Dziewczyna znad morza

Tekst
Z serii: Hana i Liwia #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna znad morza
Dziewczyna znad morza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Dziewczyna znad morza
Dziewczyna znad morza
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95  21,56 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbiegała z górki, obok ulicy z wieloma zaparkowanymi autami po obu stronach drogi, po prawej minęła ośrodek wczasowy i schodami dotarła do bulwaru – teraz pełnego przyjezdnych i miejscowych.

Woń ciemnej ziemi i lasu przegrywała z zapachem nagrzanego piasku i słonym morzem. Liwia ściągnęła buty i zanurzyła stopy w aksamitnych ziarenkach, które delikatnym dotykiem sprawiły jej przyjemny masaż. Szła dalej do samego brzegu, gdzie fale rozkładały wachlarze, a mewy bujały się na ich białych szczytach, ignorując całe zbiegowisko.

Usiadła, zasłuchując się w przyjemny szum, dzień gasł, słońce opadało, jeszcze gwar konkurował z morską muzyką, dominując na rozległej plaży, ale z każdą godziną będzie go mniej, zacznie milknąć, tak jak słońce gasnąć na połaci niebieskiego morza.

Czekała na wyciszenie, ale ono nie nadeszło; mimowolnie tworzyła mroczne scenariusze, nie wiedząc, co ją czeka, czego się spodziewać i na co może liczyć. Wydawało się, że była roztropna, przewidująca, zabezpieczona, ale gdy tylko zeszła z tej bezpiecznej drogi, zaciągając kredyt, nagle świat zatrząsł się w posadach.

Patrzyła na zachód słońca i nie odebrała, gdy dzwoniła Hana. Wiedziała, że będzie ją pocieszać, wspierać dobrym słowem. Liwia nie chciała udawać, nie miała na to sił teraz, gdy całkowicie poddała się wrodzonym odruchom i uległa fali przerażenia, której dała się w całości zalać. Musiała liczyć się z konsekwencjami i ryzykiem, jakie podjęła.

Wróciła do mieszkania, gdy na dworze zapadł mrok. Nie zapaliła światła, tylko podeszła do balkonu i otworzyła drzwi, wychodząc na niewielką przestrzeń otoczoną ozdobną balustradą. Zasłuchała się, ale żadna muzyka nie niosła się ponad dachami. Stała w ciszy, choć o spokoju nie mogło być mowy, gdy w głowie huczały trudne myśli.

Poczuła chłód na skórze, gdy noc napływała, szczelnym woalem ciemności przykrywając świat. Odwróciła się, chcąc skryć w ciepłym wnętrzu, gdy usłyszała pierwsze nuty, które rozbrzmiały w oddali.

Nieruchomiejąc, czekała na dalszy ciąg. Powoli, odważniej i głośniej muzyka odbiła się echem, dało się z łatwością usłyszeć głos i słowa bardzo dobrze jej znane.

Nuciła razem z nim, po chwili wracając do salonu. Przysunęła miękki fotel i zasłuchała się w ciepły głos Audrey Hepburn, która śpiewała Moon River z filmu Śniadanie u Tiffany’ego. Znała większość jej filmów, niektóre nie wywarły na niej wrażenia, inne stały się ulubionymi, do których często wracała. Aktorka o kruchej urodzie i nieziemskim wdzięku, wyróżniająca się stylem i zachowaniem, była jej najukochańszą.

Poczuła się jak w filmie Sabrina, gdzie gwiazda grała główną rolę, córkę kierowcy bogatego państwa. Siedziała na fotelu, ale bujanym, i wsłuchiwała się w muzykę płynącą z przyjęcia, marząc o szczęśliwej miłości.

Liwia przejechała dłonią po krótkich włosach i zaśpiewała razem z nią, choć nuciła szeptem, odnajdując w tym balsam dla pogrążonej w smutku duszy.

Księżycowa rzeko,

szersza niż na milę.

Przejdę na twój drugi brzeg pewnego dnia.

Stary twórco marzeń.

Ty łamaczu serc,

Dokądkolwiek zmierzasz, podążam za Tobą.

Dwaj włóczędzy,

Wyruszający, by zobaczyć świat.

Tak wiele jest świata do ujrzenia,

Jesteśmy za tym samym końcem tęczy,

Czekając za łukiem.

Mój oddany przyjaciel,

Księżycowa rzeka i ja…

3


Siedziała przy biurku, patrząc w monitor, choć to, co się na nim wyświetlało, dla Liwii nie istniało. Zapędziła się w swoich rozmyślaniach, próbują okiełznać zmiany, jakie w niedługim czasie wpłyną na jej życie.

