Pani Nikt. Pamiętnik

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dominika Budzińska

Pani Nikt

Pamiętnik


© Copyright by Dominika Budzińska & e-bookowo

Grafika na okładce: shutterstock

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-7859-530-4

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Opisana tu historia jest fikcją literacką.

Jakakolwiek zbieżność imion, nazwisk, nazw, sytuacji czy zdarzeń jest zupełnie przypadkowa.

Czasami chwila zmienia wszystko…

14 listopada

Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie dzisiaj zapisuję pierwszą stronę pamiętnika. Dlaczego w ogóle zapragnęłam ponownie pisać pamiętnik? Powrót do dzieciństwa, do wspomnień? Chęć przywołania nastoletnich wrażeń? Po latach wracam do czasów liceum. Odtwarzam obrazy. Wieczory pełne złotych myśli przelanych na papier. Ogrom emocji notowanych skrzętnie. Morze miłości i nienawiści, suto skropione łzami wielkimi jak groch. Rozmyty atrament, układający tajemnicze wzory na wilgotnych kartkach zeszytu w szerokie linie. Serce przebite strzałą. Kilka chmur, z których siąpi deszcz. Potem słońce z promieniami długimi na szerokość kartki i uśmiechem. Kot z wielką kokardą na czubku głowy. Ogromny piorun, znak zapytania, obłok, a w nim wielokropek. Dziwaczne rysunki kreślone piórem pośród tysiąca słów. Było, minęło. A dzisiaj?

Dzisiaj późnym popołudniem wstąpiłam do niewielkiej księgarni, mieszczącej się w jednej z wąskich uliczek w pobliżu rynku. Codzienna trasa pokonywana w pośpiechu. Dziś nie musiałam się śpieszyć. Dziś popołudniu czas nagle zwolnił, a potem jakby stanął w miejscu. Zegar wyznaczający rytm mojemu dotychczas poukładanemu życiu, na chwilę zatrzymał swoje wskazówki. Poczułam się jak zawieszona w próżni, a właściwie w tej małej księgarni, unosząc się pośród półek wypełnionych książkami. Spędziłam tam dobrą godzinę i zamiast kolejnej czytelniczej pozycji kupiłam gruby, oprawiony ciemnym drewnem kajet. Leżał samotnie w wielkim metalowym koszu z napisem „wyprzedaż”. Pięknie ozdobiony czerwoną kokardą, zapewne w ramach przedświątecznej promocji, aż prosił się by go zabrać ze sobą.

Pomyślałam, że to idealny moment na sekretne zapiski. Czekają mnie przecież, już nie tylko samotne wieczory, ale również poranki i popołudnia. W końcu znalezienie nowej pracy nie odbywa się z dnia na dzień. W dzisiejszych czasach, w moim podstarzałym, prawie czterdziestoletnim wieku, to nie lada wyzwanie, którego uwieńczony sukcesem finał graniczy z cudem.

Od tego zacznijmy. Ciekawie zapowiadający się koniec roku. Koniec wszystkiego. Mam na imię Agata i mam wrażenie, że wraz z utratą pracy straciłam wszystko. Właśnie. Żywot, podobno dojrzałej kobiety, która od wieków pragnęła być singielką. Naprawdę tego pragnęłam? Wykształcenie, doświadczenie, kariera. Tragedia. Jak mogłam myśleć, że ciągle mam jeszcze czas? Czas na miłość, czas na dzieci, czas na dom… Tak na wszelki wypadek, gdybym kiedyś zmieniła zdanie. Przecież nie jestem głupia! Pani Prezes.

Skoro od dziś nie jestem Panią Prezes, to kim ja właściwie jestem? Nowoczesny apartament pośród starych kamienic centrum miasta. Zaprojektowany przez najdroższego architekta, wykończony najdroższymi detalami, w zgodzie z najnowszymi trendami. Pomysłowo, modnie, choć nie zawsze wygodnie. Obowiązkowo na podstawie wiedzy zaczerpniętej z ekskluzywnych, stylowych magazynów. Naprawdę tylko tego się dorobiłam? Czyżby aż tyle znaczyło nic? Ja, moja warta kilkanaście tysięcy kanapa i pustka. Więc kim jestem? Kim jestem pośród tej pustki?

