że poznała właśnie szefa przeciwnego zespołu. Mężczyzna zachowywał się, jakby trzymał coś w zanadrzu i tylko czekał, by zaatakować.

– Ciebie też, Liwio.

Znowu to zrobił, przeciągnął jej imię, patrząc w oczy.

– Dałbym się zwieść, naprawdę trudno mi w to uwierzyć – mówił z lekkim kipiącym uśmiechem, wpatrując się w dziewczynę.

– W co dokładnie? – zapytała, mając dość jego nachalności. Próbował z niej czytać, co jej się nie podobało.

– W to, że odważyłaś się zabrać mi klientkę, Liwio – wytłumaczył tonem, jakby mówił do małego dziecka.

Liwia sięgnęła ręką do włosów, zdradzając swoją nerwowość. Mężczyzna to dostrzegł i uśmiechnął się z satysfakcją, o co dziewczyna była na siebie zła. Mała przestrzeń i jego osoba zaczynały intensywnie na nią wpływać, rozbudzając jej większy niepokój.

– Sylwia chciała zostać dziennikarką, funkcja pogodynki już się jej znudziła.

– Właściwe określenie, znudziła. Co jej obiecałaś?

– Więcej niż chodzenie na imprezy – rzuciła, nie zamierzając się tłumaczyć. Gdy drzwi windy rozsunęły się, chciała wysiąść, a on stanął w przejściu.

– Nie zrobisz ze słonia baleriny, tak jak z Sylwii Orłowicz dziennikarki.

– Nie zamierzam, po naszej rozmowie stwierdziła, że to jej nie interesuje. Wybrała inną opcję.

– Jaką?

– Mnie. – Liwia wykorzystała moment, gdy inni pasażerowie stanęli w drzwiach, i opuściła windę, kierując się do obrotowych drzwi.

– Dałbym się zwieść, naprawdę. – Robert chwycił ją za dłoń delikatnie, jak w tańcu odwrócił w swoją stronę. – Krucha, delikatna, z melodyjnym głosem, a takie niesie niebezpieczeństwo.

Liwia zabrała rękę, starając się ukryć swoją niepewność. Naraziła się mu, więc nie dziwiła się temu atakowi, choć subtelność Roberta, niby zwykła rozmowa, była na pozór, bo w jego słowach można było dosłyszeć groźne nuty.

– Jesteś najmocniejsza w waszej ekipie, a poznałem już wszystkich. Tomaszka, który stanie za każdym, kto utrzyma go przy pańskim stole, Joannę, która wodzi za Beniaminem wzrokiem i czeka na znak, by go zadowolić. Jeszcze Ola, która wygląda na roztrzepaną, a teraz ty, Liwio.

Poczuła, jak rzuca jej wyzwanie. Wcześniej w takich sytuacjach wycofywała się, unikając konfliktów jak ognia. Zawahała się, nie wiedząc, jaki ruch wykonać, bo mimo ogromnego krytycyzmu wiedziała, że ma dar pozyskiwania klientów. Nie stanowiło to dla niej trudności, wystarczyła chwila rozmowy i zawiązywała się więź. Nigdy tego nie nadużywała, nie chcąc tracić czasu na zazdrości i wybuchy złości konkurentów, wolała być ponad to, ale historia pokazała, jak wszystko oddawała innym, rezygnowała z wygranej, mimo że jej się słusznie należała.

Liwia przypomniała sobie Gadzińskiego, jego gabinet w słońcu i jej biurko o ciemnych ścianach. Zobaczyła, gdzie jest, a gdzie powinna być. Nie mogła się wycofać, tylko zawalczyć o swoje i skorzystać z przypadłości, którą od dziecka uważała za przekleństwo.

– Robercie, jestem tylko członkiem zespołu, nie liderem. Czy faktycznie jest powód się mnie obawiać?

– Czemu nie zostałaś liderem? – Zaszedł jej drogę, kiedy chciała odejść. Badał każdy jej gest, patrzył w oczy, tam szukając odpowiedzi.

– Muszę się tłumaczyć?