Zazwyczaj rzadko cokolwiek zmieniała, wstrzymując się od poważnych decyzji, po pierwsze – przez konsekwencje, które mogą przybrać nieprzyjemny obrót, po drugie – wyrzuty sumienia, że podjęła złe decyzje. Obawy i wahania wisiały nad jej życiem jak cień, którego nie potrafiła się pozbyć.

Kilkuletnia praca w obecnej firmie nie okazała się szczytem marzeń, jak Liwia pierwotnie myślała – wiele chciała w niej zmienić, nie podobały jej się ograniczenia, na jakie natrafiła, ale płynęła dalej w tym nurcie, bo było bezpiecznie i wygodnie. Przyjmowała awans na wyższe stanowisko czy podejmowała się poważniejszych zleceń, grzecznie czekając, zostawiając decyzję w gestii wyżej postawionych. Uważała, że tak jest dobrze, bo zawsze może być gorzej.

Westchnęła, zastanawiając się, co najpierw powinna zrobić. Szukanie nowej pracy było nieuniknione, choć obawiała się, czy znajdzie zajęcie w swoim zawodzie, w tym, co naprawę chciała robić. Na przykładzie Hany wiedziała, że życie pisze różne scenariusze, choć ona nie była tak elastyczna jak przyjaciółka, nie odnajdzie się w wielu miejscach, po prostu nie wszędzie pasowała. Obawiała się najgorszego, co wywoływało w niej strach i kolejne namnożenie pesymistycznych myśli.

Dzwoniący telefon gwałtownie wstrzymał narastającą panikę. Zerknęła na wyświetlacz i zauważyła numer klientki. Nie powinna odbierać, może dać sobie spokój, w końcu za kilka dni już jej tu nie będzie.

Kobieta nie chciała odpuścić, więc Liwia uległa z uwagi na ich zażyłość.

– Dzień dobry, pani Krzemińska – przywitała się, utrzymując swój zwykły ton, panując nad jego drżeniem.

– Musimy się spotkać, Liwio. I prosiłam wielokrotnie, mów mi Maryla.

– Pani Marylo, zaszły pewne zmiany i wydarzenia.

– Właśnie dlatego musimy się spotkać.

– Nie rozumiem?

– Dobrze rozumiesz, jesteś nad wyraz rozgarnięta, dlatego tak bardzo cię lubię. Nie zwlekajmy, spotkajmy się w moim ulubionym miejscu. Razem zjemy coś pysznego i porozmawiamy.

– Jak mogłabym odmówić? – Liwia była zaintrygowana i miała idealną wymówkę, by wyrwać się z mrocznych rozmyślań i budynku, tym bardziej ziejącego chłodem.

Letni frywolny wiatr próbował potargać krótką fryzurkę Liwii, choć z szarą sukienką poszło mu zdecydowanie lepiej. Dziewczyna nie skorzystała z samochodu, tylko postanowiła się przejść, przeczuwając, że o miejsce parkingowe będzie trudno. Sezon wakacyjny trwał w najlepsze. Gdynia zapełniła się turystami, roznosił się gwar, a przez ulice leniwie snuły się samochody. Niektórzy przejażdżką przez miasto rozpoczynali swoją urlopową wizytę, tym bardziej potęgując zatory na drodze.

Marszem doszła do skweru Kościuszki i dalej na Bulwar Nadmorski. Restauracja, w której uwielbiała przesiadywać Maryla, mieściła się przy samej plaży.

Na połaci błękitu nieba rozświetlonego słońcem w locie unosiły się mewy, szybując nad kocami i parawanami turystów, wystawiających się na działania promieni. Wzmocnił się słony smak powietrza i zapach nagrzanego piasku. Miała ogromną ochotę zanurzyć w nim stopy, poczuć cudowny dotyk ziarenek, który choć na chwilę odpędzi troski. Liwia przepłoszyła jednak to pragnienie.

Weszła do restauracji, kierując się na jej taras. Maryla Krzemińska z daleka rzucała się w oczy. Z pokaźną wagą, kolorową sukienką i krótkimi rudymi lokami sprawiała wrażenie rozmarzonej malarki, co mogło zwieść, była to bowiem utalentowana kobieta biznesu, twardo stąpająca po ziemi. Jej frywolny wizerunek tylko mylił przeciwnika i zwykle powodował jego potknięcia, które Maryla sprawnie i z ochotą wykorzystywała.