Jestem głodna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam głód. Zapracowane singielki żywią się głównie kawą, czasem jogurtem, sałatą i wodą w porze tak zwanego lunchu, no i oczywiście winem. Głównie białym, żeby broń Boże, nie niszczyć wybielonych w bólach zębów. Ja wolę czerwone. Na szczęście zęby mam z natury białe. Wystarczy dobra pasta. Co do żywienia, sporadycznie dochodzą kolacje biznesowe, wtedy mieszanka sałat zostaje urozmaicona owocami morza lub grillowanym kurczakiem, a wino dodatkowo lampką szampana. Niezbyt wybredne menu. Moja lodówka świeci pustkami. Jedyne, co mogę w niej znaleźć, to kilka butelek wody i światło. W zamrażarce jest lód. Na wypadek gdyby ktoś niespodziewanie przyszedł i zapragnął czegoś mocniejszego. Chociaż takie sytuacje się raczej nie zdarzają. W dzisiejszej nieprawdopodobnie nowoczesnej egzystencji nie ma miejsca na niezapowiedziane wizyty. Dzisiaj liczy się misternie sporządzony plan. Plan na życie. Jaki zatem jest mój plan? Teraz, gdy oprócz tej pustki wokół nie mam już nic?

Zamówię pizzę! Taką w rozmiarze XXL! Obeżrę się, a potem umrę! Tak, to jest myśl. Pizza co najmniej pięcioskładnikowa i ogromna. Moja dzisiejsza kolacja i lek na całe zło. I butelka czerwonego wytrawnego. I bajka Pani Prezes. Żyć, nie umierać, chyba, że jednak po pizzy. Najwyższy czas się przekonać!

Zamówiłam. Otworzyłam wino. Czekam. Czekam. Czekam.

21 listopada

Nie było mnie tydzień. Trudny czas. Pożegnanie w firmie i z firmą. Tak, tak. Nie wyrzucili mnie, nie zwolnili z powodu zużycia materiału, wyczerpania pomysłów, braku kreatywności i zaangażowania, niewybaczalnych nadużyć, czy błędów. Korporacja została wchłonięta przez zbyt dobrze prosperujący system. A ten z kolei nie przewidział wchłonięcia jednostek ludzkich. Sto pięćdziesiąt zwolnień, czyli masakra piłą mechaniczną „made in China”.

Spakowałam swoje rzeczy. Zamknęłam w pudełku osiem okupionych harówką lat. Cudownych osiem lat mojego wspaniałego życia. Pocieszam się. Nie jestem sama wśród pozbawionych wszystkiego, chociaż jedna z nielicznych, którym została pustka. Może mam mniejszy problem niż Dawid czy Rafał. Oni mają po kilkoro dzieci i żony bez pracy. Ja nawet nie mam kota.

Marcela cały czas płacze. Ma chorego męża. Leczenie w Szwajcarii kosztuje majątek. Jako spec od reklamy zarabiała nieźle. Mam nadzieję, że szybko coś znajdzie. Żal mi ich. Może z małymi wyjątkami. Darek z działu promocji, kawał kutasa, którego chciałby wsadzić wszędzie. Piotruś, pulchniutkie, wiecznie spocone rączki i jęzor liżący dupę tym, którym opłaca się lizać. Edytka „kredytka”, długonoga sekretarka dyrektora z finansowego. Bardzo lubiła się ogrzać w ciepłej satynowej pościeli, pachnącej drogimi perfumami i pokaźnym stosem pieniędzy. Podczas dwóch lat wytężonej pracy dorobiła się wypasionej kawalerki i małej, sportowej, czerwonej fury. Całe szczęście, że rzadko wchodziła mi w drogę. Jeszcze Marek. Łajza słynąca ze szpiegostwa i donosicielstwa. Niezbyt mnie dziwiło, skoro nasiąkł komuszym klimatem. Rodzinka tak czerwona, że raziło w oczy. Okazuje się, że wtyczka potrzebna zawsze i wszędzie, nawet, kiedy zmieniają się czasy. Zapomniałam o Magdzie, Tomku, Ricie i Julku! Boże, trochę się nazbierało, jak to w pracy.