– Nie musisz, łatwo to odczytać. Macie słabego i zakompleksionego lidera, który będzie cię trzymać na dystans, wiedząc, że jesteś lepsza od niego. Myślisz, że nie próbował z pogodynką? Jednak to tobie się udało.

– Ty byś oddał tron komuś lepszemu?

Zaśmiał się, choć jego oczy były poważne.

– Nie ma lepszego ode mnie.

– A lepszej?

– Rzucasz mi wyzwanie, Liwio?

Znowu to zrobił, wolno wypowiedział jej imię.

– Jedno rozdanie wygrałam, kolejne mogą się zakończyć podobnie. – Liwia czuła, jak mocno bije jej serce.

– Do tej pory naprawdę byłem miły.

– Wiemy, jak to się skończyło – powiedziała z uśmiechem. – Twoja klientka przeszła na moją stronę. – Wyminęła go i weszła w obrotowe drzwi, ale on jeszcze jej nie odpuścił.

– Masz kogoś, Liwio? Męża, partnera, kochanka?

Odwróciła się i popatrzyła w ciemne oczy, których spojrzenia nie sposób było odgadnąć. Dla Liwii – czytającej z gestów i oczu, które były zwierciadłem duszy – brak wyraźnych sygnałów był niekomfortowy i wiele utrudniał. Była na szczęście już na powietrzu, nieograniczona przestrzenią. Poczuła się swobodniej.

– Przecież wiemy, jak takie relacje zazwyczaj się kończą.

– Czyli nie.

– A ty, Robercie, masz kogoś: żonę, partnerkę, kochankę? – zapytała nie mniej ciekawa jego osoby. Zapewne z czasem domyśliłaby się prawdy, przeczuwała jednak, że nie obnosił się ze swoimi prywatnymi sprawami, które ktoś z łatwością mógłby wykorzystać na jego niekorzyść.

Robert uśmiechnął się, a jego postawa zdradzała, że dobrze się bawi.

– Jestem wolny, niezależny i… zainteresowany.

– Tym się różnimy, ja nie jestem zainteresowana.

– Może pójdziemy coś zjeść i razem to ustalimy?

– Chcesz wybadać naszą strategię? – rzuciła, przewidując jego krok i powód zaproszenia.

– Możemy porozmawiać o tobie.

 

– Czyli chcesz poznać moje słabe strony.

Robert zaśmiał się, nie spodziewając takiej przejrzystości w odczytywaniu jego zamiarów.

– Wcześniej czy później i tak to nastąpi, Liwio.

– Miłego dnia, Robercie.

Odwróciła się i pośpiesznie odeszła. Było jej gorąco, mimo że otulał ją chłodny wiatr od morza. Otoczona gwarem miasta wyraźnie słyszała uderzenia serca, jakby przebiegła sto metrów, choć nie czuła zmęczenia, tylko przyśpieszony puls. Nie potrafiła ocenić, co właśnie przeżyła, nie miała czasu na analizę, działała odruchowo, próbując się bronić przed natarczywością Roberta – jego spojrzeniami i wypowiadanymi słowami.

Liwia odwróciła się i spłoszyła, gdyż on wciąż stał w miejscu i z daleka się jej przyglądał, ze swobodą trzymając ręce w kieszeniach spodni. To był błąd, zbeształa swoją ciekawość, domyślając się, jak dokładnie ten gest zostanie przez niego odczytany.

***

Robert patrzył za dziewczyną, póki nie zniknęła mu z oczu. Jego lekki uśmiech zniknął, pojawił się poważny i zamyślony wzrok. Spojrzał w niebo rozświetlone słońcem, jakby je oceniał. Nie zanosiło się na zmianę pogody, choć czuł, że coś nadchodzi. Jeszcze raz spojrzał w punkt, gdzie ostatnio widział dziewczynę, i zawrócił do budynku.

Szedł lekko pochylony, nie patrząc na mijające go twarze. W tej części piętra mieściły się przestronniejsze gabinety, a ich okna wychodziły na tereny zielone Lasów Witomińskich, widoczne też były Arena Gdynia i Stadion Rugby. Robert wszedł do swojego przestronnego i jasnego biura, którego dwie ściany składały się z okien sięgających samej podłogi. Nie zwrócił uwagi na zieloną panoramę, jego myśli natrętnie wracały do dziewczyny.