– Kochanie, siadaj i zamawiaj.

– Marylo, to ogromna przyjemność pobyć w twoim towarzystwie, ale czuję się niepewnie i przez to nic nie przełknę.

– Mogłabym słuchać twojego głosu godzinami, taki spokojny i melodyjny – zachwalała Maryla z szerokim uśmiechem. Była energiczna i pełna życzliwości, ale tylko dla wybranych osób. Liwia znajdowała się na szczycie tej listy. Nie bez znaczenia był fakt, że dziewczyna pomogła jej rozwiązać trudny prywatny problem, czym zyskała jej wdzięczność i serdeczność.

Liwia uśmiechnęła się, ale bez zbytniej przesady, nawet jej gesty były wyważone. Spokój w ruchach na tle ekspresyjnego zachowania Maryli podkreślał wyraźne różnice obu kobiet.

– Zwolnili mnie z pracy.

– Właśnie o tym chciałam pomówić.

– Ogłosili bankructwo.

– Obie wiemy dlaczego.

– Zostałam na lodzie.

– Niedojdy. Nie docenili skarbu, który mieli.

– Skąd to spotkanie?

– Zadzwonił do mnie Artur, lubi cię tak samo mocno jak ja.

– Mój szef zostaje, z tego, co wiem, straci wysokie stanowisko, ale się utrzyma, ja niestety jestem za burtą. Doceniam, że chciałaś zadziałać w mojej sprawie, ale nie wiem, czy powinnam się starać o etat w tej samej firmie tylko z innym prezesem. Ilość miejsc jest ograniczona.

– Daj sobie z nimi spokój, nie docenili cię, ich strata. Mam dla ciebie wiadomość, która powinna ci się spodobać. Popytałam i znalazłam ciekawą ofertę, musisz ją sprawdzić.

– Czy ta praca będzie w Gdyni?

– Przecież nie pozwoliłabym ci się stąd wyprowadzić. – Maryla zaśmiała się. – Zawsze podziwiałam twój spokój i opanowanie, nawet w najtrudniejszej sytuacji, ale teraz możesz się zrelaksować. Nie dam ci utonąć, mimo że jesteś za burtą – zapewniła z mocą.

– Dziękuję i naprawdę doceniam – powiedziała spokojnie, z niezmienioną mimiką i równowagą w głosie.

Maryla spojrzała dziewczynie w oczy, które przez promienie słońca przybrały niebieski odcień. Dostrzegła drzemiącą w niej siłę i moc panowania nad emocjami, w tym przypadku entuzjazmem. Z własnym żywiołowym charakterem nigdy jej się to nie udało, a każda próba i tak szybko kończyła się porażką.

– Dobrze, nie będę dłużej trzymać cię w niepewności. – Widziała, że dziewczyna wciąż jest spięta. – Firma piarowska z Warszawy otwiera siedzibę w Gdyni, tworzony jest nowy zespół, potrzebni ambitni ludzie, a wiemy, że ty do takich należysz. Dostałam kontakt do osoby, która może zaprosić cię do współpracy. Szepnęłam o tobie wiele miłych słów, więc można uznać, że pracę już masz załatwioną. Mam swoje kontakty i wpływowych znajomych, z których przysług bezpardonowo korzystam i wykorzystuję, zwłaszcza w dobrej wierze.

 

– Brzmi ciekawie. – Chciała dopytać, kiedy kelner przyniósł ich dania. Wykorzystała chwilę na przetworzenie informacji.

– Oczywiście są pewne warunki, jakieś wymagania… Nie będę zgadywać, a tym bardziej tworzyć plotek, najważniejsze, że mam pewność, że się do tego nadajesz, więc nie ma o czym mówić. Musisz się tam zatrudnić.

– Wolałabym usłyszeć coś więcej.

– Oczywiście usłyszysz, ale nie ode mnie. Proszę, wizytówka do mężczyzny, z którym się skontaktujesz. Powinien cię zainteresować, nie tylko zawodowo. Czy wciąż jesteś sama?

– Tak wyszło.

– Liwio, nie wzbraniaj się przed miłością, albo przynajmniej przed seksem. Dobrze ci to zrobi. – Maryla zaśmiała się na widok skrępowania dziewczyny. – Chociaż raz udało mi się dostrzec twoje emocje.

– To był cios poniżej pasa.

– I tego samego dotyczył.

Maryla znów zaśmiała się w głos, a Liwia dołączyła, cicho i melodyjnie.