Robię rachunek sumienia, choć nie wiem, czy potrafię. Ostatni raz u spowiedzi byłam.... No właśnie, kiedy to było? Czy aby nie w poprzednim wcieleniu? Tak dawno, że nie pamiętam. I chyba nie chcę. I bez tego dopada mnie smutna refleksja. Kolejny pusty samotny dzień i noc. I nawet do kota nie można się przytulić. Czy ja jestem dobrym człowiekiem? Co to w ogóle znaczy? Jak zdefiniować dobro i zło? Jestem zła, bo zwolniłam kilka osób, ponieważ kompletnie nie nadawały się do pracy? Czy jestem dobra, bo dałam im ogromną szansę przyjmując na okres próbny? A oni nie potrafili tej szansy wykorzystać. Jestem dobra, bo co roku przekazuję dość dużą sumę pieniędzy na potrzebujące dzieci? Czy jestem zła, ponieważ sama tych dzieci nie mam? Romansując z mężczyznami, jestem dobra czy zła? Pytanie, kto kogo wykorzystuje? A może nie ma mowy o wykorzystywaniu? Jest czysty układ i brak zaangażowania. Lubię jak wszystko jest proste. Takie poukładane. Byłam dobrym, cenionym szefem. Byłam. Brzmi okropnie! Gdzie się podział mój poukładany plan na życie? Nie ma pracy, nie ma planu, nie ma życia, nie ma nic. Wegetuję.

Znajdę sobie faceta. Kurwa, też mi odkrycie. Żadna filozofia. Tylko, po co mi facet? Po jaką cholerę mi facet?! Co ja z nim będę robić?! Właśnie, co robi się z facetem, jeżeli nie chodzi o seks? Będzie siedział na kanapie w kapciach i czytał gazetę, albo, co gorsze, oglądał mecz, sącząc piwsko i obficie zagryzając chipsami. W łazience będą jego włosy. W umywalce, wannie, wszędzie. I rzucona gdzieś, nie wyczyszczona golarka. Byle nie na moich sterylnych wacikach, którymi potem zmyję makijaż. A może będzie się chciał załatwić w mojej pachnącej toalecie? Matko, jak oni to w ogóle robią? Nie chcę wiedzieć! Obrzydlistwo! I rozrzucają skarpetki. Zaznaczają nimi teren, czy coś. Nie, nie i jeszcze raz nie! Zdecydowanie facet nie jest mi potrzebny, tak na życie. Mój ostatni romans był krótki i intensywny. I jakby to ująć, prezentował najwyższy poziom. Bez zbędnej ludzkiej fizjologii, golarki, włosów, skarpetek, piwa, meczu, kapci i takich tam…

Czy ja naprawdę nie potrzebuję miłości? Zatem jestem wyjątkiem. Samowystarczalną jednostką, żyjącą tylko ze sobą i tylko dla siebie. Ale kim jest Pani Prezes bez swojego wygodnego prezesowskiego stołka? Nie wiem, czy mam już teraz strzelić sobie w łeb, czy może jeszcze chwilę poczekać? Co będę robić? Nie uśmiecha mi się zaczynać od zera. Miałam pozycję, doskonałą pracę, która wypełniała mój świat po brzegi. Nie potrzebuję nic więcej do szczęścia. Dokonałam takiego wyboru i jest mi z tym dobrze. A raczej było.

Dobra. Grunt to się nie poddawać. Coś wymyślę. Przecież w firmie zawsze potrafiłam znaleźć wyjście z sytuacji. Nie ma trudnych spraw, których nie można rozwiązać. Chwilowym problemom należy stawić czoła, zmierzyć się z nimi. Trzeba podjąć każdą walkę, do upadłego, za wszelką cenę, po trupach i choćby nie wiem co, nie oglądając się za siebie, z dumą kroczyć po wygraną. Bla, bla, bla…

 

Do dupy. Chyba jestem zła. Zła i cholernie zagubiona. Jeszcze nigdy nie czułam się tak beznadziejnie. Nawet wtedy, kiedy w pierwszej klasie podstawówki nie mogłam odkleić swojego tyłka od ławki. Cała klasa miała ubaw, a Sławek, rudy idiota, przez miesiąc zbierał ukłony. Szkoda, że pomnika mu nie postawili.

Singielki lubią pić same. Wcale im to nie przeszkadza. W ogóle wszystko lubią robić same. Ja lubię. I to bardzo. Nie wiem, ile butelek wina otworzyłam przez ostatni tydzień, ale chyba było ich sporo. Na szczęście wciąż mam ochotę robić zakupy i wynosić śmieci.