– Szef jakiś zamyślony. – Patryk wszedł do biura lidera i ze swobodą w ruchach przysiadł na rogu biurka. – Na coś się zanosi?

– Spotkałem naszą Liwię – powiedział, ponownie przeciągając końcówkę jej imienia.

– Naszą?

– Przyszłą.

– Taki mamy plan?

– Ja mam taki plan – sprostował z leniwym uśmiechem i lekko zmrużonymi oczami. Popatrzył na podwładnego, którego traktował jak prawą rękę. Pracował z chłopakiem od kilku lat i nigdy się na nim nie zawiódł. Robert potrafił się za to odwdzięczyć, odpowiednio do potrzeb, by tamten nie poczuł się niedoceniony i nie próbował przejąć jego miejsca na szczycie.

– Nie wystarczy nam ludzi?

– Dziewczyna może nam zaszkodzić.

– Bardzo? Może z pogodynką miała szczęście? Porozmawiały jak przyjaciółki i tak zrodziła się kobieca więź, no i pewnie dlatego przeszła do niej. Sylwia szybko zmienia decyzje.

– To prawda, teraz już podobno nie chce być dziennikarką, przynajmniej nie faktów.

– Liwia ją przekonała.

– Właśnie o tym mówię, że jest niebezpieczna. Sylwia jest kapryśna, a ona po jednej rozmowie potrafiła przekonać ją do siebie i jeszcze inaczej nakierować. Na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie niegroźna.

– Co szefa niepokoi? – dopytywał, gdy wypowiedź się urwała.

– Trudno z niej czytać, pilnuje się, choć myślę, że to naturalny nawyk. – Robert odszedł od okna i usiadł w fotelu, którego oparcie lekko wygięło się, dla komfortu siedzącego. – Jest podejrzliwa, szybko przejrzała moje zamiary, analizuje i chyba nie jest z tych trzymających głowę w chmurach.

– Romantyczne gesty? – zaproponował Patryk.

– To może być za mało.

– Dla szefa to łatwizna – zaśmiał się, bo nie raz widział Roberta w akcji, w końcu uczył się od najlepszego.

– Niczego nie kupuje od razu, dopatruje się drugiego dna.

– Długo z nią szef rozmawiał?

– Chwilę, zatrzymałem ją, ile się dało, ale mi się wymknęła.

– Trzeba poszukać sposobności i wtedy ją rozegrać. – Patryk tak traktował ludzi, zwłaszcza jeśli chodziło o pracę. Tego też nauczył się od Roberta. Poznawanie ludzi i ich pobudek ułatwiało pozyskiwanie ich przychylności, a to już pierwszy krok do uległości.

– Wie, że jesteśmy konkurencją.

– Szef widzi przeszkody? Tak drobna postać zburzyła solidny mur – zaśmiał się, gdy Robert popatrzył na niego groźnie.

– Właśnie to jest najgroźniejsze, może nam wchodzić w paradę. A jak walczyć z dziewczyną, która jest łagodna i ma taki melodyjny głos? Nie zgrywa mi się to.

– Mięknie szef?

– Wręcz przeciwnie. – Oboje się zaśmiali z wymowności wypowiedzi. – Rzuciła mi wyzwanie, więc mam zamiar je podjąć.

– Ona? Szefowi, Robertowi Winiarskiemu? Na trzeźwo? Zaczynam nabierać do niej szacunku.

– Tylko nie zapominaj, komu kibicujesz.

– Zawsze Robciowi – rzucił z rozbawieniem, wykorzystując zdrobnienie, jakim nazywała szefa Sylwia pogodynka, a którego tamten szczerze nie znosił.

– Nie narażaj się, Pati! – Robert się odgryzł.

– Nie będziemy za nią płakać.

– Nie ma znaczenia, czy lubimy klientów, czy nie, liczą się osiągnięcia, Patryczku.

– To co robimy?

– Czekamy na ich ruch i dalej robimy swoje. Gdzie nasi bliźniacy? – Dał chwilę, by jego prawa niezawodna ręka zawołała ich do jego gabinetu. Mieli do dyspozycji odpowiednio przygotowaną salę narad, ale Robert wolał więcej swobody. Mniej oficjalna przestrzeń zdecydowanie zachęcała do otwartości.