– Spotkaj się z nim i poinformuj mnie, czy jesteś zainteresowana. Jeśli nie, będziemy szukać dalej.

– Dziękuję, Marylo, nie spodziewałam się takiej troski.

– Pomogłaś mi z synem. Do tej pory pamiętam swoją bezradność, a wtedy ty pojawiłaś się z gotowym planem działania, który się sprawdził. Twój spokój i pewność bardzo były mi wtedy potrzebne.

– Dobrze pamiętam tamten wieczór w tawernie i cieszę się, że plan zadziałał.

Syn Maryli pozwolił sobie na krytyczne komentarze, czym zasłużył na łatkę hejtera w klasie, a to negatywnie odbiło się na jego relacjach z rówieśnikami. Dzięki wskazówkom Liwii chłopak nabrał pokory i odmienił swoje postępowanie.

Liwia uśmiechnęła się na to wspomnienie, w tamtym momencie los na jej drodze na nowo postawił Hanę Swat, od tego momentu jej życie nabrało blasków, choć wcześniej było bogate w cienie. Czuła, że stąpa po kruchym lodzie, ale miała nikłą nadzieję, że może utrzyma ją i dotrze bezpiecznie na drugi brzeg.

– Nie mogło być lepiej, Liwio. Dlatego jestem twoją dłużniczką, ale też chcę mieć cię na liście kontaktów.

– Zadzwonię zaraz po naszym spotkaniu. – Popatrzyła na wizytówkę. Chciała być jak Hana i uwierzyć, że droga, którą wybierze, zaprowadzi ją do szczęścia.

– Nie zwlekaj. A teraz jedz, nabierz kształtów, przy tobie wyglądam jak beczka piwa.

Liwia potulnie skosztowała, jak się okazało, pysznego dania. Zapewnienia Maryli zdecydowanie poprawiły jej humor.

***

– Spotkamy się? – Hana, dzwoniąc do Liwii, miała nadzieję, że ich tradycji stanie się zadość i spędzą ze sobą przerwę w miłej knajpce, jedząc obiad. Przyjaciółka potrzebowała wsparcia, a Hana chciała podtrzymać ją na duchu.

– Jestem już po przerwie. Spotkałam się z klientką i porozmawiałyśmy o mojej przyszłości. Bardzo chce mnie zatrzymać w Gdyni.

– To nasza zwolenniczka. Ma dla ciebie pracę?

– Ma znajomości. Firma ze stolicy otwiera filię w Gdyni, dostałam kontakt do pewnego mężczyzny, który tworzy nowy zespół. Mogłabym pracować w swoim zawodzie i robić to, na czym mi zależało.

– Nawet się nie wahaj, tylko dzwoń. – Hana uśmiechnęła się, dobrze pamiętając, jak ona dostała namiary do tajemniczego pana, który miał pomóc rozwiązać jej problemy.

– Mam zamiar to zrobić, dlatego właśnie się nie spotkamy.

– Spotkamy za to wieczorem, będę chciała usłyszeć wszystko, co się wydarzyło.

Liwia w słowach przyjaciółki znalazła pokrzepienie i nadzieję. Musiała być dobrej myśli.

Oderwała myśli od czekającego zadania i popatrzyła na otoczenie. Wczasowicze tłumnie oblegali plażę, grano w siatkówkę, plażowano, leżąc na kocach i kryjąc się za parawanami. Dzieci kopały doły przy brzegu, a napływająca fala zalewała je, wypełniając wodą. Patrzyła na kadry lata nad morzem, opierając się o murek przy pomniku gdyńskich rybek. Chcąc dodać sobie sił, jeszcze przez chwilę wstrzymała się z wybraniem numeru i zrobiła to, na co od początku miała ochotę. Ściągnęła buty i zanurzyła stopy w nagrzanym piasku.

Przeszła brzegiem morza, czując chłód od wody i intensywny zapach Bałtyku. Kierowała się ku przystani jachtowej, gdzie maszty licznych łodzi próbowały sięgać błękitu nieba. Patrzyła na oślepiające kadłuby jachtów, które bielą odbijały promienie słońca. Tutaj czuło się większy spokój, dało usłyszeć chlupot fal, szept morza.

Zatrzymała się przy pomniku Leonida Teligi, który zdobył wiele zasług, ale Liwia podziwiała go za to, że jako żeglarz samotnie okrążył Ziemię na drewnianym jachcie. Znalazł w sobie siłę i determinację, by tego dokonać.