A co będzie potem? Co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc? Rzygam wolnym czasem. Już nie pamiętam, kiedy miałam go tyle na myślenie. Nie chcę już myśleć. Nie mogę. Myślenie zabija. Zwłaszcza ostatnio. Nic nie daje i nic nie zmienia. Jedyne wnioski nasuwające się po ostatnim tygodniu: już nigdy nie zamówię pizzy!

25 listopada

Byłam dzisiaj w firmie. Ostatni raz. Musiałam wyjaśnić jeszcze coś w księgowości. Zabrać stamtąd niezbędne dokumenty. Papiery na przyszłość. Na wypadek, gdyby ktoś kiedyś zechciał się nade mną zlitować. Dać korporacyjny wikt i opierunek. Spotkałam Luizę, bratnią duszę, singielkę. Nie wyglądała na załamaną. Zresztą nie może cierpieć ktoś, kto z dnia na dzień dostał intratną propozycję. Zapomniałam o jednym. Luiza jest śliczna, mądra i ma dwadzieścia siedem lat. Posmutniałam przez moment, zagryzając zęby. Pomimo wszystko, cieszę się jej szczęściem.

Na dole w holu siedziała zapłakana Marcela. Jak można płakać prawie dwa tygodnie bez przerwy? I wtedy zaświeciło na moment słońce. Jezu, jak dobrze, że nie jestem w podobnej sytuacji, że nie mam umierającego męża i masy innych problemów na głowie. Jednak dobrze wybrałam. Singielki mają lepiej, nawet wtedy, kiedy nagle spadają z wysokiego stołka. Przytuliłam ją mocno. Zapytałam, czy mogę jakoś pomóc. Nie mogłam. Czasami pieniądze to nie wszystko.

Długo snułam się ulicami miasta, owinięta ogromnym ciepłym szalem. Tegoroczny koniec listopada jest chłodny, ale niezbyt deszczowy. Jak można odgonić myśli? Zapragnęłam zostać debilem, całkowicie pozbawionym inteligencji, zdolności pojmowania świata i wszelkich zdolności w ogóle. Popołudnie spędziłam w kawiarni w centrum. Popijając kawę z imbirem i kardamonem, poczyniłam obserwacje, które mnie zaskoczyły i przygnębiły do reszty. Sześć zajętych stolików, nie licząc mojego, dwanaście iPhonów, smartfonów, czy jak im tam, i dwanaście par dość młodych oczu wpatrzonych w plastikowe prostokąciki niczym w wyrocznię. Matko, może ja źle trafiłam? Może to jakaś specjalna kawiarnia? Taka, w której ludzie się spotykają, ale nie muszą ze sobą rozmawiać. Przy okazji sprawdzę w innej. Przecież nie jestem taka stara, a jednak coś chyba mi umknęło. I chyba nawet wiem, co.

Przeraziła mnie ostatnia myśl. Czyżby osiem cholernych lat pełnych sukcesów, niesamowitych wyzwań, adrenaliny, mądrych przemyśleń i decyzji, miał trafić nagle szlag? Nic, oprócz firmy, nic oprócz pracy, nic oprócz …

To niemożliwe! Jak to się stało? Przecież nie mogłam się aż tak pomylić. Nie ja. Nie Pani Prezes.

Rozbolał mnie brzuch. Mam nadzieję, że nie od nadmiaru wina. To byłby koszmar! Nie móc się już nigdy napić. Jedyna przyjemność jaka pozostała w tej pozbawionej sensu egzystencji. Może jednak warto się zbadać. Boże, kiedy ostatni raz byłam u lekarza? Pewnie w tym samym czasie, co u spowiedzi. Dawno. Bardzo dawno. Zdecydowanie należy zrobić przegląd techniczny. W końcu w moim wieku…

Jutro zadzwonię do przychodni. O ile oczywiście przeżyję do jutra.

29 listopada

Jeszcze nie zaczęłam szukać pracy. Jakoś tak, nie mam ochoty. Na razie myślę. Dość głęboko, intensywnie i chyba nawet filozoficznie. Za to zrobiłam badania. Nic mi nie jest. To znaczy wątroba i jej pochodne, ok. Dlaczego boli mnie brzuch? Pewnie ze stresu, a może dlatego, że mam teraz za dużo czasu. Że mam wreszcie czas na ból.