Zanim Robert doczekał się swojej grupy, wpadł szczupły chłopak z nastroszoną rudą czupryną, garnitur na nim wisiał, a krzykliwy krawat bujał się na wszystkie strony.

– Dla szefa, czarna, bez cukru.

– Dzięki, Antek. – Popatrzył na chłopaka, mając co do jego wyglądu i zachowania wiele zastrzeżeń. Wziął Antka pod swoje skrzydła, chcąc przetestować swoje umiejętności. Trudne przypadki były dla niego przyjemną rozrywką, nie lubił osiadać na laurach, potrzebował ciągłych wyzwań. Dlatego też zawitał do Gdyni. Praktykant się wyrobi, z czasem, choć potrzebował go mnóstwo. – Prosiłem cię o coś, chłopcze.

– To garnitur mojego brata, myślałem, że wystarczy?

– Nie wystarczy i nie użyłeś grzebienia.

– Użyłem, ale…

– To zetnij włosy.

– Na krótko?

– Na schludnie. Mam cię zaprowadzić za rączkę do fryzjera? Nie chcę, by nasi przeciwnicy pomyśleli, że… – urwał i się uśmiechnął. – Wstrzymaj się jeszcze.

– Z fryzjerem? – Antek zaczął przestępować z nogi na nogę i się pocić. Bardzo pragnął być kimś i osiągnąć sukces, a przede wszystkim przestać przypominać siebie: wątłego, nieporadnego rudzielca.

– Tak, wykorzystamy twoją… niedbałą aparycję. Może sam wyciągniesz z tego wnioski? – Robert stracił zainteresowanie praktykantem, gdy do jego biura weszło dwóch mężczyzn wysokich i szczupłych. Marek i Jarek byli bardzo do siebie podobni, wyróżniały ich szczegóły, dzięki którym z łatwością można było ich odróżnić. Jeden miał jasne włosy zaczesane na prawy bok, drugi odrobinę ciemniejsze na lewy. Obydwaj jakiś czas temu przyszli na praktyki, teraz tworzyli idealny duet pod jego dowództwem.

Zerknął na Antka, który przygarbiony przykucnął w rogu pokoju, jakby chciał, by o nim zapomniano. Mężczyźni przysiedli na krzesłach w podobnych pozach, cierpliwie czekając na zadania. Patryk z nich wszystkich był najbardziej swobodny i ponownie oparł się o róg biurka szefa, wymownie podkreślając swoją rolę.

Robert już miał zabrać głos, gdy do biura weszła kobieta, jedyna w ich gronie. Alicja wyglądała jak nauczycielka z dużymi okularami na małym nosie, w schludnym stroju zapiętym aż po szyję, długim po same kostki. Włosy zaczesała w luźny kok, utrwalając swój wizerunek zaufanej czarodziejki, jak nazywał ją Robert, gdy dokonywała cudów, wynajdując niezbędne informacje. Była jego tajną bronią, z której korzystał do woli i w zależności od potrzeb. Zawsze obsypywał ją komplementami i kwiatami, wiedząc, jak bardzo to lubi. Cała jego zgrana ekipa przyjechała z Warszawy z nim, bo ich o to poprosił.

– Alicjo, mów, co masz dla mnie. – Robert chciał omówić strategię zdobywania klientów, ale to kobiecie zawsze dawał pierwszeństwo.

– Liwia Duńczyk przepracowała kilka lat w jednej firmie, nie można powiedzieć, że odniosła spektakularny sukces. – Kobieta podała szefowi kartkę, na której zapisała inne informacje.

– Niewiele.

– Jej firma ogłosiła bankructwo, ale utworzył się nowy podmiot, który przejął większość pracowników, także jej szefa działu Artura Norka i Romana Gadzińskiego, który pełni teraz funkcję dyrektora. Dziewczyna się nie załapała.

– Dlaczego jej nie zatrzymali? – pytał głośno Robert, choć wiedział, że nikt w pokoju nie odpowie.