Dłużej nie zwlekając, wybrała numer do Beniamina Brzozowskiego, który może naprawi jej świat, który niespodziewanie stracił swoją stabilność.

Głos, który się odezwał, był energiczny i pewny.

– Dzień dobry, dostałam pana numer od Maryli Krzemińskiej.

– To musi być poważna sprawa, pani Maryli nie odmawiam, zwłaszcza kiedy nalega.

– Chodzi o pracę w nowym zespole – powiedziała spokojnym, melodyjnym głosem.

– Teraz rozumiem. Będę miał szansę nim zarządzać, choć dopiero się formuje – powiedział z lekkim zawahaniem.

– Chciałabym zgłosić swoją kandydaturę, gdyby była taka możliwość.

– Zawsze jest, ale musimy się spotkać.

– Możemy nawet teraz. – Liwia zapomniała już o pracy, w końcu przechodziła do historii.

– Prześlę adres. Z kim mam się zobaczyć?

– Liwia Duńczyk, bardzo miło będzie pana poznać.

Miała jeszcze czas, więc wpadła do biura. Praktykant pochylał się nad dokumentami, wyglądał, jakby przebiegł maraton.

– Dobrze, że jesteś, sam sobie nie poradzę.

– Będziesz musiał, bo ja wychodzę.

– Ale dopiero przyszłaś! – zakrzyknął w panice.

– Przyzwyczajaj się do własnego towarzystwa.

– Gdybyś znalazła pracę, zabrałabyś mnie ze sobą? – zapytał z nadzieją.

Liwia zawahała się.

– Nie wiem, czy znajdę.

– Oczywiście, że tak, jesteś najlepsza, a gdziekolwiek trafisz, dosięgniesz szczytu zasług.

– Nie licz, że za ciebie wykonam pracę – rzuciła, przeczuwając, że komplementy mają służyć jednemu celowi.

– Mówię poważnie. To przez zazdrość nie wzięli cię do zespołu. Wiesz, przez kogo, Liwio. On wie, że jesteś najlepsza, i bał się twojego talentu, mimo że go nie wykorzystujesz. To on zadbał, żebyś nie dostała umowy.

Liwia wyszła z biura, bo nagle zrobiło jej się duszno. Z trudem uwierzyła w słowa chłopaka. Może i był nierozgarnięty, ale potrafił znaleźć się w tłumie, zawiązywać przyjaźnie, czego o sobie nie mogła powiedzieć. Zazwyczaj nastawiona była na cel. Musiała widzieć sens w tym, co robi, nie lubiła tracić czasu na towarzyskie podchody, choć wiedziała, że to nie przysparza jej zwolenników. Była łatwym celem, bo była sama, odseparowywała się od grupy, ale najbardziej lubiła pracować w pojedynkę i na własnych zasadach. Liczył się w końcu nowy klient, a raczej firma i właściwe zadbanie o jej wizerunek.

Wychodząc na miasto, nie dostrzegała zgiełku, zamknięta w swoich przemyśleniach stawiała kroki, idąc wręcz automatycznie.

Roman Gadziński był jej największą konkurencją, wiedziała, że posuwał się do nieczystych zagrań, by osiągnąć to, co sobie zaplanował. Liwia zazwyczaj schodziła mu z drogi, odpuszczała klienta czy firmę, nie walcząc o jej utrzymanie. Wolała zgodę niż konflikty, tym bardziej że Gadziński wyraźnie lubował się w awanturach, wiodąc w nich prym.

Liwia poczuła złość na sama siebie. Czy nie dzięki jej staraniom i zaangażowaniu firma pozyskiwała wielu wartościowych klientów? A ona z łatwością ulegała, oddając takiego czy innego w ręce konkurenta, powtarzając sobie, że nie warto walczyć, że będą następni. Przyszła do firmy jako praktykantka i mimo że tyle osiągnęła, nadal ustawiała samą siebie na szarym końcu, nie dając sobie szansy wypłynąć. Mężczyzna żerował na jej pracy, a ona z klasą się odsuwała, robiąc mu miejsce, aż w końcu zupełnie go dla niej zabrakło. Gadziński o to zadbał.

Zatrzymała się przed restauracją, w której miała się spotkać w sprawie pracy. Lokal na skrzyżowaniu dwóch ulic miał półokrągłe wejście na rogu budynku. Nie zabrakło ogródka ze stolikami i rozłożonymi parasolami chroniącymi przed żarem słońca lejącym się z nieba. Mimo popołudnia robiło się parno, a wiatr zwolnił, tracąc swoją siłę. Zanosiło się na zmiany.