Zresztą dzisiaj już nie tylko brzuch, dzisiaj boli już wszystko. Boli piętnasty dzień bez pracy, bez mojego prawdziwego domu. Tęsknię. Umieram z tęsknoty. Właściwie cud, że jeszcze nie umarłam.

Agata, nie bądź skończoną idiotką! To nie koniec świata! Mnóstwo ludzi na świecie ma gorzej od ciebie. Sto, tysiąc, milion razy gorzej.

O kurwa! A co z kredytem?!

Mam przecież kredyt! Zasrane, wymuskane, skredytowane mieszkanie! What now?! I am asking, what now?

Chyba powinnam teraz namalować szubienicę w moim pięknym, oprawionym drewnem, pamiętniku. No ładnie, albo ruszę dupę i poszukam roboty, albo się jeszcze napiję i poczekam na komornika. Właściwie, czemu nie? Może będzie przystojny? Nie wierzę… ja to napisałam? Really?

6 grudnia

Mikołajki. Leżę od dwóch dni. Bezmyślnie spozieram przez przeszkloną ścianę mojego zasranego, wymuskanego, skredytowanego mieszkania. Nie byłam na zakupach i nie wyniosłam śmieci. Mam wszystko totalnie w dupie. Telefon milczy. Trzy tygodnie i nie ma Pani Prezes. Już po niej. Świat zapomniał.

Leje, a powinien padać śnieg. To znaczy, tak mi się wydaje. Jest przecież grudzień. Nie pamiętam jak wyglądają pory roku. W firmie zawsze świeciło to samo światło. I była ta sama temperatura. Pory roku nie miały znaczenia.

Powinnam posprzątać. Jakiś taki syf się zrobił wokół, jakby całkiem nie mój. Nie mój lśniący, urządzony z wyczuciem i smakiem, ekskluzywny apartament na jedenastym piętrze w centrum i z widokiem. Z widokiem na oddział jednego z banków, który wkrótce mi go zabierze. Ale kanapę zostawię. Stać mnie na nią i jest wygodna. Ładnie ogląda się panoramę miasta, nawet przez spływające po szybach krople deszczu.

Dlaczego nie płaczę? Nie uroniłam ani jednej łzy. Przez Marcelę, czy przez ten deszcz? Wystarczy.

Nic nie jem i nie piję. Nie jem, bo nie mam ochoty, a nie piję bo nie byłam w sklepie. Wody nie chcę. Zauważyłam coś niepokojącego. Mój pamiętnik ma całą stronę serduszek. Z wczoraj. Chyba się nudziłam. A może zwariowałam? Tak, zdecydowanie to drugie. Nie potrzebuję miłości. Kocham tylko siebie i moją drogą, wygodną kanapę. Koniec.

To jest ten dzień, w którym daje się prezenty. Daje i dostaje. W pracy zawsze była super impreza. Wszędzie świąteczne ozdoby, choinki bogato przybrane puszystymi śnieżnobiałymi łańcuchami, srebrne bombki, kosze wypełnione upominkami, szampan. Muzyka. Boski nastrój. Czerwone róże dla Pani Prezes. Wszystko od Świętego Mikołaja.

Mikołaj z personalnego nie był święty, oj nie. Wręcz przeciwnie. Jedyny facet jakiego znam, który świntuszył na całego, samiec bez żadnych zahamowań. Przy nim nawet prostytutka miałaby rumieńce. Ja miałam. Za każdym razem, a zdarzyło się kilka. Kilka upojnych niepełnych nocy z winem i rumieńcem. Szatan w diabelsko przystojnym ciele, z głową pełną kosmatych myśli. Ale było warto. W każdym razie, nie żałuję. Faceci. Potem chcą się przyjaźnić. Żałosne.

Za oknem już ciemno. Dni coraz krótsze. Super, jeszcze dzisiaj się nie myłam. Właściwie się nie opłaca, Za chwilę kolejna noc, którą spędzę na kanapie. Napiłabym się wina. Może dobrze, że nie byłam w sklepie. Odpocznę.

Chyba dostałam SMS-a. Potem zerknę. Nie mam siły doczołgać się do stołu. Czy ja to jeszcze ja? Czy już ktoś zupełnie inny?

Smutek. I ból. A przecież nikt nie umarł.

7 grudnia

SMS był od Marceli. Bogdan przegrał walkę z rakiem. Biedna, pomimo że już nie musi martwić się o pieniądze. Rozpłakałam się jak dziecko. Dobrze, że nie mieli dzieci. Nie, wcale nie dobrze. Została sama. A przecież ona nie nadaje się na singielkę. Matko, co ona teraz zrobi? Mój brak pracy, kredyt i ten dziwny stan, to pikuś. Pogrzeb pojutrze. Pojadę do niej. Spróbuję jakoś pomóc. Może do czegoś się przydam. Od wielu dni czuję się kompletnie bezużyteczna. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia, co ona teraz przeżywa. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Nie ma co, piękny prezent na Mikołajki. Życie potrafi być okrutne.

13 grudnia

Rocznica stanu wojennego. Nie wychodzę z domu. Od pogrzebu Bogdana nie mogę się pozbierać. Koszmar. Marcela więdnie w oczach, usycha niczym kwiat bez wody. Nie ma Bogdana, nie ma nic. Są tylko jego prochy i prochy, które garściami pochłania Marcela. Jest mi niedobrze. Z głodu, bólu, żalu i rozgoryczenia. Wracając ze stypy kupiłam whisky. Dzisiaj jest dobry moment by otworzyć butelkę. Wypiję za ofiary stanu wojennego, za Bogdana, Marcelę i za błędy. Zamrażarka jest wciąż pełna lodu. Dawno nie było gości. Właściwie kto miałby przyjść? Czy ja w ogóle mam znajomych? Wraz z pracą odeszli i oni. Jakie to wszystko jest ulotne. Czy życie ma w ogóle jakiś sens?

18 grudnia

Pada śnieg. Wreszcie. Widok wielkich białych płatków, majestatycznie unoszących się w powietrzu, przypomniał mi o świętach. Boże Narodzenie już za niespełna tydzień. Zawsze do późna byłam w pracy. Jedyna porządna. Jedyna, która umiała się poświęcić. Jedyna, która miała czas.

Z rodzicami nie gadam od lat. Właściwie od tych ośmiu. Są oczywiście życzenia na imieniny, urodziny, święta, tudzież inne ważne okazje. Życzenia krótkie, suche i beznamiętne. O co poszło? Ostre spięcie na linii. Uwaga, młodsza siostra. Zapala się lampka kontrolna. Zuzia. Cudowna istota, całe życie robiąca wszystko pod napisane dość szczegółowo dyktando rodziców. Brawo! Zuzia zdała maturę i wystarczy. Zuzia nie pchała się jak wariat do miasta, Zuzia nie była żądna wyzwań i przygód, nie chciała zmian. Zuzia w ogóle nigdy nie umiała żądać i nigdy nic nie chciała. Zuzia jest kochana. Porcelanowa laleczka, której mamusia i tatuś zbudowali porcelanowy domek nad niewielkim mazurskim jeziorem, nieopodal ich siedliska. Moja młodsza dziesięć lat siostra. Zuzanna tak, Agata nie. Agata be!

Uciekłam. Zwiałam. Opuściłam bezpieczne rodzinne gniazdo, a wraz z tym opuściłam tamto życie. Odkąd pamiętam, moje plany na przyszłość należały do tych z rodzaju ambitnych. Miałam dość bycia niańką. Dziesięć lat to spora różnica. Nie rajcowała mnie chatka, ani pierwsza linia brzegowa. Pragnęłam chaosu i hałasu, miejskiego zgiełku, smrodu spalin, miliona świateł bijących z okien szklanych wieżowców, przepychających się ulicami tłumów, kolorowych wystaw, handlowych galerii, kin, teatrów, a przede wszystkim mojego wygodnego, miękkiego prezesowskiego stołka. Dopięłam swego. Udowodniłam, że potrafię, że jestem coś warta, coś więcej, niż gotowanie i mycie garów na mazurskiej wsi.