Weszła do wnętrza restauracji, czując przyjemny powiew klimatyzacji. Podeszła do baru i zapytała o mężczyznę, z którym miała się spotkać. Po chwili została poprowadzona do stolika na końcu sali. Mężczyzna siedział przodem do wejścia, miała szansę mu się przyjrzeć i ocenić. To, co zobaczyła, zaskoczyło ją.

***

Beniamin Brzozowski okazał się mężczyzną około trzydziestki, a pierwszym, co rzuciło się w oczy, była jego elegancka aparycja. Ubrany w dopasowany garnitur, z białą, wręcz śnieżną koszulą. Jasne włosy z nitkami miedzi zaczesane miał na lewy bok, gęsta fala układała się zgodnie z najnowszymi przykazaniami mody.

– Liwia Duńczyk. – Wstał i wyciągnął do dziewczyny wypielęgnowaną dłoń.

– Wystarczy Liwia – wydusiła, siłą zmuszając do skupienia. Twarz mężczyzny przypominała inną, bardzo podobną, która kiedyś zbyt często gościła w jej myślach. Przepłoszyła dawne obrazy, nie chcąc pozwolić przeszłości ponownie wtargnąć do jej życia. – Miło poznać.

– Mnie jeszcze bardziej. – Taksował dziewczynę spojrzeniem. Zaskoczyła go delikatność w jej głosie i smukła figura. Była wysoka i mimo że nosiła płaskie eleganckie buty, nie odejmowało jej to klasy.

– Zamówił już pan?

– Wystarczy Beniamin, Liwio. Czekałem na ciebie. Kawa i deser?

– Tego nigdy nie odmawiam – rzuciła z uśmiechem, choć patrząc w oczy mężczyzny, speszyła się z powodu intensywności ich spojrzenia. Za bardzo jej się przyglądał. Liwia wolała drugie spotkania, bo pierwsze zawsze ją krępowały. Nie lubiła zmieniać otoczenia ani ludzi, nawet ci źli, lecz dobrze poznani, byli mniejszym zagrożeniem niż obcy.

– A ja nie odmawiam nigdy pięknej kobiecie.

Liwia nieznacznie się uśmiechnęła, doceniając komplement. Zdała sobie jednak sprawę z ich gry, w końcu oboje zajmowali się tym samym. Gra w miłe gesty i słowa miała służyć pozyskiwaniu klientów, trzeba przyciągnąć ich, obiecać spełnienie najskrytszych marzeń. Tworzyli i dbali o odpowiedni wizerunek, byli jak wróżki próbujące przemienić Kopciuszka w księżniczkę, którą zainteresuje się bogaty książę. Trzeba było uwodzić, zapewniać, obiecywać i jeśli się udało – spełnić to, czego klient potrzebował i za co płacił niemałe pieniądze.

– Maryla coś wspomniała, ale ogólnie.

– Od razu przechodzimy do zadania, to lubię.

– Nie chciałabym zabierać czasu – uśmiechnęła się powściągliwie, choć wewnątrz roznosiła ją niecierpliwość. – Słyszałam, że tworzony jest oddział w Gdyni, przyznam, że bardzo mi zależy, by dostać się do nowego zespołu. – W informacji, jaką przekazała jej Maryla, była jedna, najważniejsza dla Liwii rzecz, o którą warto było walczyć. Nie mogła odpuścić. Mimo pojawiających się wątpliwości i obaw, które wytworzyła jej wyobraźnia, nie chciała pozwolić sobie na zwątpienie. Musiała utrzymać swoje nowe mieszkanie, znaleźć pracę, która ponownie zajmie jej czas i zapewni stabilność.

– Sytuacja rozwija się dynamicznie i faktycznie czas ma znaczenie. Firma z Warszawy chce rozwinąć skrzydła na rynku trójmiejskim, choć cel jest jeden: pozyskać jak najwięcej klientów, i to w krótkim czasie.

– Jak krótkim?

– Miesiąc. – Beniamin pochylił się. – Nie potrzebuję dokumentów, papier w końcu przyjmie wszystko, ale realnych dowodów, że nadajesz się do… mojego zespołu – wyznał z odpowiednią pauzą.

Liwia wyczuła, że mężczyzna oszczędnie podaje informacje, coś pomija, ale w jej sytuacji nie mogła dopytywać, by go nie spłoszyć.

– Co mam zrobić?