Mam wrażenie, że kochano mnie tylko przez dziesięć lat. Potem poszłam w odstawkę, a przynajmniej tak mi się wydawało, tak właśnie czułam. Lata oczekiwania na maturę, na tę wspaniałą chwilę, kiedy wreszcie będę mogła wyrwać się w świat, który na mnie czekał. Studia. To był piękny czas. Dużo nauki, ale i dużo mocnych wrażeń. Pierwszy facet, taki spod kołdry. Nie, nie byłam zakochana. Co to, to nie. Przecież z założenia jestem singielką. Misternie uknuty plan na życie nie zakładał takiej opcji. Zresztą miłość jest przereklamowana. Mnie nikt nie kochał, więc ja też nie muszę.

Jeszcze wtedy przyjeżdżałam do domu na weekendy i święta. Rodzice, co prawda, nie pochwalali moich wyborów, ale na szczęście nie utrudniali. Przez cały okres studiów bardzo wspierali mnie finansowo, za co oczywiście jestem im dozgonnie wdzięczna. Pominę istotny fakt, nie wdając się w szczegóły, że w pewnym momencie zwróciłam wszystko z nawiązką. Właściwie nie im, a porcelanowej Zuzi.

Pewnego letniego popołudnia w siedlisku pojawił się Krzysztof i tak już zostało. Wkrótce moja młodsza dziesięć lat siostra zdeczko przytyła, a po kilku miesiącach jej brzuch osiągnął niewyobrażalne rozmiary, zupełnie nie wiadomo, jakim cudem. Nagle ogromne siedlisko zrobiło się zbyt ciasne. Prawie pękający brzuch Zuzi należało natychmiast przenieść do porcelanowego domku z pierwszą, a na dodatek piaszczystą linią brzegową.

Moja siostra i jej wiejskie, czarodziejskie życie, wraz z gromadą wiejskich, czarodziejskich dzieci, od których wrzasku potrafi pękać głowa. No, o ile gromadą można określić dwójkę. Bowiem z wielkiego brzucha laleczki Zuzi wyskoczyła niespodziewanie parka. Dziewczynka i chłopczyk, tak cudnie porcelanowi, jak ich rodzice.

Nie cierpię świąt! Nienawidzę tych wszystkich sztucznie upchniętych w kalendarzu dni. Dni wolnych od pracy, pieprzonych dni dla pieprzonej rodziny.

Jeszcze Sylwester! I te wszystkie baby tandetnie przybrane w tandetne pióra i cekiny ze sztucznym uśmiechem na napchanej botoksem gębie. Fuj!

 

Matko, czy ja w ogóle lubię ludzi? A siebie? Siebie już chyba też nie lubię. Nie jestem Panią Prezes, więc jestem nikim, a nie lubię być nikim. To śmieszne, a zarazem bardzo smutne, że bez tego stołka nic nie znaczę.

Może powinnam wyjechać, uciec jak kiedyś. Tak dawno nie byłam na wakacjach. Jakieś jedyne osiem lat. Boże, jakim cudownym byłam szefem. Takim na wagę złota, oddanym firmie bez granic.

Dubaj będzie w porządku. W końcu stać mnie na to. Dostałam całkiem niezłą trzymiesięczną odprawę. Powinno wystarczyć na to i może na coś jeszcze. Może na kilka rat kredytu.

Nowy Rok to kolejny koszmarny dzień. Najgorszy. Świat na potężnym kacu. Tak smutno, szaro i ponuro i cisza wokół, nie do zniesienia. Odliczanie godzin do rana. Oby do drugiego i oby nie był to weekend. Żeby tylko można już było pójść do pracy.

Zbliża się najtrudniejszy okres. Muszę uciec. Nie przeżyję tego świątecznego cyrku tutaj. W innym wymiarze powinno być odrobinkę łatwiej. Dlaczego wciąż nie szukam pracy? Liczę na cud, na to, że choć raz w życiu los załatwi coś za mnie, że wszystko samo się rozwiąże? Wiem, że nie. Jestem dużą dziewczynką. Życie zdążyło mnie czegoś nauczyć.

Muszę złapać ostrość. Dać sobie jeszcze chwilę. Muszę jakoś usprawiedliwić przed sobą chory czas wegetacji.

Jutro podjadę do biura podróży. W sumie mogłabym kupić przez internet, ale może warto się jeszcze upewnić, zapytać kogoś kompetentnego. Już zapomniałam jak to jest wyjeżdżać na wakacje. Żeby tylko znalazła się jakaś porządna oferta. Święta tuż, tuż.