– Najpierw zjeść deser w moim towarzystwie, a później porozmawiamy o szczegółach. – Beniamin był usatysfakcjonowany, humor znacznie mu się poprawił. Czuł, że to, co zaplanował, było zuchwałe, ale mogło mu przynieść korzyści, a w dodatku on będzie miał czyste konto.

***

Liwia zerknęła na szare chmury, które napłynęły od morza, teraz wisząc jak ciemny parasol nad miastem. Przyśpieszyła kroku, chcąc dostać się do auta, zanim spadnie deszcz. Nie zdążyła nawet o tym pomyśleć, gdy na głowę spadła jej pierwsza kropla, spływając po jej czole na policzek.

 

Analizowała każdy szczegół rozmowy z mężczyzną i wszystkie słowa, które padły. Przeczuwała, że gdzieś znajduje się drugie dno. Dostała zadanie do wykonania, Beniamin obiecywał, że jak tylko jej się powiedzie, znajdzie miejsce w firmie i jego zespole. Była przekonana, że da radę, ale nurtowała ją myśl, że coś kryło się w cieniu tej propozycji, coś, przez co będzie miała kłopoty.

Zawsze potrafiła przewidywać przebieg wydarzeń, zmierzających w złym kierunku, to było jak zmiana pogody, drobne wibracje, które wyczuwała. Nie zamierzała jednak zrezygnować, tylko podjąć wyzwanie, tym bardziej że poczuła ekscytację – miała ważny cel i potrzebę wykazania się.

Lunęło, a Liwia zadrżała, kiedy chłodne krople zaatakowały zwartym szykiem z nieba. Biegła, co chwilę wpadając w płytkie kałuże, które pod naporem wody szybko powstawały na chodniku. Miasto już nie grało swojego gwaru, tylko muzykę deszczu.

W domu przebrała się i osuszyła włosy ręcznikiem. Otworzyła balkonowe drzwi i zasłuchała się w uderzenia kropel. Świat zmienił się, w szarościach i od naporu wody był zamglony, niewyraźny, stracił blask kolorów.

Usłyszała pukanie, które przywróciło ją do rzeczywistości. Otworzyła drzwi, wiedząc, kogo się spodziewać.

– Ale pogoda. – Hana ustawiła mokrą parasolkę w kącie. Otrzepała włosy z wilgoci i uśmiechnęła się do Liwii. – I co się wydarzyło?

– Myślałam, że wpadniesz wieczorem.

– Nie mogłam wytrzymać z ciekawości. Zanim cokolwiek powiesz, nie jest tak źle, jak się wydaje, i rozmawiałam z Lorettą. Bursztynowe Wnętrza z przyjemnością zagoszczą cię na swoim pokładzie.

– Potrzebujecie piarowca? – zdziwiła się Liwia, wiedząc, że projekty, których podejmują się Bursztynowi, zostają zachowane w tajemnicy. Loretta, szefowa tej nietypowej ekipy, zajmowała się niszowymi zleceniami, sekretami, którymi klienci nie zamierzali się chwalić.

– Kolejnych rąk do pracy, ale dobry piarowiec też się przyda.

– Dziękuję, ale potraktuję to jako plan B.

– To jaki jest plan A? – Hana pamiętała, że już odbyły podobną rozmowę, tylko sytuacja była odwrotna.

– Może najpierw zaproponuję ci coś do picia?

– Coś chłodnego. – Hana wyszła za Liwią do kuchni, do której prowadziło wejście z korytarza, minęła jednak szeroki stół i przeszła przez oszklone drzwi, zatrzymując się w salonie. Przeniosła wzrok na nieśpiesznie opadający zmierzch za oknami i po chwili w zachwycie zapatrzyła się na ścianę luster, która mimo braku promieni słonecznych i tak tętniła blaskiem. Szum letniej ulewy wdzierał się przez otwarte drzwi, napływając falami wilgoci do wnętrza. W oddali mokre dachy domów iskrzyły się od wody, która napierała na nie z całą siłą.

– Spotkałam się z nim, Beniaminem Brzozowskim. – Liwia ustawiła szklanki na niskim stoliczku, po czym zamknęła drzwi balkonowe.

– Jaki jest?

– Przystojny – rzuciła, wiedząc, o co jej przyjaciółka dokładnie pyta i czego się spodziewać po tym wyznaniu. Nie pomyliła się.

– Szykuje się romans biurowy. – Hana zaklaskała w dłonie i zaśmiała się z wyrazu twarzy przyjaciółki. – Zaszalej, ulegnij i oddaj się w pewne męskie ręce.

– Nie wiem, czy są pewne, jednak bardziej zależy mi na pracy. Skoro on może mi ją zapewnić, postaram się zdać jego test.

– Co to za test? – Hana już tworzyła miłe scenariusze, a żaden nie dotyczył pracy.

– Mam pozyskać klientkę, już przez niego wskazaną, i przyciągnąć do firmy. – Napiła się herbaty, jeszcze wstrzymując rozmyślania, jak to zrobić i co zaoferować kobiecie. – Czyli to, co zwykle, gdy firma wchodzi na rynek i planuje się w nim dobrze rozepchać, a nawet go zdominować. Ważny jest czas, mamy miesiąc, by pozyskać dużą grupę klientów i się rozpędzić.

– Chcesz w to wejść? Rozpychać się za nich?

– Kiedyś muszę spróbować – wyznała, ale bez przekonania.

– Dokładnie, Liwia! Musisz wyjść ze swojej strefy bezpieczeństwa. Mimo że nie tym dokładnie się zajmowałaś – przypomniała.

– Ale bardzo chciałam się właśnie tym zajmować. Jeśli jeszcze dobrze zapłacą, to jak najbardziej chcę spróbować. – Liwia zaśmiała się, wiedząc, jak to brzmi. – Taki zawód wybrałam.

– Czyli jednak los ci sprzyja, przyznaj.

Liwia wstała i podeszła do okna. Wpatrywała się w dal.

– Może, ale nie wszystko zostało powiedziane, jest coś jeszcze, czuję to.

– Nie zaczynaj! Nie doszukuj się wszędzie pułapek.

– Życie jest ich pełne i nie należy o nich zapominać.

– Skup się na tym, że zajmiesz się pracą nad wizerunkami indywidualnych ludzi, już nie markami firm. To jest najlepsza wiadomość i znak, że szczęście ci sprzyja – upierała się Hana, wiedząc, jak długo Liwia o tym marzyła.

– Dobra wiadomość, a co do szczęścia zobaczymy – podsumowała. – Gdyby udało mi się dostać pracę, tym razem nie popełniłabym tych samych błędów.

– Liwia Duńczyk nie popełnia błędów i jest gotowa na każdą ewentualność.

– Wycofywanie się i ustępowanie też można zaliczyć do błędów. Wiesz, kto przyczynił się do mojego bezrobocia? Roman Gadziński. Zawsze mu ustępowałam, nawet schodziłam z drogi, myślałam, że mimo jego nieprzychylności żyliśmy w symbiozie. Nie sądziłam, że tak się mnie obawiał.

– To on przejmował firmy klientów, które zdobyłaś?

– Najgorsze jest to, że mu na to pozwalałam.

– Może bał się, że przyjdzie moment, gdy zawalczysz o swoje i będzie na straconej pozycji. Cieszę się, że w końcu to się zmieni i bardziej docenisz swoją pracę.

– Po prostu nie lubię tracić sił na zbędne przepychanki i animozje.

– Ale to jest wpisane w ludzką naturę. Każdy walczy nie tylko o swoje, ale i o czyjeś.

– Walka jest mi obca, ale i z rywalizacją nie jest mi po drodze – westchnęła, bo znała dobrze swoje słabe strony. – Ludzie czasem przesadzają, jakby marchewka, którą mają ochotę zdobyć, była świętym Graalem, i walczą do upadłego, łamiąc podstawowe zasady fair play.

– Wiem, że nie lubisz się rozpychać i konkurować, ale jest na to sposób. – Hana wstała i dołączyła do Liwii przy oknie. – Musisz się poddać rywalizacji, żeby dotrzeć na sam szczyt; na nim jest tylko jedno miejsce, dla zwycięzcy.

– To jest jakiś pomysł…

– Jest jeszcze pomysł na własną działalność, gdzie będziesz pracować na swój rachunek, a konkurencję zostawisz w tyle. – Hana miała pewność, że Liwia poradziłaby sobie z łatwością, żałowała, że przyjaciółka nie dostrzegała swoich umiejętności.

– Nie nadaję się na szefa, Hana.

– Kto ci to powiedział?

– Ja… Nie biorę tego pod uwagę. To jest dla lepszych.

– Kiedy uważam, że właśnie ty do nich należysz, Liwio. Z twoim dmuchaniem na zimne i przewidywaniem nic złego nie może się stać. – Hana patrzyła na przyjaciółkę z troską. Liwia trafnie potrafiła odczytywać ludzi, ich zamiary czy decyzje, niestety, na swoje dokonania zostawała zupełnie ślepa.